To nasz Kapelusznik

16/05/2012

- Nie zgrzałeś się, syneczku? – spytała mama damskiego boksera w peerelowskim kawale. Dokładnie tak wyglądają reakcje na wyczyn Stefana Niesiołowskiego.

Polityk nie pobił dziennikarki. On jej „jedynie” naubliżał. Zabawne, ale kampanię w obronie Niesiołowskiego prowadzą ci sami ludzie, którzy przez lata każde skrzywienie ust polityka, z reguły PiS, w kontaktach z mediami, uznawali za zbrodnię. Dziś nagle odkrywają, że kłopotem są podsuwane mikrofony i natrętne kamery (pojawiły się, jak wiadomo, dopiero wraz z Ewą Stankiewicz).

Wojciech Maziarski przypomina, że broniłem prawa Adama Bielana do rozmowy z wybranymi mediami. A teraz odmawiam tego prawa Niesiołowskiemu. Ale Bielan nie nawymyślał Teresie Torańskiej od platformerskich ścierw. Przeciwnie, bezskutecznie dobijał się kontaktu –  z nią i tymi, co opublikowali jego słowa w „Newsweeku”. Jak petent. W przypadku Niesiołowskiego wystarczyłby krok w tył do sejmowego hotelu i nie byłby nagabywany. On wybrał agresję, pewien swojej bezkarności. To nie jest debata o relacjach media –  politycy. To debata o nierówności. Kolejna.

Powiedzenie: Niesiołowski wybrał agresję, doprasza się dodatkowego komentarza. Obserwowałem niedawno jego występ telewizyjny –  te wytrzeszczone oczy, nagłe pokrzykiwania na innych. Politycy PO przedstawiają kolegę jako impulsywnego poczciwinę. A ja widzę dziecko z księżycowym uśmiechem wyrywające muszkom skrzydełka. Stare dziecko i coraz dziwaczniejsze.

Ale i tacy ludzie wyczuwają, co im wolno, a czego już nie. A są i koledzy, ci sprzed sejmowego hotelu, przemawiający w tonie: „Nie zgrzałeś się, Stefanku?”, i ci od późniejszych usprawiedliwień. Ktoś go zrobił wicemarszałkiem, ktoś nie widział niczego niezwykłego w tym, że człowiek, który ze śliną na wargach wygłasza monotonnie obelgi, jest reprezentantem partii rządzącej w najpoważniejszych debatach.

Pytam o to Jarosława Gowina, Antoniego Mężydłę, Bogdana Borusewicza. Pytam kolegę z NZS Grzegorza Schetynę. Poetę Rafała Grupińskiego i dawną bojowniczkę antykorupcyjną Julię Piterę. Czy towarzystwo Zwariowanego Kapelusznika nie ośmiesza i was? Ośmieszył was w końcu wasz lider, któremu wyszło pewnie z fokusów, że tym razem to nie przejdzie. Zostaliście sami z odruchem: kryć za wszelką cenę. Bo to nasz Kapelusznik!

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zostawcie ludzi sukcesu

15/05/2012

Pomysł, aby zlikwidować specjalny status Muzeum Powstania Warszawskiego, gwarantowany przez Radę Powierniczą, ma oczywisty cel. Gdy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz będzie mogła odwołać dyrektora Muzeum, dlaczego PO nie miałaby zagarnąć z czasem i tego stanowiska?

Może obecny dyrektor Jan Ołdakowski dostanie propozycję akcesu do obozu rządzącego. W Krakowie dyrektorka jednego z muzeów w taki właśnie sposób uratowała swoją posadę. Jednak Ołdakowski, niedawno poseł PiS, a potem PJN, chyba na taki dyktat nie przystanie. Dopiero co w prasowym wywiadzie krytykował rząd Tuska.

Jeśli zaś nie dojdzie do wymuszonego transferu, ta zmiana kadrowa zapewne nastąpi. Może nie od razu, żeby nie przyznawać, że chodzi o coś więcej niż zwiększenie bieżącego wpływu warszawskiego samorządu na działającą na jego terenie placówkę. Smutne, że uczestniczy w procesie zmiany statutu rząd. Niedawno resort kultury uznawał muzea z takimi radami powierniczymi za zalecany model.

Powie ktoś: co w tym dziwnego? Partia rządząca ma prawo kontrolować wszystko na obszarze, na którym wygrała wybory, a najlepszy dyrektor nie powinien być dyrektorem dożywotnim. To zwykła kolej rzeczy.

Rzecz w tym, że Ołdakowski mógłby być z powodzeniem dyrektorem dożywotnim, chyba że sam, jak czasem zapowiadał, wziąłby się za nową muzealną przygodę. Takie imponujące kariery w muzealnictwie, także i polskim, to nic nadzwyczajnego.

A przypomnijmy: to nie jest szef przyniesiony w teczce, lecz twórca tej instytucji. Który zaprogramował ją na tyle świetnie, że stała się sukcesem nie tylko w dziedzinie wartości – także komercyjnym. I który czuje ją nadal. Czuje na tyle, że wciąż walą tam tłumy. W roku 2010 był to hit – jako największą atrakcję Warszawy wskazywało Muzeum 40 procent ankietowanych Polaków.

Ołdakowski i jego zastępcy – Dariusz Gawin i Paweł Ukielski – to twórcy sukcesu. Jeśli mieliby zapłacić za to, że są z nie tego rozdania, byłaby to niedobra lekcja. Podobnie jak złą lekcją będzie odrzucenie przez władze Warszawy pomysłu budowy przed tym Muzeum pomnika Lecha Kaczyńskiego. To on był jego pomysłodawcą, on postawił na odpowiednich ludzi. Nie odbierajmy mu tego miejsca po śmierci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy pani minister odważy się być faszystką

09/05/2012

Po to, żeby komentować, nie trzeba mieć minimalnej wiedzy o tym, co się komentuje. Po to, żeby komentować, nie trzeba mieć minimalnej wiedzy o tym, co się komentuje. Nie zdziwiła mnie przeto opinia Magdaleny Środy, która w najnowszej „Wyborczej” tak pisze o protestach w obronie historii w liceach: „Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że związkowcy (głodujący?), Bronek Wildstein, żołnierze AK i piosenkarz Paweł Kukiz odniosą swoje wielkie zwycięstwo. Siermiężny model wykładania historii pozostanie nienaruszony”.

Środa potwierdza moją tezę, że nie jest to, jak chcieliby pięknoduchowscy rzecznicy tzw. reformy programowej, spór o to, jak lepiej uczyć. Że za „reformą” kryje się intencja ideologiczna: rozbicia tradycyjnej szkoły. Jednak co do faktów Środa myli się dokumentnie. Ta „reforma” weszła w życie trzy lata temu, przeszła już klasy gimnazjalne i wręcz nie można jej, przynajmniej w stosunku do paru roczników, cofnąć. Można ją najwyżej korygować, ale w ramach nowej logiki.

Dziwnie się czuję, informując profesor, że to ona wygrała. Najwyraźniej woli opowiadać, jak to zła prawica i jej agent Tusk trzymają nas w strasznej opresji siermiężnej polskości.

Nie wie? Udaje? Ja z kolei pojęcia nie mam. Przypomnę jedynie, że w ramach spóźnionego o trzy lata szukania kompromisu prezydent Komorowski zaproponował drobną korektę. Lekcje historii byłyby w drugiej i trzeciej klasie liceum, zgodnie z logiką wymarzonej przez Środę „nowoczesnej szkoły”, zbiorem „wybranych zagadnień”. Tyle że jeden z owych bloków miałby być obowiązkowy. „Ojczysty panteon, ojczyste spory”, jedyny, który kładzie nacisk na najnowszą historię Polski.

Pani minister Szumilas zwleka z odpowiedzią, czy nawet na to drobne ustępstwo MEN jest gotowy. Wysłałem na jej ręce list sześciu uczestników okrągłego stołu u prezydenta. Czekamy.

Możliwe, że profesor Środa nie buja jednak w obłokach. Bo opisując zawsze wystraszoną minister Szumilas jako narzędzie „radykalnej prawicy”, wie, jaką wywoła reakcję. Jeszcze większy lęk i odpowiedź: Nic nie możemy zmieniać. Za późno. Pomimo apelu prezydenta, który nie wiadomo, na ile serio będzie pilnował skutków własnego apelu. Pomijając moje zaangażowanie w temat, jestem po ludzku ciekaw odpowiedzi pani minister. Czy odważy się być „faszystką”? Czyli zaryzykować sytuację, że polska młodzież będzie się uczyć, o zgrozo, historii Polski.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Poczekajcie aż spocznie na Powązkach

03/05/2012

Gdy umiera postać znana, zaczyna się wyścig. O to, jak najbardziej przekonująco wykorzystać smutek po zmarłym.

Bywa, że taki wyścig to następstwo szczerego żalu. Ale czasem przybiera to postać gry. Tu znajdziemy cytat, tam zasugerujemy naszą zbieżność z kimś, kto już nic nie powie.

Nie lubię tego. Napisałem w maju 2010 roku o „przemyśle pogardy”. Ale nie przyszło mi do głowy tak dobierać kawałki dorobku zmarłego Lecha Kaczyńskiego, aby wykazywać własne racje. A już zwłaszcza przed pogrzebem. Na obrachunki czas przychodzi później.

Zmarł Wiesław Chrzanowski, wychowawca kilku pokoleń polskich prawicowców, wielki polski patriota. I człowiek skromny, który ojczyźnie ofiarował głównie swoje niedole. Los powstańca, więźnia komunistycznych katowni, prawnika, któremu PRL złamał karierę. To ktoś, komu i ja dużo zawdzięczam.

Ale właśnie dlatego, żegnając go, apeluję: poczekajcie przynajmniej, aż spocznie na Powązkach. Bo jeśli teraz musicie się posługiwać kawałeczkami jego myśli, pojawia się pytanie: czy cytujecie wszystko. I zaczyna się kłótnia nad trumną.

Jeśli był ofiarą lustracyjnych kalumnii, powiedzcie także, że pozostał mimo to zwolennikiem lustracji. Jeśli walczył z „romantyczno-insurekcyjną tromtadracją”, co tak wam się podoba, podpiszcie się też pod jego krytycznymi opiniami o „lewicy laickiej”, która w latach 70. i 80. miała nas wpychać w nieszczęścia.

Może Wiesław Chrzanowski miał w tych kontrowersjach rację, a może nie. Ale wiem jedno: sam krytyczny wobec decyzji o Powstaniu Warszawskim, nie opublikowałby jako naczelny  czyichś wrzaskliwych obelg ciskanych na „trumienny patriotyzm”. Albo rozważań celebrytki o tym, jaką hańbą jest pomnik Małego Powstańca. Bo był patriotą. Choć wybierał jedną z wersji patriotyzmu, typową dla narodowych demokratów, niełatwą, budzącą nieraz opory. Czasem i moje.

Nie pisałbym tego, gdyby nie objawiona przed pogrzebem chęć, aby się zmarłym profesorem posłużyć. Gdy robią to środowiska, dla których samo pojęcie „interes narodowy” to  pusty dźwięk, mamy do czynienia z maskaradą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z kogo się śmiejecie?

26/04/2012

Jacek Żakowski zrobił w „Polityce” na wpół prześmiewczy wywiad z Dodą. Okazało się, że piosenkarka, u której kiedyś odkryto wysokie IQ, nie wie, iż w Polsce zakazana jest aborcja, nie mówiąc już o feministycznych manifach. Czy o kryzysie w Europie, który pozostaje dla niej pełną abstrakcją.

Żakowski trochę drwi, trochę naucza Dorotę Rabczewską. A Gogolowskie pytanie: „z kogo się śmiejecie?”, po raz nie wiadomo który okazuje się aktualne.

Z kogo? Na przykład z tygodnika opinii, który niedawno chaotyczne opinie celebrytki na temat religii traktował jako objawienie. A może z polityków, którzy próbują się grzać w celebryckim blasku? Przed ostatnimi wyborami Paweł Kowal spotkał się z Dodą, co nagłośniono. Dziś można mieć wątpliwości, czy gwiazda wiedziała, z kim rozmawia. Powstaje zresztą pytanie jeszcze bardziej dramatyczne: czy wie, że istnieje coś takiego jak Parlament Europejski. No zresztą Żakowski też mógł się jej jawić jako zarośnięty pan, którego twarz wydaje się jakby znajoma.

Doda nie wie nic o świecie, ale Żakowski zaczyna ją uświadamiać. Przedstawiając na przykład Polskę jako kraj terroryzowany przez złych księży. Aby zrobić przyjemność rozmówcy, choć może i dlatego, że to się uzupełnia z jej „przemyśleniami” dotyczącymi religii, Rabczewska powtarza po nim te banały rodem z najprymitywniejszej politgramoty. Czy je kupuje do końca? Nie wiadomo – wszystko to przypomina droczenie się kapryśnej gimnazjalistki.

We mnie zaś rodzi się kolejne bluźniercze pytanie: a może to lepiej, że Doda nie czyta gazet? A może piosenkarka naturalniej wypada jako abnegatka niż jako pilna uczennica alfabetu, w którym Żakowski próbuje zawrzeć całą „wiedzę” o świecie (a tak naprawdę współczesny „Krótki kurs WKP(b)” – tu przyjaciel, tam wróg, tu wolność, tam kołtuństwo). A może wreszcie ta prawda dotyczy nie tylko Dody?

Oczywiście nie można też wykluczyć, że Rabczewska trochę udaje. Bo pojęła, że lepiej jej będzie w show-biznesie jako kolejnemu wcieleniu pana Zlatki, gwiazdy niemieckiego „Big Brothera”. Którego to pana Zlatkę pokochano za to, że nie wiedział, kim jest Szekspir. Jego słodki idiotyzm i politgramoty redaktora Żakowskiego to część tej samej współczesnej cywilizacji. Tylko czy można ją jeszcze nazywać cywilizacją?

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O Konwencji w orwellowskim stylu

18/04/2012

Już i Tomasz Lis włączył się w gorączkowe narady nad tym, co robić, aby w Polsce panował lepszy społeczny klimat. Ulubionym przedmiotem miłości, w orwellowskim tego słowa znaczeniu, staje się już nie tylko „lud smoleński”, ale i minister Jarosław Gowin.

Doczekał się on typowego dla czasów „wojny o pokój” komentarza Marka Beylina pod uprzejmym tytułem „Bezmyślny konserwatyzm Gowina”. Publicysta „Wyborczej” kwituje obawy ministra wobec Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Nazywa je „majakami”.

Zacytujmy: „Zdaniem ministra sprawiedliwości konwencja ta promuje związki homoseksualne, feminizm i narusza tradycyjne funkcje rodziny, więc nie ma na nią miejsca w Polsce” i dalej: „Bo Konwencja Rady Europy w ogóle nie wdaje się w kwestie, które tak lękają ministra sprawiedliwości. Ma ona jedynie sprawić, by prawo skuteczniej zapobiegało i ścigało przemoc wobec kobiet”.

Nie trzeba się męczyć z tekstem Konwencji, wystarczy trafić na pierwsze lepsze streszczenie, aby się dowiedzieć, że jest ona workiem, do którego obok potępienia honorowych zabójstw czy stalkingu wrzucono czystą ideologię. Zacytuję Serwis Prawny Kampanii przeciw Homofobii: „Lesbijki, kobiety biseksualne i transpłciowe są grupami bardziej narażonymi na przestępstwa popełniane ze względu na płeć, w szczególności przestępstwa z nienawiści ze względu na poddanie wielokrotnemu wykluczeniu. Nowa konwencja chroni te grupy kobiet poprzez zakaz dyskryminacji w korzystaniu z praw przez nią gwarantowanych bez względu na orientację seksualną i tożsamość płciową”.

Czyli nowe gwarancje dla mniejszości seksualnych, sprzedawane pod etykietką walki z przemocą. Chcecie tego bronić, brońcie, ale z otwartą przyłbicą, a nie róbcie z kogoś, kto się sprzeciwia, głupka. I nie zaprzeczajcie, że w tej Konwencji „tradycyjna rola kobiety” jest zrównywana z biciem czy gwałtem.

„W tym konserwatyzmie strachu myślenie o społeczeństwie zostało wyparte przez odruchy obronne przed zmianami. I tym te odruchy są silniejsze, im bardziej społeczeństwo się zmienia” – przygważdża Gowina Beylin.

Jak wiadomo, konserwatyzm to dążenie do radykalnych zmian. To już czysty Orwell. Nadajmy słowom nowe znaczenia i okładajmy nimi po głowach. I takiej przemocy żadna konwencja nie zakaże.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosjanie wiedzą, czego chcą. A polskie władze?

13/04/2012

Rosyjska prokuratura sprawdza za pośrednictwem prokuratury polskiej dane osobowe rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy. To jeszcze można zrozumieć, mówi się o ustalaniu listy poszkodowanych. Ale gdy dowiadujemy się, że ta sama rosyjska prokuratura próbuje badać powiązania rodzinne dwóch pilotów, o czym piszemy w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, w głowach odzywa się nam ostrzegawczy dzwonek.

W wersji light wniosek do IPN, by sprawdzić, czy na przykład dziadkowie polskich pilotów nie byli tajnymi współpracownikami komunistycznych służb, to kolejna recepta na to, aby gmatwać i przedłużać śledztwo. Choćby po to, aby go nie zamykać i nie wydawać Polsce niczego. Albo ślad zwykłej głupoty prokuratorskich biurokratów.

W wersji hard to ślad jakiegoś niejasnego zamysłu, aby pilotów w coś uwikłać. Pamiętamy, co inni rosyjscy biurokraci, ci z MAK, próbowali zrobić niedawno z generałem Błasikiem. I jak zdołali narzucić swoją narrację Europie.

W każdej wersji jest powód do nieufności i niepokoju. Co dedykuję tym, którzy do niedawna przekonywali nas, że niedemokratyczna i skłonna do przemocy – także wobec własnych obywateli – Rosja, jest w tej jednej jedynej sprawie wiarygodna. I tylko „trzeba dać jej szansę”. Dziś mało kto to powtarza.

Skoro jednak mało kto to powtarza, tym bardziej trzeba spytać. Czy polska prokuratura choć próbowała badać dopuszczalność tego wniosku? Jest zobowiązana do tak zwanej pomocy prawnej, ale do tego akurat ma prawo. Szkoda, że nie dostajemy na to odpowiedzi.

Donald Tusk zaatakował w piątek w Sejmie Klub PiS za to, że nie dowierza własnemu państwu i próbuje drogą sejmowej uchwały żądać wydania wraku tupolewa. Padły, tym razem ze strony platformerskiego premiera, zdania o zdradzie narodowej. Ale przecież na przykłady indolencji, pasywności, bojaźliwości polskiego państwa natykamy się raz po raz. Raz po raz zbieramy owoce fałszywej filozofii „nie drażnić Rosji”, zadekretowanej w pierwszych tygodniach po katastrofie. Rosjanie generalnie wiedzą, czego chcą, nawet jeśli takich ich ruchów, jak lustrowanie po śmierci rodzin majora Protasiuka i podpułkownika Grzywny, pojąć nie sposób.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Popisowcy, którzy zginęli w Smoleńsku

11/04/2012

Po popisowcach zostało puste miejsce. Pisząc „popisowcy”, nie mam na myśli ludzi popierających koalicję PO – PiS. Ten projekt stał się nieaktualny po 2005 roku i była to decyzja Platformy. Piszę o wrażliwości, która przejmowała co najlepsze z tradycji konserwatywno-narodowej i liberalnej. Z ducha buntu przeciw postpeerelowskiemu establishmentowi i pozytywnej pracy na rzecz reform.

Ta wrażliwość poniosła 10 kwietnia 2010 roku ciężkie straty. Wspomnijmy Tomasza Mertę, wiceministra w obu rządach: pisowskim i platformerskim, skoncentrowanego na dziedzictwie narodowej kultury. Władysława Stasiaka, który do końca miał przyjaciół po obu stronach barykady, i Grażynę Gęsicką, którą żegnał na pogrzebie Michał Boni. Janusza Kurtykę wybranego na prezesa IPN głosami obu partii. I Janusza Kochanowskiego, któremu funkcję rzecznika praw obywatelskich oferowały i PO, i PiS.

Wszyscy zginęli, a ich śmierć pogłębiła rowy. Ja się nie dziwię, że dziś smoleńskie wdowy: Magdalena Merta, Zuzanna Kurtyka czy Ewa Kochanowska, mówią twardymi słowami o obecnym rządzie. Nie zrobił wszystkiego, aby wyjaśnić śmierć ich mężów czy choćby bronić godności tej śmierci. Opuścił je, co drastycznie zawęziło pole wszelkich kompromisów. Ale to też nadało tym zgonom dodatkowego dramatyzmu.

Nawet pomawiany o „fundamentalizm” Kurtyka do ostatniej chwili szukał kontaktu ze „starą Platformą”, tą tworzoną przez dawnych kolegów z NZS, z Platformą, którą znaliśmy z czasów po aferze Rywina. Tyle że z tamtej Platformy zostało tak mało.

Tych ludzi bito głupio i brzydko. Dlatego Grażyna Gęsicka brutalne ataki na siebie porównywała do rasizmu, bo jako subtelny akademik spodziewała się merytorycznej dyskusji. A rzecznik Kochanowski, będąc jednym z najbardziej niezależnych ludzi w Polsce, był przedstawiany jako marionetka PiS.

W tej katastrofie zginął i największy popisowiec: Lech Kaczyński. Jak to, powie ktoś, był z obozem PO w najtwardszym sporze. To prawda, i przeciwstawianie go bratu to absurd.

Ale zmiękczał projekt PiS inteligenckim liberalizmem (używam tego słowa z braku lepszego), nie lubił tradycji endeckiej. Był niezwykle otwarty na ludzi z innych środowisk. Jego ciekawości świata bardzo brakuje. Komu by dziś przyszło do głowy organizować pluralistyczne seminaria w Lucieniu?

Rozumiem, że to nie do ocalenia, na długie lata. I bardzo mi tego żal.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Złodzieje w roli rzeczników wolności

04/04/2012

Przepisy o autoryzacji są anachroniczne – przekonuje „Gazeta Wyborcza” na marginesie sporu europosła Adama Bielana z „Newsweekiem” o nieautoryzowany wywiad.

Gdyby „pokrzywdzonym” była lubiana przez „Wyborczą” osoba, gazeta domagałaby się dyskusji o dziennikarskiej rzetelności.

W polskim prawie jest obowiązek autoryzowania wywiadów. Rozumiany także jako prawo do niezgody na publikację. Teresa Torańska i Tomasz Lis mogą opowiadać co bądź, ale jeśli Bielan, a tego nikt nie kwestionuje, na wiele dni wcześniej pisał e-maile, że się na zamieszczenie wywiadu nie zgadza, złamano prawo.

Mało kto zauważa, że spór jest jeszcze poważniejszy – dotyczy pytania, czy bohater wywiadu może nie wiedzieć, gdzie ukażą się jego wypowiedzi. Amerykanie (na przykład właściciele licencji „Newsweeka”) sporu o autoryzowanie każdego zdania nie pojmą – u nich tego nie ma. Ale gdy się dowiedzą, że można z kimś rozmawiać i nie powiedzieć mu, gdzie ukażą się jego słowa, będą zdziwieni. A sama Torańska w wywiadzie dla portalu Lisa przedstawiała się nie tylko jako rzeczniczka dziennikarskiej wolności, ale i jako właścicielka wyłudzonych od Bielana słów. Z którymi ma prawo wędrować po Polsce i sprzedać każdemu.

Najwięcej dał za tę zdobycz „Newsweek” pod nowym kierownictwem, zainteresowany, aby niewinną rozmowę o wadach i zaletach Lecha Kaczyńskiego przedstawić jako wyrok na jego rzekomą niekompetencję. I tu wracam do autoryzacji. Byłem przez lata jej przeciwnikiem, bo wiem, ile kłopotu mogą sprawić osoby publiczne, które coś mówią, a potem słowa swoje zmieniają. Ale jeśli symbolami bojów o „dziennikarską wolność” mają być ci, którzy właśnie kogoś okpili, mój entuzjazm maleje. Złodziej w roli rzecznika liberalizacji prawa jest mało wiarygodny.

To szersze zjawisko. Niektóre media papierowe, walcząc z naporem Internetu, próbują coraz mocniej apelować do najniższych instynktów. I przegrywają jeszcze bardziej, wrzask, agresję, nagonkę publiczność ma już gdzie indziej. Tomasz Lis od lat prowadzi krucjatę przeciw tabloidom. W pierwszym wstępniaku w „Newsweeku” naczelnego „Super Expressu” nazywa, z wdziękiem człowieka kulturalnego naprawdę, „pałkarzem, bęcwałem i żulem”. Ale przecież „Super Express” owszem, pokazał kiedyś w ramach zdzierania pozłotek brzydkie zęby Lisa. Ale nie podkradał mu wypowiedzi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Daleko poza Polską

Tak zwany język śląski ma być językiem regionalnym, tego chce grupa posłów PO, SLD i Ruchu Palikota. Nie wiadomo, czy nim zostanie, Platforma jest w tej sprawie podzielona. Ale tej ustawie sprzyja „duch dziejów”.

Skąd podziały i wątpliwości, także wśród śląskich posłów? Biorą się z pytania, czy rzeczywistość można zmieniać decyzją polityczną. Do tej pory przeważał pogląd, że gwara to nie oddzielny język, a „śląska godka” jest gwarą. Dla rozwiania tych wątpliwości stworzono właśnie nową kategorię: języków regionalnych. Konia mianuje się wołem, tyle że wołem tytularnym.

To nie jest spór tylko o słowa. Trudno mieć pretensję o to, że chce się wspierać regionalizmy, lokalną tradycję i kulturę. Choć można by to pewnie robić bez mianowania konia wołem. Kaszubski jest wszakże uznany za język regionalny (jest zresztą naprawdę językiem) i nie ma na tym tle zadrażnień. Dlaczego ze Śląskiem jest inaczej?

Dlatego że towarzyszy temu promowanie prężnej, politycznej organizacji – Ruchu Autonomii Śląska – która stawia sobie za cel rozluźnienie związków tego regionu z resztą Polski. Rządząca PO podzieliła się z tą organizacją władzą nad województwem śląskim. Oddała jej kontrolę nad sprawami edukacji i kultury. To daje możliwość osłabiania polskich sentymentów.

Czy w takiej sytuacji na przykład dwujęzyczne tablice z nazwami (skądinąd prawie takimi samymi jak polskie) nie wywołają w mieszkańcach Śląska poczucia, że obecność polskiego państwa na tych obszarach jest rzeczą po pierwsze narzuconą, po drugie iluzoryczną?

Nie twierdzę, że finałem będzie zmiana granic. Ale można wytworzyć sytuację, gdy liczba ludzi deklarujących polskość równocześnie ze śląskością, w tej chwili duża, będzie malała.

Naturalnie ożywianie separatyzmów, odradzanie się dawnych narodowości i grup etnicznych to zjawisko ogólnoeuropejskie. Za każdym razem można jednak pytać, na ile jest ono naturalne, a na ile podsycane sztucznie.

Gdy w awangardzie bojowników o „śląskość” widzę Palikota i „Gazetę Wyborczą”, mam prawo sądzić, że nie o urodę godki tu chodzi. Ci ludzie są już daleko poza Polską, w świecie globalnej popkultury. Godka podniesiona do rangi języka ma im pomóc w strząśnięciu polskich kajdanów. Potem, gdy spełni swą rolę, oddadzą ją do muzeum staroci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop