Najważniejsza reforma dla państwa i obywateli

09 lut 2012

W ostatnim czasie nie mieliśmy wielu okazji, aby gratulować rządowi konsekwencji.

Teraz do Sejmu trafia projekt reformy emerytalnej, który premier obiecał w exposé. Podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia. Trudna reforma, bo wolna od partyjnych kompromisów i prawnych wygibasów, które wcześniej torpedowały próby naprawy państwa.

Tak, popieramy rządowy program, wbrew całej opozycji i wbrew PSL[pauza]owskiemu koalicjantowi. Chcemy wierzyć, że to twarda deklaracja premiera, a nie tylko strategia negocjacyjna. Że to nie kolejny projekt, z którego rząd będzie się wycofywać, aby na koniec przyjąć ustawę w kadłubkowej formie. Wielokrotnie pisaliśmy o kapitalnym znaczeniu reformy emerytalnej dla finansów państwa. Ale ważniejsze są korzyści dla każdego z nas.

Politykom i publicystom łatwo przychodzi formułowanie prawd o miejscach pracy, przyroście naturalnym i młodzieży. Nadszedł moment, gdy możemy sprawdzić, ile warte są te troski. Utrzymanie emerytur na obecnym poziomie oznacza, że suma wypłacana emerytom w zamian za ich składki z obecnych 60 proc. ostatniej pensji spadnie do  20 proc., gdy obecne 30-latki wejdą w wiek emerytalny.

Wszystkim tym, którzy protestują przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego w obawie, że zabraknie miejsc pracy, warto zadać pytanie, kto będzie je tworzył, jeżeli koszty utrzymania obecnego systemu emerytalnego pójdą dramatycznie w górę. Ostatnia podwyżka składki rentowej o 2 pkt proc. jest niczym w porównaniu z tym, co nas czeka w niedługim czasie. Wyższe opłaty zrujnują firmy i cały, już dziś wątły, rynek pracy.

Do wszystkich fałszywych trosk wypowiadanych przy okazji tej reformy dodajmy i tę, która nadchodzi z najbardziej zaskakującego miejsca – od organizacji feministycznych. Kobiet, które najwyraźniej zapominając o swoich młodszych „siostrach”, chcą same jak najszybciej uciec z rynku pracy. Trudno o bardziej bałamutny argument, że kobiety będą chętniej rodzić dzieci, jeżeli w zamian za to wcześniej pójdą na emeryturę. Prawdziwą zachętą byłyby łatwiej dostępne przedszkola i żłobki, żeby młode ambitne i wykształcone kobiety wcześniej chciały wrócić do pracy.

„Rzeczpospolita” konsekwentnie opowiada się za podniesieniem wieku emerytalnego. Nawet jeśli to ma być ta jedna obietnica, którą premier Tusk spełni i doprowadzi do końca. I tak będzie to najlepsze posunięcie wizerunkowe, którym szef rządu zatrze poprzednie lata inercji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Premier wciąż kluczy

03 lut 2012

Nieoceniony Ronald Reagan w czasie kłótni z demokratycznym kongresmenem rzucił kiedyś: „Powiedziałbym, że podejmujecie decyzje jak pijany marynarz wędrujący od portu do portu w poszukiwaniu żony, ale skrzywdziłbym tym marynarzy”.

Premier Tusk każdą decyzję podejmuje w reakcji na głosy opinii publicznej. Tak było, kiedy zapewniał, że nie pozwoli się szantażować ulicy, bo musi reprezentować prawa twórców. I tak jest teraz, kiedy wycofuje się z poparcia dla ratyfikacji umowy ACTA, bo zapomniał zapytać tych, którzy wylegli na ulice.

Mniejsza o całą prawno- -konstytucyjną otoczkę, która dodaje tylko śmieszności wystąpieniu premiera, bo ani Unia nie zna mechanizmu wycofywania podpisów spod dokumentów, ani nie przewiduje wyłączenia jednego kraju z unijnego porozumienia. Ciekawszy jest sam mechanizm podejmowania decyzji. A tu premier naprawdę się pogubił. U źródeł błędów, czy to w przypadku ACTA, czy wcześniej sprawy leków refundowanych, nie leży brak konsultacji czy zły dobór urzędników. Błędy popełniamy wszyscy. Musi je też popełniać rząd. Rzecz w tym, że tutaj błędy są logiczną konsekwencją działań, a nie wypadkiem przy pracy.

Premier nie rządzi państwem. Donald Tusk pochłonięty jest rozgrywką personalną. Nie zajmuje się naprawą państwa według z góry przyjętych ideowych wartości, a już na pewno nie tych, które niegdyś deklarował: sprawiedliwości społecznej, wolnego rynku, państwa prawa. Premier w konflikcie o ACTA ani razu nie powiedział: „taką decyzję podjęliśmy, bo tak jest sprawiedliwie” albo „z decyzji się wycofaliśmy, bo to jest zgodne z prawem”.

Premier kluczy. Podejmuje decyzje, które go wzmacniają, a jeśli okazuje się, że go jednak osłabiają, przerzuca za nie odpowiedzialność na urzędników. I się z nich wycofuje. Premier podejmuje konsultacje społeczne tylko z tymi, którzy gwarantują mu lepsze wiatry. Kiedy wpada w polityczny dryf, jak w wypadku ACTA, stwierdza, że konsultował się nie z tymi, co trzeba. Faktycznie chyba nawet marynarz szybciej znajdzie żonę w portowym barze, niż premier w taki sposób podejmie dobrą decyzję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W pośpiechu i donikąd

02 lut 2012

W marcu szykuje się pyszna okazja. Dwudziesty szczyt ratowania finansów europejskich. Pierwszy szczyt 15 października 2008 roku, jak każdy następny, zwołany został w atmosferze kreatywnej nerwowości, a zakończył się sporą dozą optymizmu.

Przyjęto 14 zapisów, każdy o „przełomowym” znaczeniu dla stabilności finansowej Europy. „Przywódcy  – czytamy w dokumencie końcowym – z zadowoleniem przyjęli cały wachlarz harmonijnych działań, jakie państwa członkowskie podjęły zgodnie z pryncypiami planu wdrażania traktatu i spójności finansowej”.

Proszę mnie nie pytać, kto im w Brukseli pisze takie teksty, ale na mojego redaktorskiego nosa albo od pierwszego ratunkowego szczytu robi to jedna i ta sama osoba, albo eurokraci dorobili się już własnego stylu. Charakterystyczne, że każdy z 19 szczytów przyjmuje własne „ustalenia z zadowoleniem”, podkreśla, że wszystko „rozwija się harmonijnie” i „widać potrzebę przyśpieszenia”. Prowadzi to też przywódców do zawsze tej samej konkluzji, by „w możliwie krótkim” terminie „wynikającym z harmonogramu podjętych środków”, czyli w następnym miesiącu albo w ciągu trzech, należy znowu się spotkać, żeby odnotować postęp.

Nie minął tydzień od ogłoszenia sukcesu ostatniego szczytu, a strony mają już nowe powody do zadowolenia. W czwartek rzecznik greckiego rządu, mówiąc o postępach czynionych na rzecz „odbudowy konkurencyjności gospodarczej” (co w języku unijnym oznacza wychodzenie z bagna), podkreślił, że negocjacje koncentrują się już tylko na zniesieniu 13. i 14. pensji, reformie emerytalnej i dokapitalizowaniu banków. Jeżeli cofniemy się trochę w czasie – o… bagatela dwa lata – do szczytu z 12 lutego 2010 roku, to w komunikacie końcowym przeczytamy, że przywódcy 27 państw z zadowoleniem odnotowują, iż udało im się porozumieć w sprawie wychodzenia Grecji z kryzysu i pakietu pomocowego w zamian za podjęcie przez Ateny kluczowych reform związanych z płacami, systemem emerytalnym i dokapitalizowaniem banków.

Jeżeli wszystko pójdzie dalej zgodnie z harmonogramem, to za miesiąc będziemy mieli jubileuszowy szczyt, na którym podjęta zostanie „kwestia ratyfikowania pakietu fiskalnego i porozumienia w sprawie reform i pomocy dla Grecji”. I żeby nikt nie pomyślał, że Europa cały czas kreci się w miejscu. Od pamiętnego pierwszego szczytu powołaliśmy całe mnóstwo nowych bytów, czyniących naszą przyszłość znacznie stabilniejszą, a język bogatszym. Takie skróty jak: ESM, EFSM, ECFIN, ECBR&SM, Fiscal Compact, FP, EU-IMFCB niezauważenie weszły do naszego języka. Zanim się spostrzeżemy, do słownika wejdzie jeszcze: urząd nadzorcy greckich podatków i urząd komunikacji między małym a dużym stołem przywódców unijnych.

W kontekście wszystkich tych dynamicznych przemian należy ze zrozumieniem przyjąć argument, że Polska nie mogła czekać z podpisem pod paktem fiskalnym. Nie mogła pójść czeską czy brytyjską drogą i dać sobie na przeczekanie. Bo gdzie byśmy teraz byli? Dokąd to harmonijnie bez nas pognałaby Europa? No, właśnie dokąd?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy kiedykolwiek zasiądziemy przy stole

29 sty 2012

Wszystkim wyczekującym dziś przełomu na szczycie w Brukseli gorąco polecam krótką wzmiankę kancelarii Angeli Merkel.

Otóż pani kanclerz pojawi się na trasie kampanii wyborczej Nicolasa Sarkozy’ego. Niemcy zaniepokojone są rosnącymi wpływami francuskiej lewicy i zrobią wszystko, żeby przed wyborami wzmocnić obecnego prezydenta. Zrobią wszystko, a więc nie zrobią nic, co mogłoby osłabić jego autorytet na dzisiejszym szczycie przywódców UE. To będzie kolejny szczyt ostatniej szansy, zmarnowany przez polityczne ambicje przywódców.

„Rzeczpospolita” wielokrotnie zwracała uwagę, że renesans Europy będzie niemożliwy bez zdecydowanego przestawienia unijnej zwrotnicy – z bocznicy politycznych kompromisów na twardy gospodarczy tor. Europie potrzeba większej elastyczności rynku, ograniczenia brukselskiego interwencjonizmu, uwolnienia usług, rozmontowania systemu subwencji rolnych. Potrzeba więcej swobody zamiast coraz silniejszego centralizmu i nadregulacji.

Precedens, jaki Bruksela chce dziś ustanowić w przypadku Grecji, w praktyce oznacza, że demokratycznie wybrane rządy utracą prawo do ustalania wysokości podatków i decydowania o sposobie ich wydawania. Jeden z niewielu ocalałych mechanizmów konkurencyjności zostanie podany na tacy urzędnikom. Francuski projekt paktu fiskalnego, dodatkowo odbierający Polsce, Czechom, Szwecji, Wielkiej Brytanii prawo głosu czy  choćby prawo do zasiadania przy stole 17 państw strefy euro, nie ma żadnego gospodarczego uzasadnienia. To manewr mający zapewnić Niemcom większą kontrolę nad finansami Europy, a Francji większe wpływy polityczne.

Premier Tusk powinien dziś wykorzystać jedno z niewielu autentycznych narzędzi wpływu, jakie mamy w Unii Europejskiej i zawetować proponowane zapisy w pakcie fiskalnym. Rzecz nie w naszych ambicjach i tym, iż akurat dziś nie zaproszono nas do stołu. Pytanie jest poważniejsze: czy kiedykolwiek w przyszłości przy tym do cna upolitycznionym stole znajdzie się miejsce dla Polski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przerywnik w dziejach ludzkości

27 sty 2012

Je­że­li cze­goś uczy nas wiel­ka woj­na o umo­wę AC­TA, to chy­ba tyl­ko po­ko­ry wo­bec hi­sto­rii i ludz­kiej na­tu­ry.

Tech­no­lo­gia wy­wra­ca do gó­ry no­ga­mi me­dia i ca­ły wiel­ki prze­mysł in­for­ma­cyj­ny. Wy­daw­cy i kon­cer­ny te­le­wi­zyj­no­-ra­dio­we nie na­dą­ża­ją z prze­bu­do­wą new­sro­omów i kon­stru­owa­niem no­wych mo­de­li biz­ne­so­wych.

Ale to nie jest po­dróż w nie­zna­ne. Co naj­wy­żej po­wrót do cza­sów wol­nej wy­mia­ny my­śli, ży­wio­ło­wej, za­raź­li­wej i nie­okieł­zna­nej de­ba­ty pu­blicz­nej. Do Ac­ta Diur­na, ga­zet­ki wy­wie­sza­nej 130 lat przed na­szą erą na Fo­rum Ro­ma­num i prze­ka­zy­wa­nej z ust do ust w ca­łym rzym­skim im­pe­rium. Do pie­śni min­stre­li opo­wia­da­ją­cych o mę­stwie krzy­żow­ców, do mą­dro­ści Sta­sia Gą­ski – sław­ne­go Stań­czy­ka, na­dwor­ne­go bła­zna na dwo­rze Ja­gie­llo­nów – i je­go ży­cio­wych prawd po­wie­la­nych w przy­sło­wiach. Do ta­blic Mar­ci­na Lu­tra przy­bi­tych na  drzwiach ka­te­dry i da­lej prze­pi­sy­wa­nych w wie­lu do­mach w ca­łej Eu­ro­pie, do cza­sów Pau­la Re­ve­re’ego, któ­ry w 1775 ob­je­chał kon­no bo­stoń­skie przed­mie­ścia, by zmo­bi­li­zo­wać oby­wa­te­li do zry­wu prze­ciw­ko nad­cią­ga­ją­cym bry­tyj­skim woj­skom.

Tra­dy­cyj­na ga­ze­ta nie do­tar­ła­by na czas, a na­wet gdy­by, ma­ło kto umiał­by ją prze­czy­tać. In­ter­net i je­go wszyst­kie twit­te­ro­we czy fa­ce­bo­oko­we ema­na­cje ma­ją w so­bie tę sa­mą ży­wio­ło­wość, swo­bo­dę eks­pan­sji i ega­li­tar­ność, co pry­mi­tyw­ne for­my ko­mu­ni­ka­cji sprzed XIX wie­ku. Du­chem się­ga do cza­sów sprzed ma­gna­tów pra­so­wych i ich mi­lio­no­wych na­kła­dów zmie­nia­ją­cych spo­łecz­no­-po­li­tycz­ną rze­czy­wi­stość.

To, co by­ło si­łą wiel­kich wy­daw­nictw – szyb­ka dys­try­bu­cja i nie­wy­so­ka ce­na – by­ło jed­no­cze­śnie głów­ną sła­bo­ścią me­dial­nej cy­wi­li­za­cji, któ­ra wła­śnie koń­czy się na na­szych oczach. Scen­tra­li­zo­wa­ne ośrod­ki pro­duk­cji pra­sy, ksią­żek, a z cza­sem pro­gra­mów ra­dio­wych i te­le­wi­zyj­nych by­ły po­ku­są dla wszyst­kich chcą­cych ste­ro­wać opi­nią pu­blicz­ną. Naj­pierw po­li­ty­ków, nie­zno­szą­cych, gdy kry­ty­ko­wa­no ich re­żi­my, a z cza­sem tak­że wiel­kich kor­po­ra­cji. Re­kla­mo­daw­ców, któ­rzy wy­ko­rzy­stu­ją bu­dże­ty, aby ste­ro­wać me­dia­mi.

W przyszłości bę­dzie­my spo­glą­da­li na te ostat­nie 200 lat jak na sto­sun­ko­wo krót­ki prze­ryw­nik w dzie­jach ludz­ko­ści. Na prze­ryw­nik, któ­rym by­ły ko­stycz­ne mo­de­le re­dak­cji przy­wią­za­ne do miej­sca i hie­rar­chicz­nej struk­tu­ry dzia­łów, se­kre­ta­ria­ty o wą­skiej spe­cja­li­za­cji i to­ny prze­wa­la­ją­ce­go się pa­pie­ru. Dzien­ni­kar­stwo prze­sta­nie być spe­cja­li­stycz­nym za­ję­ciem. Za­wód upra­wiać bę­dą lu­dzie roz­ma­itych pro­fe­sji, po­sia­da­ją­cy uni­kal­ną wie­dzę i mo­gą­cy dzie­lić się nią na naj­róż­niej­szych no­śni­kach. Myśl nie bę­dzie skrę­po­wa­na przez dru­kar­nie i kol­por­te­rów. A przy tak wiel­kiej dy­wer­sy­fi­ka­cji trud­niej bę­dzie o ma­ni­pu­la­cję tre­ścia­mi. Ta ro­man­tycz­na wi­zja otwar­tej cy­wi­li­za­cji me­dial­nej wy­ma­ga jed­nak cze­goś wię­cej niż tyl­ko spraw­nej tech­no­lo­gii.

Trans­por­to­wa re­wo­lu­cja, któ­rą sym­bo­li­zo­wa­ły sa­mo­chód czy sa­mo­lot, 100 lat te­mu, mo­gła być po­strze­ga­na ja­ko po­wrót do no­ma­dycz­nych in­stynk­tów pier­wot­nych lu­dów. Prze­kra­cza­ją­ce gra­ni­ce państw i cy­wi­li­za­cji, łą­czą­ce ze so­bą roz­ma­ite kul­tu­ry wy­ma­ga­ły wspól­nych ko­dek­sów dro­go­wych i wspól­nych za­sad na­wi­ga­cji.

Po­dob­nie go­spo­dar­cza glo­ba­li­za­cja, spłasz­cze­nie się zie­mi, o czym pi­sał Tho­mas Fried­man, nie by­ły­by moż­li­we bez wspól­nych in­sty­tu­cji re­gu­lu­ją­cych pod­sta­wo­we pra­wa ryn­ku pra­cy, wspól­ne nor­my ja­ko­ści pro­duk­tów. Je­że­li chce­my, że­by z cha­osu elek­tro­nicz­nej wy­mia­ny my­śli wy­ni­kło coś wię­cej niż tyl­ko zgiełk ta­nich słów i pro­stych prze­ka­zów, po­trze­bu­je­my glo­bal­nych za­sad chro­nią­cych pra­wa au­tor­skie. To one da­dzą praw­dzi­wą wol­ność, nie­za­leż­ność od kon­cer­nów, kor­po­ra­cji, pry­wat­nej czy pań­stwo­wej cen­zu­ry.

Wbrew te­mu, co mó­wią prze­ciw­ni­cy mię­dzy­na­ro­do­wych po­ro­zu­mień do­ty­czą­cych ochro­ny praw au­tor­skich, te­go ty­pu re­gu­la­cje praw­ne są w in­te­re­sie po­je­dyn­czych twór­ców, a nie kor­po­ra­cji i państw. W męt­nej wo­dzie dzi­siej­sze­go In­ter­ne­tu, gdzie wol­no­ścią na­zy­wa się zwy­kła kra­dzież praw au­tor­skich, ma­rek, uni­kal­nej twór­czo­ści, trud­no bę­dzie za­pew­nić nie­za­leż­ność pi­sa­rzom, ry­sow­ni­kom, ar­chi­tek­tom, fo­to­gra­fom. Obec­ny sys­tem po­zo­sta­wia ich na pa­stwę spon­so­rów. Czy to firm i in­sty­tu­cji, czy to państw, któ­re z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów go­dzą się fi­nan­so­wać ich twór­czość, mi­mo że nie przy­nie­sie im to zy­sku. W ten spo­sób ma­gna­ci pra­so­wi w in­ter­ne­to­wym wcie­le­niu mo­no­po­li­zu­ją prze­pływ tre­ści. Nieważ­ne, czy ory­gi­nal­nych, czy kra­dzio­nych.

Nie da się zmie­nić me­dial­nej rze­czy­wi­sto­ści, tkwiąc w ar­cha­icz­nych pra­wach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cygaro i arogancja

26 sty 2012

Zygmunt Freud znany był nie tylko ze swoich erotycznych zainteresowań, ale też z zamiłowania do dobrych cygar. Na podchwytliwe pytanie studenta, o czym świadczy długie cygaro w ręku niskiego mężczyzny, odpowiedział kiedyś: czasem cygaro jest tylko cygarem.

Podobnie masowe protesty przeciwko ACTA mogą być tylko masowymi protestami zaniepokojonych internautów. Tak jak protest pieczątkowy lekarzy mógł być tylko wyrazem ich niechęci do nadmiernej biurokracji.

Ale w przypadku cygar czasem nawet nie o palenie chodzi, ale o dym. W sprawie ACTA mamy do czynienia z kolejną mobilizacją społeczną w poprzek podziałów politycznych. Młodzi ludzie protestują, obojętnie przysłuchując się pohukiwaniom polityków PO, przypatrując się gestom zrozumienia ze strony opozycji i żałosnej maskaradzie palikotowców w maskach Anonymous. Nie pierwszy raz możemy obserwować, jak procesy społeczne, zainteresowania najbardziej dynamicznej i kreatywnej części społeczeństwa całkowicie rozmijają się z programami partii i wyobrażeniami establishmentu o oczekiwaniach wyborców. W tym tygodniu przekroczona została kolejna bariera – arogancji i niezrozumienia.

Daleko mi do poglądów Jacka Żakowskiego, upatrującego w prawie o ściganiu fałszerstw i łamaniu praw autorskich formy zniewolenia. Ale jeszcze dalej do postawy, jaką wobec krytyków przyjmują rządzący. Donald Tusk pokpiwa z publicystów i zamiast odnosić się do argumentów, zarzuca dziennikarzowi hipokryzję. Minister kultury utrzymuje, że wszystkie środowiska zostały poinformowane o układzie ACTA. Czyli mamy z tego wnioskować, że 100 tysięcy ludzi, którzy wylegli na ulice 70 miast, kłamie  albo jest tak durnych, że nie rozumie, co się do nich mówi? Do tego wszystkiego mamy nieporadne interpretacje kilku publicystów, insynuujących, że złodziejska natura polskich internautów buntuje się na myśl o praworządności.

Jeżeli już mamy po freudowsku szukać ukrytych motywów hakerów i ich rosnącego grona sympatyków, to tylko w narastającej izolacji elit od reszty społeczeństwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Siła prostych recept

20 sty 2012

20 stycznia 1981 roku Ronald Reagan został zaprzysiężony na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Od tego czasu minęło 31 lat – aż tyle i tylko tyle, zważywszy, jaki krąg zatoczyła w tym czasie cywilizacja Zachodu: od Jimmy’ego Cartera, gorącego wyznawcy państwowego interwencjonizmu i relatywizmu w polityce zagranicznej, przez rządy „moralnej odnowy” Reagana, z powrotem do lewicującej polityki demontowania wolności rynkowych i izolacjonizmu Baracka Obamy.

Reagan wraz z Margaret Thatcher, z którą działał ręka w rękę, doprowadzili do rozpadu Związku Radzieckiego, obalenia barier w handlu międzynarodowym, wreszcie przywrócili godność pracy, która przez kolejne dziesięciolecia była wartością, a nie jałmużną.

Ciekawe, jak człowiek, który bez jednego strzału pokonał sowieckie imperium zła, dałby sobie dziś radę z Iranem czy Afganistanem? Czy proste rynkowe decyzje, które pozwoliły Ameryce i reszcie świata wyjść ze stagnacji lat 70., sprawdziłyby się teraz w walce z groźniejszym o niebo kryzysem? Czy syn sprzedawcy butów, aktor z podrzędnych hollywoodzkich produkcji filmowych byłby w stanie stawić czoła intelektualnym sprzecznościom, które targają dziś zachodnią cywilizacją?

I może najważniejsze pytanie: czy współcześni wyborcy gotowi byliby na przywódcę, który całe życie drwił z waszyngtońskich i nowojorskich salonów? Reagan szedł na prawo, kiedy wszyscy szli na lewo. Mówił o moralności, kiedy wokół odwoływano się  do „racjonalizmu” i „realizmu”. Czy nie skończyłby zepchnięty do konserwatywnych blogów, obśmiany, okrzyczany fanatycznym ideologiem dziewiętnastowiecznej utopii?

Mało kto pamięta dziś kampanię, jaką swego czasu rozpętała przeciwko Reaganowi lewica. Przed wyborami w roku 1980 zarówno europejskie, jak rodzime elity nazywały go „ramieniem zbrojnym milionerów” („New York Times”) i „szaleńcem, który chce podpalić świat” (Le Monde). Tymczasem kiedy obejmował rządy, świat stał już w ogniu. Afganistan został rozjechany sowieckimi czołgami, w ręce komunistów wpadały kolejne państwa. Niedługo po przeprowadzce prezydenta do Białego Domu generał Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny, a w roku 1983 Moskwa wypowiedziała Stanom Zjednoczonym nuklearny program rozbrojeniowy. Paryż, Bonn i Rzym broniły polityki odprężenia za wszelką cenę. Po ulicach Rzymu i Hamburga grasowały sponsorowane przez radziecki wywiad bandy zabójców – Czerwone Brygady.

Co na to Reagan? Kiedy radzieckie myśliwce zestrzeliły koreański samolot pasażerski, zabijając 269 osób, amerykański prezydent potrzebował kilka minut, żeby nazwać to publicznie „zaplanowaną masakrą”, a Związek Radziecki krajem, który występuje „przeciwko moralnym zasadom rządzącym światem od zawsze i wszędzie”. Inne jego słynne przemówienie, traktujące o imperium zła i historycznej powinności powstrzymania przez Zachód zarazy ze Wschodu, uznano za czyste szaleństwo, oskarżając republikanów o „podgrzewanie zimnej wojny”.

Politykę gospodarczą, robioną na przekór zdroworozsądkowo myślącym ekonomistom, opowiadającym się za nowymi pakietami stymulacyjnymi, uważano za początek końca amerykańskiej dominacji gospodarczej. Dziś już nikt nie pamięta tytułów nowojorskich dzienników bijących na alarm, że Japończycy wykupują wieżowce na Manhattanie i wkrótce będą rządzić Ameryką, jakoby za sprawą reaganowskiej polityki otwartości gospodarczej.

W pierwszym roku swoich rządów Reagan rozpoczął deregulację rynku pracy. Kiedy kontrolerzy lotu ogłosili strajk, żądając utrzymania przywilejów i gwarancji pracy, zagroził uwięzieniem 11 tysięcy pracowników za łamanie federalnych przepisów o bezpieczeństwie lotów. Zanim ich miejsce zajęli wojskowi, związki zawodowe ustąpiły, torując drogę serii koniecznych zmian na rynku pracy.

Nawet w krótkiej pamięci ekonomistów pozostał do dziś gwałtowny spadek inflacji, wzrost zatrudnienia i najdłuższy w powojennej historii wzrost gospodarczy. To, co rozpoczął Reagan, ograniczając wydatki państwa, obniżając podatki, deregulując sektor finansowy i bankowy i znosząc kontrolę cen, dało światu ćwierć wieku wzrostu gospodarczego, a Ameryce i Europie Zachodniej – siłę do pokonania imperium zła, zjednoczenia Niemiec i przyłączenia Polski do NATO.

Bliski przyjaciel Reagana, zmarły w 2009 roku lord John Henderson, swego czasu brytyjski ambasador w Polsce, w ostatnim swoim wspomnieniu o Reaganie napisał: „w wojnie z islamskim fundamentalizmem wysoko podniósłby flagę wolności i praw człowieka”. W wojnie z kryzysem jego zdaniem 40. prezydent USA radziłby „obniżyć podatki, uwolnić sektor finansowy od państwowych dotacji, deregulować rynek pracy” i „wysoko powiewałby flagą wolności gospodarczych”.

Wśród wszystkich wielopoziomowych unijnych i obamowych programów ratowania Zachodu wizje Reagana mogą się dziś wydawać naiwnie proste. Rzecz w tym, że 31 lat temu najmądrzejszym głowom ówczesnego świata też wydawał się prostakiem i ignorantem w dziedzinie ekonomii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zbrodniarze zostali napiętnowani

12 sty 2012

Warto było czekać te 30 lat. Wyrok skazujący dla generała Czesława Kiszczaka nie odda życia pomordowanym, nie naprawi złamanych życiorysów ani nie połączy rodzin rozbitych emigracją.

Zmarnowane lata stanu wojennego na długie dziesięciolecia  pozostaną ciężarem dla naszego państwa. Ale teraz rzecz nie dotyczyła rekompensat. Nie chodziło o nas, bo tamtą traumę dawno mamy już za sobą.

Chodziło raczej o te wszystkie lekcje historii, które czekają przyszłe pokolenia. A także o te słowa wypowiedziane przez panią sędzię: „Stanowili związek przestępczy o charakterze zbrojnym”.

Twórcy stanu wojennego zostali tym samym postawieni na równi z sowieckimi najeźdźcami, sprawcami mordów sądowych, organizatorami wywózek polskiej inteligencji oraz z milicjantami i żołnierzami strzelającymi do robotników na Wybrzeżu i na Śląsku. Są zbrodniarzami, którym przyświecał ten sam banalny motyw co dziesiątkom dyktatorów przed nimi i po nich. Działali wyłącznie z pobudek osobistych.

Sąd obalił przy okazji kłamstwo historyczne, jakoby stan wojenny był ratunkiem przed czymkolwiek – „nie było bezpośredniego zagrożenia zbrojną interwencją ze strony wojsk Układu Warszawskiego”. Związek Radziecki był oczywiście zagrożeniem dla naszej państwowości i wolności osobistej wszystkich Polaków. Warto jednak pamiętać, że okupacja, która trwała od 1945 roku, mogła się pewnie skończyć niemal dziesięć lat wcześniej, niż się skończyła. Tę straconą dekadę zawdzięczamy już nie obcym wojskom czy jakimś konfabulującym ideologom. Zawdzięczamy ją grupie ludzi, którzy używając fałszywego argumentu sowieckiej inwazji, cynicznie budowali zbrojną organizację przestępczą do  ochrony prywatnych interesów.

W przeciwieństwie do  innych demokracji w świecie, III RP obeszła się ze swoimi dyktatorami łagodnie. Pozostaje nam się tylko cieszyć, że historia nie zostawi na nich suchej nitki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nigdy dość dziennikarskiej wnikliwości

09 sty 2012

Ten samobójczy zamach niczego nie przerwał. Szczęśliwie z życiem wyszedł z tego prokurator Mikołaj Przybył.

Ale dla prokuratury i polskiego wymiaru sprawiedliwości dopiero rozpoczął się bodaj czy nie najtrudniejszy okres w historii III Rzeczpospolitej. Czekają nas długie  miesiące wydłubywania strzępów prawdy z kolejnych śledztw, konferencji prasowych  i manifestacji rozżalonych funkcjonariuszy.

Jak głęboki musi być rak zżerający polski wymiar sprawiedliwości, skoro nawet w obliczu tragedii szefowie prokuratur publicznie zarzucają sobie kłamstwo i przytaczają sprzeczne relacje ze spotkań? Zarzucani jesteśmy nowymi wstrząsającymi faktami. O rzekomych wendetach za ujawnienie afer korupcyjnych w armii, w które wplątani są politycy. O włamaniach, czy jak wolą,  „zamachach na mienie śledczych”. W panice zwoływane  są konferencje prasowe – nie po to żeby poinformować, ale  żeby wyprzedzić drugą stronę. I zadać jej kłam.

W poniedziałek od rana mnożyły się pytania, a im mniej było odpowiedzi, tym więcej plotek i spiskowych teorii. Dlaczego Mikołaja Przybyła, prokuratora, który zajmował się najpoważniejszymi przypadkami przestępczości zorganizowanej w wojsku, człowieka, który doprowadził do skazujących wyroków w aż 8 śledztwach w sprawach nadużyć przy zamówieniach publicznych w armii, skierowano do błahej sprawy, której tak naprawdę już nie było?

Dlaczego szukano przecieków w sprawie prokuratora Pasionka mimo, że nawet mu nie postawiono zarzutów? Czy faktycznie prokurator generalny Andrzej Seremet wiedział o billingach i esemesach dziennikarzy, które gromadziła prokuratora wojskowa? Nie wiemy, kto tu kłamie.

Jeżeli czegoś już dziś uczy nas ta historia, to chyba tylko tego, że nigdy dość dziennikarskiej wnikliwości. Cezary Gmyz z Rzeczpospolitej i Maciej Duda z TVN24, konsekwentnie i bardzo rzetelnie podążali za kolejnymi tropami w tej sprawie. Badali akta i najdrobniejsze tropy. Niegodziwością jest dziś insynuowanie, że zostali zmanipulowani. Że ktoś usiłował ich piórem zaszkodzić prokuratorom prowadzącym śledztwa dotyczące zamówień publicznych.  Dziennikarze przypadkiem znaleźli w aktach sprawy Pasionka numery swoich własnych telefonów, billingi, a nawet wnioski o wydanie ich prywatnych esmesów prokuratorom.

Wsparli nas koledzy z konkurencyjnych tytułów, którzy także z troską pochylili się nad problemem, jakim jest dziś bezkarność śledczych. W najbliższych tygodniach czy miesiącach będziemy jeszcze bardziej potrzebowali solidnej, solidarnej i wyważonej pracy dziennikarskiej.

W tym dramatycznym momencie w historii prokuratury minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wyraził jedynie – uwaga! – zaniepokojenie. W imieniu prezydenta enigmatyczne oświadczenie wydała tylko jego kancelaria, zapraszając dziś prokuratorów na spotkanie z głową państwa. A premier nie zrobił nawet tego. W chwili kiedy w posadach chwieje się jeden z fundamentów państwa prawa politycy znikają. Zostawiając obywateli samym sobie, no i na całe szczęście mediom.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niebezpieczne multi-kulti

06 sty 2012

W zgiełku codziennej polityki trudno nam czasem dostrzec zjawiska i problemy, które mogą decydować o naszej przyszłości. Chaotyczna i krótkowzroczna polityka rządu wobec rodziny nie przekłada się dziś na kurs franka, spłatę kredytów, ani na zawartość koszyka, który wywozimy z supermarketu.

Co najwyżej na to, że z 230 państw sklasyfikowanych według przyrostu naturalnego jesteśmy na 200. miejscu.

Z 222 państw klasyfikowanych według dzietności jesteśmy na  207. miejscu („CIA fact book”). To są wskaźniki, które przełożą się na miejsce Polski w świecie za 20 – 30 lat. Mogą mieć  większe znaczenie niż to, czy i kiedy przyjmiemy euro.

Z najnowszego raportu Narodów Zjednoczonych wynika, że w drugiej połowie XXI wieku populacja Ziemi z 7 miliardów ludzi wzrośnie do 15 miliardów. Ramy politycznie poprawnej dyskusji ograniczają się zwykle do pytań o wyżywienie kolejnych miliardów, zanieczyszczenie środowiska, podbój kosmosu i pytania, czy dla wszystkich starczy miejsca na wakacje.

Od czasów Samuela Huntingtona i jego przełomowej publikacji „The Clash of Civilizations” („Zderzenie cywilizacji”) z 1993 roku mało kto zastanawiał się nad kulturowymi aspektami demografii. Nad konsekwencjami tego, że podczas gdy populacja naszej planety się rozrasta, zachodnia cywilizacja wymiera. Z wyjątkiem Albanii żadne europejskie państwo nie może się pochwalić przyrostem naturalnym gwarantującym zastępowalność pokoleniową. Ludność wszystkich krajów określających się jako „zachodnia cywilizacja” w 2050 roku będzie stanowiła zaledwie 12 proc. populacji Ziemi.

Teoretycznie wzrost urodzeń odnotuje Wielka Brytania, ale rosnąca emigracja z kraju i imigracja z Azji i Afryki na Wyspy Brytyjskie spowoduje, że odsetek ludzi odwołujących się do judeochrześcijańskich wartości będzie nieporównanie niższy. Pamiętajmy, że od 1976 roku populacja rodowitych Brytyjczyków utrzymuje się na zerowym poziomie. Rośnie odsetek przybyszów z Indii, Chin i państw arabskich.

Za 25 lat populacja Niemiec z 82 mln skurczy się do 74 mln.

Grecja, która przed wybuchem kryzysu miała 11,5 mln mieszkańców, w 2050 r. – na kiedy przypadają pierwsze terminy wielkich spłat zrolowanych kredytów – będzie miała według „World Population Prospects” 10,8 mln rodowitej ludności. O 300 tysięcy mniej ludzi do spłacania zobowiązań. Przy czym połowa populacji będzie powyżej 50. roku życia.  35 proc. będzie powyżej 65. roku życia. Kto będzie spłacał ten kredyt? Jeżeli wierzyć agencji ds. imigracji w Atenach, to 30 proc. osób zamieszkujących Grecję będzie pochodzenia afrykańskiego bądź arabskiego i będą to mieszkańcy bez pełnych praw obywatelskich. Czy  instytucje finansowe w nich mogą dziś bezpiecznie lokować swoje nadzieje? Jeszcze bardziej dramatycznie wyglądają prognozy dla państw nadbałtyckich. Tu przewidywany spadek liczebności rdzennej ludności w ciągu następnych 35 lat szacowany jest na 30 proc.

W niewiele lepszej sytuacji są Stany Zjednoczone. Mieszkańcy europejskiego pochodzenia w 2040 roku stanowić będą zaledwie  połowę tamtejszej populacji.

30 proc. ludności USA będą stanowić ludzie uważający język hiszpański za swój język rodowity. Ludzie, którzy – jak pisał Huntington – traktują Amerykę jedynie jako źródło dochodów, a za ojczyznę i kulturową kolebkę uważają kraje latynoskie. Tam zostały ich rodziny, stamtąd importują tradycje i myślenie o państwie. Każdy, kto miał okazje w Teksasie oglądać mecz baseballu między lokalną drużyną a dowolnym zespołem z Ameryki Południowej, będzie wiedział o czym mówię, zobaczy, gdzie bije serce publiczności. Mniejsza, że w coraz większej liczbie miast Kalifornii, Teksasu, Nowego Meksyku, Florydy łatwiej jest porozumieć się po hiszpańsku niż po angielsku. Problem w tym, że rośnie tam już kolejne pokolenie, wychowane już w USA, kulturowo silnie związane z wartościami odległymi od wolnościowej i republikańskiej tradycji Ameryki.

Mało kto wie, że już dziś Waszyngton jest miastem mniejszości narodowych. I tu też nie tyle skład etniczny jest ważny, ile niezwykle roszczeniowe postawy. Co piąta osoba zameldowana w stolicy USA żyje dzięki pomocy społecznej.

Z jednej strony będziemy więc mieli coraz większe potrzeby starzejących się zachodnich cywilizacji importujących tanią siłę roboczą, a z drugiej – napływ imigrantów z Południa i ze Wschodu. W roku 2050 liczba ludności Afryki zwiększy się z miliarda do 2 miliardów ludzi. Podwoi się liczba społeczności islamskich w takich państwach, jak: Indonezja, Turcja, Tajlandia, do niedawna uważanych za państwa na wpół świeckie. Już dziś 28 najszybciej rozwijających się populacji to kraje islamskie. To co jak w laboratorium obserwujemy na przykładzie miasta Waszyngton, wkrótce czeka wielkie aglomeracje Ameryki i Europy.

Co ta demograficzna rewolucja oznacza dla Europy? Wystarczy przypomnieć sobie niedawne zamieszki na ulicach Paryża i Londynu, palone auta, rabowane sklepy. Policzyć koszty opieki socjalnej w Szwecji, Holandii dla płynącej jak rzeka fali imigrantów. Nie ma nic złego w wielokulturowości, dopóki jest to proces przemyślany i prowadzony świadomie. Strategia, która pozwala na wchłanianie nowych kultur, jest co najmniej pożądana.

Gorzej, jeżeli mamy do czynienia z powolnym wypieraniem naszej cywilizacji i jesteśmy tym zaskakiwani. Niemcy, Szwedzi, Holendrzy po latach zrozumieli, jakim błędem była polityka multi-kulti, ale odwrotu już nie ma. Były prezydent Algierii, dawny tamtejszy rewolucjonista Houari Boumedienne już w 1975 r. skierował do ONZ następujące słowa:  „W dniu, w którym na każdego mieszkańca północy przypadać będzie półtora  przybysza z południa, nie będzie już mowy o kulturze otwartości. Będzie jedna kultura i przyjdzie do was z łona naszych kobiet”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop