Zły czas dla konsumentów

22/02/2012

W sobotę odcięto mnie od świata. Nie mogłem dzwonić z komórki ani wysłać esemesa. Nie wpuszczało mnie do Internetu.

Pech chce, że i tu, i tu korzystam z tej samej firmy: T-Mobile. W niedzielę pognałem do punktu T-Mobile w centrum handlowym, przerażony: wzięto mnie za niesolidnego płatnika. Ale młodzi pracownicy obwieścili: jest awaria nadajników, my też nie możemy dzwonić. Za kilka godzin świat wróci do normy.

I komórka, i Internet to moje narzędzia pracy, także w weekendy. Dopiero późnym wieczorem telefon, ale nie Internet, zaczął czasem łączyć. Uderzyłem do konsultantów firmy. Pierwszy o awarii nie słyszał (choć w punkcie słyszeli), więc usiłował mi radzić, jak się logować. Rozłączyło nas – awaria wróciła. Rano w poniedziałek pani pouczyła, że „technicy mają na rozwiązanie problemu 60 godzin”. Po południu działał i Internet.

Nie narzekałem nigdy na T-Mobile, są mili, wybaczają obsuwy w płatnościach. Ostatnio sami zaproponowali tańszą taryfę – bym, jak powiedziano, nie uciekł do konkurencji. Jednak żadnej z obsługujących mnie osób tym razem nie przyszło do głowy powiedzieć w imieniu firmy „przepraszam”, choć przez dwa dni płaciłem abonament za nieistniejącą usługę. T-Mobile przysyła mi e-maile, gdy na czas nie płacę.  A tu ani słowa wyjaśnienia.

Owszem są gorsi, w Aster City, gdzie mam kablówkę, konsultant na moje protesty, że odejdę do konkurencji, obwieścił: nie odejdzie pan, właśnie kupiliśmy UPC. W T-Mobile jest sympatyczniej. Ale do zachodniej kultury daleko.

Źródeł można szukać różnych: od dziedzictwa PRL po przywołaną przez czekistowskiego konsultanta monopolizację rynku (w komórkach jest z tym lepiej niż w kablówkach). Winny jest pewnie i polski bałagan. Po dwóch dniach dostałem esemesa: „Zgłoszony problem techniczny został rozwiązany”. Możliwe, że w samej firmie awaria pozostała częściowo zjawiskiem tajemnym. W weekend się wypoczywa.

Ale powód jest poważniejszy. Taki, że i o przewagach Zachodu będziemy niedługo może mówić w czasie przeszłym. I ci młodzi konsultanci, i ich starsi szefowie stają się produktem nowej popkultury. Ona zakłada, że ma się raczej prawa niż obowiązki. Że się żąda, nie służy. Nie ma tu miejsca na kupiecką uprzejmość, kapitalizm bez kultury zaczyna przypominać realia z Barei. My mamy to wcześniej, bo u nas już komunizm zostawił spalone pole.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk w roli strusia

10/02/2012

Swój mocny spadek w dwóch sondażach – o 6 procent dla SMG KRC, o 9 dla TNS OBOP – politycy PO w pierwszym odruchu tłumaczyli podwyżkami cen benzyny (za co odpowiadać ma sytuacja międzynarodowa), mrozami (wszak to nie Tusk je zamówił) oraz zwyczajowym mniejszym zadowoleniem ludzi po Nowym Roku (co jest ponoć zjawiskiem socjologicznym).

Dorzucali jeszcze, cierpiętniczo, strach ludzi przed reformami – na przykład przed przesunięciem wieku emerytalnego.

W tej wersji partia rządząca jest ofiarą zbiegów okoliczności albo własnej bezkompromisowości. Na liście przyczyn nie od razu pojawiło się to, za co trzeba by się uderzyć w piersi – od karygodnej nieodpowiedzialności w sprawie listy leków refundowanych po żyrowanie umowy ACTA, której wagi rząd nie rozumiał. W końcu napomknął o tym rzecznik Graś. Dobre i to, ale…

Naturalnie pewnie nawet socjologom trudno odcedzić powody zasadnicze od drugorzędnych. I można zrozumieć, że Platforma zasłania się propagandą. Gorzej jeśli weźmie tę propagandę za rzeczywistość. I uzna: nie musimy się zmieniać.

A do zmiany jest wiele: lekowa zapaść to na przykład dorobek słabej minister zdrowia, którą Tusk podtrzymywał nieomal na siłę. W nowym rządzie jest podobnie: niektóre ministerstwa przypadły kandydatom słabym. Parę decyzji jawiło się jako żarty. Panie premierze, pora takich żartów się skończyła.

Z kolei klapa w sprawie  ACTA to połączenie czynników fundamentalnych – na przykład braku uwrażliwienia na problem swobód obywatelskich – i drobnych, choćby absurdalnego zwyczaju, że premier wynosi się na weekend do Trójmiasta i pozostawia kraj bez przywództwa. Przywództwo musi trwać siedem dni w tygodniu. A wrażliwości na swobody powinna pana nauczyć opinia publiczna. Właśnie się okazało, że polska demokracja, choć jawiła się jako fasadowa, nie jest fasadowa do końca.

Dołożyć też trzeba arogancję. Dopóki nie schowa pan premier głęboko takich ludzi, jak – tylko tym razem przytomny – Paweł Graś czy Stefan Niesiołowski, może się pan dziwić, że nie jest tak jak dawniej, gdy wystarczyło postraszyć złym Kaczyńskim.

Ale naturalnie problem leży nie tylko w socjotechnice. Także w realnych słabościach pańskiej ekipy. Pocieszanie się, że opozycja też jest nie na miarę, a do wyborów daleko, może się stać niedługo gestem strusia. Chowającego głowę w piasek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Maszyna poszła w ruch

09/02/2012

Temat reformy programów szkolnych autorstwa Katarzyny Hall wrócił na porządek dzienny.

Za sprawą „Dziennika Gazety Prawnej”, który niespodziewanie ogłosił, że od września znikają licea ogólnokształcące. Gazeta nie ma racji – byty pod nazwą „licea” będą działać w tych samych budynkach. I gazeta ma rację – ich „ogólnokształcącość” staje bowiem pod znakiem zapytania. Będą – poza pierwszą klasą – kompletami przygotowującymi do egzaminu  maturalnego.

Ale sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Mnóstwo ludzi, zwłaszcza w Internecie, odebrało wieści jako nowe. Co jest smutnym przyczynkiem do stopnia poinformowania i krótkiej pamięci wielu z nas.

Można się było przy tej okazji  przekonać o niszczącej roli  polaryzacji. Adam Leszczyński z „Wyborczej” jeszcze niedawno przytakiwał mi, że istnieje realny problem szkoły odciążonej nazbyt radykalnie od realnej wiedzy przez obecny rząd. Teraz moje kolejne uwagi skwitował swoimi: podobno w tej sprawie „łkam” oraz „rwę na sobie koszulę”. Uciekanie się do takiej retoryki to smutny przykład zmiany debaty w teatrzyk. Dowiedziałem się jeszcze, że szkoła będzie od teraz uczyła myślenia. Do tego trzeba było, jak widać, skasować historię w dwóch klasach liceum.

Nie mam już siły powtarzać tych samych argumentów, ale chciałbym przywołać nowy, który wielu obserwatorom reform Hallowej umyka. Konsekwencją posłania do szkół sześciolatków nie będzie, jak może wciąż sądzą niektórzy, wydłużenie o rok czasu nauki. Będzie nią przesunięcie tej nauki o rok do tyłu. Maturę będą robić osiemnastolatki. A to oznacza, że decyzje o swojej przyszłości będą musiały  podejmować szesnastolatki  – bo po pierwszej klasie trzeba się  będzie specjalizować, bardziej  ostatecznie niż dzisiaj.

Pomijając pytania, czy to nie za wcześnie na takie decyzje, informuję publiczność, że rząd wydłuża nam czas pracy o jeszcze jeden rok. Nie tylko pójść na emeryturę będzie można później, co może być nawet przedmiotem referendum, choć pewnie nie będzie. Także zaczynać trzeba będzie wcześniej.

Dobrze to czy źle? Minister Boni tłumaczył, że młodzi ludzie muszą się bardziej przyłożyć, aby zapracować na emerytury rodziców. Ale to fundamentalna decyzja, która wymaga gruntownej dyskusji. Czy wielu Polaków o niej wie? Gdzieś kiedyś o tym napisano. I starczy. Maszyna poszła w ruch.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Boga nie ma, Biedroń jest

31/01/2012

Jak mawiał mój dawny naczelny Tomasz Wołek – poseł Marek Suski ani mi brat, ani swat.

Na tle zaludniających politykę plastikowców, technik teatralny z Grójca jest postacią malowniczą. Ale jego styl budzi często rozbawienie graniczące z zakłopotaniem. Mówiąc językiem wewnątrzpisowskim: po prostu Susłow.

Gdy jednak minister Agnieszka  Kozłowska–Rajewicz występuje do Komisji Etyki Sejmu z oskarżeniem posła o „mowę nienawiści”, czuję dreszcz. W tej historii to młoda pani minister jest Susłowem. A był to w ZSRS symbol ideologicznego dogmatyzmu.

Nazwanie dorosłego człowieka „Murzynkiem” to mało zgrabny żart. Gdyby John Godson poczuł się urażony, mógłby z tym iść do komisji, bo tam się zgłasza nawet taką obrazę, którą zwykli ludzie nie zawracaliby sobie głowy. Ale gdy przychodzi z tym urzędnik z formułką wyjętą z kodeksu karnego, robi się niewesoło. To nazwać można „liberalnym totalitaryzmem”. Nie znam pani minister, ale mogę podejrzewać, że będzie urzędować z wdziękiem aktywistek z filmu „Seksmisja”.

Mamy do czynienia z prywatną rozmową. Podsłuchaną przez mikrofon, co może świadczyć o refleksie Suskiego, ale o czym jeszcze? A skoro pani Rajewicz z zetempowską pasją zamierza karać za takie rozmowy, pytam dlaczego ukarana nie zostanie posłanka PO, do której słowa o Murzynku były skierowane. Wszak widzieliśmy w telewizorach, że się nie oburzyła. Nie pobiegła z donosem.

Jest kłopot i z dowcipem Suskiego na temat gejów. Ten był wprawdzie publiczny, ale nie wiem, czy pani minister wie: „homofobii” jeszcze u nas nie spenalizowano. Naturalnie w razie potrzeby paragrafy się znajdą. Ale jednak wyprzedza pani epokę.

Karanie za żarty musi mieć naprawdę ważną przyczynę. Możliwe, że trzeba karać, gdy dotykają świętości. Ruch Palikota żąda zniesienia ochrony Boga przed bluźnierstwem, za to wzmocnienia ochrony posła Biedronia. Ich argument będzie taki: Boga nie ma, a Biedroń jak najbardziej jest (cóż to za wspaniała nowina!). Ale może to oznaczać przypisanie Biedroniowi przymiotów świętości. Człowiek bluźnierstwa obawiać się nie musi.

Że inicjatorem tej hucpy jest znany bojownik walki z chamstwem poseł Palikot, to już dygresja. Że partyjny kolega pani minister Stefan Niesiołowski właśnie nazwał zbuntowanych internautów „idiotami” – też.

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liberałowie kończą z własnością? Dziwne

25/01/2012

Mój znajomy opowiadał mi, jak to stacja telewizyjna w Irkucku nadała „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga zaledwie w kilka dni po premierze kinowej.

Emisja była upiększona takimi kwiatkami jak głowa widza przesuwająca się na tle wojennych scen. Kinowego widza. Takie były kulisy tego „cudu”.

Tę opowieść dedykuję Robertowi Gwiazdowskiemu, który wezwał nas wczoraj w tym miejscu do rozróżnienia między podróbką a powielaniem. I ogłosił, że tzw. ochrona własności intelektualnej to relikt kultury cenzorów, a dawniej było przecież inaczej.

W przypadku wspomnianej  rosyjskiej stacji nie mieliśmy do czynienia z podszywaniem się pod nikogo. Było przecież wiadomo, że to TEN „Szeregowiec Ryan” TEGO Spielberga. A jednak gdy oglądamy w rosyjskich telewizjach filmy z napisami rodem z polskich wypożyczalni wideo, mamy prawo uznać, że cokolwiek to wschodnie obyczaje.

Argument, że kiedyś własności intelektualnej nie chroniono, do mnie nie trafia. Kiedyś w państwach europejskich cała ziemia należała do władcy. Stopniowo obdarzał prawem własności poddanych. W Rosji były z tym kłopoty do końca. Czy znany ekonomiczny liberał Gwiazdowski ogłosi, że wobec tego wszystko powinno dziś być wspólne? Czyli państwowe?

To nie znaczy, że nie widzę w obecnej interpretacji pojęcia własności intelektualnej luk i kłopotów. Widzę, ale prosta deklaracja lewicowca Jacka Żakowskiego, że to jest tak jak z książkami w bibliotece, które wszyscy mogą sobie czytać, mnie nie zadowala. Wyobrażam sobie  Żakowskiego (który przynajmniej jest zgodny ze swą ideologią) czy Gwiazdowskiego (który szuka najwyraźniej popularności wśród internautów, bo cała sprawa dotyczy nieszczęsnej umowy ACTA), jak się zrzeka swoich honorariów. W imię powszechnej dostępności.

Mój głos nie jest głosem za tą  umową. Jako współgospodarz  internetowego portalu wPolityce.pl dostrzegam związane z niejasnymi zapisami tego aktu zagrożenia.  Bardzo rzadko zgadzam się  z „Wyborczą”, a tym razem prawna komentatorka tego organu Ewa  Siedlecka wyraziła i moje obawy. O stan obywatelskich wolności.

Ale krzyk: skończmy z uciążliwym prawem własności, wydaje mi się zbyt prosty. Na koniec jeszcze jedna wizja: pan Gwiazdowski inwestuje w dom, dba o posiadłość, a ja potem zasiedlam mu ogródek. Grodzenie przestrzeni jest przecież XVI-wieczne.

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podeptany autorytet Andrzeja Seremeta

19/01/2012

Kolejny dzień awantury wokół prokuratury wojskowej. Prezydent Komorowski bije rekord, szukając rozwiązania w sporze między Andrzejem Seremetem i Krzysztofem Parulskim w… mediacji. Przyjmując logikę kogoś, kto widząc bójkę na ulicy, rzuca dobrodusznie: chłopaki, nie bijcie się.

Pomińmy już pytanie, kto wojnę zaczął, i przejdźmy do kwestii ważniejszej. Czy gdyby szef prezydenckiej kancelarii zaatakował publicznie pana prezydenta, lekiem byłaby mediacja? A przypomnijmy: mimo nieco zawikłanych reakcji między prokuraturą wojskową i prokuraturą generalną naczelny prokurator wojskowy jest podwładnym prokuratora generalnego. Prezydent zachęca więc do anarchizacji życia publicznego. Urzędniku, wal w przełożonego, ile wlezie. Potem będziemy cię z nim godzić.

Są sytuacje, kiedy urzędnik ma prawo się zbuntować. Gdy trafi na ślad łamania prawa czy naruszania interesu publicznego. Tyle że Krzysztof Parulski ani chce, ani może nas do czegoś takiego przekonać.

Czy prezydent pochwala anarchię? Chce po prostu, obok prawa, przedstawić prokuraturę wojskową jako kawałek państwa, na którym jego wpływy liczą się bardziej niż formalne hierarchie. Czy robi to z ambicji, czy dla utożsamienia się z grupowym interesem, jaki reprezentują wojskowi prokuratorzy? Możliwe, że z każdego z tych powodów po trochu. Ale efektem jest – jak napisaliśmy już wczoraj – psucie państwa.

Dwuznaczne jest też stanowisko premiera, który musi się ponoć przekonać, że nowy szef wojskowej prokuratury będzie lepszy. Co więcej, nawet uwagi i Komorowskiego, i Tuska o tym, że awantura wymaga decyzji systemowych – czyli zmiany ustawy  – budzą wątpliwości. Po pierwsze, pytanie, kiedy one nastąpią. Zapewne nieprędko.

Po drugie, czy PO nie rzuci hasła: skoro zmieniły się kompetencje prokuratora generalnego, zmieńmy także osobę. Takiej argumentacji użyto, pozbawiając w 1995 roku Lecha Kaczyńskiego prezesury NIK. Naturalnym kandydatem na następcę  Seremeta byłby Edward  Zalewski, szef Krajowej Rady Prokuratury, człowiek  związany z obozem rządzącym. Już dziś prezydent odsyła do niego jako „mediatora”.

Możliwe, że to scenariusz hipotetyczny. Że zostanie po staremu. Ale już dziś obóz rządzący podeptał autorytet Seremeta. Choć to on przedstawiał niezależną prokuraturę jako receptę na naprawę wymiaru sprawiedliwości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosyjski dogmat

18/01/2012

W sprawie smoleńskiej pozostaję agnostykiem. Czyli kimś, kto mówi: nie jestem pewien. Nie ogłoszę półtora roku po katastrofie, że nagle dostrzegłem: to zamach, bo Rosjanie wszystko blokują. Mogą bronić w ten sposób zbrodni. Ale mogą też bronić „tylko” zbrodniczej głupoty.

Tym się różnię od wielu innych agnostyków, że nie powiem: zajmijmy się czym innym. Przeciwnie, nie przestanę tej sprawy uważać za jeden  z  najważniejszych sprawdzianów  dla polskiego państwa.

Widzę paradoks pierwotnego wyboru rządu Tuska: albo odrzucić fikcję częściowo wspólnego dochodzenia i nie dopuścić, aby oszczerstwa o polskim pijanym generale poszły w pierwszej chwili na polskie konto. Albo się dostosować i wyrywać strzępy dowodów. Tylko że dziś cnota została utracona, a zyski niewielkie. Zresztą ten paradoks to już historia. Wiele więcej dowodów od Rosjan nie dostaniemy. A na pewno nie dostaniemy, milcząc. Żałosna historia z pociętym wrakiem pokazuje to jak na dłoni. Nawet eksperci lotniczy przywołani w TVP przez Tomasza Lisa ogłosili, że niszczy się dowód. Ale rząd milczy.

I nas także się przekonuje, skądinąd bardzo wrzaskliwie, żebyśmy milczeli. Gdyby prawdziwa „smoleńska sekta” (copyright by bloger Rybitzky z Salonu 24) połowę energii zużytej na wspieranie rosyjskiej wersji zużyła na naciskanie Rosjan, świat by się zatrząsł. Dlaczego nie zużywa?

Marcin Wojciechowski z „Gazety Wyborczej” dziwi się: „Rzeczpospolita” miała już być „centrowa”, a oburza się na znieważenie czci generała Błasika. Jak rozumiem, dla komentatora generał w kokpicie to wersja lewicowo-liberalno-centrowa. Lewicowo-liberalne jest krycie Rosjan. Prawicowe – domaganie się od nich czegokolwiek.

Co do głosu generała Rosjanie  mogli się pomylić, przekonuje  Wojciechowski. I dalejże bronić  tezy o jego obecności w kokpicie na podstawie „ułożenia ciał”. A skąd pan wie o tym? Nie od Rosjan? To może i tym razem się „pomylili”?

Pytania o to, czy dziennikarz jest specjalistą od ułożenia ciał po katastrofach, nie zadam. Bo otrzymam odpowiedź w stylu redaktor Kublik: generała nie słyszeliśmy, ale mógł tam być. Ale skoro tak, przyznajcie, że tam mogło się zdarzyć prawie wszystko. Tyle że wy chcecie, aby Rosjanie i polskie władze wreszcie odetchnęły. Prawda o generale Błasiku jest względna. Reszta to dogmat. Rosyjski.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Realizm mało realistyczny

11/01/2012

W naszej polityce wszystko jest tak surrealistyczne, z kryzysem prokuratorskim na czele, że potrzebujemy realizmu. Czy jednak takiego, jakiego naucza nas w weekendowej „Rzeczpospolitej” Andrzej Talaga? Zachwalający Europę, że z korzyścią dla Polski odwleka upadek reżimu Łukaszenki, pompując weń pieniądze.

Dylematy Talaga zbywa połówką zdania. „Można oburzać się na państwa UE za podwójną moralność”. Druga połówka to już zachwyt.

Ta „podwójna moralność” odbiera wymachiwaniu prawami człowieka jakikolwiek sens. To ma wbrew pozorom wymiar praktyczny. Rzecz nie dotyczy odległego egzotycznego kraju, o którym moglibyśmy mówić, że przynależy do innego kręgu wartości. Ale państwa białoruskiego, które robi straszne rzeczy przy naszej granicy. Czy to nie ma wpływu na nic? Na nas?

Historia skazania byłej premier u innego naszego sąsiada pokazuje, że ruch w naszym regionie niekoniecznie odbywa się w jedną stronę: demokratyczną. Czy jesteśmy pewni, że polscy prokuratorzy, którzy wystawili białoruskiego opozycjonistę ichniemu KGB, będą bardzo wrażliwi na praworządnościowe standardy u nas? Ja nie jestem. O altruizmie nie wspominam, bo zostanę wyśmiany.

Także w innej sferze realizm Talagi jawi się jako nie do końca… realistyczny. Tłumaczy on, że podtrzymując Łukaszenkę, unikniemy rosyjskiej kontroli nad Białorusią. Lub rozpadu tego państwa i wstrząsów za miedzą. I zarazem wykazuje, że obie te rzeczy już się dzieją. Rosja mocno tam weszła, przejmując własność, bo szantażuje sąsiada surowcami. A system i tak się rozpada pod naporem ekonomicznych kłopotów.

Może więc reżim padnie, ale przy naszych staraniach, aby go podtrzymać? Albo wpadnie w łapy Rosji niejako za europejskie pieniądze? Naturalnie zawsze możemy twierdzić, że groziło coś gorszego. Tak twierdzili zachodni znawcy komunizmu sądzący, że kredyty uratują gierkowską Polskę przed niepokojami. A ambasador USA jeszcze w 1989 roku radził nam, aby wybrać na prezydenta Jaruzelskiego.

Może taka filozofia i ma, do czasu, jakiś sens, Polacy, żeby się zbuntować, musieli się trochę wzbogacić. Ale Białorusini już dawno przestali się bogacić. Może bogaci się jeszcze dyktator.

A jeśli cnotę stracimy, a zyskamy… Co? Na pewno zyskają firmy handlujące z Łukaszenką. Berlusconi, ich eksponent, przynajmniej nie podpierał się frazesami.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liudiej u nas mnogo – maksyma Tuska

04/01/2012

Nim Rosjan wzięto u nas pod ochronę politycznej poprawności, przypisywano im lapidarny pogląd: „liudiej u nas mnogo”.

To postawa typowa nie tylko dla Rosji, ale też dla wszystkich cywilizacji kolektywistycznych, kojarzonych raczej z kierunkiem wschodnim. Dla zachodnich demokracji typowe ma być inne stanowisko; każdy jest ważny, dbamy o życie i zdrowie najpośledniejszej jednostki. Można dyskutować, czy Zachód konsekwentnie się tego trzymał. Dziś raczej się trzyma. A my?

W tej chwili waży się nasza przynależność do Wschodu lub Zachodu. Codziennie telewizje pokazują  pacjentów peregrynujących  z apteki do apteki. Pojawiają się chore dzieci i ludzie z nowotworami przekonywani przez farmaceutów, aby wracali do lekarza. I rzecznik praw pacjenta, która zamiast bić na alarm, wyraziła przypuszczenie, że jakiś aptekarz w końcu się zlituje.

W sylwestra premier zapowiedział konsekwencje wobec opornych lekarzy, ale nie powiedział jakie i poszedł się bawić. Po Nowym Roku minister Arłukowicz dorzucił do pieca, zwracając uwagę, że niektórzy lekarze odmawiają właściwych pieczątek dla zasady, bo na przykład wszystkie dzieci i emeryci są ubezpieczeni. A jednak pytany o rozwiązania trochę pogroził, ale też wyraził nadzieję, że system się dotrze, że potrzeba czasu.

Panie ministrze, pan i premier czas macie. Do wyborów daleko. Myśli pan, przecież wrażliwy lekarz, że ma go chory na raka odwiedzający dziesięć aptek? W tym przypadku nadzieja, że już za kilka dni, że lekarze zmiękną, że więcej aptek podpisze umowy z NFZ, to hołdowanie zasadzie „liudiej u nas mnogo”. Jeśli choć jeden człowiek między powiedzmy 1 a 5 stycznia miał ponieść uszczerbek na zdrowiu z powodu tego bałaganu, demokratyczna władza powinna stawać na rzęsach, aby go ratować.

Jak? Albo lekarze łamią prawo i władza już od początku roku powinna przystępować do represji (nie żartuję, to jest igranie ludzkim życiem). Albo prawa nie łamią, mają rację, i władza powinna siedzieć z nimi przy stole już w Nowy Rok. Niezawodnemu Jackowi Żakowskiemu groźne miny Donalda Tuska skojarzyły się z IV RP. A ja widziałem je dziesiątki razy u Tuska właśnie.

Tylko że tym minom bez pokrycia można przeciwstawić ciemną liczbę tych, co już ucierpieli. Że nie znamy danych? A znaliśmy liczbę ludzi, którzy przez wyłączone telefony  13 grudnia 1981 nie doczekali się pogotowia?

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dylematy człowieka XXI wieku

28/12/2011

Otworzyłem się na technikę. Po epoce nieufności wobec automatów z biletami miejskiej komunikacji wręcz rzucam się do tych urządzeń, wprawnym ruchem bębnię palcem w ekranik, wydaję komendy. I sypię tym smokom w paszczę garść bilonu.

Ale spóźniona miłość okazała się jednostronna. Średnio co trzecia moneta wpada jedną szparą, wylatuje drugą. Odbywa się widowisko: człowiek zgromadził 3,60 zł (jeden bilet) albo 7,20 zł (dwa bilety), ale efekt zawsze niepewny. Bilon wybrakowany, biletomat niesprawny? Pytanie godne człowieka XXI wieku.

Zbiegło się to z innym zjawiskiem: wiele kiosków w Warszawie nie ma jak na komendę biletów. Kiedy oponuję, że tyle lat tradycji idzie na marne, kioskarka puka się w głowę i odsyła do biletomatów. A tam wojna z bilonem!

Do kogo składać reklamacje? Za komunikację miejską odpowiada prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz, ale i za biletomaty, i za bilety w kioskach zapewne bardzo pośrednio: poprzez komunalne firmy, których nazw często nie pamiętamy. Pomysł, aby obciążać panią prezydent odpowiedzialnością za te samodzielne byty (nawet jeśli z szefami z politycznych nominacji), równy jest innemu absurdowi. Zamiarowi rozliczania polityków z łatania dziur w jezdni. Albo z odśnieżania zimą ulic (w tym roku na szczęście nieaktualne).

Wiem, że mam być dumny z właśnie wyremontowanego Dworca Centralnego. Pojechałem, widziałem. Kiedyś przy zejściu na każdy peron można było znaleźć rozkład jazdy. Teraz ich nie ma, trzeba zjechać na sam peron, co jest trudne, bo schody ruchome przeważnie nieczynne. No ale ledwie po paru tygodniach nowy rozkład znowu ma się zmieniać. Może więc nie ma po co go wieszać?

Jest za to na staro-nowym dworcu ubikacja ze wstępem chronionym przez automatyczną bramkę. Byłem świadkiem sceny: pieniążek przelatywał, znękany klient czekał. W końcu interweniowała pani ze szmatą. Jakoś otworzyła.

Chyba za wcześnie ogłaszać w Polsce triumf techniki. Ale jedno ogłośmy: tak jak pani prezydent nie ma nic wspólnego z biletami, tak minister Sławomir Nowak, nowoczesny, XXI-wieczny, nie może być łączony z automatycznie (nie)otwieraną toaletą. Nawet jeśli nie mamy prywatnej komunikacji miejskiej ani prywatnych kolei. Teraz jedni napiszą, że się czepiam czegoś, co jest nieuniknione jak pogoda, a inni – że patologicznie nienawidzę PO.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop