Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Przerwa na demokratów

30 wrz 2009

Albert Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów. Jeśli miał rację, to polityka Baracka Obamy – czwartego demokratycznego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który zaczyna od planów rozbrojeniowych – i tak skończy się eskalacją napięć w świecie.

Pamiętają państwo Johna Kennedy’ego, który chciał rozbroić świat? I o mało nie doszło do trzeciej wojny światowej po tym, gdy Rosja zainstalowała rakiety na Kubie. W 1969 r. na szczęście prezydentem został Richard Nixon. Ten tępił komunistów, gdzie się dało. Swoim nieprzejednaniem wymusił na Moskwie ograniczenie broni strategicznej i rakiet antybalistycznych (układy SALT i ABM).

Potem znowu był demokrata. Jimmy Carter obiecał wynegocjować SALT II, ale tak rozochocił Moskwę swoją koncyliacyjną postawą, że zanim cokolwiek podpisano, rosyjskie czołgi toczyły się już ulicami Kabulu. Trzeba było antysowieckiego kowboja Reagana, żeby dopiąć porozumienie INF (ograniczenie broni nuklearnej średniego zasięgu) i wynegocjować porozumienie o redukcji broni strategicznej START (podpisane przez Busha seniora).

Z kolei Bill Clinton na każdej sesji ONZ mówił, że świat bez atomów będzie piękniejszy. Dawał Moskwie pieniądze na rozbrojenie, które poszły na odbudowę potencjału nuklearnego. Przyszedł Bush junior, usztywnił kurs i wymusił SORT (traktat o redukcji strategicznej broni ofensywnej). Barack Obama na wstępie obiecał redukcję liczby głowic nuklearnych. Ani mrugnął na wieść, że w Caracas zakotwiczyły rosyjskie okręty z wyrzutniami ziemia – morze. Wykreślił z budżetu tarczę antyrakietową i supernowoczesny myśliwiec strategiczny F -22. Wszystko, byle Moskwa poparła sankcje dla Iranu.

Jednak wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow niedawno oświadczył, że nie ma już potrzeby nakładania sankcji. A wcześniej, że nie będą komentować doniesień o dostawach rakiet S -300 do Iranu. Czy mamy już wpadać w panikę? Nie, to tylko przerwa na demokratów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Moralswazja

27 wrz 2009

Kiedy w 1986 r. Reaganowi i Gorbaczowowi kończył się czas przeznaczony na spotkanie w Reykjaviku, amerykański prezydent wykrzyknął: – Zatrzymajcie zegar! Dwóch najpotężniejszych ludzi świata czuło się władnymi zmieniać bieg wszystkiego. Skoro mogli demontować komunizm, to czymże było dla nich zatrzymać czas.

Dziś nie wystarczy jeden czy dwóch szefów państw. Trzeba ich 20. Ale w Pittsburghu nikt czasu nie zatrzymał, bo wszystkim śpieszyło się na weekend do domu. Za to wiele obiecywano. Amerykanie będą oszczędzać, Niemcy więcej wydawać, Chiny mniej eksportować, zaś bankowcy mniej zarabiać. A wszyscy wszystkich będą lepiej kontrolować.

Jak egzekwować te szczytne cele? Szerpowie i doradcy w Lawrence Center odpowiadali tajemniczym zwrotem: moralsausion. Zbitka moral i suasion. My napisalibyśmy: moralswazja. Zwracanie uwagi podszyte moralnym smrodkiem zamiast twardym argumentem. Przeciwieństwo perswazji.

Moralswazja to neologizm skrojony na nasze czasy. Dyktatura „moralnej” mniejszości. Nawet 20 najpotężniejszych prezydentów nie ma podstaw prawnych ani argumentów rynkowych, żeby zmusić małą Irlandię do zwiększenia podatków, jeszcze mniejszy Luksem- burg do odtajnienia prywatnych kont bankowych, a Polskę do zwiększenia przywilejów związkowych. Ale mogą zbudować koalicję przestrzegającą przed inwestycjami czy pomocą dla „niemoralnych” państw.

Słowo skarb. Prawo zezwala nam na podważanie krzywdzących uogólnień o polskim antysemityzmie. Ale każdego, kto się na to ośmieli, można moralswadować i moralobsmarować. Za pomocą moralswazji można też wstrzymać budowę drogi w polu, po którym skaczą żaby źle znoszące asfalt, albo rozjechać prezesa telewizji za to, że w młodości bawił się w nazistów zamiast (jak inni prezesi) w komunistycznych pancernych.

G20 może i nie zatrzymało zegarów, ale czas jakby się nam trochę cofnął.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zbawcy świata na wybiegu

24 wrz 2009

Najważniejsze w Pittsburghu będą konferencje prasowe. Przyjedzie 20 przywódców najbogatszych państw, wyjedzie 20 zbawców świata.

Pierwsze oznaki końca recesji mają być dowodem, że zdali egzamin. Ale co tak naprawdę zrobiono od ostatniego szczytu w kwietniu, kiedy usłyszeliśmy o nowym ładzie społeczno-gospodarczym świata?

Z wielkiego programu usystematyzowania standardów i lepszej komunikacji został program kontroli zarobków bankierów i podporządkowania rajów podatkowych zewnętrznej kontroli. Cud, jakim ma być poprawa sytuacji gospodarczej we Francji i w Niemczech, wciąż jest kruchy i wymaga pompowania kolejnych miliardów euro. Bilion dolarów wpompowany w amerykańską i brytyjską gospodarkę jak na razie nie dał efektów. USA mają największe bezrobocie od ćwierć wieku, a gospodarka Wielkiej Brytanii wciąż się stacza. Większość państw, podobnie jak Polska, obawia się nawrotu kryzysu, wtórnych efektów cięć budżetowych i malejącej konsumpcji.

W miejsce starych problemów mamy nowe. Nie skończyły się jeszcze programy dofinansowywania gospodarki, a już rośnie obawa przed wybuchem inflacji. To, co udało się uratować w gospodarce, coraz mocniej zaczyna nam doskwierać w polityce. Środek ciężkości świata przesuwa się znad Atlantyku nad Pacyfik – Chiny i Indie stają się największym partnerem USA. Rosja jest traktowana coraz łagodniej.

Po raz pierwszy wielcy tego świata nie zajmą się problemami łamania praw człowieka. Nikt nie wymówi słowa „Tybet” czy „Gruzja”. Tematem tabu będzie protekcjonizm, sankcje, jakie Ameryka nałożyła na Meksyk i Kanadę, a Rosja na Litwę i Ukrainę.

W Pittsburghu spotkanie jednak będzie goniło spotkanie. Napięty harmonogram wydaje się zarówno imponujący, jak i pusty. Problemy ochrony środowiska, programy wspierania państw pozostających w tyle, walka z chciwością wielkich instytucji finansowych. Wszystko to pozwoli na wypowiadanie wielkich słów, bez stwierdzenia, czy wychodzimy z kryzysu, czy zapadamy się w globalne grzęzawisko.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niech żyją parytety

20 lip 2009

Kobiety mają mój głos. O parytetach i wyrównywaniu szans nie przestaję myśleć, od kiedy dowiedziałem się, ile zarabiał Diego Maradona. To było już wiele lat temu, ale po nim przyszli inni piłkarze milionerzy.

Każdym dryblingiem, każdą kolejną bramką przypominali o przepaści, jaka mnie dzieli od najlepszych.

Zawsze byłem łamagą i do żywego dotykały mnie te demonstracje przewagi fizycznej. Pierwszą bramkę strzeliłem w 50. urodziny i do dziś podejrzewam, że syn przepuścił piłkę, żebym lepiej się poczuł. Ale było miło. Pomyślałem, że byłoby jeszcze przyjemniej, gdyby rząd zechciał zmusić kluby do wypłacenia mi choć promila tego, co wypłacają Cristiano Ronaldo.

To wielka niesprawiedliwość, że dziennikarzom płaci się mniej. Czasem musimy się więcej nagimnastykować, żeby ktoś to przeczytał. Ale trudno. Nie to nie. Niech przynajmniej zmienią zasady gry w piłkę, tak żebym miał większe szanse.

Wyrównywanie szans jak zawsze oznaczałoby, że Messi czy Zidane sprowadzeni zostaliby do mojego poziomu. Musimy zmienić zasady gry. Jeżeli nie da się zmusić Messiego, żeby gorzej kopał piłkę, to niech gra sam przeciwko jedenastu takim jak ja. A jeżeli i to nie pomoże, to przeciwko piętnastu.

Piłka nożna nie byłaby już pewnie tak interesująca i telewizja straciłaby kupę pieniędzy – no cóż, cena sprawiedliwości. Jeżeli chcemy być nowocześni i mieć demokrację wrażliwą na mniejszości, kobiety i beztalencia, to musimy wszyscy ponieść pewne koszty. Rząd powinien dbać o sprawiedliwy podział dóbr i takie parytety, żebym się lepiej czuł.

Osobiście jest mi obojętne, jakiej płci są posłowie, ale wiem, że raz wprowadzając parytety, nigdy już nie będę zakładnikiem cudzych talentów czy pracowitości. Nie będę musiał znosić upokorzeń, że ktoś lepiej śpiewa, ktoś przykładał się do nauki albo oszczędzał i stać go na lepszy dom. Przyjdzie rząd i uwali go parytetem. Kto wie, może na starość strzelę jeszcze bramkę Borucowi. A co, nie zasłużyłem?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Rosja zdobędzie serce Obamy

6 lip 2009

Moskwa dużo już dostała, ale kremlowska lista zakupów jest znacznie dłuższa. Dmitrij Miedwiediew liczy na zrozumienie amerykańskiego prezydenta idealisty – pisze publicysta

Barack Obama przytuli dziś kolejnego wroga Ameryki. Dwaj poprzedni wciąż nie są pewni, co tak naprawdę się stało, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych pokajał się za Zatokę Świń oraz za Kennedy’ego i oferował współpracę komunistycznemu reżimowi Nikaragui. Potem w Kairze przepraszał muzułmanów za amerykański brak zrozumienia dla odmienności kulturowej.

Wizyta w Moskwie potrwa zaledwie do środy, ale kilka ukłonów Obama wykonał zawczasu. Przekonał NATO do odnowienia stałego dialogu z Rosją, puszczając w niepamięć inwazję wojsk rosyjskich na Gruzję i łamanie wszystkich kolejnych postanowień o rozejmie i wycofaniu żołnierzy. Tematem dyskusji nie będzie też Kirgistan – mała republika do niedawna goszcząca amerykańskie wojska. Nie ma tam już Amerykanów, są za to Rosjanie i doradcy polityczni. To nie przypadek, że demokratyczna opozycja albo uciekła z kraju, albo siedzi w więzieniu.

Ukraina pozostaje niezależna, ale nikt poważny w Waszyngtonie nie wraca już do mrzonek o przyjęciu jej do NATO. Tarcza antyrakietowa to historia, podobnie zresztą jak naboje do obiecanych nam patriotów.

Jeszcze dwa miesiące temu słyszeliśmy, że pewne ustępstwa są konieczne w zamian za pomoc Rosji w rozbrojeniu nuklearnym Iranu. Ustępstwa były, ale Rosja ani myśli demontować czegoś, co sama pomagała instalować. Mało tego, lukratywny kontrakt z Teheranem na dostawę rakiet S-300 ziemia-powietrze też zostanie zrealizowany.

Czytaj więcej

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Małpa na prezesa

8 cze 2009

Czy amerykański rząd powinien stworzyć specjalne struktury, żeby pozbyć się akcji General Motors? Struktury – tak. Tworzyć jak największe. I co pół roku powinny przedstawiać obszerny raport z postępów reprywatyzacji

Wiele lat temu do Houston zawitał włoski cyrk. W przerwie między słoniami a tygrysami na scenę wyjechał mały fiat 126. Za kierownicą siedziała małpa. Jeździła wokół ringu i machała czerwoną kokardą. Tłum wstał z miejsc. „Boże, jak oni to robią? Może sznurkiem uwiązali kierownicę” – mówię teksańskim znajomym. „Atrakcją nie jest małpa, idioto. Kierownicą każdy głupi może kręcić, ale skąd oni wzięli taki mały samochodzik?” – usłyszałem odpowiedź.
Zjawisko społeczne

Przypomniała mi się ta historia, kiedy teraz – ćwierć wieku później – czytam dyskusje w amerykańskiej prasie, jak prezydent Barack Obama poradzi sobie z fabryką samochodów. W ramach procesu upadłościowego 72,5 proc. dawnego koncernu General Motors znajdzie się w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. No, może nie bezpośrednio…

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Za co przeprasza amerykański prezydent

5 cze 2009

Abraham Lincoln zapytał kiedyś gorącego obrońcę niewolnictwa, senatora Judaha Benjamina z Luizjany, ile nóg miałby pies, gdyby jego ogon nazwać nogą. Kiedy padła odpowiedź, że pięć, prezydent rzucił: „Ogon nie przestanie być ogonem, tylko dlatego, że nazwiesz go nogą. Cztery durniu, cztery nogi”.

149 lat później Barack Obama, podróżując po świecie, jakby zapomniał nauki swojego wielkiego poprzednika. Ci, którzy twierdzili, że pies ma pięć nóg, znowu triumfują. Najpierw były uściski amerykańskiego prezydenta z komunistycznymi dyktatorami w Ameryce Środkowej, gdzie Obama tłumaczył, że to nie on próbował obalić reżim Fidela Castro, ale jego poprzednicy – w domyśle: błądzący poprzednicy. Teraz prezydent wybrał się do Europy. Przy okazji obchodów 65. rocznicy inwazji aliantów w Normandii odwiedza Niemcy. I – choć nie wyznaczono jeszcze nawet daty jego wizyty w Polsce – to na trasie peregrynacji znalazło się już Drezno.

Niedawno, w rocznicę alianckich nalotów na to miasto, maszerowali tu neofaszyści, wedle których Drezno w czasie wojny padło ofiarą „bombowego Holokaustu”. Dla wielu Niemców, piszących na nowo historię swojego kraju, to rzeczywiście miejsce znaczące – symbol niesprawiedliwych cierpień ich narodu. Jego historia, podobnie jak losy wypędzonych, ma pomóc Niemcom w odbudowaniu ich tożsamości. Nie bez przyczyny kanclerz Angeli Merkel zależało, aby Barack Obama oprócz Buchenwaldu (ten obóz wyzwalał wuj prezydenta), odwiedził też miejsce, które Niemcom pozwala czuć się lepiej.

Oczywiście sama wizyta amerykańskiego prezydenta w Dreźnie nie uczyni z Niemców ofiar II wojny światowej. Podobnie jak uchwała CSU domagająca się potępienia wypędzeń nie dowodzi, że Niemcy chcą rewizji granic. Pojedyncze procesy o zwrot majątku polskich na ziemiach odzyskanych, regularne marsze neofaszystów, celebra wokół centrum wypędzonych – każde z tych zdarzeń z osobna o niczym nie świadczy.

Wszystkie razem powinny jednak Barackowi Obamie dać do myślenia. A polskich dyplomatów, na co dzień niechętnych do zwracania uwagi Amerykanom, skłonić do wyrażenia nieśmiałych, ale jednak wątpliwości. Warto to zrobić, zanim prezydent USA rozpocznie wizytę w Moskwie. Bo kto wie, za co będzie chciał tam przepraszać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Więcej chlewu w polityce

5 cze 2009

Nie rozumiem o co chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy krytykując reklamę Platformy, mówi o chlewie. Co ma na myśli mówiąc o nowej wulgarnej polityce. Czy to ma być przeciwieństwo starej nie–wulgarnej polityki?

Demokracja i polityka zawsze była wulgarna. Ba, słowo „vulgus” (od którego pochodzi „wulgarny”) oznacza zwykłych ludzi, prosty tłum. Politycy jak tylko awansują ze świata wieców do salonów, szybko zapominają nie tylko o pochodzeniu demokracji i swojego mandatu, ale też o własnych sloganach i kampaniach mających właśnie zdobywać serca i głosy tłumu. Polityka sama nie sięga chlewu, ale z niego się wywodzi, o czym obnoszący się ze swoim intelektualnym pochodzeniem politycy często zapominają. Zapominają, albo nie doczytali Horacego i jego słynnego zdania „Odi profanum vulgus et arceo” czyli „Nienawidzę tłumu profanów i trzymam ich na dystans”.

Czy faktycznie naszym problemem jest wulgaryzacja, podwórko, polityczny chlew? To tylko forma przekazu. Nie ma nic złego w kampanii nośnych prostych złośliwych sloganów – pod warunkiem, że pod świńskimi ogonami czy torsem Olejniczaka kryją się wizje i programy.

Grzech kończącej się kampanii polegał na tym, że była ona nie dość „vulgus” – nie wystarczająco trafiająca do ludzi. Nie mówiła, co nam przyjdzie z tego głosowania. Jaki mamy w interes w tym, żeby pójść do urn. Jak nowe posady wybrańców polskich partii przełożą się na nasz byt.

Słyszeliśmy dotąd tylko, że europosłowie będą lepiej zarabiać. I że będzie wstyd, jeżeli nie pójdziemy głosować. I to mają być intelektualne argumenty? Jeżeli tak to, proszę, wróćcie panowie do chlewu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gospodarczy skok na bungee

15 maj 2009

Nie liczmy na miękkie lądowanie. W najlepszym razie czeka nas gospodarczy skok na bungee. Błyskawiczny lot w dół i mocne szarpnięcie tuż przed spotkaniem z glebą. 50-procentowe podatki dla najbogatszych i obcinanie pensji bankowcom może na chwilę zaspokoją socjalistyczne poczucie sprawiedliwości związkowców, ale nie uratują europejskich budżetów pogrążonych w głębokim deficycie.

To oczywiście przypadek, że tego samego dnia Bruksela ogłasza dane o największej zapaści gospodarczej Europy od 1970 roku, w Berlinie kongres syndykalistów planuje naprawę kapitalizmu, a w Warszawie związki zawodowe w ramach Komisji Trójstronnej idą na ustępstwa. Nie jest jednak przypadkiem, że kryzys mocniej dotyka dziś Europy niż Ameryki i euro szybciej traci na wartości niż dolar.

Unia ciężko na to pracowała. Kombinacja pakietów ratunkowych, malejących wpływów do budżetu, rosnącego bezrobocia z rozbuchanymi świadczeniami socjalnymi w końcu musiała doprowadzić do zapaści.

Socjalistyczna przygoda z ratowaniem biznesu przed biznesmenami dobiega końca. Europa musi znowu uwolnić ludzką energię, zamiast dusić przedsiębiorczość podatkami. Zrezygnować z monstrualnych przywilejów pracowniczych, ale też z miliardowych dopłat do nieporadnych banków czy koncernów samochodowych. Zasiłki dla bezrobotnych sięgające 80 proc. płacy i sztywne przepisy uniemożliwiające reorganizacje firm mogą pogrążyć Europę w długotrwałej depresji i społecznej degradacji.

David Cameron, konserwatywny kandydat na premiera Wielkiej Brytanii, prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Niemiec Angela Merkel przyznają, że wyższe podatki nas nie uratują. Wiedzą o tym, ale zwlekają. Tymczasem związki zawodowe prowadzą swoją wielką wojnę o socjalistyczną sprawiedliwość, krzycząc: „to nie nasz kryzys!”. O to można się spierać, ale ten następny, groźniejszy, na pewno będzie ich i tylko ich.

Porozumienie Komisji Trójstronnej w Polsce idzie pod prąd roszczeniom związkowców w Europie Zachodniej. Daje rządowi fantastyczną okazję do przeprowadzania spóźnionych reform rynkowych, dalszej redukcji kosztów pracowniczych, prywatyzacji. Pamiętajmy, z jakiej wysokości nasza gospodarka skacze w dół. Polski most jest niższy, więc i lina musi być znacznie krótsza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sierpień ’80 pomaga premierowi

4 maj 2009

Jedni negocjują z pracodawcami, inni tworzą fundusze samopomocy, a Sierpień ’80 jak zwykle zajmuje się sam sobą. Nie jest jedyną efemerydą polityczną, która liczyła, że kryzys przyniesie głębokie podziały społeczne, konflikty i uliczne zawieruchy.

Ale działacze związkowi się przeliczyli. Nie dostali swoich pięciu minut. I postanowili coś z tym zrobić. Miesiąc temu miał być masowy marsz na Warszawę – skończyło się pokazem palonych opon przez 300 zawodowych aktywistów.

Zajęcie biura poselskiego Donalda Tuska jest dla związkowców bezpieczniejsze niż uliczny marsz czy rozmowy z pracodawcami. Nie potrzeba argumentów, nie trzeba się bać o frekwencję, a kamery gwarantowane. Jednego jednak szef Sierpnia ’80 Bogusław Ziętek nie rozumie – tego, jak bardzo pomaga w ten sposób premierowi.

Rząd krytykowany za brak reform, za gołosłowie w sprawach prywatyzacji, naprawy służby zdrowia, pomocy w spłacie kredytów mieszkaniowych, KRUS czy – ostatnio – mapy drogowej wchodzenia do ERM2, teraz ma kolejną wymówkę – strach przed szalejącym populizmem.

Żaden polski premier po dwóch latach rządów nie cieszył się takim zaufaniem jak Tusk. I pewnie nikt, oprócz Tadeusza Mazowieckiego, nie miał takiej szansy na przeprowadzenie autentycznych reform. Polacy wytrwali w swoim poparciu, a premier Tusk, na nasze nieszczęście, w swoim gołosłowiu.

Lista zakładów, z których pochodzą protestujący, jest jakby złośliwie przepisana z rządowej listy niedoszłych planów prywatyzacyjnych. Energetyka, kolej, służba zdrowia, stocznie, transport publiczny. To naturalna pożywka dla skrajnie roszczeniowych grup związkowo-politycznych.

Do spisu roszczeń Sierpnia ’80 dopisałbym jeszcze kilka innych, których pracownicy pewnie wstydzą się stanąć ramię w ramię z Sierpniem ’80: muzea, uczelnie, placówki naukowe… Wszędzie tam też zaniechano reform i teraz, w obliczu kryzysu, stają się ofiarami cichych, ale bolesnych cięć. Co miesiąc trochę mniej pieniędzy. Ile kolejnym razem? Nie wiadomo, bo rząd nie wie, jaki ma być deficyt.

Jednak groźne nie jest to, co może dziś zrobić Sierpień ’80. Groźne będzie to, co zrobi jutro, jeśli rząd nie zacznie spełniać swoich obietnic. Jeśli nie zacznie zmieniać Polski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop