Posts Tagged „felieton”<

Gwałcenie mundurkiem

29 cze 2011

Na wywiad reżysera Antoniego Krauzego w „Newsweeku” zareagował sam naczelny Wojciech Maziarski.

Krauze źle się czuje w Polsce Tuska, musi się więc spotkać z ripostą. Maziarski nawet wybacza. „Ale mówimy tym samym językiem i musimy się za jego pomocą jakoś dogadać. Nie mam pojęcia, jak to zrobić” – perswaduje.

Też nie mam pojęcia. Ale przy okazji Maziarski wywołuje własne traumatyczne przeżycia z czasów IV RP. Pojawia się dyżurny zestaw koszmarów: „Misja specjalna”, konieczność podpisania lustracyjnego oświadczenia. Nie chcę się natrząsać. Tylko zauważę, że jeśli Polskę Kaczyńskiego i Tuska potraktować jako skończone projekty, to ten drugi jest bardziej trwały i bezalternatywny.

Ale jest i inna przyczyna traumy Maziarskiego. „Doskonale pamiętam poczucie zgwałcenia, gdy się dowiadywałem, że moje dzieci mają chodzić do szkoły w mundurach”.

Pamiętam, jak Ryszard Bugaj, człowiek lewicy, a nie „czarnosecinnej IV RP”, mówił, że wolałby mundurki od obecnych strojów, bo to byłaby gwarancja względnego egalitaryzmu w szkolnych relacjach. I pamiętam, jak po hecy z nauczycielem, któremu wkładano kosz na głowę, za mundurkami wypowiedziała się w TVN Janina Paradowska. Potem się dowiedziała, że to nie tak, że prawica, że Giertych. Ale przez chwilę to był temat normalnej debaty, a nie nocnych lęków zgwałconego.

W Anglii mundurki cały czas są i nie czynią tamtejszej młodzieży szczególnie grzeczną. Z kolei w Polsce, gdzie tę tradycję kiedyś przerwano, antyprawicowe elity potrzebowały magicznego symbolu opresji i go znalazły. Choć parę lat wcześniej i dla Bugaja, i dla Paradowskiej, jeszcze nie takiej bojowniczki w okopach III RP, był to przedmiot refleksji: może tak, a może nie.

Przyznaję, że politycy prawicy szukający początku zmiany w mundurkach rozumowali jak Artur z „Tanga” Mrożka. Przełom miał się zacząć od stroju. A z kolei Maziarski zachował się jak Stomil z „Tanga” walczący w imię wolności w obronie swojej rozmemłanej pidżamy. Dziś, upatrując w mundurkach, przepraszam: w „mundurach”, narzędzia gwałtu, jest równie nieumiarkowany jak ojciec Rydzyk. Ale jego nikt nie wyśmiewa.

A wraz z mundurkami wyrzucono po 2007 r. sensowne pomysły na normalną, odwołującą się do ładu szkołę. I to jest ideologiczny absurd.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Suche jest czasem ważne

8 cze 2011

Gdy słyszałem w debatach słowo „konstytucja”, ziewałem. Nie dlatego, że mnie to nie interesowało.

Gdy byłem studentem, wraz z kolegą Maciejem Podbielkowskim, moim mentorem w sprawach konstytucyjnych, pisałem konstytucję dla przyszłej wolnej Polski. Świetnie się bawiąc.

Ziewałem, bo nie wierzę w zasadnicze znaczenie takiej czy innej konstytucji dla polskich przemian. Państwo psuje nam się na ogół  nie od złego kształtu władz, ale  od złych ustaw i obyczajów.  Od reliktów przeszłości i błędnych nowych rozwiązań (ostatnio  wyodrębnienia prokuratury jako  korporacji). PiS kiedyś zapowiadał zainaugurowanie IV RP nową ustawą zasadniczą, ale był to raczej symbol. Z kolei Donald Tusk mówił: „zajmijmy się konstytucją”, gdy  nie wiedział, czym się zająć.

Co nie znaczy, że nie widzę wagi poszczególnych konstytucyjnych rozwiązań dla naszego życia. Oto Komisja Konstytucyjna, której przewodniczy Jarosław Gowin, zajmie się rozdziałem dotyczącym relacji Polski z Unią Europejską. To gąszcz pozornie suchych, technicznych przepisów. Ale istotnych.

Część pomysłów przygotowanych przez prezydenta Bronisława  Komorowskiego jest niesporna.  Ale o kilka rozegra się mała bitwa. Przedstawiciel PiS w Komisji Konstytucyjnej Kazimierz Ujazdowski mówi: – Im więcej zabezpieczeń, tym lepiej. Dlatego chce, aby Trybunał Konstytucyjny łatwiej niż do tej pory mógł badać zgodność umów międzynarodowych z polską konstytucją jeszcze przed ratyfikacją. Chce też, aby Trybunał mógł badać zgodność z polskim prawem tzw. wtórnego prawa europejskiego  (rozporządzenia, dyrektywy).  Pamiętajmy: państwo narodowe  i Unia mają swoje obszary  władztwa nienakładające się  na siebie.

Większe możliwości odrzucenia unijnych regulacji sprzecznych  z naszymi zasadami wzmocniłyby pozycję Polski w przetargach  z partnerami. Nie chodzi o nieufność, ale o pilnowanie swojego interesu i swojej wizji życia  społecznego. To charakterystyczne, w podkomisji wszystkie kluby były zrazu „za”, łącznie z Gowinem (za co mu chwała). Potem euroentuzjaści z MSZ, kancelarii Prezydenta i Premiera ten kompromis podważyli. Ale wszystko jest do uratowania. Mamy tu zresztą różnicę stanowisk. Prezydent chciałby być ojcem kompromisu. Za to Tusk jest zwolen- nikiem konfrontacji z PiS, co może oznaczać nieprzyjęcie niczego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Muzeum ludzi sukcesu

25 maj 2011

Co według badania firmy Ipsos uważali Polacy w 2010 roku za największą atrakcję turystyczną Warszawy? Otóż pierwsze miejsce (40 procent) zdobyło Muzeum Powstania Warszawskiego. Przebiło dotychczasowego lidera listy, czyli Starówkę.

Co roku frekwencja w Muzeum Powstania Warszawskiego jest większa niż w poprzednim, a placówka ta istnieje od siedmiu lat. W roku 2008 tylko 18 procent uczestników badania wskazywało je jako pierwszą atrakcję, dziś dwa razy tyle. A jednak kiedy wybucha kolejny spór o to, czy warto by wybudować jakieś muzeum, na forach internetowych rozbrzmiewa wielki krzyk: znowu chcą martwych pomników, tyle jest innych potrzeb. Podobny ton pojawia się w wypowiedziach polityków PO czy lewicy (choć nie wszystkich) i wielu publicystów.

Tymczasem wyśmiewane muzea, rzekomy symbol archaicznych sentymentów, mogą być – pomińmy inne względy – dobrym interesem, trafiającym w społeczne potrzeby.

Ludzie głosują nogami. Jak pokazała ostatnia noc muzeów, na różne placówki (widziałem w Krakowie imponującą kolejkę do Domu Matejki na Floriańskiej), ale na tę kierowaną przez Jana Ołdakowskiego w szczególności. Bo nie nudzi. Bo zaprogramowana wbrew przesądom zawodowych historyków, jest pomysłowa i nowoczesna. Bo opowiada ciekawe historie.

Muzeum na warszawskiej Woli nie podoba się dogmatycznym liberałom zaniepokojonym, że po tylu latach młodzież wciąż ciągnie do broni i do patriotyzmu. Krytykom polskości, którzy chcieliby nas wiecznie pouczać, że nie powinniśmy się więcej oglądać na własne klęski. A przecież imprezy organizowane przez to muzeum, czy są to historyczne rekonstrukcje, czy śpiewanie powstańczych piosenek, jawią się, wbrew stereotypowi, jako niezwykle optymistyczne. Taki mały fenomen, wart oddzielnego objaśnienia.

W tych zabudowaniach z czerwonej cegły wciąż unosi się duch Lecha Kaczyńskiego. Ale warto też powiedzieć, że tzw. muzealnicy: Ołdakowski ze swoim zastępcą Dariuszem Gawinem, także Paweł Kowal, Lena Cichocka, Elżbieta Jakubiak, to ludzie, którym się udało. Nie ma po prawej stronie za wielu udanych dzieł i ludzi sukcesu. Dla obozu pisowskiego, pogrążonego zbyt często w ponurym pesymizmie, byli zastrzykiem energii. Dziś obie strony muszą się obejść bez siebie. Ciekawe, czy na zawsze?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komu można życzyć śmierci

18 maj 2011

Radosław Sikorski podjął krucjatę przeciw obraźliwym wpisom w Internecie. Z intencją sympatyzuję.

Wśród internautów panuje przekonanie, że jeśli wrzucą coś do sieci, to wara od tego komukolwiek. Żadne prawo prasowe, względy przyzwoitości – wolność!

Rozumiem wiarę, że Internet to alternatywna droga wobec mediów tradycyjnych. Ale czy ta nowa jakość zakłada ubliżanie? Albo rzucanie niesprawdzonych twierdzeń, bo właśnie wpadły w ucho? Ci sami ludzie ukryci za nickami gromko nieraz krzyczą, że gazetom tak nie wolno. Choć i druga strona bywa rozkoszna. Jacek Żakowski żąda walki z chamstwem w sieci, po czym nazywa posła Gowina w programie telewizyjnym „kołtunem”.

Rzecznikom „wolnego Internetu” dedykuję ćwiczenie. Czy gdyby ktoś rozwieszał na twoim osiedlu karteczki z pomówieniami na twój temat, powiedziałbyś: to normalne? Nie, chciałbyś dopaść drania. A ludzie będący bohaterami internetowych obelg mają w imię wolności zacisnąć zęby.

Skutki krucjaty będą i tak mizerne, pojawią się setki trudności – od prawnych po techniczne. Jeśli już wymiar sprawiedliwości kogoś dopadnie, to mały portal, bo najłatwiej. Sikorski zaczął wojnę z dużymi wydawnictwami i nawet one zamiast polepszyć moderację, wolały zawiesić fora. Jeśli zaś ktoś spróbuje wyłuskać pojedynczego anonima, wyjdzie na ciemiężcę, jak prezydent Szczecina.

Pojawia się też ideologiczna hucpa. Sławomir Sierakowski już zdążył w TVN 24 sprowadzić tę krucjatę do walki z „mową nienawiści”. Ta mowa dotyczyć ma mniejszości – narodowych i seksualnych. I jesteśmy w domu. Lewicowym.

Ubliżanie Żydom jest, zwłaszcza po Holokauście, czymś brzydkim. Ale przychylam się do pytania Tomasza Lisa: dlaczego tylko im? Lis jako wiecznie opisywany celebryta ma naturalnie na myśli siebie. Ale czy na przykład Jarosława Kaczyńskiego, gdy setki anonimów (i Palikotów) w sieci nie tylko mu ubliżają, ale i życzą śmierci? Pociągnijmy już sami: więc istnieje mowa nienawiści wobec Żydów. Czy i wobec katolików? A, tu już usłyszę strzeliste deklaracje o wolności słowa i rady, żeby się nie obrażać. I sam uznam, że bezpiecznie trzymać sądy z daleka. Skoro ma to być narzędzie politpoprawności… Choć ministrowi wytaczania procesu w swojej sprawie nie zabronię.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy jesteśmy uwikłani

12 maj 2011

Dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Filmowców Polskich obejrzałem kilka tygodni przed premierą film „Uwikłanie” Jacka Bromskiego. To adaptacja wydanej w roku 2007 powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Powieści, która była dla mnie objawieniem.

Jako świetny kryminał, który pochłonąłem w dwa dni, zabierając ją w podróż do parlamentu w Strasburgu. Czytałem w samolocie, w pokoju hotelowym, nawet podczas jedzenia obiadu, choć to nieeleganckie. Kilka zwrotów akcji, wiele zaskoczeń, bezkonkurencyjne zakończenie.

Ale „Uwikłanie” było też objawieniem z powodu, który wyziera już z tytułu. To, zdradzając nieco wątek, który w powieści pojawia się gdzieś w połowie, nie tylko historia uwikłania w pojedynczą zbrodnię, której tajemnicę rozwikłujemy z autorem jak z Agatą Christie. To również historia uwikłania w najnowszą historię. Morał nienatarczywy, lecz wyraźny był taki – nie zgubimy PRL, jego brudnych tajemnic i dawnych zbrodni.

Odkrywcze w sytuacji, gdy takich rozrachunków pojawiało się niewiele. Co ciekawe, Bromski poszedł tą drogą może konsekwentniej niż Miłoszewski. Kryminalną narrację uprościł i „upopularnił” – ze zręcznością doświadczonego rzemieślnika (współautorem scenariusza był Juliusz Machulski). Ale o przeszłość upominał się z pasją wykraczającą poza rzemiosło i wbrew środowiskowym modom. Na pokazie obecny był Andrzej Wajda i film mu się podobno podobał. A przecież w tym filmie, o zgrozo, to IPN-owcy mówiący „przeszłość cię dopadnie” mają rację. Esbecy to niekoniecznie mili nieudacznicy z filmów Barei. A wielki reżyser uznał IPN za siedlisko nieprawości.

Z przyjemnością piszę o „Uwikłaniu” i zamierzam napisać więcej. Ale zaraz się łapię na strachu. A może mu zaszkodzę? A może jakiś cymbał szatkujący Polskę obwieści, że Bromski nakręcił film „prawicowy”. Nie daj Boże „pisowski”. Skoro arcybiskup poznański Stanisław Gądecki mógł być kryptopisowcem, bo ganił z katolickich pozycji obecną rzeczywistość, to dlaczego nie reżyser widzący problem w dawnych esbekach? Mam nadzieję, że prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich jakoś by się wykręcił. Ale klimat w Polsce jest taki, że każdy nonsens przejdzie.

……………………………………………………………………………………………………………………………….

Redakcja rp.pl zaprasza na NOWY BLOG KATARYNY! Najsłynniejsza polska blogerka specjalnie dla nas powraca do cyklicznych zapisków o polityce i życiu, Polsce i świecie, sprawach z pierwszych i ostatnich stron gazet. Najciekawsze opinie polskiej blogosfery znajdziecie codziennie wsieci.rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Film o ludziach zapomnianych

4 maj 2011

Pięć minut przed północą, choć w Święto Narodowe 3 Maja, TVP 1 przypomniała film Wojciecha Wójcika „Tam i z powrotem”. Kiedy miał premierę dziesięć lat temu, dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni, ale przemknął przez kina tak szybko, że sam go wtedy nie zauważyłem.

Obejrzałem go kilka lat później w telewizji. Ma wszystko: obfitującą w momenty zaskoczeń, szarpiącą nerwy akcję i wybitne kreacje aktorskie – przede wszystkim Janusza Gajosa i Jana Frycza, co nie zaskakuje, bo to nasze skarby.

Ale dla mnie jest wyjątkowy z innego powodu. To pierwszy polski film, który tak intensywnie, nie na zasadzie dygresji lub kompromisów z cenzurą, zajmuje się AK-owcami, represjonowanymi, dręczonymi, a potem skazanymi na życie na marginesie peerelowskiego społeczeństwa. Przez dziesiątki lat oglądaliśmy powojenną historię z perspektywy tych, którzy komunizm poparli, a potem się ewentualnie zbuntowali. Prawie zapomnieliśmy, że byli i inni. Nawet gdy ich w końcu uczczono, na przykład za powstanie warszawskie, ich losy w za małym stopniu stały się przyczynkiem do dyskusji o PRL.

Kilka lat temu IPN wydał przegląd biografii ludzi oporu społecznego sprzed 1956 roku. Było tam sporo żołnierzy podziemia. Wystarczy spojrzeć na ich losy po roku 1956 – to nieomal bez reszty drobni urzędnicy, zaopatrzeniowcy, jeśli nauczyciele czy adwokaci, to zsyłani na prowincję. Naturalnie byli i inni, zapraszani do różnych prezydiów przez komunistyczną władzę. Oglądając oddane brutalnie przez Wójcika realia PRL, nawet nie Barejowskie, straszniejsze, właściwie trudno się dziwić ich dążeniu, aby choć na stare lata trochę pożyć. Ale byli i tacy, co odmawiali. Albo mściwa władza nie dała im szansy nawet na wybór.

Piszę do następnego numeru „Uważam Rze” o postępującej rehabilitacji PRL w mainstreamowych mediach. Także w sferze popkultury. Ale artykuły nie są najlepszą metodą opowiadania, co to jest ludzkie okrucieństwo. Nie wiem, czy Wojciech Wójcik, sprawny reżyser kina akcji, dojrzał w temacie okazję do opowiedzenia zajmującej historii. Czy włożył w nią osobiste emocje. O filmie nie było głośno, a powinno. Ja mu za „Tam i z powrotem” dziękuję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie cierpię empików

27 kwi 2011

Dlaczego? Bo są zasłużone w generowaniu kolejek do kas. Kiedyś wierzyłem, że w kapitalizmie kolejki znikną.Przeważnie znikły, ale nie w empikach. Czy dlatego, że prezes tej sieci startował do europarlamentu z poparciem Stowarzyszenia im. Edwarda Gierka?

Odpowiedź jest prostsza: empiki (chyba w całym kraju, w krakowskim na Rynku jest identycznie) wypełniają młodzi pracownicy. Nie dość, że są nieporadni, to co chwila opuszczają stanowiska pracy, wracając w najdziwniejszych momentach i zabawiając się apelami: „Zapraszam do sąsiedniej kasy”. By obserwować wyścigi poważnych ludzi, którzy z ostatnich chcą stać się pierwszymi.

Na tle tej głównej uciążliwości bledną już pomniejsze idiotyzmy, jak ostatni pomysł empików, aby młodziankowie i młódki przy kasach pozdrawiali dwa razy starszych od siebie klientów kordialnym: „Witam, panie Adamie”. Imiona wyczytują z kart płatniczych. Apogeum kapitalizmu, a tu kłopot z kulturą handlu. Dlaczego?

Może dlatego, że nie widać pośród tych młodych ludzi bardziej doświadczonych pracowników, którzy by ich przyuczali i pilnowali. Możliwe, że to nawet nie ich wina. Studiując debaty internetowe, wyczytałem, że empiki są zainteresowane pracownikami mało płatnymi i łatwymi do zwolnienia. Ale w takim razie to szefowie mają kłopot z etosem handlu. Są przekonani, że skoro jest u nich zawsze ruch, nie trzeba się starać. I to się nawet sprawdza.

Dlaczego zatem w angielskich sklepach, także tych wielkich, też niezagrożonych konkurencją, jest inaczej? Z pewnością swoją rolę odgrywa kupiecka tradycja. Wciąż trzyma się ona w Londynie, ale nie w popsutej przez komunizm Warszawie. Kapitalizm, rynek, choć potrzebne jak tlen, nie są automatyczną gwarancją. Jest jeszcze kultura.

Na razie świat jest pod tym względem zróżnicowany. W pełnych turystów Włoszech właściciel knajpki będzie cię do niej hałaśliwie zapraszał, a w równie zatłoczonych Czechach na pewno nie. To dziś, a jak będzie kiedyś? Wrzucę nieśmiałe podejrzenie: bezstresowe wychowanie, niewymagająca szkoła, logika popkultury coraz mocniej zderzają się z mieszczańską kulturą. I to nie baza, ale nadbudowa zdecyduje, jak za 100 lat będziemy traktowani przez ekspedientkę. W empikach to się już rozstrzygnęło.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kościół jako paprotka

13 kwi 2011

Arcybiskup Stanisław Gądecki przestrzegał 10 kwietnia w katedrze Świętego Jana najwyższe osobistości: „chory model konsumpcyjny niby wolnorynkowej wolności dusi, truje i odczłowiecza”. Więc Waldemar Kuczyński zaproszony do TVN 24 komentować mszę pogroził palcem: owieczki mogą sobie wybrać „nowych pasterzy”. Liberalne elity oburzone kazaniami Jana Pawła II podczas pielgrzymki w Polsce w 1991 roku jedynie coś takiego sugerowały. Zgroza, miał chwalić, ale nie chwalił.

Na końcu Kuczyński rzucił się na swój ulubiony temat: polska wolność jest dobra, tylko „niektóre grupy polityczne przeszkadzają”. Chodzi o PiS obsadzany w roli warchołów wkładających kij w szprychy. Ale sądziłem, że na tym się skończy.

Nie doceniłem nowych czasów. To, co starszy pan formułuje na poły aluzyjnie, inni rąbią. Katarzyna Wiśniewska wydała w „Wyborczej” wyrok: „Arcybiskup Gądecki wypożyczył język partii zainteresowanej jedynie dzieleniem, jątrzeniem, wskazywaniem winnych lub stawianiem siebie w roli ofiar czy pogardzanych bohaterów”.

Można by próbować zainteresować Wiśniewską resztą tej homilii, jednej z najwybitniejszych w ostatnim 20-leciu, fragmentami, w których arcybiskup rozważał sens cierpienia i śmierci albo przejmująco nawoływał do przebaczenia. Ale po co – ona nie widzi niczego poza doraźną polityką. Można wskazywać, że zarzuty wobec polityki były adresowane do wszystkich. Ale i to próżny trud. Zjawisko nazywane przez Wildsteina „redukcją ad pisum” to główne zajęcie „Wyborczej”.

Sprawa wykracza poza logikę bieżącej polityki. Wizja Kościoła, który „obsługuje polską wolność” i nie stawia wymagań poszczególnym wiernym ani całej zbiorowości, jest spójna. Towarzyszy jej coraz większe zniecierpliwienie progresywnych elit nie tylko PiS-em, ale wszystkimi, którzy widzą inaczej świat. To dlatego Magdalena Środa, żądająca 10 kwietnia tolerancji dla siebie, europosła PO Bogusława Sonika blokującego uchwałę narzucającego państwom proaborcyjne rozwiązania przedstawia jako oszusta (zdradził postęp).

To dlatego Jacek Żakowski w przerwach między użalaniem się nad poziomem debaty nazwał Jarosława Gowina „kołtunem”. Tym razem padło na Gądeckiego, do tej pory przedstawianego jako kościelnego liberała. Jemu wymierzono karę najsroższą: jest pisowcem. No ale po co się wychylał w takim dniu?

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie.  ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Barack, Donald – dwa bratanki

6 kwi 2011

Barack Obama będzie kandydował ponownie, co było oczywistością. W Polsce ciemnoskóry prezydent jest wciąż przywoływany jako symbol perfekcyjnego używania postpolitycznego marketingu. Biedak nie wie, ilu w nieznanym mu kraju nad Wisłą używa go jako alibi dla premiera Tuska.

„Przecież Obama też” – krzyczą starzy i młodzi. Oto Robert Krasowski potępia Tuska za bierność, ale przypomina, że zachodni przywódcy z Obamą na czele też kontentują się sztuczkami.

Obama jest w Polsce przedmiotem wielu nieporozumień. Komentatorzy z prawicy mu wygrażają. Jego wizja polityki zagranicznej jest dla Polski mało korzystna, firmuje obyczajowe nowinki. Śmieszniej jest jednak, gdy najzagorzalsi „kaczyści” besztają go za „komunistyczną” reformę służby zdrowia. Te oskarżenia kopiowane z mów republikanów padają z ust zwolenników partii reagującej nerwowo na najmniejsze próby komercjalizacji medycyny. Etykietki wygrywają z cieniem myśli.

Lewica Obamę lubi, choć w Polsce nigdy nie doszło do takiej erupcji śmiesznej obamomanii jak w Europie. Dla Polaków o wyrazistych poglądach amerykański typ przywództwa, rozwodnionego i unikającego kantów, jest mało zrozumiały. Obama jest za legalną aborcją, ale już nie przeciw karze śmierci. A część jego partii, nieprzypominającej wojska, inaczej niż partie polskie, wzięła udział w blokowaniu zdrowotnej reformy.

Może więc Obama winien zostać patronem niewyrazistej, sondażowej polityki PO? To jednak zbieżność pozorna i w tym sensie Krasowski racji nie ma.

Demokratyczny prezydent USA rządzi krajem, który wielkie przemiany, fundamentalne decyzje ma za sobą. Który funduje obywatelom najwyżej korekty, czasem ważne, jak w przypadku zapewnienia większej liczbie obywateli medycznej opieki, lecz jednak korekty. Oczywiście taki przywódca wciąż zdaje egzaminy z administrowania, czasem, w przypadku kryzysów, nawet trudne. I z tego punktu widzenia Obama sprawuje się najwyżej średnio.

Ale nie ma porównania między tą, wciąż zrutynizowaną, polityką a sytuacją Polski. Tusk zastał państwo nie do końca zbudowane, różne rozwiązania i instytucje (także związane z opieką medyczną) tymczasowe i kulejące. Powiedzieć mu, że ma spocząć na laurach marketingu jak Obama, to powiedzieć coś, delikatnie mówiąc, bałamutnego.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Żakowski bije Dodę

30 mar 2011

Debatę nad debatą premiera z artystami w programie Marcina Mellera Andrzej Morozowski podsumował w TVN 24 w sposób najprostszy. Zwolennicy PiS potępili, zwolennicy PO pochwalili. Mój krytycyzm został wpisany w plemienny schemat.

Ale dzień później ukazał się wywiad z Jackiem Żakowskim w „Super Expressie”. A ten całkiem niepisowski publicysta debatę po prostu wyśmiał. Muzyków porównał do Dody i Mandaryny (jakiż sens rozmawiać o polityce z ludźmi niekompetentnymi?), a Mellerowi zarzucił, że „wymiękł”.

Żakowski ogłosił niby to, co ja, ale poszedł dalej. Ja zwracałem uwagę: nie traktujmy tej wymiany zdań jako protezy innych dyskusji, bo laicy, na dokładkę zapatrzeni w obóz rządowy, będą wodzeni przez premiera za nos. Żakowski zakwestionował tak naprawdę istotę demokracji. Skoro niefachowcy są w stanie rozmawiać z politykami tylko za pośrednictwem medialnych magików, ten system łatwo podważyć.

Per saldo chodzi o poczucie, że z tą debatą nie jest tak, jak być powinno. A tu już Żakowski ma swoje za uszami, bo od lat głosi (i wciela w praktyce w TVP) ideę, aby ograniczyć debatę do środowiska „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i kilku pokrewnych. I Tusk za tym głosem idzie – na przykład tylko im udzielając wywiadów. A one nie mają interesu, aby go docisnąć – najlepszy przykład to wolta gazety Michnika w sprawie OFE. Żakowski popiera tu rząd z antyliberalnych przekonań. Ludzie z „Wyborczej” – ze strachu przed PiS. To że, inaczej niż Doda, wiedzą, o co chodzi, nie ma znaczenia.

W najnowszej „Polityce” Żakowski narzeka już na same artykuły premiera i innych polityków, żądając, by zostawili dyskurs publicystom. Co jednak począć, gdy publicyści, nie będąc Dodą ani Zbigniewem Hołdysem, piszą o rzeczywistości wyimaginowanej? Z powodów plemiennych. Żakowski wyśmiewa Jarosława Kaczyńskiego, że ujmuje się za modernizacją edukacyjną na wzór fiński, a przecież „wprowadzał mundurki i tępił Gombrowicza”. Tymczasem to nie lider PiS tępił na liście szkolnych lektur Gombrowicza, ale Roman Giertych, koalicjant obdarzony na swoim podwórku realną władzą. Pisowski następca Giertycha w resorcie edukacji chciał cofnąć tę decyzję. Z Gombrowiczem rozprawiła się zaś ekipa PO – w imię modernizacji, która każe nie przeciążać młodzieży. Doda może tego nie wiedzieć, ale Żakowski?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop