Metka rządzi

06 kwi 2012

Czy nazwiemy to komercjalizacją, czy zwyczajnie wolnym rynkiem, cena wyznacza nam rytm życia. Poczucie wartości, przynależność społeczna, wiedza, inteligencja. Wszystko da się wycenić i na co dzień się wycenia. Kobieta do noszenia cudzej ciąży 25 – 30 tys. złotych; udział w eksperymencie medycznym albo teście firm farmaceutycznych 2 do 12 tys. zł w zależności od stopnia ryzyka; prawo do zabicia wieloryba 65 tys. dolarów; obywatelstwo Stanów Zjednoczonych inwestycja warta 500 tys. dolarów; nerka do przeszczepu 27 tysięcy. Wszystko oczywiście zależy jeszcze od kraju, opakowania, popytu i podaży.

Globalizacja poczyniła ogromny postęp w otwieraniu rynków, przepływie towarów, tworzeniu nowych miejsc pracy – napisano o tym już całe mnóstwo książek. O tym, że rynek konsumpcyjny zwiększył się w ciągu ostatnich 30 lat o blisko 3 miliardy osób. Trochę mniej pisano przy tym, że zwielokrotnione możliwości i przepływające z kontynentu na kontynent ogromne sumy pieniędzy stworzyły popyt na zupełnie nowe produkty. Albo inaczej: stworzyły nowego globalnego człowieka z nowymi możliwościami i zupełnie nowymi potrzebami. Wartości rynkowe splotły się z moralnością, ideologią i polityką. Ekonomiści stali się celebrytami, a ich książki sprzedawane są w milionach egzemplarzy. Machina konsumpcji, kupna, handlu, marketingu wyznacza rytm życia, tak jak niegdyś czyniły to pory roku. Niegdyś, bo obecnie to, że nadchodzi wiosna, wiemy po zmianie kolekcji w sklepie, a to, że nadchodzi Boże Narodzenie, po reklamie coca-coli.

Po wielkiej zapaści rynkowej 2008 roku niektórzy politycy i publicyści za całe zło winili chciwość. Pazernych finansistów, którzy za bonusy gotowi byli złamać wszelkie zasady, w tym interesy własnych klientów. Ekonomiści zwracali uwagę na role polityków, którzy, chcąc przypodobać się wyborcom, sztucznie obniżali wartość pieniądza i gwarantowali kredyty niespełniające żadnych standardów bezpieczeństwa.

Winnych można zawsze znaleźć, ale rzecz chyba jest poważniejsza niż chciwość bankierów czy pazerność polityków na władzę. Przyczyn kryzysu warto szukać w pokoleniach ukształtowanych w warunkach rynkowej moralności, rynkowego społeczeństwa. To coś zupełnie innego niż gospodarka rynkowa.

Wolny rynek i ekonomia rynkowa to tylko pewien system myślenia o organizowaniu działań człowieka na rzecz efektywniejszej, bardziej opłacalnej produkcji. Natomiast społeczeństwo rynkowe to styl życia. Styl wdzierający się we wszystkie zakamarki naszej codzienności. To on pozwolił na skomercjalizowanie świąt Wielkiej Nocy, a nawet religijnych obrzędów.

Efektem tego stylu życia jest to, że więźniom w nowojorskim areszcie oficjalnie proponuje się poprawę standardu i przeniesienie do lepszej celi za 90 dolarów, a za 120 dolarów za noc można nawet wybrać współwięźnia. To system, który daje nam prawo wykupienia lepszego łóżka w darmowym publicznym szpitalu. To styl życia, gdzie nikogo nie dziwi oferta w Internecie „sprzedam powierzchnię reklamową na moim czole”.

To wszystko nie musi oznaczać tragedii, ale oznacza inne życie. Takie, w którym w prywatnych szkołach nauczycielom się mówi, że dziecka nie należy zostawiać na drugi rok. Takie, gdzie za 40 złotych można sobie kupić, sprzedać albo wypuścić w powietrze sporą porcję zanieczyszczeń.

Nie każdego na to stać, ale metki wiszą już na wszystkim, nawet na brudnym powietrzu.

Kiedy zaczynałem pracę w dziennikarstwie, wkładano mi do głowy, że nie złoto, ale informacja jest wszystkim. W gwałtownie komercjalizującym się świecie informacja stopniowo jednak taniała. Stała się powszechna, dostępna i jakby zawsze przeceniona.

Co będzie złotem w nowej epoce? Pamela Rutledge w „Harvard Crimson” pisze, że najdroższe staną się relacje międzyludzkie. Rutledge wraca do modelu hierarchii ważności w życiu człowieka według Masłowa i analizując kolejne potrzeby, zwraca uwagę na trzeci poziom potrzeb relacji międzyludzkich. Relacji, które określają nasz status społeczny i wyznaczają naszą przyszłość.

Rodzina i najbliżsi przyjaciele jeszcze nie tak dawno stanowili zamknięty krąg naszego prywatnego życia, dziś został on otwarty dzięki Facebookowi i Tweeterowi. I choć właściciele Facebooka już zarabiają na tym miliony, według Pameli Rutledge to dopiero początek nowego etapu komercjalizacji. Emocje łączące ludzi, nie seks (ten dawno już się skomercjalizował), ale te wyższe więzy – lojalność, przyjaźń, miłość i wiara – to dziś jest nowy front komercjalizacji naszej rzeczywistości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europejski stan podgorączkowy

30 mar 2012

Zielony kolor na giełdach, lepsze wyniki firm, wszystko to, co budzi entuzjazm ludzi pracujących w Excelu, rozjusza ulicę. Reformy emerytalne, cięcia wydatków, zwolnienia, programy naprawcze – ożywiają rynki. Bez bolesnych wyrzeczeń nie będzie wzrostu, o który tak kwieciście apelował szef związków zawodowych Piotr Duda.

Europę czeka wyścig gniewu ulicy ze wskaźnikami ekonomicznymi. Z czasem lepsza sytuacja gospodarcza, uspokoi nastroje. Tylko czy rządom wystarczy determinacji?  Czy wytrwają?

Podniesienie wieku emerytalnego to istotna reforma, ale wciąż za mało, żeby uratować finanse publiczne. Polski deficyt przekracza już 56 proc. PKB (według unijnych standardów). I rośnie w zawrotnym tempie. Rząd łata dziury, nie tylko podnosząc progi emerytalne, ale i podatki, których wzrost jest już wyższy od wzrostu PKB.

Bez zniesienia przywilejów dla górników, nauczycieli, sędziów, rolników, bez redukcji wydatków publicznych, bez przyśpieszenia prywatyzacji Polska nie poradzi sobie ze stagnacją. Dziś ma jeszcze szanse zapewnić sobie najwyższy wzrost gospodarczy w Europie. Gniewu ulicy pewnie nie zatrzyma, ale odkładając reformy czy topiąc je w referendach, skazałaby się na znacznie dramatyczniejsze starcia i grecki model pauperyzacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sto kilometrów za miastem

Po remoncie lodówka nie pasowała do mojej nowej kuchni w domu na Mazurach. Sąsiad zna wszystkich w okolicy. Wie, kto sprzeda miód, kto ziemię do ogrodu przywiezie, ryby, grzyby tanio odstąpi. Wiedział też, kto potrzebuje lodówki. Oddałem

Nie chciałem za nią nic, byle ktoś ją zabrał.

Sąsiad sam pieniędzy też nie wziął. Wymienił moją lodówkę na dzień pracy ciężarówki. Pojechał nią do zakładów przetworów warzywnych. Zakład oddaje do utylizacji to, co nie nadawało się do torebek z mrożonkami: skrawki marchewek, pietruszki, porów. Za tę utylizację płacą ekstra. W ten sposób moja lodówka zyskała już na wartości.

Transport warzywnych odpadów zamiast na wysypisko pojechał jako karma na farmę hodowlanych danieli. Właściciel farmy nie miał jak zapłacić za warzywa, ale dał sąsiadowi daniele, część w barterze, część ze zniżką z pieniędzy za utylizację.

Daniele sąsiad zawiózł do rzeźni, gdzie w zamian za kilka giczy w lokalnej masarni przerobiono je na kiełbasę. A kiełbasę sąsiad nazwał „bacowska” i pojechał z nią z Mazur aż do Karpacza, gdzie w jednej z restauracji sprzedawana jest teraz jako wyrób własny. Baca kiełbasę wziął oczywiście w komis, a pieniądze… no cóż, sąsiad nie wie jeszcze, czy weźmie gotówkę, czy raczej kupony zniżkowe na wczasy.

Bardziej niż handlowy geniusz mojego sąsiada inspirująca jest cała ta machina szarego obiegu działająca w Polsce. Imponująca aktywność gospodarcza, poza horyzontem izby skarbowej, ZUS, Ministerstwa Rolnictwa i kilku pomniejszych instytucji państwowych. Zjawisko, które każdy z nas obserwował, budując dom, zatrudniając osobę do pomocy w domu czy zlecając inne prace. Państwo urzędników, które w Warszawie wydaje nam się wszechobecne i omnipotentne za sprawą armii księgowych i policji skarbowej, już 100 – 200 kilometrów dalej jest słabo zauważalne. Obok unijnych dyrektyw i norm funkcjonuje świat fascynujących minizależności. W miarę postępującej centralizacji wycofywania się z Polski powiatowej urzędów, sądów i największych przedsiębiorstw, kulturowy rozdźwięk się pogłębia. Nie tylko za sprawą ograniczonego dostępu do kin, teatrów, które są w zaniku, ale też instytucji państwa. Tworząc zupełnie nową mapę polskiej gospodarki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto nas nauczy historii

28 mar 2012

Front w obronie lekcji historii sam w sobie jest częścią naszej historii. Wszyscy mamy w pamięci walki kolejnych pokoleń z zakazami nauczania w języku ojczystym, z manipulowaniem historią i wykreślaniem z niej niewygodnych dla władzy epizodów. Z czarnymi listami i zakazami publikowania dzieł zarówno poetów, jak i historyków. Mamy w pamięci dziesiątki lat zamazywania prawdy i podłych interpretacji naszych dziejów.

Skojarzenia są oczywiste i jednoznaczne, a i kontekst jest czytelny w kraju, gdzie spory historyczne wciąż są tak żywe. Całkiem współczesne klasowe czy genderowe (przepraszam za zwrot, ale nie mój) i neolewicowe szkoły usiłujące wywrócić z takim trudem odtworzone w ostatnich latach podręczniki, dodatkowo zaogniają sytuację.

Nic więc dziwnego, że głodujący za historię stają się bohaterami naszej świadomości. Listy pisane przez studentów historii jako żywo przypominają mi listy, które z przyjaciółmi pisaliśmy w czasie strajków na Uniwersytecie Warszawskim w ’80 i ’81 roku. Tak ustawiony spór skazuje rząd na moralną porażkę. Tu front jest zbyt szeroki.

Tej reformy gabinet Tuska nie uniesie, ale nie tylko dlatego, że ciąży na niej fatalna tradycja działań dawnych antypolskich reżimów. Ostatecznie na porażkę rządu złoży się całokształt jego działań edukacyjnych. Wyedukowano nas w braku zaufania. Doświadczeni zostaliśmy reformą sześciolatków, listą refundacyjną leków, budową autostrad, przyjaznym państwem dla biznesu, komputerami dla szkół, OFE… długo można by wymieniać.

I gdyby przyjąć argument twórców tej dziwnej szkolnej reformy, że patriotyzmu nie uczymy się w szkole, to zaraz musielibyśmy zadać sobie pytanie: a gdzie i w jaki sposób? Bo na pewno nie obcując z tym państwem na co dzień.

I choćby z tego powodu radzę pani minister przywrócić dawny program nauczania. Żeby nie musiała odpowiadać na pytanie: a gdzież to mamy się uczyć tej miłości do ojczyzny?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sięgnijcie po stare książki

23 mar 2012

Ten, kto wmówił światu, że socjalizm to nauka, Che Guevara to obrońca uciśnionych, a państwowy interwencjonizm to powiew wolności, był niekwestionowanym geniuszem.

Za każdym razem, kiedy przeglądam pracę Adama Smitha i jego zdroworozsądkową teorię naturalnego prawa do wolności, zastanawiam się, jak to się stało, że kapitalizm wśród swoich wrogów ma tylu intelektualistów odwołujących się do swobód obywatelskich. A kapitalizm ma tak słabych obrońców.

Co sprawia, że ludzie wykształceni, wrażliwi na ludzką krzywdę i spragnieni wiedzy nie potrafią przeprowadzić prostej analizy porównawczej efektów jednej i drugiej idei? Dlaczego nie zestawią dysproporcji społecznych, które przez stulecia tworzył kapitalizm, ze zbrodniami popełnionymi w imię socjalizmu? Dlaczego nie porównają komunistów w Rosji, narodowych socjalistów w Niemczech, niewolniczej pracy na Kubie, chińskich czy kambodżańskich szaleńców mordujących miliony ludzi z naszym strachem przed utratą pracy czy wysokim kredytem? Czy rzeczywiście tak trudno zestawić jedno z drugim?

Kapitalizm wielu ludzi upokorzył, zmusił do wyrzeczeń. Miliony rozczarował, socjalizm – wręcz przeciwnie. To chyba jedyna ideologia, która wprowadziła w życie dokładnie to, co obiecała, czyli – strukturalną niesprawiedliwość. Zubożenie społeczeństwa w imię niwelowania różnic. Mniejsza o to, że przy okazji niszczyła rodziny, ba, całe narody. Równość usprawiedliwiała mordy, więzienia, gwałcenie podstawowych praw człowieka.

Kolejne lewicowe mody przychodzą i odchodzą.

Wcześniej czy później padają przytłoczone ciężarem własnych sprzeczności, absurdów i towarzyszących im ludzkich nieszczęść. W XX wieku o mały włos nie doprowadziły do zagłady naszej cywilizacji, przy okazji mordując także intelektualnych apologetów socjalistycznej dyktatury.

A mimo to zwolennicy socjalizmu wracają w wielkim stylu. Znowu podnoszą bunt przeciwko podstawowym prawom ekonomii i zdrowego rozsądku. Rozbijają obozy na Wall Street, maszerują ulicami Warszawy z gniewnymi hasłami przeciwko własności intelektualnej, przeciwko różnicom płci czy energii elektrycznej. I jak zwykle zaczynają od przywdziewania intelektualnej maski profesorskich czy dziennikarskich mentorów.

Nawet jeżeli przyjmiemy ich argument, że pod płaszczykiem wolnego rynku kapitaliści nadużywali czasem swoich wpływów, korumpowali państwo i bogacili się kosztem innych, to pazernych bankierów i tak nijak nie da się zrównać z twórcami łagrów i obozów koncentracyjnych. Marks winił kapitalizm za dehumanizację pracy, instrumentalizację człowieka i demoralizację klasy pracującej. Zapewniał, że zniesienie własności prywatnej i zrównanie klas położą kres wzajemnym animozjom, a na ziemi zapanuje pokój i społeczny ład. I dla tej romantycznej wizji świata warto było ponoć zabijać, o czym zapewniali Lenin i Stalin. Trup faktycznie słał się gęsto.

Dziś możemy tylko żałować, że ci wszyscy marksistowscy intelektualiści, zanim wynieśli morderców na sztandary, nie przeczytali Hayeka i jego „Drogi do zniewolenia”. Może zrozumieliby, że romantyczne wizje nigdy nie mogą usprawiedliwiać realnej przemocy. Zapatrzeni w lewicowych dogmatyków nie dostrzegali takich autorów, jak Ludwik von Mises – genialny ekonomista, który ledwo uszedł z życiem przed narodowymi socjalistami. Jego winą było to, że śmiał wierzyć w wyższość praw ekonomii nad prawami sztucznie stworzonego socjalistycznego społeczeństwa. Tłumaczył, że istota człowieczeństwa nie podporządkuje się choćby najwspanialszym ideom, ale kryje się w naturalnych prawach ekonomii.

Jedni potrafią je zgłębić, korzystać z nich i obracać na swoją korzyść. Czasem budować niezmierzone bogactwo. Inni żyją obok nieświadomi. „Ale ci z nas, którzy obracają narody przeciwko prawom wolnego rynku, albo lekceważą wszelkie nauki z niej płynące, nie psują lekcji ekonomii, ale zagrażają całej ludzkości” – pisał Mises. Dziś, podobnie jak pięćdziesiąt, sto i dwieście lat temu, nam, wierzącym w naturalne prawa, pozostaje tylko prosić wszystkich lewicowych intelektualistów, aby sięgnęli po te stare książki, zanim zaczną znowu obracać świat przeciwko człowiekowi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Premier improwizuje, a może ma plan

21 mar 2012

Ile męża stanu jest w polityku? Ile warta była gra uników, schodzenia związkowcom z linii rażenia. Markowanie prywatyzacji i reform społecznych? Sztucznego pobudzania rynku pracy zatrudnianiem nowych urzędników? Czy warto było rozmontować prywatne fundusze emerytalne? Czy opłaciło się schlebianie wyborcom i demonizowanie opozycji?

Najbliższe dni, tygodnie pokażą, czy cała ta polityczna karuzela Donalda Tuska doprowadzi w końcu do uchwalenia najważniejszej z reform. Zmiany progów emerytalnych i zniesienia rozbuchanych przywilejów dla górników, mundurowych, sędziów, rolników. Jeżeli wierzyć premierowi, był to dzień, na który przygotowywał się od lat. Zbijał punkty lojalnościowe, wygrywał kolejne wybory, rugował konkurentów, marginalizował koalicjanta, pacyfikował publiczne media – wszystko, żeby uzdrowić system finansów publicznych.

Są pewnie tacy, którzy jeszcze się łudzą.

Jeszcze trochę wierzą, że to wciąż tylko gra. Nic, że koalicjant wyszedł trzaskając drzwiami, to tylko manewr. Z góry upatrzona taktyka. Na pewno coś ma na tego Pawlaka. Jutro wstaniemy i się okaże, że w nocy dobili targu. Że te wszystkie lata wodzenia wszystkich za nos warte były tego. I wtedy zobaczymy, czym różni się mąż stanu od polityka kurczowo trzymającego się władzy dla samej władzy. Ronald Reagan dopiero w drugiej kadencji ciął podatki, Margaret Thatcher potrzebowała lat zanim sprywatyzowała Anglię. Czy Donald Tusk ma w sobie tę cząstkę wielkich przywódców, których historia oceniła, nie liczbą pełnionych urzędów, ale stanem, w jakim zostawili po sobie państwo? Czy ma w sobie to coś, czego nie mieli premierzy poprzednich rządów? Skuteczność. Wizje, wartą więcej niż gabinety. Churchilowską sprawność umysłu, człowieka widzącego kilka ruchów do przodu i potrafiącego dotrzymywać obietnic wyborcom.

Czy to możliwe, że nie przewidział tak banalnego finału, że nie przygotował zaplecza politycznego i nie zbudował poparcia opinii publicznej dla celu, któremu wszystko podporządkował?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

I znowu byt określił świadomość lewicy

12 mar 2012

Pieniądze czynią cuda. Przynajmniej na lewicy.

Zaciskanie pasa, racjonalizacja wydatków, wycinanie socjalnego tłuszczu, a także programów feministycznych, gejowskich i ekologicznych z rządowych budżetów Francji, Czech, Hiszpanii, Niemiec jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeformatowało europejską lewicę. Z postępowej w zaściankową. Z ponadnarodowej w nacjonalistyczną i antyunijną.

Ostatnie wybory na Słowacji to tylko przygrywka do ideologicznego trzęsienia ziemi. Zmiana warty po rezygnacji prawicowego premiera w Rumunii, rosnąca popularność kandydata socjalistów we Francji, socnarodowe nastroje przed wyborami lokalnymi w Niemczech. Nowa lewica nie ma zwykłych programów lewicowych. Wyższe  podatki, monitorowanie zarobków bankierów, parytety, dodatki za bycie kobietą, dopłaty do wakacji dla bezrobotnych – wolne żarty! Nowoczesna lewica francuska żąda zerwania paktów unijnych, słowacka chce ograniczenia brukselskiej jurysdykcji i własnych praw pracowniczych, a do tego żadnej wymuszanej konkurencji, nie mówiąc już o solidarności z ludem pracującym Grecji czy Portugalii – to odrażający koncept również dla niemieckiego proletariatu. Hiszpańska lewica, która jak gąbka chłonęła zawsze nawet najgłupsze unijne programy europejskiego postępu, w weekend wyległa na ulice w obronie suwerenności.

Chwila nieuwagi i naszemu PiS bliżej się zrobiło do Roberta Fico i Francois Hollande’a niż do Le Pena, o Angeli Merkel i Nicolasie Sarkozym nawet nie mówiąc. SLD z oficjalną metamorfozą pewnie czeka pewnie na zjazd socjalistów, ale już znalazł się w antyzielonej koalicji przeciwnej podnoszeniu progów CO2.

I znowu dziadek Marks miał rację, że byt określa świadomość. Wystarczyło zabrać socjalne apanaże lewicowym działaczom, żeby zrobić z nich populistycznych nacjonalistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dwie Europy

09 mar 2012

Europa ma większy problem niż bankrutująca Grecja czy Portugalia. Większy niż trylionowy dług czy pogwałcenie własnych definicji deficytu i suwerenności państw. Kryzys finansów przerodził się w zderzenie czołowe.

Cała ta idealistyczna gadanina o wspólnych korzeniach i jednym tyglu cywilizacyjnym niespecjalnie przystaje do rzeczywistości i rachunku ekonomicznego. Bogatsza, stara Unia skoncentrowana jest na utrzymaniu socjalnego status quo. Na przywilejach, długich wakacjach, krótszym dniu pracy i życiu ponad stan. Nasza Europa w pogoni za wzrostem gospodarczym nastawiona jest na zasypywanie przepaści między Wschodem a Zachodem. Jest gotowa do wyrzeczeń, oszczędzania, niższych zarobków, elastyczniejszych form pracy. Wszystko, byle gonić i dogonić Zachód.

Rzecz w historii znana i stara jak wędrówki ludów. Jak historia Hunów, Barbarzyńców, Słowian wypierających starsze, zasiedziałe cywilizacje. Niespożyta energia Krzyżowców, Hiszpanów, Brytyjczyków, Amerykanów, podbijająca obce ziemie i umysły, to stały element rozwoju świata. Pewnie nie ma co żałować, że z tamtymi epokami odeszły tamte metody walki. Gorzej, że nowa Europa ze swoją energią tak łatwo dała się zagonić do kąta.

Niemiecko-francuski pakt, maszynka do głosowania w europejskim parlamencie, jest gwarancją, że większość regulacji, norm ekologicznych, zdrowotnych, obostrzeń rynkowych skrojona jest pod interesy Zachodu. Reformy, owszem, ale pod warunkiem że nie zagrożą jakości ich życia. Absurdalne normy emisji CO2, zawrotne akcyzy na paliwo, wysoki podatek na treści w Internecie, zakaz wolnego przepływu usług i teraz wyrównywanie stawek VAT – a wszystko to ma bronić nie tyle unijnej wspólnoty, ile spokoju zachodnich elit. Zaniepokojonych tanią siła roboczą, konkurencją, ekspansją gospodarczą ze Wschodu.

Piękne mowy o europejskiej solidarności trudno pogodzić z pół biliona euro z EBC wpompowanego ostatnio do zachodnich banków. A wysokie standardy demokracji zachodniej trudno pogodzić ze zmową europejskich przywódców – z polskim premierem włącznie – przeciwko kandydatowi francuskiej lewicy. Ze zmową zawartą tylko dlatego, że zwycięstwo Francois Hollande’a grozi zerwaniem paktu fiskalnego.

Jedna unia, jedna norma dla wszystkich rozciągać ma się też na naszą obyczajowość. Znoszenie uprzywilejowanej roli rodziny, ograniczenia praw jednostek do manifestowania wolności religijnej, ograniczenia wolności rodziców w wychowaniu dzieci. Wszystkie te może nieco staroświeckie, konserwatywne wartości, które naszą część Europy wyróżniają, dają jej poczucie siły i motywację do tych kilku godzin więcej w pracy, okazują się niespójne z francusko-niemieckim paktem. Kanclerz Angela Merkel oznajmiła w styczniu, że bankructwo Grecji będzie bankructwem Europy.

Ale niewykluczone, że ocalenie Grecji będzie oznaczać utratę szansy na uratowanie Europy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Państwo wciąż nieprzyjazne przedsiębiorcom

08 mar 2012

Jedno, czego nie można zarzucić rządowi, to braku konsekwencji. Zaledwie dwa miesiące temu Sąd Okręgowy w Kielcach orzekł, że „przewlekłe postępowania administracyjne i utrudnianie prowadzenia działalności gospodarczej nie narusza dóbr osobistych przedsiębiorców”. I żeby ktoś nie pomyślał, że to żart – Urząd Celny w Toruniu zdecydował o zajęciu mienia największego płatnika w Toruniu. Importer, na podstawie decyzji GUS, sprowadzał samochody bez cła. Urzędnikowi to się nie spodobało i bez nadmiernych skrupułów doprowadził firmę do bankructwa, a pracowników puścił z torbami.

Coś, co dla jednych będzie bezmyślnością i arogancją państwa, nas powinno skłonić do głębszej refleksji. Nie idziemy na skróty i w decyzji urzędnika widzimy konsekwentną linię postępowania całego państwa. To w końcu ten sam aparat państwowy, który do niedawna z samozatrudnionych czynił przestępców za to, że płacili ZUS według przyjaźniejszych stawek, a nie według tych najwyższych z możliwych. To ten sam rząd, który zdecydował  o 33 proc. podwyżce stawki rentowej. To rząd, który honoruje specjalne przywileje dla wybranych grup pracowniczych i stosuje rygorystyczne prawo pracy ograniczające elastyczność firm. To państwo wymagające całej fury fikcyjnej dokumentacji, podpisów, sprawozdań i stania w kolejkach do urzędu.

W biznesie ważna jest przewidywalność. A także stabilne środowisko i warunki do inwestowania. Polska tradycyjnie pozostaje w ogonie państw przyjaznych przedsiębiorcom. Z takimi urzędnikami jak ci z Torunia nasza 70. pozycja na liście zdaje się być niezagrożona.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Odgrzewana rewolta

02 mar 2012

Na poprzedniej poprewolcie – pacyfiści, dzieci kwiaty, wolna miłość – zachodnia demokracja wyszła całkiem nieźle.

Bogatsza o dostęp do informacji publicznych, desegregację rasową, z poszerzonymi granicami wolności słowa i równouprawnieniem kobiet. Feminizm nie domagał się wtedy nadzwyczajnego traktowania w miejscu pracy, specjalnych emerytur, partyjnych parytetów i gwarantowanej puli stanowisk kierowniczych. Feminizm lat 60. i 70. to była autentyczna walka z usankcjonowanym seksizmem. Kobiety domagały się szacunku, który nie miał być już tylko wypadkową liczby dzieci i dobrego zamążpójścia. Żądały pełnych praw zarówno konstytucyjnych, jak i zwyczajowych do zarządzania firmą, zasiadania w ministerialnych fotelach, wspólnego z mężem podejmowania rodzinnych zobowiązań finansowych. To trudna walka o otwarcie zawodów, o równą płacę za równą pracę. Ale nikt nie mówił o równej płacy za krótszą pracę czy wcześniejszej emeryturze za rodzenie dzieci. Wszystko, czego domagały się matki i babki współczesnych feministek, to przejrzystych, niefaworyzujących mężczyzn reguł gry.

To już historia. Nowy feminizm niewiele ma wspólnego z równościowymi hasłami tamtej epoki. Dziś to koncept systemowych nierówności i postaw roszczeniowych. Współczesne feministki żądają dotacji z budżetu, ulg, parytetów, finansowania emerytur kosztem reszty społeczeństwa i ograniczania praw mężczyzn.

Ideolożek, oprócz infantylnej zabawy z dopisywaniem żeńskich końcówek do męskich form i przypisywania damskich cech męskim bohaterom bajek, nic nie różni od skrajnej lewicy usiłującej obalić wolny rynek, wprowadzić ustrój socjalistycznej dystrybucji i centralnie sterowanego społeczeństwa.

Feministki, podobnie jak ich koledzy ze skrajnej lewicy, niechętne są konkurencji na rynku pracy, domagają się awansów i stanowisk w zarządach z racji płci, a nie kwalifikacji. Gwarantowanej puli w parlamencie, nie dlatego, że tak zażyczyli sobie wyborcy, ale dlatego, że nie wolno takich decyzji zostawiać masom. Ostatnie pomysły zawodowych wyzwolicielek, gdyby nie były takie śmieszne, byłyby naprawdę groźne. Lewicowe organizacje kobiece chcą, żeby rząd regulował i sprawdzał podział obowiązków domowych między mężem a żoną. Czy jak wolą – między partnerem a partnerką. Te same hasła, które przed niespełna pół wiekiem miały pomagać kobietom w walce o równość, stały się narzędziem do propagowania tradycyjnej lewicowej dyskryminacji. Feministki są tu zaledwie popychadłem w rękach mocno zmaskulinizowanych lewicowych partii politycznych.

Co więcej, wykształcone i medialnie obyte feministki stają się wygodnym narzędziem do walki z inaczej myślącymi kobietami. Charakterystyczny dla współczesnego feminizmu protekcjonalny ton, coraz częściej kierowany jest przeciwko innym kobietom, a nie mężczyznom. Przywołuje do porządku „głupiutkie” panie błądzące po prawej stronie sceny. Oświeca kobiety hołdujące konserwatywnym wartościom i niemogące się wyrwać z „pułapki” katolicyzmu. Jak absurdalnie by to brzmiało, fronty „wojny płci” przebiegają dziś wzdłuż podziałów ideologicznych, a nie płciowych. Feministki szybciej zaatakują działaczkę kółka różańcowego niż rozwiązłego przywódcę partii lewicowej.

Oczywiście nie jest to unikalna cecha polskich feministek. Ostatnio działaczce Partii Republikańskiej Sarze Palin zarzuciły, że cynicznie wykorzystuje wolności wywalczone przez lewicowe aktywistki do promowania obcych kobietom konserwatywnych idei. „Nie po to dawałyśmy ci wolność słowa” – zawisł banner nad tłumem oburzonych w Nowym Jorku. Chwilami trudno dziś uwierzyć, że na obecny status kobiet pracowały niegdyś takie postaci, jak: Golda Meir, Margaret Thatcher, pierwsza czarna kobieta w amerykańskim Kongresie Barbara Jordan czy pierwsza polska kobieta premier Hanna Suchocka, której wiara jakoś nie przeszkadzała w niezależności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop