Posts Tagged „populizm”<

I znowu byt określił świadomość lewicy

12 mar 2012

Pieniądze czynią cuda. Przynajmniej na lewicy.

Zaciskanie pasa, racjonalizacja wydatków, wycinanie socjalnego tłuszczu, a także programów feministycznych, gejowskich i ekologicznych z rządowych budżetów Francji, Czech, Hiszpanii, Niemiec jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeformatowało europejską lewicę. Z postępowej w zaściankową. Z ponadnarodowej w nacjonalistyczną i antyunijną.

Ostatnie wybory na Słowacji to tylko przygrywka do ideologicznego trzęsienia ziemi. Zmiana warty po rezygnacji prawicowego premiera w Rumunii, rosnąca popularność kandydata socjalistów we Francji, socnarodowe nastroje przed wyborami lokalnymi w Niemczech. Nowa lewica nie ma zwykłych programów lewicowych. Wyższe  podatki, monitorowanie zarobków bankierów, parytety, dodatki za bycie kobietą, dopłaty do wakacji dla bezrobotnych – wolne żarty! Nowoczesna lewica francuska żąda zerwania paktów unijnych, słowacka chce ograniczenia brukselskiej jurysdykcji i własnych praw pracowniczych, a do tego żadnej wymuszanej konkurencji, nie mówiąc już o solidarności z ludem pracującym Grecji czy Portugalii – to odrażający koncept również dla niemieckiego proletariatu. Hiszpańska lewica, która jak gąbka chłonęła zawsze nawet najgłupsze unijne programy europejskiego postępu, w weekend wyległa na ulice w obronie suwerenności.

Chwila nieuwagi i naszemu PiS bliżej się zrobiło do Roberta Fico i Francois Hollande’a niż do Le Pena, o Angeli Merkel i Nicolasie Sarkozym nawet nie mówiąc. SLD z oficjalną metamorfozą pewnie czeka pewnie na zjazd socjalistów, ale już znalazł się w antyzielonej koalicji przeciwnej podnoszeniu progów CO2.

I znowu dziadek Marks miał rację, że byt określa świadomość. Wystarczyło zabrać socjalne apanaże lewicowym działaczom, żeby zrobić z nich populistycznych nacjonalistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zanim pochłoną nas Antify

4 lis 2011

Kwieciste stroje, halucynogenne opary, darmowe posiłki — wszystko to może przywodzić pamięć romantycznego zrywu dzieci kwiatów końca lat 60. poprzedniego wieku.  Ale pod tą miękką tkanką „oburzonych” „okupantów Wall Street” i naszej rodzimej „Antify” kryje się ruch społeczny sięgający korzeniami raczej wielkiego kryzysu sprzed 82 lat niż pacyfistycznych komun hipisowskich.

Same hasła niewiele nam mówią o programie, więcej o pragnieniach i goryczy. „Oburzeni” chcą lepszej pracy, równego podziału dóbr, ale też żądają, aby bankierzy nie domagali się od nich zwrotu kredytu za studia, a firmy fonograficzne – pieniędzy za pliki muzyczne. Walcząc o to, gotowi są marznąć przed giełdą w Nowym Jorku, blokować wejście do portu w Oakland, rozbijać witryny sklepowe w Madrycie, podpalać samochody w Atenach czy atakować ludzi maszerujących 11 listopada w Warszawie.

Tyle, że świat od tego lepszy nie będzie. Bezrobotni nie dostaną pracy, a bankierzy nie zrezygnują z milionowych premii. Ale w 1929 roku tłumy szturmujące bank w Filadelfii czy rozbijające obozy bezdomnych w Chicago też nie miały recepty na wyjście z kryzysu. Dzisiejsze protesty, spontaniczne blokady ulic i instytucji publicznych, to ten sam bezideowy, czasem absurdalny ruch, który 80 lat temu w Ameryce został zażegnany wielkim kompromisem społecznym. Systemem ubezpieczeń i emerytur, płacą minimalną, robotami publicznymi. W Europie zaś ten sam żywioł, niczym nie pohamowany, przedzierzgnął socjalistyczne ideały mas w faszystowskie i komunistyczne narzędzia dyktatorów.

Socjalizm po wielokroć dowiódł, że nie daje sobie rady z ekonomią. Nie ma recepty na rozwój gospodarczy, nie daje nowych miejsc pracy i wbrew całej swojej retoryce, nie czyni świata bardziej sprawiedliwym. Potrafi jednak pacyfikować nastroje. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, jest jednym z najbardziej zachowawczych mechanizmów politycznych w historii świata. Zawdzięczamy mu państwo socjalne, hamujące postęp i rozwój.

Ale też socjalizm jest swoistym kompromisem, między zawiedzionymi nadziejami a wielkimi fortunami. Mechanizmem obronnym przed erupcją społeczną i totalną destrukcją fundamentów rynkowych. Im mniej kontrolowany jest chaos, tym głębsze zachodzą zmiany w tkance społecznej i dłużej trwa powrót do normalnie funkcjonującego społeczeństwa. Stąd warto uważnie wsłuchiwać się w hasła, czytać miedzy wierszami czasem irracjonalnych roszczeń, czy nienawiści do patriotycznych symboli narodowych.

W tle narzekań na finansjerę, wszędzie — od parku Zuccotti w Nowym Jorku po warszawskie ugrupowania lewicowe — przewija się jeden wspólny motyw. Dysproporcje społeczne. Zbyt wielka i nadal rosnąca przepaść między najbogatszymi a najbiedniejszymi. Liczby nie kłamią. I choć w historii owe dysproporcje bywały niepomiernie większe, to te we współczesnym świecie dla wielu mogą być rażące.

Ale przecież kapitalizm, według Adama Smitha, nigdy nie miał zrównywać wszystkich. Dysproporcje miały być naturalnym elementem konkurencji i równowagi społecznej. To nie jest system, w którym wszyscy wygrywają w ruletkę. W kapitalizmie, żeby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać. Żeby wygrać, trzeba ryzykować. I — jak pisał Smith — częściej kończy się przegraną niż wygraną. Dopiero w skali całej społeczności wszyscy możemy być wygrani.

Rozpiętości majątkowe zawsze więc były i zawsze będą. I dlatego nie przepaść powinna nas razić, ale jak do tego pęknięcia doszło.

Jeżeli wielkie instytucje finansowe podejmują wielkie ryzyko i popełniają jeszcze większe błędy, to odpowiedzialni za to powinni lądować na bruku. Zbyt rzadko się jednak tak dzieje. Banki najpierw ryzykują pieniędzmi podatników, a potem wyciągane są z tarapatów pieniędzmi podatników. To nie pazerność bankierów jest temu winna i nie jest to dowód na to, że kapitalizm się zużył. Przeciwnie. Wolny rynek został skorumpowany. Został rozmontowany i wprzęgnięty w kierat interesów coraz bardziej zabetonowanych układów politycznych.

Elity polityczne i finansowe, w Europie i Ameryce (na przykładzie firm z kapitałem skarbu państwa widzimy, jak ten mechanizm działa w Polsce), stały się jednym symbiotycznym organizmem. Partie, które potrzebują finansowania kampanii wyborczych, zapewniają ochronę polityczną najbardziej wpływowym firmom i ich prezesom. Firmy w krytycznym momencie mogą liczyć na dotacje czy pakiety bailoutowe.

A z drugiej strony producenci aut we Francji, firmy paliwowe w Polsce, banki w Ameryce w krytycznym momencie dla polityków gwarantują miejsca pracy dla wyborców, wsparcie charytatywne albo przystępne ceny benzyny.

„Oburzeni” z roku 2011, tak jak anarchiści w Ameryce w 1930 roku, nie mają żadnego spójnego modelu naprawy systemu politycznego. Ale pamiętajmy, że ruch socjalistyczny czy narodowo- socjalistyczny też długo nie proponował nic, oprócz rewolucji. I to nie oni, nie „oburzeni”, powinni mieć program.

Socjalizm to nic innego jak tylko zwykły bezpiecznik wmontowany w system rynkowy. W Grecji, w Ameryce, Hiszpanii za chwilę ten bezpiecznik wyskoczy. W Polsce mamy jeszcze trochę czasu. Ale żeby znowu mógł popłynąć prąd, system naprawić muszą ci, którzy niegdyś rozmontowali rynek. W innym razie pogrąży nas bezmyślna fala ekstremy.

Franklin Delano Roosevelt miał swego czasu pomysł na kryzys. Europie go zabrakło, co na blisko sto lat zmieniło mapę polityczną całego świata.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop