Posts Tagged „film”<

Odtwarzanie mitu

29 lis 2011

Przez 20 lat nie było klimatu do poważnej filmowej próby zmierzenia się z tematem „Solidarności”. Dlaczego? – rozważa publicysta

Najtrudniej uwierzyć w to, że w Polsce może się zdarzyć coś dobrego. Więc tak, stało się. Tak, film „80 milionów” Waldemara Krzystka jest bardzo sprawnie nakręconym filmem o jednym epizodzie z historii „Solidarności”, a po troszę i o fenomenie „Solidarności”. Tak, oddaje ducha czasów, nie nadużywa patosu (choć trochę go jest) ani nie rży z czegoś, co nie jest śmieszne (choć nie brakuje w nim wyczucia komizmu anomalii epoki). Tak – tym razem się udało.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wałęsa nie z przypadku

6 lip 2011

Nowy film Andrzeja Wajdy będzie się nazywał „Wałęsa” – ogłosiła „Polityka”. Dowiadujemy się też, że elektryka z Gdańska zagra Robert Więckiewicz, który wygląda nam jak nie z lodówki, to z wanny, acz robi to z wdziękiem.

Z Lechem Wałęsą nigdy by mi się on akurat nie skojarzył, ale może mam małą wyobraźnię. Gorzej, że obawiam się samego filmu Wajdy.

Niedawna zapowiedź reżysera, że będzie to film pokazujący byłego prezydenta „tak, jak go widzi świat”, brzmi niepokojąco. Świat nie ma obowiązku uważnego przyglądania się polskim bohaterom. Może się ograniczać do stereotypu, skądinąd miłego dla Polaków. Taka deklaracja zapowiada płaską i motywowaną polityką laurkę. Wajda nie ukrywa, komu życzy zwycięstwa, a ten ktoś dawno umieścił Wałęsę na sztandarze. Cała nadzieja w tym, że filmy okazywały się często mniej ideologiczne od ich twórców.

Jakąś nadzieję można pokładać w scenarzyście Januszu Głowackim. To świetny pisarz – oglądałem ostatnio jego „Czwartą siostrę” i nie tylko nie mogłem się od tej sztuki oderwać, ale polecałem ją pewnemu rusofilowi jako lek na jego przypadłość. To tym bardziej krzepiące, że Głowacki napisał o Rosji na odległość. A jest przecież oddalony – piszę to świadomie, Andrzeju Horubało – także od polskiej polityki, zwłaszcza tej po 1989 roku. Pozostaje intuicja i dar obserwacji z oddali.

Kiedy jednak Głowacki oznajmia, że sprawę „Bolka” poruszy, i zaraz przypomina, że robotnicy w roku 1970 często coś podpisywali, moje zaniepokojenie wzrasta. Nie dlatego, żebym uważał wiwisekcję czynów Wałęsy za test na cokolwiek. Po prostu, jeśli już ktoś się upiera, aby się zajmować postaciami realnymi i żyjącymi, musi nas przekonać nie tylko do tego, że ma ogólny pogląd. Ale do tego, że zrobił wszystko, aby prześwietlić fakty.

Podzielam opinię Głowackiego, że Wałęsa był postacią nie z przypadku, a charyzmatyczną. Nikt nie wystawił mu pod tym względem ciekawszego świadectwa niż Jarosław i Lech Kaczyńscy – w moim i Michała Karnowskiego „Alfabecie”. Potrafili opowiedzieć o jego monstrualnych wadach, ale i o – tak, tak – zaletach.

Wbrew pozorom bowiem o tej postaci powiedziano już w Polsce sporo interesujących rzeczy. Trzeba by z tego umieć skorzystać, nie ograniczając się do świadectw  jednego środowiska. Nie wiem,  czy Głowacki i Wajda będą potrafili  i chcieli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy jesteśmy uwikłani

12 maj 2011

Dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Filmowców Polskich obejrzałem kilka tygodni przed premierą film „Uwikłanie” Jacka Bromskiego. To adaptacja wydanej w roku 2007 powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Powieści, która była dla mnie objawieniem.

Jako świetny kryminał, który pochłonąłem w dwa dni, zabierając ją w podróż do parlamentu w Strasburgu. Czytałem w samolocie, w pokoju hotelowym, nawet podczas jedzenia obiadu, choć to nieeleganckie. Kilka zwrotów akcji, wiele zaskoczeń, bezkonkurencyjne zakończenie.

Ale „Uwikłanie” było też objawieniem z powodu, który wyziera już z tytułu. To, zdradzając nieco wątek, który w powieści pojawia się gdzieś w połowie, nie tylko historia uwikłania w pojedynczą zbrodnię, której tajemnicę rozwikłujemy z autorem jak z Agatą Christie. To również historia uwikłania w najnowszą historię. Morał nienatarczywy, lecz wyraźny był taki – nie zgubimy PRL, jego brudnych tajemnic i dawnych zbrodni.

Odkrywcze w sytuacji, gdy takich rozrachunków pojawiało się niewiele. Co ciekawe, Bromski poszedł tą drogą może konsekwentniej niż Miłoszewski. Kryminalną narrację uprościł i „upopularnił” – ze zręcznością doświadczonego rzemieślnika (współautorem scenariusza był Juliusz Machulski). Ale o przeszłość upominał się z pasją wykraczającą poza rzemiosło i wbrew środowiskowym modom. Na pokazie obecny był Andrzej Wajda i film mu się podobno podobał. A przecież w tym filmie, o zgrozo, to IPN-owcy mówiący „przeszłość cię dopadnie” mają rację. Esbecy to niekoniecznie mili nieudacznicy z filmów Barei. A wielki reżyser uznał IPN za siedlisko nieprawości.

Z przyjemnością piszę o „Uwikłaniu” i zamierzam napisać więcej. Ale zaraz się łapię na strachu. A może mu zaszkodzę? A może jakiś cymbał szatkujący Polskę obwieści, że Bromski nakręcił film „prawicowy”. Nie daj Boże „pisowski”. Skoro arcybiskup poznański Stanisław Gądecki mógł być kryptopisowcem, bo ganił z katolickich pozycji obecną rzeczywistość, to dlaczego nie reżyser widzący problem w dawnych esbekach? Mam nadzieję, że prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich jakoś by się wykręcił. Ale klimat w Polsce jest taki, że każdy nonsens przejdzie.

……………………………………………………………………………………………………………………………….

Redakcja rp.pl zaprasza na NOWY BLOG KATARYNY! Najsłynniejsza polska blogerka specjalnie dla nas powraca do cyklicznych zapisków o polityce i życiu, Polsce i świecie, sprawach z pierwszych i ostatnich stron gazet. Najciekawsze opinie polskiej blogosfery znajdziecie codziennie wsieci.rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Film o ludziach zapomnianych

4 maj 2011

Pięć minut przed północą, choć w Święto Narodowe 3 Maja, TVP 1 przypomniała film Wojciecha Wójcika „Tam i z powrotem”. Kiedy miał premierę dziesięć lat temu, dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni, ale przemknął przez kina tak szybko, że sam go wtedy nie zauważyłem.

Obejrzałem go kilka lat później w telewizji. Ma wszystko: obfitującą w momenty zaskoczeń, szarpiącą nerwy akcję i wybitne kreacje aktorskie – przede wszystkim Janusza Gajosa i Jana Frycza, co nie zaskakuje, bo to nasze skarby.

Ale dla mnie jest wyjątkowy z innego powodu. To pierwszy polski film, który tak intensywnie, nie na zasadzie dygresji lub kompromisów z cenzurą, zajmuje się AK-owcami, represjonowanymi, dręczonymi, a potem skazanymi na życie na marginesie peerelowskiego społeczeństwa. Przez dziesiątki lat oglądaliśmy powojenną historię z perspektywy tych, którzy komunizm poparli, a potem się ewentualnie zbuntowali. Prawie zapomnieliśmy, że byli i inni. Nawet gdy ich w końcu uczczono, na przykład za powstanie warszawskie, ich losy w za małym stopniu stały się przyczynkiem do dyskusji o PRL.

Kilka lat temu IPN wydał przegląd biografii ludzi oporu społecznego sprzed 1956 roku. Było tam sporo żołnierzy podziemia. Wystarczy spojrzeć na ich losy po roku 1956 – to nieomal bez reszty drobni urzędnicy, zaopatrzeniowcy, jeśli nauczyciele czy adwokaci, to zsyłani na prowincję. Naturalnie byli i inni, zapraszani do różnych prezydiów przez komunistyczną władzę. Oglądając oddane brutalnie przez Wójcika realia PRL, nawet nie Barejowskie, straszniejsze, właściwie trudno się dziwić ich dążeniu, aby choć na stare lata trochę pożyć. Ale byli i tacy, co odmawiali. Albo mściwa władza nie dała im szansy nawet na wybór.

Piszę do następnego numeru „Uważam Rze” o postępującej rehabilitacji PRL w mainstreamowych mediach. Także w sferze popkultury. Ale artykuły nie są najlepszą metodą opowiadania, co to jest ludzkie okrucieństwo. Nie wiem, czy Wojciech Wójcik, sprawny reżyser kina akcji, dojrzał w temacie okazję do opowiedzenia zajmującej historii. Czy włożył w nią osobiste emocje. O filmie nie było głośno, a powinno. Ja mu za „Tam i z powrotem” dziękuję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pożegnanie z niepodległością

20 kwi 2011

Recenzenci skrytykowali – także u nas – najnowszy film Janusza Majewskiego „Mała matura 1947″. 80-latek sięgnął po świat własnych wspomnień z krakowskiego gimnazjum zapisanych wcześniej w książce. Czy poniósł porażkę?

Majewski zawsze szedł swoją drogą, preferując groteskę i humor, szukając emocji w dawniejszych czasach (wspaniałe „Zaklęte rewiry” czy „Sprawa Gorgonowej”), ba, radząc sobie w materii czystej historii („Królowa Bona”). I nie robił filmów, których musiał się potem wstydzić – politycznie czy moralnie.

To prawda, „Mała matura…” nie tętni takim bogactwem obserwacji jak jego stare dzieła, a główny bohater, bardziej obserwator niż podmiot, nie skupia takiej uwagi jak młody kelner Marka Kondrata z „Zaklętych rewirów”. A jednak nie jestem tak surowy jak krytycy.

Myślę, że nie docenili siły tematu: nikt przed Majewskim nie pokazał tak szeroko rzeczywistości tużpowojennej, kiedy stare mieszało się z nowym, w szkołach czczono jeszcze Konstytucję 3 maja, a nie rewolucję październikową, i młodzi ludzie otwarcie fascynowali się tradycją AK. Majewski pokazuje piękne pożegnanie z niepodległością, niektóre wątki (ubeka granego przez Wojciecha Pszoniaka) ujmują wyczuciem niuansów. Sympatyczne jest to, że film nie traktuje Polaków głównie jako nosicieli patologii. Młody aktor Antoni Królikowski, grający jedną z głównych postaci, nazwał go filmem patriotycznym.

Wypomina się Majewskiemu, że pokazał tych chłopców zbyt papierowo, że wypowiadają frazesy, a powinna być pokazana burza hormonów. Tymczasem starsi o kilka lat bohaterowie świetnego filmu „Akcja pod Arsenałem” (i książki „Kamienie na szaniec”) też posługiwali się językiem cokolwiek podniosłym. Takie było ich harcerskie wychowanie.

Pytanie, czy to się nie zmieniło pod wpływem wojny. Czy młodzi, którzy widzieli, a czasem uczestniczyli w okropnościach, nie stali się zepsuci, cyniczni? Tak to przedstawiano w wielu relacjach i sam Majewski daje sygnały, że tak być mogło. Ale tylko sygnały – u niego zasadniczo pozostają harcerzami. Upływ czasu raczej łagodzi niż zaostrza jego opowieść. Wspomnienia z młodości w tonie „Amarcordu” Felliniego to nie jego poetyka. Szanuję to. Niech inni pokażą to inaczej.

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie. ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Węzeł smoleński

9 sty 2011

W ożywionej dyskusji o filmie „Mgła” jak w soczewce skupiły się dylematy pogrążonej w posmoleńskiej traumie prawicy. Sama debata mogłaby być pożyteczna, ale na razie została zmieniona w kakofonię – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Nie mam problemu z filmem „Mgła”, problemem jest kontekst” – napisał dziennikarz „Faktu” Łukasz Warzecha na portalu wPolityce.pl. Wyraził żal, że potrzebny i ważny film został wyprodukowany przez „Gazetę Polską”, pismo kojarzone jednoznacznie i „zaangażowane w forsowanie na siłę tezy o zamachu”.

Ale tak naprawdę Warzecha wyszedł poza debatę o filmie. Wyraził żal, że PiS z przyległościami od początku upartyjnił pytania o Smoleńsk, czego wyrazem było niezaproszenie na premierę „Mgły” nawet części rodzin zabitych i unikanie otwartej dyskusji, którą zastąpiono wiecem. To po pierwsze nieprzyzwoite, a po drugie raczej utrudnia stronie zainteresowanej prawdą pozyskanie większości społeczeństwa – oto główne tezy Warzechy.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mgła – film o katastrofie smoleńskiej

5 sty 2011

Z każdą minutą relacje bohaterów „Mgły” nabierają dramatyzmu i od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać.

Spór o takie filmy trwa od niepamiętnych czasów. Antypisowscy gorliwcy będą z pewnością zarzucać „Mgle” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej jednostronność. W tym wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” dokumencie, którego oficjalna premiera odbyła się w poniedziałek, oglądamy smoleńską katastrofę z perspektywy sześciu dawnych urzędników kancelarii Lecha Kaczyńskiego.

Jacek Sasin, Andrzej Duda, Adam Kwiatkowski, Jakub Opara, Marcin Wierzchowski i Paweł Zołoteńki opowiadają o niej w sposób powściągliwy, ale jednoznacznie z perspektywy swojego środowiska – jego nastrojów, żalów i pretensji.

Własna wersja

Zarzut tendencyjności padnie, mogę się założyć, z ust tych samych komentatorów, którzy nie widzieli niczego złego w filmie „W Solidarności” Bolesława Sulika, w którym dzieje pierwszych lat III RP zostały streszczone przez liderów Unii Demokratycznej. Którzy zachwycali się Teresą Torańską, podsumowującą dorobek Wojciecha Jaruzelskiego ustami Wojciecha Jaruzelskiego. I którzy byli co najmniej neutralni wobec wyjątkowo stronniczych obrazów Michaela Moore’a.

Ja z kolei zawsze widzę cienkość granicy między subiektywną opowieścią, która może być przecież wyśmienitym tworzywem reportażu lub dokumentu, i jednostronną interpretacją łatwo ześlizgującą się w kierunku agitki. Muszę więc mieć także pewien kłopot z „Mgłą”. Inna sprawa, że dodanie do tego akurat filmu nowych wątków czy postaci – na przykład w imię pytania „drugiej strony” – zaburzyłoby jego klarowną konstrukcję.

To nie jest próba całościowego rozwikłania przyczyn katastrofy smoleńskiej ani namalowania jego pełnego politycznego tła. To elegijna relacja kilku młodych, zaangażowanych w zdarzenia ludzi, którzy przedstawiając własną wersję, nie udają, że zamykają temat.

Dorzuciłbym jeszcze jeden argument: ten film oddaje głos środowisku, które nie dominuje w polskiej debacie. Które nie zasypuje nas na co dzień swoimi argumentami z ekranów telewizorów i rzadko ma, poza niszami, sposobność przemówienia własnym głosem. Skądinąd to symboliczne, że choć na temat Smoleńska powstało już kilka książek, żadna telewizja nie wyprodukowała o tych zdarzeniach filmu. „Mgła” to więc pod pewnymi względami pierwszy głos w dyskusji na ten temat. Chętnie zobaczyłbym porównywalną odpowiedź drugiej strony (lub stron). Gdyby tylko chciała (chciały) się wysilić.

Poraniona grupa

Początkowo relacje sześciu bohaterów brzmią cokolwiek sztywno. Ale z upływem filmowych minut nabierają dramatyzmu do tego stopnia, że od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać. Nie wszystkie ich zarzuty i rozgoryczenia brzmią równie przekonująco: z perspektywy miesięcy zbladła na przykład waga pytań o to, czy Bronisław Komorowski nie śpieszył się nadmiernie z obejmowaniem funkcji głowy państwa, albo czy słusznie powoływał na szefa osieroconej prezydenckiej kancelarii swojego człowieka (choć wtedy owe zarzuty mogły budzić uzasadnione emocje).

Dużo mocniej wybrzmiewa znana skądinąd teza: że Rosjanie opóźniali przyjazd Jarosława Kaczyńskiego, aby nie popsuł entrée Donaldowi Tuskowi. I że otoczenie premiera interesowało się w Smoleńsku jednym: jak ustawić się wobec mediów. Najmocniej zaś dźwięczą pytania o możliwość prowadzenia śledztwa przez samych Polaków. I o determinację władzy rządowej, aby o to w ogóle zabiegać. Nawet dzisiejsza niespójność i enigmatyczność przekazu mainstreamowych mediów, gdy wracają do tamtych dylematów, zdaje się przyznawać rację obolałym współpracownikom Lecha Kaczyńskiego.

Bohaterowie filmu wypadają wiarygodnie, bo nie są parlamentarnymi krzykaczami, a skromnymi państwowcami, którzy nie pchali się do tej pory na pierwszy plan. Nie zmienia to faktu, że ich relacje stały się od razu elementem politycznego mitu. Już na premierze Jarosław Kaczyński podkreślał, że film odsłania prawdę o ludziach rządzących obecnie Polską.

Pamiętając o tym, rozumiem jednak emocje narratorów tej opowieści, które udzieliły się autorkom. Kiedy jeden z nich, Paweł Zołoteńki, urzędnik w garniturze, o typowo inteligenckim wyglądzie, przywołuje określenie „bydło” stosowane wobec pisowskich środowisk, przypomina o wyjątkowym poranieniu całej tej grupy. Jako twórca terminu „przemysł pogardy” dobrze wiem, o czym mówi. A to niewątpliwie musi wyostrzać ich spojrzenie na całokształt tamtych zdarzeń.

Inna sprawa, czy nadmierna egzaltacja tych ludzi – nie adresuję tego do samych rozmówców Dłużewskiej i Lichockiej – skoncentrowanych na smoleńskim micie nie osłabi skuteczności tego zepchniętego dziś do defensywy obozu.

Za serce

Ale to czysto polityczne pytanie wykracza już poza ten skromny, sugestywny film, który powinien obejrzeć każdy, nawet jeśli podejmie z nim spór. Gdy zaś już nie znajdzie innych powodów, niech zrobi to dla pięknej modlitwy śpiewanej przez zespół De Press. I dla obrazów z tamtych czasów – warto się w nich zanurzyć. Chwytają za serce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop