Przerywnik w dziejach ludzkości

27 sty 2012

Je­że­li cze­goś uczy nas wiel­ka woj­na o umo­wę AC­TA, to chy­ba tyl­ko po­ko­ry wo­bec hi­sto­rii i ludz­kiej na­tu­ry.

Tech­no­lo­gia wy­wra­ca do gó­ry no­ga­mi me­dia i ca­ły wiel­ki prze­mysł in­for­ma­cyj­ny. Wy­daw­cy i kon­cer­ny te­le­wi­zyj­no­-ra­dio­we nie na­dą­ża­ją z prze­bu­do­wą new­sro­omów i kon­stru­owa­niem no­wych mo­de­li biz­ne­so­wych.

Ale to nie jest po­dróż w nie­zna­ne. Co naj­wy­żej po­wrót do cza­sów wol­nej wy­mia­ny my­śli, ży­wio­ło­wej, za­raź­li­wej i nie­okieł­zna­nej de­ba­ty pu­blicz­nej. Do Ac­ta Diur­na, ga­zet­ki wy­wie­sza­nej 130 lat przed na­szą erą na Fo­rum Ro­ma­num i prze­ka­zy­wa­nej z ust do ust w ca­łym rzym­skim im­pe­rium. Do pie­śni min­stre­li opo­wia­da­ją­cych o mę­stwie krzy­żow­ców, do mą­dro­ści Sta­sia Gą­ski – sław­ne­go Stań­czy­ka, na­dwor­ne­go bła­zna na dwo­rze Ja­gie­llo­nów – i je­go ży­cio­wych prawd po­wie­la­nych w przy­sło­wiach. Do ta­blic Mar­ci­na Lu­tra przy­bi­tych na  drzwiach ka­te­dry i da­lej prze­pi­sy­wa­nych w wie­lu do­mach w ca­łej Eu­ro­pie, do cza­sów Pau­la Re­ve­re’ego, któ­ry w 1775 ob­je­chał kon­no bo­stoń­skie przed­mie­ścia, by zmo­bi­li­zo­wać oby­wa­te­li do zry­wu prze­ciw­ko nad­cią­ga­ją­cym bry­tyj­skim woj­skom.

Tra­dy­cyj­na ga­ze­ta nie do­tar­ła­by na czas, a na­wet gdy­by, ma­ło kto umiał­by ją prze­czy­tać. In­ter­net i je­go wszyst­kie twit­te­ro­we czy fa­ce­bo­oko­we ema­na­cje ma­ją w so­bie tę sa­mą ży­wio­ło­wość, swo­bo­dę eks­pan­sji i ega­li­tar­ność, co pry­mi­tyw­ne for­my ko­mu­ni­ka­cji sprzed XIX wie­ku. Du­chem się­ga do cza­sów sprzed ma­gna­tów pra­so­wych i ich mi­lio­no­wych na­kła­dów zmie­nia­ją­cych spo­łecz­no­-po­li­tycz­ną rze­czy­wi­stość.

To, co by­ło si­łą wiel­kich wy­daw­nictw – szyb­ka dys­try­bu­cja i nie­wy­so­ka ce­na – by­ło jed­no­cze­śnie głów­ną sła­bo­ścią me­dial­nej cy­wi­li­za­cji, któ­ra wła­śnie koń­czy się na na­szych oczach. Scen­tra­li­zo­wa­ne ośrod­ki pro­duk­cji pra­sy, ksią­żek, a z cza­sem pro­gra­mów ra­dio­wych i te­le­wi­zyj­nych by­ły po­ku­są dla wszyst­kich chcą­cych ste­ro­wać opi­nią pu­blicz­ną. Naj­pierw po­li­ty­ków, nie­zno­szą­cych, gdy kry­ty­ko­wa­no ich re­żi­my, a z cza­sem tak­że wiel­kich kor­po­ra­cji. Re­kla­mo­daw­ców, któ­rzy wy­ko­rzy­stu­ją bu­dże­ty, aby ste­ro­wać me­dia­mi.

W przyszłości bę­dzie­my spo­glą­da­li na te ostat­nie 200 lat jak na sto­sun­ko­wo krót­ki prze­ryw­nik w dzie­jach ludz­ko­ści. Na prze­ryw­nik, któ­rym by­ły ko­stycz­ne mo­de­le re­dak­cji przy­wią­za­ne do miej­sca i hie­rar­chicz­nej struk­tu­ry dzia­łów, se­kre­ta­ria­ty o wą­skiej spe­cja­li­za­cji i to­ny prze­wa­la­ją­ce­go się pa­pie­ru. Dzien­ni­kar­stwo prze­sta­nie być spe­cja­li­stycz­nym za­ję­ciem. Za­wód upra­wiać bę­dą lu­dzie roz­ma­itych pro­fe­sji, po­sia­da­ją­cy uni­kal­ną wie­dzę i mo­gą­cy dzie­lić się nią na naj­róż­niej­szych no­śni­kach. Myśl nie bę­dzie skrę­po­wa­na przez dru­kar­nie i kol­por­te­rów. A przy tak wiel­kiej dy­wer­sy­fi­ka­cji trud­niej bę­dzie o ma­ni­pu­la­cję tre­ścia­mi. Ta ro­man­tycz­na wi­zja otwar­tej cy­wi­li­za­cji me­dial­nej wy­ma­ga jed­nak cze­goś wię­cej niż tyl­ko spraw­nej tech­no­lo­gii.

Trans­por­to­wa re­wo­lu­cja, któ­rą sym­bo­li­zo­wa­ły sa­mo­chód czy sa­mo­lot, 100 lat te­mu, mo­gła być po­strze­ga­na ja­ko po­wrót do no­ma­dycz­nych in­stynk­tów pier­wot­nych lu­dów. Prze­kra­cza­ją­ce gra­ni­ce państw i cy­wi­li­za­cji, łą­czą­ce ze so­bą roz­ma­ite kul­tu­ry wy­ma­ga­ły wspól­nych ko­dek­sów dro­go­wych i wspól­nych za­sad na­wi­ga­cji.

Po­dob­nie go­spo­dar­cza glo­ba­li­za­cja, spłasz­cze­nie się zie­mi, o czym pi­sał Tho­mas Fried­man, nie by­ły­by moż­li­we bez wspól­nych in­sty­tu­cji re­gu­lu­ją­cych pod­sta­wo­we pra­wa ryn­ku pra­cy, wspól­ne nor­my ja­ko­ści pro­duk­tów. Je­że­li chce­my, że­by z cha­osu elek­tro­nicz­nej wy­mia­ny my­śli wy­ni­kło coś wię­cej niż tyl­ko zgiełk ta­nich słów i pro­stych prze­ka­zów, po­trze­bu­je­my glo­bal­nych za­sad chro­nią­cych pra­wa au­tor­skie. To one da­dzą praw­dzi­wą wol­ność, nie­za­leż­ność od kon­cer­nów, kor­po­ra­cji, pry­wat­nej czy pań­stwo­wej cen­zu­ry.

Wbrew te­mu, co mó­wią prze­ciw­ni­cy mię­dzy­na­ro­do­wych po­ro­zu­mień do­ty­czą­cych ochro­ny praw au­tor­skich, te­go ty­pu re­gu­la­cje praw­ne są w in­te­re­sie po­je­dyn­czych twór­ców, a nie kor­po­ra­cji i państw. W męt­nej wo­dzie dzi­siej­sze­go In­ter­ne­tu, gdzie wol­no­ścią na­zy­wa się zwy­kła kra­dzież praw au­tor­skich, ma­rek, uni­kal­nej twór­czo­ści, trud­no bę­dzie za­pew­nić nie­za­leż­ność pi­sa­rzom, ry­sow­ni­kom, ar­chi­tek­tom, fo­to­gra­fom. Obec­ny sys­tem po­zo­sta­wia ich na pa­stwę spon­so­rów. Czy to firm i in­sty­tu­cji, czy to państw, któ­re z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów go­dzą się fi­nan­so­wać ich twór­czość, mi­mo że nie przy­nie­sie im to zy­sku. W ten spo­sób ma­gna­ci pra­so­wi w in­ter­ne­to­wym wcie­le­niu mo­no­po­li­zu­ją prze­pływ tre­ści. Nieważ­ne, czy ory­gi­nal­nych, czy kra­dzio­nych.

Nie da się zmie­nić me­dial­nej rze­czy­wi­sto­ści, tkwiąc w ar­cha­icz­nych pra­wach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cygaro i arogancja

26 sty 2012

Zygmunt Freud znany był nie tylko ze swoich erotycznych zainteresowań, ale też z zamiłowania do dobrych cygar. Na podchwytliwe pytanie studenta, o czym świadczy długie cygaro w ręku niskiego mężczyzny, odpowiedział kiedyś: czasem cygaro jest tylko cygarem.

Podobnie masowe protesty przeciwko ACTA mogą być tylko masowymi protestami zaniepokojonych internautów. Tak jak protest pieczątkowy lekarzy mógł być tylko wyrazem ich niechęci do nadmiernej biurokracji.

Ale w przypadku cygar czasem nawet nie o palenie chodzi, ale o dym. W sprawie ACTA mamy do czynienia z kolejną mobilizacją społeczną w poprzek podziałów politycznych. Młodzi ludzie protestują, obojętnie przysłuchując się pohukiwaniom polityków PO, przypatrując się gestom zrozumienia ze strony opozycji i żałosnej maskaradzie palikotowców w maskach Anonymous. Nie pierwszy raz możemy obserwować, jak procesy społeczne, zainteresowania najbardziej dynamicznej i kreatywnej części społeczeństwa całkowicie rozmijają się z programami partii i wyobrażeniami establishmentu o oczekiwaniach wyborców. W tym tygodniu przekroczona została kolejna bariera – arogancji i niezrozumienia.

Daleko mi do poglądów Jacka Żakowskiego, upatrującego w prawie o ściganiu fałszerstw i łamaniu praw autorskich formy zniewolenia. Ale jeszcze dalej do postawy, jaką wobec krytyków przyjmują rządzący. Donald Tusk pokpiwa z publicystów i zamiast odnosić się do argumentów, zarzuca dziennikarzowi hipokryzję. Minister kultury utrzymuje, że wszystkie środowiska zostały poinformowane o układzie ACTA. Czyli mamy z tego wnioskować, że 100 tysięcy ludzi, którzy wylegli na ulice 70 miast, kłamie  albo jest tak durnych, że nie rozumie, co się do nich mówi? Do tego wszystkiego mamy nieporadne interpretacje kilku publicystów, insynuujących, że złodziejska natura polskich internautów buntuje się na myśl o praworządności.

Jeżeli już mamy po freudowsku szukać ukrytych motywów hakerów i ich rosnącego grona sympatyków, to tylko w narastającej izolacji elit od reszty społeczeństwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Siła prostych recept

20 sty 2012

20 stycznia 1981 roku Ronald Reagan został zaprzysiężony na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Od tego czasu minęło 31 lat – aż tyle i tylko tyle, zważywszy, jaki krąg zatoczyła w tym czasie cywilizacja Zachodu: od Jimmy’ego Cartera, gorącego wyznawcy państwowego interwencjonizmu i relatywizmu w polityce zagranicznej, przez rządy „moralnej odnowy” Reagana, z powrotem do lewicującej polityki demontowania wolności rynkowych i izolacjonizmu Baracka Obamy.

Reagan wraz z Margaret Thatcher, z którą działał ręka w rękę, doprowadzili do rozpadu Związku Radzieckiego, obalenia barier w handlu międzynarodowym, wreszcie przywrócili godność pracy, która przez kolejne dziesięciolecia była wartością, a nie jałmużną.

Ciekawe, jak człowiek, który bez jednego strzału pokonał sowieckie imperium zła, dałby sobie dziś radę z Iranem czy Afganistanem? Czy proste rynkowe decyzje, które pozwoliły Ameryce i reszcie świata wyjść ze stagnacji lat 70., sprawdziłyby się teraz w walce z groźniejszym o niebo kryzysem? Czy syn sprzedawcy butów, aktor z podrzędnych hollywoodzkich produkcji filmowych byłby w stanie stawić czoła intelektualnym sprzecznościom, które targają dziś zachodnią cywilizacją?

I może najważniejsze pytanie: czy współcześni wyborcy gotowi byliby na przywódcę, który całe życie drwił z waszyngtońskich i nowojorskich salonów? Reagan szedł na prawo, kiedy wszyscy szli na lewo. Mówił o moralności, kiedy wokół odwoływano się  do „racjonalizmu” i „realizmu”. Czy nie skończyłby zepchnięty do konserwatywnych blogów, obśmiany, okrzyczany fanatycznym ideologiem dziewiętnastowiecznej utopii?

Mało kto pamięta dziś kampanię, jaką swego czasu rozpętała przeciwko Reaganowi lewica. Przed wyborami w roku 1980 zarówno europejskie, jak rodzime elity nazywały go „ramieniem zbrojnym milionerów” („New York Times”) i „szaleńcem, który chce podpalić świat” (Le Monde). Tymczasem kiedy obejmował rządy, świat stał już w ogniu. Afganistan został rozjechany sowieckimi czołgami, w ręce komunistów wpadały kolejne państwa. Niedługo po przeprowadzce prezydenta do Białego Domu generał Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny, a w roku 1983 Moskwa wypowiedziała Stanom Zjednoczonym nuklearny program rozbrojeniowy. Paryż, Bonn i Rzym broniły polityki odprężenia za wszelką cenę. Po ulicach Rzymu i Hamburga grasowały sponsorowane przez radziecki wywiad bandy zabójców – Czerwone Brygady.

Co na to Reagan? Kiedy radzieckie myśliwce zestrzeliły koreański samolot pasażerski, zabijając 269 osób, amerykański prezydent potrzebował kilka minut, żeby nazwać to publicznie „zaplanowaną masakrą”, a Związek Radziecki krajem, który występuje „przeciwko moralnym zasadom rządzącym światem od zawsze i wszędzie”. Inne jego słynne przemówienie, traktujące o imperium zła i historycznej powinności powstrzymania przez Zachód zarazy ze Wschodu, uznano za czyste szaleństwo, oskarżając republikanów o „podgrzewanie zimnej wojny”.

Politykę gospodarczą, robioną na przekór zdroworozsądkowo myślącym ekonomistom, opowiadającym się za nowymi pakietami stymulacyjnymi, uważano za początek końca amerykańskiej dominacji gospodarczej. Dziś już nikt nie pamięta tytułów nowojorskich dzienników bijących na alarm, że Japończycy wykupują wieżowce na Manhattanie i wkrótce będą rządzić Ameryką, jakoby za sprawą reaganowskiej polityki otwartości gospodarczej.

W pierwszym roku swoich rządów Reagan rozpoczął deregulację rynku pracy. Kiedy kontrolerzy lotu ogłosili strajk, żądając utrzymania przywilejów i gwarancji pracy, zagroził uwięzieniem 11 tysięcy pracowników za łamanie federalnych przepisów o bezpieczeństwie lotów. Zanim ich miejsce zajęli wojskowi, związki zawodowe ustąpiły, torując drogę serii koniecznych zmian na rynku pracy.

Nawet w krótkiej pamięci ekonomistów pozostał do dziś gwałtowny spadek inflacji, wzrost zatrudnienia i najdłuższy w powojennej historii wzrost gospodarczy. To, co rozpoczął Reagan, ograniczając wydatki państwa, obniżając podatki, deregulując sektor finansowy i bankowy i znosząc kontrolę cen, dało światu ćwierć wieku wzrostu gospodarczego, a Ameryce i Europie Zachodniej – siłę do pokonania imperium zła, zjednoczenia Niemiec i przyłączenia Polski do NATO.

Bliski przyjaciel Reagana, zmarły w 2009 roku lord John Henderson, swego czasu brytyjski ambasador w Polsce, w ostatnim swoim wspomnieniu o Reaganie napisał: „w wojnie z islamskim fundamentalizmem wysoko podniósłby flagę wolności i praw człowieka”. W wojnie z kryzysem jego zdaniem 40. prezydent USA radziłby „obniżyć podatki, uwolnić sektor finansowy od państwowych dotacji, deregulować rynek pracy” i „wysoko powiewałby flagą wolności gospodarczych”.

Wśród wszystkich wielopoziomowych unijnych i obamowych programów ratowania Zachodu wizje Reagana mogą się dziś wydawać naiwnie proste. Rzecz w tym, że 31 lat temu najmądrzejszym głowom ówczesnego świata też wydawał się prostakiem i ignorantem w dziedzinie ekonomii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zbrodniarze zostali napiętnowani

12 sty 2012

Warto było czekać te 30 lat. Wyrok skazujący dla generała Czesława Kiszczaka nie odda życia pomordowanym, nie naprawi złamanych życiorysów ani nie połączy rodzin rozbitych emigracją.

Zmarnowane lata stanu wojennego na długie dziesięciolecia  pozostaną ciężarem dla naszego państwa. Ale teraz rzecz nie dotyczyła rekompensat. Nie chodziło o nas, bo tamtą traumę dawno mamy już za sobą.

Chodziło raczej o te wszystkie lekcje historii, które czekają przyszłe pokolenia. A także o te słowa wypowiedziane przez panią sędzię: „Stanowili związek przestępczy o charakterze zbrojnym”.

Twórcy stanu wojennego zostali tym samym postawieni na równi z sowieckimi najeźdźcami, sprawcami mordów sądowych, organizatorami wywózek polskiej inteligencji oraz z milicjantami i żołnierzami strzelającymi do robotników na Wybrzeżu i na Śląsku. Są zbrodniarzami, którym przyświecał ten sam banalny motyw co dziesiątkom dyktatorów przed nimi i po nich. Działali wyłącznie z pobudek osobistych.

Sąd obalił przy okazji kłamstwo historyczne, jakoby stan wojenny był ratunkiem przed czymkolwiek – „nie było bezpośredniego zagrożenia zbrojną interwencją ze strony wojsk Układu Warszawskiego”. Związek Radziecki był oczywiście zagrożeniem dla naszej państwowości i wolności osobistej wszystkich Polaków. Warto jednak pamiętać, że okupacja, która trwała od 1945 roku, mogła się pewnie skończyć niemal dziesięć lat wcześniej, niż się skończyła. Tę straconą dekadę zawdzięczamy już nie obcym wojskom czy jakimś konfabulującym ideologom. Zawdzięczamy ją grupie ludzi, którzy używając fałszywego argumentu sowieckiej inwazji, cynicznie budowali zbrojną organizację przestępczą do  ochrony prywatnych interesów.

W przeciwieństwie do  innych demokracji w świecie, III RP obeszła się ze swoimi dyktatorami łagodnie. Pozostaje nam się tylko cieszyć, że historia nie zostawi na nich suchej nitki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nigdy dość dziennikarskiej wnikliwości

09 sty 2012

Ten samobójczy zamach niczego nie przerwał. Szczęśliwie z życiem wyszedł z tego prokurator Mikołaj Przybył.

Ale dla prokuratury i polskiego wymiaru sprawiedliwości dopiero rozpoczął się bodaj czy nie najtrudniejszy okres w historii III Rzeczpospolitej. Czekają nas długie  miesiące wydłubywania strzępów prawdy z kolejnych śledztw, konferencji prasowych  i manifestacji rozżalonych funkcjonariuszy.

Jak głęboki musi być rak zżerający polski wymiar sprawiedliwości, skoro nawet w obliczu tragedii szefowie prokuratur publicznie zarzucają sobie kłamstwo i przytaczają sprzeczne relacje ze spotkań? Zarzucani jesteśmy nowymi wstrząsającymi faktami. O rzekomych wendetach za ujawnienie afer korupcyjnych w armii, w które wplątani są politycy. O włamaniach, czy jak wolą,  „zamachach na mienie śledczych”. W panice zwoływane  są konferencje prasowe – nie po to żeby poinformować, ale  żeby wyprzedzić drugą stronę. I zadać jej kłam.

W poniedziałek od rana mnożyły się pytania, a im mniej było odpowiedzi, tym więcej plotek i spiskowych teorii. Dlaczego Mikołaja Przybyła, prokuratora, który zajmował się najpoważniejszymi przypadkami przestępczości zorganizowanej w wojsku, człowieka, który doprowadził do skazujących wyroków w aż 8 śledztwach w sprawach nadużyć przy zamówieniach publicznych w armii, skierowano do błahej sprawy, której tak naprawdę już nie było?

Dlaczego szukano przecieków w sprawie prokuratora Pasionka mimo, że nawet mu nie postawiono zarzutów? Czy faktycznie prokurator generalny Andrzej Seremet wiedział o billingach i esemesach dziennikarzy, które gromadziła prokuratora wojskowa? Nie wiemy, kto tu kłamie.

Jeżeli czegoś już dziś uczy nas ta historia, to chyba tylko tego, że nigdy dość dziennikarskiej wnikliwości. Cezary Gmyz z Rzeczpospolitej i Maciej Duda z TVN24, konsekwentnie i bardzo rzetelnie podążali za kolejnymi tropami w tej sprawie. Badali akta i najdrobniejsze tropy. Niegodziwością jest dziś insynuowanie, że zostali zmanipulowani. Że ktoś usiłował ich piórem zaszkodzić prokuratorom prowadzącym śledztwa dotyczące zamówień publicznych.  Dziennikarze przypadkiem znaleźli w aktach sprawy Pasionka numery swoich własnych telefonów, billingi, a nawet wnioski o wydanie ich prywatnych esmesów prokuratorom.

Wsparli nas koledzy z konkurencyjnych tytułów, którzy także z troską pochylili się nad problemem, jakim jest dziś bezkarność śledczych. W najbliższych tygodniach czy miesiącach będziemy jeszcze bardziej potrzebowali solidnej, solidarnej i wyważonej pracy dziennikarskiej.

W tym dramatycznym momencie w historii prokuratury minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wyraził jedynie – uwaga! – zaniepokojenie. W imieniu prezydenta enigmatyczne oświadczenie wydała tylko jego kancelaria, zapraszając dziś prokuratorów na spotkanie z głową państwa. A premier nie zrobił nawet tego. W chwili kiedy w posadach chwieje się jeden z fundamentów państwa prawa politycy znikają. Zostawiając obywateli samym sobie, no i na całe szczęście mediom.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niebezpieczne multi-kulti

06 sty 2012

W zgiełku codziennej polityki trudno nam czasem dostrzec zjawiska i problemy, które mogą decydować o naszej przyszłości. Chaotyczna i krótkowzroczna polityka rządu wobec rodziny nie przekłada się dziś na kurs franka, spłatę kredytów, ani na zawartość koszyka, który wywozimy z supermarketu.

Co najwyżej na to, że z 230 państw sklasyfikowanych według przyrostu naturalnego jesteśmy na 200. miejscu.

Z 222 państw klasyfikowanych według dzietności jesteśmy na  207. miejscu („CIA fact book”). To są wskaźniki, które przełożą się na miejsce Polski w świecie za 20 – 30 lat. Mogą mieć  większe znaczenie niż to, czy i kiedy przyjmiemy euro.

Z najnowszego raportu Narodów Zjednoczonych wynika, że w drugiej połowie XXI wieku populacja Ziemi z 7 miliardów ludzi wzrośnie do 15 miliardów. Ramy politycznie poprawnej dyskusji ograniczają się zwykle do pytań o wyżywienie kolejnych miliardów, zanieczyszczenie środowiska, podbój kosmosu i pytania, czy dla wszystkich starczy miejsca na wakacje.

Od czasów Samuela Huntingtona i jego przełomowej publikacji „The Clash of Civilizations” („Zderzenie cywilizacji”) z 1993 roku mało kto zastanawiał się nad kulturowymi aspektami demografii. Nad konsekwencjami tego, że podczas gdy populacja naszej planety się rozrasta, zachodnia cywilizacja wymiera. Z wyjątkiem Albanii żadne europejskie państwo nie może się pochwalić przyrostem naturalnym gwarantującym zastępowalność pokoleniową. Ludność wszystkich krajów określających się jako „zachodnia cywilizacja” w 2050 roku będzie stanowiła zaledwie 12 proc. populacji Ziemi.

Teoretycznie wzrost urodzeń odnotuje Wielka Brytania, ale rosnąca emigracja z kraju i imigracja z Azji i Afryki na Wyspy Brytyjskie spowoduje, że odsetek ludzi odwołujących się do judeochrześcijańskich wartości będzie nieporównanie niższy. Pamiętajmy, że od 1976 roku populacja rodowitych Brytyjczyków utrzymuje się na zerowym poziomie. Rośnie odsetek przybyszów z Indii, Chin i państw arabskich.

Za 25 lat populacja Niemiec z 82 mln skurczy się do 74 mln.

Grecja, która przed wybuchem kryzysu miała 11,5 mln mieszkańców, w 2050 r. – na kiedy przypadają pierwsze terminy wielkich spłat zrolowanych kredytów – będzie miała według „World Population Prospects” 10,8 mln rodowitej ludności. O 300 tysięcy mniej ludzi do spłacania zobowiązań. Przy czym połowa populacji będzie powyżej 50. roku życia.  35 proc. będzie powyżej 65. roku życia. Kto będzie spłacał ten kredyt? Jeżeli wierzyć agencji ds. imigracji w Atenach, to 30 proc. osób zamieszkujących Grecję będzie pochodzenia afrykańskiego bądź arabskiego i będą to mieszkańcy bez pełnych praw obywatelskich. Czy  instytucje finansowe w nich mogą dziś bezpiecznie lokować swoje nadzieje? Jeszcze bardziej dramatycznie wyglądają prognozy dla państw nadbałtyckich. Tu przewidywany spadek liczebności rdzennej ludności w ciągu następnych 35 lat szacowany jest na 30 proc.

W niewiele lepszej sytuacji są Stany Zjednoczone. Mieszkańcy europejskiego pochodzenia w 2040 roku stanowić będą zaledwie  połowę tamtejszej populacji.

30 proc. ludności USA będą stanowić ludzie uważający język hiszpański za swój język rodowity. Ludzie, którzy – jak pisał Huntington – traktują Amerykę jedynie jako źródło dochodów, a za ojczyznę i kulturową kolebkę uważają kraje latynoskie. Tam zostały ich rodziny, stamtąd importują tradycje i myślenie o państwie. Każdy, kto miał okazje w Teksasie oglądać mecz baseballu między lokalną drużyną a dowolnym zespołem z Ameryki Południowej, będzie wiedział o czym mówię, zobaczy, gdzie bije serce publiczności. Mniejsza, że w coraz większej liczbie miast Kalifornii, Teksasu, Nowego Meksyku, Florydy łatwiej jest porozumieć się po hiszpańsku niż po angielsku. Problem w tym, że rośnie tam już kolejne pokolenie, wychowane już w USA, kulturowo silnie związane z wartościami odległymi od wolnościowej i republikańskiej tradycji Ameryki.

Mało kto wie, że już dziś Waszyngton jest miastem mniejszości narodowych. I tu też nie tyle skład etniczny jest ważny, ile niezwykle roszczeniowe postawy. Co piąta osoba zameldowana w stolicy USA żyje dzięki pomocy społecznej.

Z jednej strony będziemy więc mieli coraz większe potrzeby starzejących się zachodnich cywilizacji importujących tanią siłę roboczą, a z drugiej – napływ imigrantów z Południa i ze Wschodu. W roku 2050 liczba ludności Afryki zwiększy się z miliarda do 2 miliardów ludzi. Podwoi się liczba społeczności islamskich w takich państwach, jak: Indonezja, Turcja, Tajlandia, do niedawna uważanych za państwa na wpół świeckie. Już dziś 28 najszybciej rozwijających się populacji to kraje islamskie. To co jak w laboratorium obserwujemy na przykładzie miasta Waszyngton, wkrótce czeka wielkie aglomeracje Ameryki i Europy.

Co ta demograficzna rewolucja oznacza dla Europy? Wystarczy przypomnieć sobie niedawne zamieszki na ulicach Paryża i Londynu, palone auta, rabowane sklepy. Policzyć koszty opieki socjalnej w Szwecji, Holandii dla płynącej jak rzeka fali imigrantów. Nie ma nic złego w wielokulturowości, dopóki jest to proces przemyślany i prowadzony świadomie. Strategia, która pozwala na wchłanianie nowych kultur, jest co najmniej pożądana.

Gorzej, jeżeli mamy do czynienia z powolnym wypieraniem naszej cywilizacji i jesteśmy tym zaskakiwani. Niemcy, Szwedzi, Holendrzy po latach zrozumieli, jakim błędem była polityka multi-kulti, ale odwrotu już nie ma. Były prezydent Algierii, dawny tamtejszy rewolucjonista Houari Boumedienne już w 1975 r. skierował do ONZ następujące słowa:  „W dniu, w którym na każdego mieszkańca północy przypadać będzie półtora  przybysza z południa, nie będzie już mowy o kulturze otwartości. Będzie jedna kultura i przyjdzie do was z łona naszych kobiet”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strzał gazety Aurora

30 gru 2011

Po fatalnym roku dla dogmatów ideologicznych lewica znalazła sobie nowy obiekt, z którym może podjąć walkę. Nierówność. Straszne słowo, prawda? Jakby ktoś zaplanował zamach na naród. Jeszcze jeden spisek elit przeciwko cierpiącym masom.

Od dwóch tygodni w kolejnych wydaniach „Gazety Wyborczej” lewicowi publicyści walczą o równość. O wyższe pensje, bo nie starczają ludziom do pierwszego. O umowy śmieciowe, bo lepiej pracować na etacie.  O zasypywanie przepaści między najbogatszymi a resztą narodu.

Lekceważąc rachunek ekonomiczny i abstrahując od sytuacji gospodarczej, biją na alarm, że zaprzepaściliśmy demokratyczne ideały. Że nie o taką Polskę walczyliśmy.

Młodsi wiekiem medialni ideolodzy nie pamiętają, ale w czasie polskiej rewolucji nie domagaliśmy się równości. Walczyliśmy o wolność, a to coś zupełnie innego. O kraj bez ruskich czołgów, bez cenzury, o  szansę na karierę bez obowiązkowego zapisywania się do partii, o wyjazdy za granicę bez składania aktów poddaństwa esbecji.

Przypomnę, że o równość – o egalité – walczył dziki tłum pod Bastylią, z hasłami równości na ustach maszerowali bolszewicy. Po nich byli doskonali uczniowie Castro i Pol Pot.

Wszyscy ci „wybitni przywódcy” wymordowali więcej ludzi niż jakakolwiek plaga w historii świata czy klęska głodu wywołana kryzysem (może z wyjątkiem Wielkiego Głodu na Ukrainie). I to oni właśnie wybrali równość zamiast wolności. Pewnie dlatego, że stałym i naturalnym składnikiem wolności jest właśnie nierówność. Równi jesteśmy w prawie do bogacenia się, do godnego życia, do podejmowania ryzyka i tworzenia własnego biznesu, ale też w prawie do wybrania nisko płatnego zawodu.

Całą historię wolnego świata można by spisać jako historię pęczniejących nierówności. Ale można też spisać ją, biorąc pod uwagę wskaźniki dobrobytu – pokazując, jak systematycznie rośnie dobrobyt Polaków przez ostatnie 20 lat. Jak z socjalistycznej republiki odwołującej się do haseł równości, a skutkiem tego wegetującej na poziomie Trzeciego Świata, wyrośliśmy na średniozamożny kraj Europy. Jak rosły nasze mieszkania i polepszały się warunki życia najbiedniejszych. Prawdą jest też, że systematycznie rosły społeczne dysproporcje. Górą byli ci, którzy dokonali lepszych wyborów, albo mieli więcej szczęścia.

Nierówność w demokracji ma swoją rolę do spełnienia. Nierówność nie służy tym najbogatszym, ale tym, którzy chcą zająć ich miejsce. Ambitnym, starającym się poprawić swój los. Świat bez nierówności to świat, w którym ktoś zawiesił nam sufit nad głową i powiedział: dalej nie pójdziesz. To świat zabijający kreatywność, odbierający ludziom chęć pracy nad sobą i demonstrowania, ile naprawdę są warci. Pniemy się po drabinie nie dlatego, że chcemy osiągnąć równość, ale dlatego, że chcemy zajść wyżej niż inni. To istotny motor rozwoju cywilizacji.  Nie chcą tego widzieć tylko ci, którzy niczego od siebie nie wymagają, albo politycy i ideolodzy, którzy chcą skorzystać z cudzej zazdrości, aby samych siebie wynieść na szczyty. Podburzają masy w nadziei, że rewolucyjna wściekłość zapewni im władzę.

Za najnowszą krucjatą o równość nie stoi nikt zatroskany losem biednych. To gra. Polityków i lewicowych publicystów, doktrynerów. Ludzi, którzy czują, że kryzys powoli wygasa, a wraz z nim tracą szanse ich równościowe socjalistyczne ideały. Ale jeszcze walczą, jeszcze próbują. Ot, taki niecelny strzał z pierwszej strony gazety Aurora.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy to tylko urzędnicza głupota

29 gru 2011

Prokuratura, tym razem wojskowa, znowu sięgnęła po billingi i esemesy dziennikarzy. Półroczna inwigilacja dotyczyła sprawy, której nie było. Dziennikarze, jak twierdziła cywilna prokuratura, mieli prawo wyciągać na światło dzienne informacje o trwającym postępowaniu w tak ważkiej społecznie sprawie jak śledztwo smoleńskie. Ba, było to powinnością mediów. W końcu nie chodziło o byle łapówkę czy jazdę po pijaku.

Informacje z prokuratury pozwoliły Cezaremu Gmyzowi z „Rzeczpospolitej” i Maciejowi Dudzie z TVN 24 ujawnić sensacyjne informacje na temat kontaktów prokuratora Pasionka z amerykańskimi ekspertami. Rzecz średnio podobała się rządzącym i musiała do żywego dotknąć wojskowych. Nikt nie lubi, kiedy podważa się jego kompetencje, a w wypadku rządzących sama myśl, że misternie ułożona interpretacja przyczyn smoleńskiej katastrofy może być wywrócona do góry nogami przez amerykański wywiad, była nieznośna.

Jak wytłumaczyć niezwykłą konsekwencję i nadgorliwość urzędników czytających i kolekcjonujących wszystkie billingi i esmesy dziennikarzy, w tym te prywatne, od 30 kwietnia do 15 listopada 2010 r.? Przypomnijmy, że rzecz działa się po wcześniejszych awanturach o billingi innych znanych dziennikarzy. Wtedy solidarnie oburzały się wszystkie największe gazety i telewizje w Polsce. Wielka debata przetoczyła się przez media, nie bez udziału polityków.

Na koniec zobaczyliśmy 99-stronicowy dokument przygotowany na potrzeby Trybunału Konstytucyjnego przez ekspertów prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, dokument, który kwestionuje prawo prokuratorów do inwigilowania dziennikarzy. Zapisy o ochronie źródeł informacji i wyjątkowa rola, jaką dziennikarze pełnią w demokracji, nakładają na państwo obowiązek chronienia prawa do tajemnicy prasowej. Wolność słowa wymaga tego, żeby obywatele, a zwłaszcza urzędnicy państwowi, bez obaw mogli powierzać tajemnice dziennikarzom.

Oczywiście, wszystko, co się stało, można zrzucić na karb urzędniczej głupoty, co w realiach naszego wymiaru sprawiedliwości pozwala skutecznie zamykać usta tym, którzy mogliby mieć pretensje do prokuratorów. Ale teraz na ministrze obrony narodowej, na prokuraturze, na całym rządzie ciąży obowiązek udowodnienia nam, że wszystko to stało się tylko z głupoty. Wiemy, jak ciężko rządzącej koalicji przychodzi przyznawanie się do winy. Ale to może być mniejszy koszt od uciekania od odpowiedzialności, wyciszania sprawy i podrzucania nam spiskowych teorii, dlaczego rząd tak bardzo boi się wywlekania smoleńskich tajemnic.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Życzenia dla Polski

23 gru 2011

Tego jedynego dnia w roku niech dystans do świata zastąpi nam codzienną zadyszkę, niech życzenia wezmą górę nad narzekaniami, a miejsce złowieszczych prognoz ekonomistów niech zajmą nasze skryte marzenia. O kryzysie, który coraz boleśniej wpełza w nasze życie – powiększając raty kredytów, odbierając nam miejsca pracy i burząc rodzinny spokój – w ten jeden dzień spróbujmy pomyśleć jak o szansie nowego skoku cywilizacyjnego. Nadrobienia przepaści dzielącej nas od rozwiniętego Zachodu.

Zapaść finansów publicznych oraz ogromne obciążenia socjalne w Hiszpanii, Portugalii czy we Włoszech powodują nie tylko spadek notowań ich obligacji skarbowych, ale też pauperyzacje najbogatszych państw. Na nas kryzys też odciśnie swoje piętno, ale kiedy już kurz opadnie, Polska – możemy marzyć – znajdzie się w grupie najbardziej rozwiniętych państw Europy. To może być skok cywilizacyjny na miarę 1989 roku. Może. Pod warunkiem, że będziemy bronić najważniejszych wartości i nie rozmyjemy ich w politycznych kompromisach.

Wolność gospodarcza zawsze i wszędzie musi być chroniona podobnie jak wszystkie inne fundamentalne prawa człowieka. Jedynym naturalnym porządkiem rzeczy jest kreatywny chaos wywołany przez miliony ludzi, z których każdy goni za osobistym powodzeniem. Wypadkowa partyjnych interesów i ustępstwa wobec nacisków politycznych rozkrzyczanych grup zawodowych nie stanowią dobra powszechnego.

Na każdym kroku musimy podkreślać, że państwo jest od tego, żeby ułatwiać swoim obywatelom drogę do dobrobytu. Ma obowiązek likwidować zapory biurokratyczne i absurdalne przepisy, których celem jest wygoda urzędników, a nie troska o stan majątkowy obywateli.

Pamiętajmy, że wszyscy ludzie mają prawo do ryzyka i podejmowania nie zawsze mądrych decyzji. Prawu do bogacenia się towarzyszyć musi prawo do bankructwa. Nie możemy na siłę, za pomocą publicznych pieniędzy, ratować upadających banków i firm, które same sobie są winne, że znalazły się w takiej sytuacji. Nie możemy też faworyzować wybranych grup społecznych, dając im specjalne przywileje, kosztem bezpieczeństwa i dobrobytu pozostałych milionów polskich obywateli.

Nigdy, ale to przenigdy, nie pozwólmy, żeby jakakolwiek praca wykonywana z dobrej woli nazywana była śmieciową, a gloryfikowane było bezrobocie. I aby politycy pod pozorem troski społecznej swoimi regulacjami przyczyniali się do szerzenia nędzy i życia na koszt innych podatników.

Powtarzajmy, że wolność słowa należy do nadrzędnych praw człowieka i nie może zależeć od politycznych koniunktur czy zmian w kierownictwie publicznych mediów. Sytuacja, gdy jedne media krytykują poczynania rządu, a inne je chwalą, nie może mieć wpływu na to, jak rozdzielane są budżety reklamowe największych spółek Skarbu Państwa.

Nikomu nie można odebrać prawa do manifestowania poglądów tak długo, jak długo nie nawołuje do nienawiści i przemocy. Nawet jeżeli to stoi w sprzeczności z ideologią rządzącej większości i międzynarodowym wizerunkiem państwa. Zaś dotacje publiczne, jeżeli już muszą trafiać do mediów i organizacji społecznych, muszą być rozdzielane po równo – z zegarmistrzowską precyzją – między środowiska lewicowe (jak „Krytyka Polityczna”) i niezależne ośrodki myśli konserwatywnej.

Polska znalazła się dziś w przełomowym momencie historii. Możemy się staczać wraz z resztą Europy, nakładając kary na tych obywateli, którzy mają odwagę ryzykować, okładając ich coraz to nowymi przepisami i podatkami.

Ale możemy też powrócić do wolnościowych ideałów, które kiedyś Polsce dały specjalne miejsce w dawnym bloku sowieckim i wprowadziły nas do Europy. Możemy powrócić do prostych zasad uwalniających ludzką energię. Dajmy sobie szansę, żeby być znowu krajem wielkiej mocy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komu zależy na zwiększeniu bezrobocia

22 gru 2011

Z uznaniem należy się pochylić nad konsekwencją, z jaką „Gazeta Wyborcza” zabiega o zwiększenie liczby bezrobotnych w Polsce.

Kolejnymi tekstami stara się wymusić na politykach nowe regulacje rynku pracy, które zlikwidowałyby umowy śmieciowe. Już samo to określenie jest obraźliwe dla ludzi, którzy korzystając z elastycznych form zatrudnienia, wolą wykonywać jakąkolwiek pracę, niż gnić na bezrobociu.

W swojej determinacji „Gazeta” nie boi się nawet naginać powszechnie dostępnych danych. Wbrew jej twierdzeniom w Polsce systematycznie przybywa osób, które są zatrudnione na podstawie stałych umów. Jak wynika z najnowszych danych GUS (BAEL), w trzecim kwartale tego roku na umowie na czas nieokreślony pracowało 9,13 mln osób – o blisko 150 tysięcy więcej niż przed rokiem.  Na tym nie koniec – to o ponad 700 tys. osób więcej niż przed czterema laty.

Polska nie ma obecnie najwyższego w historii wskaźnika umów na czas określony. W 2007 roku na czasowych kontraktach zatrudnionych było w Polsce 28,2 proc. pracujących. Obecnie jest ich 27,3 proc.

To nie koniec przeinaczeń. Podziwiając wytrwałość „Gazety Wyborczej” w manipulowaniu danymi, warto zwrócić uwagę, że Polska nie pobiła obecnie europejskiego rekordu, jeśli chodzi o liczbę osób zatrudnionych na podstawie czasowych kontraktów. Liderem jesteśmy już od 2009 roku. Wtedy wyprzedziliśmy Hiszpanię, która do tamtej pory dzierżyła palmę pierwszeństwa.

Odsetek umów na czas określony wyniósł u nas wtedy 26,5 proc., natomiast na Półwyspie Iberyjskim zmalał z 29,3 proc. w roku 2008 do 25,4 proc. w roku 2009. Nie był to jednak skutek jakichś „postępowych” regulacji na hiszpańskim rynku pracy, ale efekt masowych zwolnień na tamtejszym rynku nieruchomości: tysięcy samozatrudnionych pośredników, którzy padli ofiarą bańki spekulacyjnej.

Co do jednego zgoda: dla pracownika lepsza jest umowa na czas nieokreślony. Nikt nie chce żyć w strachu, że z dnia na dzień straci źródło utrzymania. Skuteczną drogą do poprawy stabilności rynku pracy byłoby zniesienie absurdalnych ograniczeń pracodawcy w przeprowadzaniu zwolnień. Tego „Gazeta Wyborcza” jednak nie pisze – za co również podziwiamy jej autorów, bardziej troszczących się o lewicową wykładnię ideologiczną niż o problemy z bezrobociem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop