Może choć telefon do Grasia?

28/03/2012

Jest sprawa, w której polskie media mogą się z łatwością porozumieć ponad podziałami. Imperium Agory z imperium ojca Rydzyka, tabloidy z ponoć poważnymi tytułami.

Czytam komentarz Jerzego Baczyńskiego w „Polityce”: znęca się nad senackim projektem zmian w prawie prasowym. Projekt ten oznacza, jego zdaniem, koniec polskiej prasy. Podpisuję się.

Obowiązek publikowania dowolnej polemiki z dowolną oceną oznaczałby, że właściciele tracą kontrolę nad swoją własnością, a dziennikarze nad swoim dziełem (media są dziełem swoich zespołów). Redagować je będą, nie na swój koszt, tysiące instytucji i osób. Nie osładza mi tej ponurej wizji zabawna perspektywa: mógłbym i ja redagować „Gazetę Wyborczą” czy „Politykę”, tak jak one mogłyby redagować „Rzeczpospolitą” czy „Uważam Rze”.

Pluralizm nie polegałby odtąd na tym, że na rynku mogą się pojawiać wszelkie opinie, ale na tym, że każda gazeta jest z definicji zlepkiem wszelkich opinii.

„Nie” jest własnością (intelektualną) ojca Rydzyka, a „Nasz Dziennik” Urbana. To pomysł, który mógł się zrodzić tylko w umyśle zaburzonym.

A jednak w komentarzu Baczyńskiego jest miejsce, które budzi sprzeciw. „Dlatego uważam, że gdyby ta nowelizacja przeszła (a Senat jest z niej bardzo dumny)…” – prorokuje naczelny „Polityki”. Co to jest Senat? Zbiór wolnych elektronów? Nie, kontroluje go Platforma, która w innych kwestiach egzekwuje od swoich senatorów dyscyplinę bardzo skutecznie. To chyba pierwszy od lat przykład senackiej inicjatywy przedstawianej jako wyraz woli całej izby. Może tak nawet i jest, ale gwarantuję: Donald Tusk i szef Klubu PO Rafał Grupiński mogą tę wolę zniweczyć w pięć minut.

Dlaczego tego nie robią? Możliwe, że w końcu i zrobią, ale po drodze co się media natrzęsą, to się natrzęsą. Z woli wszystkich polityków? To wygodna formułka. A może tych, którzy trzymają w garści porządek dzienny wyższej izby?

Fakt, że nikt o to Tuska, Grupińskiego czy choćby platformerskiego marszałka Senatu Borusewicza nie pyta, to kolejna ciężka porażka polskiej czwartej władzy. I znowu, czy całej? Nam lider partii rządzącej od lat nie udziela wywiadów. A od was może przynajmniej Graś odbiera telefony. Redaktorze Baczyński, niech Pan taki telefon wykona. Z przesłaniem: Tusku musisz.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wiwat japońskie taksówkarki!

21/03/2012

„Prof. Czapiński opowiedział, że w Japonii wśród taksówkarzy jest duża grupa kobiet po siedemdziesiątce” — takim cytatem opatrzyła „Gazeta Wyborcza” tekst Witolda Gadomskiego optujący za przesunięciem wieku emerytalnego. W samym tekście są o tym ze dwa zdania, ale morał jasny: wzorujmy się na Japończykach.

Hmm, we wszystkim? Pociąga nas społeczeństwo, w którym ludzie boją się iść na urlopy, bo wtedy ujawni się ich nieprzydatność? Myślę, że nawet tytan pracoholizmu Gadomski poczułby się tam nieswojo. A chcemy przeszczepiać na polski grunt model japońskiej firmy, zupełnie sprzeczny z europejskim indywidualizmem, nie mówiąc o amerykańskim? To więc typowa ciekawostka, która do naszej debaty nie wnosi nic.

- W tej sprawie poczekam, aż opinia przyjdzie do mnie — tak skwitował pewien amerykański senator spór o prohibicję. Mam podobny stosunek do bitwy emerytalnej. Nie z założenia, jest mnóstwo tematów, o które jestem gotów kruszyć kopie — od Smoleńska po likwidację małych sądów. Ale w sprawach społeczno-gospodarczych polityka bywa stosunkowo najczęściej sztuką racji podzielonych.

Dziwią mnie ci, którzy mówią: nie, bo nie. Cztery lata atakowaliście Tuska, że wybiera święty spokój, a teraz Tuska ścigacie, bo go porzucił? A co w zamian? Przecież wizja odwróconej piramidy wieku nie jest wymyślona przez PO czy Gadomskiego.

Ale śmieszą mnie też liberałowie, którzy odnajdą się zawsze, kiedy ludziom trzeba coś odbierać. I najwyżej sięgną po infantylny przykład japońskich taksówkarek. Naprawdę wierzycie w 66-letnie nauczycielki czy pielęgniarki?

Ta debata nie jest zero-jedynkowa, ale kibicuję tym, którzy szukają dodatkowych recept. To może najlepszy, choć uboczny skutek tej w sumie niewesołej batalii. Jolanta Fedak słusznie przypomniała w wywiadzie dla „Faktu”: trzymanie starych ludzi dłużej w pracy to odbieranie rodzinom dziadków. Walczy się ze skutkami zapaści demograficznej i zarazem ją dodatkowo generuje.

Ludowcy mają dobre intuicje, kiedy chcą powiązać system emerytalny z prorodzinnymi zachętami. I to jest ważniejsze niż pytanie, jaki Pawlak ma interes w wojowaniu z Tuskiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobro i zło mieszka po sąsiedzku

07/03/2012

Jest przesadą porównywanie katastrofy pod Szczekocinami do Smoleńska.

A zarazem ta władza nie umiała, także i mnie, przekonać, że zrobiła wszystko, aby wyjaśnić fenomen masakry polskiej elity. I teraz może mieć trudność z przekonywaniem, że zależy jej na wyjaśnianiu tragedii zwykłych Polaków.

Na marginesie pojawiła się całkiem inna opowieść. O bezinteresowności ludzi z okolicy, typowych prowincjuszy, którzy pospieszyli z pomocą. Zbiór ładnych, prawdziwych historii. Można mnożyć przełamane stereotypy: prawicowe i lewicowe. Młodzi chłopcy wyciągający i pocieszający rannych wpisują się jakoś w dyskusję o młodzieży. Ale najważniejszy stereotyp jest inny. Oto zderzamy te opowieści z karykaturalnym obrazem polskiej prowincji, choćby w licznych filmach. I z tym, co sami zapamiętaliśmy.

Na przykład z podwarszawskimi miejscowościami, których mieszkańcy po głośnej katastrofie samolotu u schyłku lat 70. ruszyli kraść. Ach, ci Polacy! Jesteśmy lepsi niż w latach 70.? A tylko twórcy filmowi jałowo trwają przy stereotypach pazernych Polaków? Przestrzegałbym przed łatwymi konkluzjami. Tak jak przestrzegam przed rozważaniami o „koszmarnej polskości” w konwencji – jak napisał Rafał Ziemkiewicz – szmoncesu, który pozwalał wysferzonym Żydom wyśmiewać chałatowych rodaków. Na zbiorowe postawy wpływ ma masa czynników. Można badać stan religijności, stopień zamożności, lokalne tradycje. Ale jest i coś nieuchwytnego, co powoduje, że dobro i zło sąsiadują ze sobą. Nieraz w tej samej okolicy, czasem w duszy tego samego człowieka.

W amerykańskim filmie „Rosewood” biali mieszkańcy miasteczka na Florydzie angażują się w pogrom murzyńskich sąsiadów. Historia jest autentyczna, z lat 20. W pewnym momencie chcą ruszyć w pościg na teren innego hrabstwa. A tam inni biali ludzie, podobni do nich, zatrzymują ich ze strzelbami.

– Nasi Murzyni są spokojni – oznajmiają. Dlaczego w jednej małej społeczności wygrało zło, w innej, sąsiedniej – dobro? Nie wiemy, ale tak bywa. Dlatego uwierzę w Polaków niosących tłumnie pomoc, i w innych, obdzierających zwłoki. Tak samo w Polaków wydających Żydów, i w Polaków ich ratujących – czasem jedno albo drugie robiły całe wsie. Nie ma się co oburzać, ale nie ma się też co podniecać, że zdemaskowaliśmy cechy narodowe. Jest w tym spora dawka tajemnicy.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oglądajcie to sto razy

29/02/2012

Ta historia tylko obiła mi się o uszy. Jako dziennikarz powinienem to sobie dziś wyrzucać. Za bardzo wtopiłem się w ogólną ciszę.

Poniedziałkowym wieczorem, po Teatrze Telewizji, TVP nadała reportaż „Ucieczka z raju”. Oto jak scharakteryzował go telewizyjny dodatek „Gazety Wyborczej”. „Głośna historia Nicoli – córeczki polskich emigrantów w Norwegii, odebranej rodzicom przez nadgorliwą opiekę społeczną. Film wpisuje się w dyskusję o działalności detektywa Rutkowskiego – to on wywiózł dziewczynkę do Polski”.

Norweska opieka społeczna była więc „nadgorliwa”. Problemem jest zaś detektyw Rutkowski, który odegrał w tych zdarzeniach taką rolę, że zorganizował ucieczkę dziecka odebranego rodzicom.

Zajrzałem do Internetu. Nikt nie przedstawił innej interpretacji zdarzeń niż ta z reportażu. Dziewczynkę zabrano, bo była osowiała w szkole, a była taka, bo umierała jej babcia. Z zaskoczenia zaaranżowano szybką akcję przekazania dziecka do adopcji. Nie wątpię, że gdyby „Wyborcza” znalazła cień dowodu, że historia wyglądała inaczej, ogłosiłaby ją. Bo to wielkie oskarżenie systemu, w którym państwo za nic ma rodzinę. Systemu, który „Wyborczej” się generalnie podoba.

Niewiele znajduję rzeczy straszniejszych, niż odebranie rodzicom dziecka. Tu cały przebieg zdarzeń świadczy o nagim bezprawiu, nawet jeśli zgodnym z norweskimi przepisami. O praktykach rodem z totalitaryzmu. Norwegii powinna z tego tytułu siedzieć na karku chmara obrońców praw człowieka. Nie siedzi. My sami referujemy historię szeptem. Żeby nie urazić „cywilizowanego państwa”. Gdyby rzecz dotyczyła geja dotkniętego dowcipem, a to co innego.

Nie jestem zwolennikiem poglądu, że dziecko należy do rodziców. Są sytuacje, gdy dziecko trzeba przed rodzicami bronić. Ale ono nie należy też do państwa. Każdy ruch, każda mina tej dziewczynki zaświadczały o tym, że wtrącono ją do więzienia. Przy współudziale zwykłych ludzi: nauczycieli, urzędników, rodziny zastępczej, która zgodziła się grać rolę klawiszy.

Donald Tusk chciał kiedyś sadzać polityków PO przed ekranem, żeby dla przestrogi patrzyli na płaczącą Sawicką. Niech pan posadzi swoją pełnomocnik ds. kobiet i innych zwolenników „postępu” z pana partii, aby oglądali ten reportaż. Może coś zrozumieją. Bo że prof. Środa nie zrozumie, to pewne.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zły czas dla konsumentów

22/02/2012

W sobotę odcięto mnie od świata. Nie mogłem dzwonić z komórki ani wysłać esemesa. Nie wpuszczało mnie do Internetu.

Pech chce, że i tu, i tu korzystam z tej samej firmy: T-Mobile. W niedzielę pognałem do punktu T-Mobile w centrum handlowym, przerażony: wzięto mnie za niesolidnego płatnika. Ale młodzi pracownicy obwieścili: jest awaria nadajników, my też nie możemy dzwonić. Za kilka godzin świat wróci do normy.

I komórka, i Internet to moje narzędzia pracy, także w weekendy. Dopiero późnym wieczorem telefon, ale nie Internet, zaczął czasem łączyć. Uderzyłem do konsultantów firmy. Pierwszy o awarii nie słyszał (choć w punkcie słyszeli), więc usiłował mi radzić, jak się logować. Rozłączyło nas – awaria wróciła. Rano w poniedziałek pani pouczyła, że „technicy mają na rozwiązanie problemu 60 godzin”. Po południu działał i Internet.

Nie narzekałem nigdy na T-Mobile, są mili, wybaczają obsuwy w płatnościach. Ostatnio sami zaproponowali tańszą taryfę – bym, jak powiedziano, nie uciekł do konkurencji. Jednak żadnej z obsługujących mnie osób tym razem nie przyszło do głowy powiedzieć w imieniu firmy „przepraszam”, choć przez dwa dni płaciłem abonament za nieistniejącą usługę. T-Mobile przysyła mi e-maile, gdy na czas nie płacę.  A tu ani słowa wyjaśnienia.

Owszem są gorsi, w Aster City, gdzie mam kablówkę, konsultant na moje protesty, że odejdę do konkurencji, obwieścił: nie odejdzie pan, właśnie kupiliśmy UPC. W T-Mobile jest sympatyczniej. Ale do zachodniej kultury daleko.

Źródeł można szukać różnych: od dziedzictwa PRL po przywołaną przez czekistowskiego konsultanta monopolizację rynku (w komórkach jest z tym lepiej niż w kablówkach). Winny jest pewnie i polski bałagan. Po dwóch dniach dostałem esemesa: „Zgłoszony problem techniczny został rozwiązany”. Możliwe, że w samej firmie awaria pozostała częściowo zjawiskiem tajemnym. W weekend się wypoczywa.

Ale powód jest poważniejszy. Taki, że i o przewagach Zachodu będziemy niedługo może mówić w czasie przeszłym. I ci młodzi konsultanci, i ich starsi szefowie stają się produktem nowej popkultury. Ona zakłada, że ma się raczej prawa niż obowiązki. Że się żąda, nie służy. Nie ma tu miejsca na kupiecką uprzejmość, kapitalizm bez kultury zaczyna przypominać realia z Barei. My mamy to wcześniej, bo u nas już komunizm zostawił spalone pole.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk w roli strusia

10/02/2012

Swój mocny spadek w dwóch sondażach – o 6 procent dla SMG KRC, o 9 dla TNS OBOP – politycy PO w pierwszym odruchu tłumaczyli podwyżkami cen benzyny (za co odpowiadać ma sytuacja międzynarodowa), mrozami (wszak to nie Tusk je zamówił) oraz zwyczajowym mniejszym zadowoleniem ludzi po Nowym Roku (co jest ponoć zjawiskiem socjologicznym).

Dorzucali jeszcze, cierpiętniczo, strach ludzi przed reformami – na przykład przed przesunięciem wieku emerytalnego.

W tej wersji partia rządząca jest ofiarą zbiegów okoliczności albo własnej bezkompromisowości. Na liście przyczyn nie od razu pojawiło się to, za co trzeba by się uderzyć w piersi – od karygodnej nieodpowiedzialności w sprawie listy leków refundowanych po żyrowanie umowy ACTA, której wagi rząd nie rozumiał. W końcu napomknął o tym rzecznik Graś. Dobre i to, ale…

Naturalnie pewnie nawet socjologom trudno odcedzić powody zasadnicze od drugorzędnych. I można zrozumieć, że Platforma zasłania się propagandą. Gorzej jeśli weźmie tę propagandę za rzeczywistość. I uzna: nie musimy się zmieniać.

A do zmiany jest wiele: lekowa zapaść to na przykład dorobek słabej minister zdrowia, którą Tusk podtrzymywał nieomal na siłę. W nowym rządzie jest podobnie: niektóre ministerstwa przypadły kandydatom słabym. Parę decyzji jawiło się jako żarty. Panie premierze, pora takich żartów się skończyła.

Z kolei klapa w sprawie  ACTA to połączenie czynników fundamentalnych – na przykład braku uwrażliwienia na problem swobód obywatelskich – i drobnych, choćby absurdalnego zwyczaju, że premier wynosi się na weekend do Trójmiasta i pozostawia kraj bez przywództwa. Przywództwo musi trwać siedem dni w tygodniu. A wrażliwości na swobody powinna pana nauczyć opinia publiczna. Właśnie się okazało, że polska demokracja, choć jawiła się jako fasadowa, nie jest fasadowa do końca.

Dołożyć też trzeba arogancję. Dopóki nie schowa pan premier głęboko takich ludzi, jak – tylko tym razem przytomny – Paweł Graś czy Stefan Niesiołowski, może się pan dziwić, że nie jest tak jak dawniej, gdy wystarczyło postraszyć złym Kaczyńskim.

Ale naturalnie problem leży nie tylko w socjotechnice. Także w realnych słabościach pańskiej ekipy. Pocieszanie się, że opozycja też jest nie na miarę, a do wyborów daleko, może się stać niedługo gestem strusia. Chowającego głowę w piasek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Maszyna poszła w ruch

09/02/2012

Temat reformy programów szkolnych autorstwa Katarzyny Hall wrócił na porządek dzienny.

Za sprawą „Dziennika Gazety Prawnej”, który niespodziewanie ogłosił, że od września znikają licea ogólnokształcące. Gazeta nie ma racji – byty pod nazwą „licea” będą działać w tych samych budynkach. I gazeta ma rację – ich „ogólnokształcącość” staje bowiem pod znakiem zapytania. Będą – poza pierwszą klasą – kompletami przygotowującymi do egzaminu  maturalnego.

Ale sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Mnóstwo ludzi, zwłaszcza w Internecie, odebrało wieści jako nowe. Co jest smutnym przyczynkiem do stopnia poinformowania i krótkiej pamięci wielu z nas.

Można się było przy tej okazji  przekonać o niszczącej roli  polaryzacji. Adam Leszczyński z „Wyborczej” jeszcze niedawno przytakiwał mi, że istnieje realny problem szkoły odciążonej nazbyt radykalnie od realnej wiedzy przez obecny rząd. Teraz moje kolejne uwagi skwitował swoimi: podobno w tej sprawie „łkam” oraz „rwę na sobie koszulę”. Uciekanie się do takiej retoryki to smutny przykład zmiany debaty w teatrzyk. Dowiedziałem się jeszcze, że szkoła będzie od teraz uczyła myślenia. Do tego trzeba było, jak widać, skasować historię w dwóch klasach liceum.

Nie mam już siły powtarzać tych samych argumentów, ale chciałbym przywołać nowy, który wielu obserwatorom reform Hallowej umyka. Konsekwencją posłania do szkół sześciolatków nie będzie, jak może wciąż sądzą niektórzy, wydłużenie o rok czasu nauki. Będzie nią przesunięcie tej nauki o rok do tyłu. Maturę będą robić osiemnastolatki. A to oznacza, że decyzje o swojej przyszłości będą musiały  podejmować szesnastolatki  – bo po pierwszej klasie trzeba się  będzie specjalizować, bardziej  ostatecznie niż dzisiaj.

Pomijając pytania, czy to nie za wcześnie na takie decyzje, informuję publiczność, że rząd wydłuża nam czas pracy o jeszcze jeden rok. Nie tylko pójść na emeryturę będzie można później, co może być nawet przedmiotem referendum, choć pewnie nie będzie. Także zaczynać trzeba będzie wcześniej.

Dobrze to czy źle? Minister Boni tłumaczył, że młodzi ludzie muszą się bardziej przyłożyć, aby zapracować na emerytury rodziców. Ale to fundamentalna decyzja, która wymaga gruntownej dyskusji. Czy wielu Polaków o niej wie? Gdzieś kiedyś o tym napisano. I starczy. Maszyna poszła w ruch.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Boga nie ma, Biedroń jest

31/01/2012

Jak mawiał mój dawny naczelny Tomasz Wołek – poseł Marek Suski ani mi brat, ani swat.

Na tle zaludniających politykę plastikowców, technik teatralny z Grójca jest postacią malowniczą. Ale jego styl budzi często rozbawienie graniczące z zakłopotaniem. Mówiąc językiem wewnątrzpisowskim: po prostu Susłow.

Gdy jednak minister Agnieszka  Kozłowska–Rajewicz występuje do Komisji Etyki Sejmu z oskarżeniem posła o „mowę nienawiści”, czuję dreszcz. W tej historii to młoda pani minister jest Susłowem. A był to w ZSRS symbol ideologicznego dogmatyzmu.

Nazwanie dorosłego człowieka „Murzynkiem” to mało zgrabny żart. Gdyby John Godson poczuł się urażony, mógłby z tym iść do komisji, bo tam się zgłasza nawet taką obrazę, którą zwykli ludzie nie zawracaliby sobie głowy. Ale gdy przychodzi z tym urzędnik z formułką wyjętą z kodeksu karnego, robi się niewesoło. To nazwać można „liberalnym totalitaryzmem”. Nie znam pani minister, ale mogę podejrzewać, że będzie urzędować z wdziękiem aktywistek z filmu „Seksmisja”.

Mamy do czynienia z prywatną rozmową. Podsłuchaną przez mikrofon, co może świadczyć o refleksie Suskiego, ale o czym jeszcze? A skoro pani Rajewicz z zetempowską pasją zamierza karać za takie rozmowy, pytam dlaczego ukarana nie zostanie posłanka PO, do której słowa o Murzynku były skierowane. Wszak widzieliśmy w telewizorach, że się nie oburzyła. Nie pobiegła z donosem.

Jest kłopot i z dowcipem Suskiego na temat gejów. Ten był wprawdzie publiczny, ale nie wiem, czy pani minister wie: „homofobii” jeszcze u nas nie spenalizowano. Naturalnie w razie potrzeby paragrafy się znajdą. Ale jednak wyprzedza pani epokę.

Karanie za żarty musi mieć naprawdę ważną przyczynę. Możliwe, że trzeba karać, gdy dotykają świętości. Ruch Palikota żąda zniesienia ochrony Boga przed bluźnierstwem, za to wzmocnienia ochrony posła Biedronia. Ich argument będzie taki: Boga nie ma, a Biedroń jak najbardziej jest (cóż to za wspaniała nowina!). Ale może to oznaczać przypisanie Biedroniowi przymiotów świętości. Człowiek bluźnierstwa obawiać się nie musi.

Że inicjatorem tej hucpy jest znany bojownik walki z chamstwem poseł Palikot, to już dygresja. Że partyjny kolega pani minister Stefan Niesiołowski właśnie nazwał zbuntowanych internautów „idiotami” – też.

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liberałowie kończą z własnością? Dziwne

25/01/2012

Mój znajomy opowiadał mi, jak to stacja telewizyjna w Irkucku nadała „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga zaledwie w kilka dni po premierze kinowej.

Emisja była upiększona takimi kwiatkami jak głowa widza przesuwająca się na tle wojennych scen. Kinowego widza. Takie były kulisy tego „cudu”.

Tę opowieść dedykuję Robertowi Gwiazdowskiemu, który wezwał nas wczoraj w tym miejscu do rozróżnienia między podróbką a powielaniem. I ogłosił, że tzw. ochrona własności intelektualnej to relikt kultury cenzorów, a dawniej było przecież inaczej.

W przypadku wspomnianej  rosyjskiej stacji nie mieliśmy do czynienia z podszywaniem się pod nikogo. Było przecież wiadomo, że to TEN „Szeregowiec Ryan” TEGO Spielberga. A jednak gdy oglądamy w rosyjskich telewizjach filmy z napisami rodem z polskich wypożyczalni wideo, mamy prawo uznać, że cokolwiek to wschodnie obyczaje.

Argument, że kiedyś własności intelektualnej nie chroniono, do mnie nie trafia. Kiedyś w państwach europejskich cała ziemia należała do władcy. Stopniowo obdarzał prawem własności poddanych. W Rosji były z tym kłopoty do końca. Czy znany ekonomiczny liberał Gwiazdowski ogłosi, że wobec tego wszystko powinno dziś być wspólne? Czyli państwowe?

To nie znaczy, że nie widzę w obecnej interpretacji pojęcia własności intelektualnej luk i kłopotów. Widzę, ale prosta deklaracja lewicowca Jacka Żakowskiego, że to jest tak jak z książkami w bibliotece, które wszyscy mogą sobie czytać, mnie nie zadowala. Wyobrażam sobie  Żakowskiego (który przynajmniej jest zgodny ze swą ideologią) czy Gwiazdowskiego (który szuka najwyraźniej popularności wśród internautów, bo cała sprawa dotyczy nieszczęsnej umowy ACTA), jak się zrzeka swoich honorariów. W imię powszechnej dostępności.

Mój głos nie jest głosem za tą  umową. Jako współgospodarz  internetowego portalu wPolityce.pl dostrzegam związane z niejasnymi zapisami tego aktu zagrożenia.  Bardzo rzadko zgadzam się  z „Wyborczą”, a tym razem prawna komentatorka tego organu Ewa  Siedlecka wyraziła i moje obawy. O stan obywatelskich wolności.

Ale krzyk: skończmy z uciążliwym prawem własności, wydaje mi się zbyt prosty. Na koniec jeszcze jedna wizja: pan Gwiazdowski inwestuje w dom, dba o posiadłość, a ja potem zasiedlam mu ogródek. Grodzenie przestrzeni jest przecież XVI-wieczne.

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podeptany autorytet Andrzeja Seremeta

19/01/2012

Kolejny dzień awantury wokół prokuratury wojskowej. Prezydent Komorowski bije rekord, szukając rozwiązania w sporze między Andrzejem Seremetem i Krzysztofem Parulskim w… mediacji. Przyjmując logikę kogoś, kto widząc bójkę na ulicy, rzuca dobrodusznie: chłopaki, nie bijcie się.

Pomińmy już pytanie, kto wojnę zaczął, i przejdźmy do kwestii ważniejszej. Czy gdyby szef prezydenckiej kancelarii zaatakował publicznie pana prezydenta, lekiem byłaby mediacja? A przypomnijmy: mimo nieco zawikłanych reakcji między prokuraturą wojskową i prokuraturą generalną naczelny prokurator wojskowy jest podwładnym prokuratora generalnego. Prezydent zachęca więc do anarchizacji życia publicznego. Urzędniku, wal w przełożonego, ile wlezie. Potem będziemy cię z nim godzić.

Są sytuacje, kiedy urzędnik ma prawo się zbuntować. Gdy trafi na ślad łamania prawa czy naruszania interesu publicznego. Tyle że Krzysztof Parulski ani chce, ani może nas do czegoś takiego przekonać.

Czy prezydent pochwala anarchię? Chce po prostu, obok prawa, przedstawić prokuraturę wojskową jako kawałek państwa, na którym jego wpływy liczą się bardziej niż formalne hierarchie. Czy robi to z ambicji, czy dla utożsamienia się z grupowym interesem, jaki reprezentują wojskowi prokuratorzy? Możliwe, że z każdego z tych powodów po trochu. Ale efektem jest – jak napisaliśmy już wczoraj – psucie państwa.

Dwuznaczne jest też stanowisko premiera, który musi się ponoć przekonać, że nowy szef wojskowej prokuratury będzie lepszy. Co więcej, nawet uwagi i Komorowskiego, i Tuska o tym, że awantura wymaga decyzji systemowych – czyli zmiany ustawy  – budzą wątpliwości. Po pierwsze, pytanie, kiedy one nastąpią. Zapewne nieprędko.

Po drugie, czy PO nie rzuci hasła: skoro zmieniły się kompetencje prokuratora generalnego, zmieńmy także osobę. Takiej argumentacji użyto, pozbawiając w 1995 roku Lecha Kaczyńskiego prezesury NIK. Naturalnym kandydatem na następcę  Seremeta byłby Edward  Zalewski, szef Krajowej Rady Prokuratury, człowiek  związany z obozem rządzącym. Już dziś prezydent odsyła do niego jako „mediatora”.

Możliwe, że to scenariusz hipotetyczny. Że zostanie po staremu. Ale już dziś obóz rządzący podeptał autorytet Seremeta. Choć to on przedstawiał niezależną prokuraturę jako receptę na naprawę wymiaru sprawiedliwości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop