Organ pod choinkę

12 gru 2008

„Jedno jest pewne: wino i kuchnia tego kraju żyją w pełnej symbiozie, prowadzącej do niewypowiedzianych rozkoszy podniebienia. Ten kraj to Austria. Tylko tam do podwieczorku z tatarem, smalcem lub pieczonym kurczakiem serwowanym w zachodnio-styryjskiej gospodzie pasuje kieliszek miejscowego Schilchera…”

Kto tak pięknie pisze, o takich pięknych rzeczach, i gdzie? Zbigniew Pakuła, redaktor naczelny „Świata Win”, oczywiście w tym swoim organie. Właśnie ten organ redaktora Pakuły z całego serca polecam, ponieważ w nawale banalnych upominków pod choinkę, taki twór wyznawców Dionizosa może się okazać oryginalny, przyjemny i pożyteczny, zapewni lekturę na świąteczne popołudnia przy kominku i wieczory pod ulubionym abażurem.

„Świat Win” to solidna firma (z Poznania). Właśnie przygotowują świąteczny numer. Polecą wina pod choinkę i do wigilijnej wieczerzy. Poinformują o bąbelkach dostępnych na polskim rynku, otworzą łamy podróżnikom zwiedzającym świat z kieliszkiem w ręku. Kto lubi stanąć przed półką z winami i wybierać pomiędzy flaszami, powinien mieć jakiegoś guru. Powinien wiedzieć, co się dzieje w branży, jakie są trendy, co jest modne w tym sezonie, które wina idą w górę, a które w dół, kogo nagrodzili na tak wielu targach i konkursach, że nikt ich nie zliczy. Subiekt (sprzedawca), jeśli nawet czytuje „Świat Win”, nie przekaże wszystkich tych informacji, bo nie ma na to czasu.

A więc po prenumeratę (Kolporter), bo w otwartej sprzedaży detalicznej tego niszowego rarytasu nie ma.

A przecież „Świat Win” to nie jedyny dionizyjski tytuł. „Magazyn Wino” wcale mu nie ustępuje. Ale to organ innego redaktora, i o nim po świętach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sto lat i ciąża

04 lis 2008

Kobiety w ciąży nie powinny sięgać po lampkę szampana nawet z okazji nowego roku czy setnych urodzin dziadka… Tymczasem najnowsze brytyjskie badania nie potwierdzają tej rygorystycznej tezy

We wszystkich cywilizowanych krajach od lat prowadzona jest kampania informacyjny na rzecz trzeźwości w ciąży. Jej przesłanie jest jednoznaczne: Ani kieliszka, nawet od święta i przy wielkich okazjach.

Jednak wnioski płynące z najnowszych brytyjskich badań nie są tak rygorystyczne. Badania przeprowadził zespół z University College w Londynie, kierowała nim prof. Yvonne Kelly. Objęły one 12 495 dzieci. Wyniki porównano z badaniami z 2001 roku, które objęły 20 tys. dzieci. W czasie obydwu kampanii badawczych korzystano z ankiet, wywiadów i bezpośrednich oględzin dzieci.

Okazało się, że potomstwo kobiet, które w ciąży spożywały niewielkie dawki alkoholu, pod względem umysłowym i psychofizycznym rozwijały się do trzech lat nie gorzej niż dzieci pań, które unikały alkoholu całkowicie. Co więcej, pociechy kobiet spożywających w ciąży jeden, dwa kieliszki wina tygodniowo mają mniej problemów niż dzieci ciężarnych abstynentek.

Naukowcy nie są na razie w stanie wytłumaczyć tego fenomenu. Podejrzewają, że polega on na tym, że kobiety okazjonalnie pijające w ciąży należą do uprzywilejowanego środowiska społecznego, powodzi im się lepiej, mają nieograniczony dostęp do lekarzy, itp. Ich potomstwo siłą rzeczy rozwija się w korzystniejszych warunkach.

Wyniki badań publikuje „International Journal of Epidemiology”. Wynika z nich, że coraz mniej kobiet przyznaje się do spożywania alkoholu w czasie ciąży. Zdaniem prof. Yvonne Kelly i jej kolegów, oznacza to, że kampania informująca o niebezpieczeństwach związanych z tak zwanym alkoholizmem płodowym zaczyna trafiać do wiadomości publicznej. Teraz pozostaje sprawdzić, czy zachowanie kobiet rzeczywiście zmieniło się, czy też tylko wolą nie przyznawać się do picia w ciąży.

Z fizjologicznego punktu widzenia, żadna dawka alkoholu wypijana w ciąży nie jest obojętna, ponieważ wraz z krwią matki przepływa on przez płód. W przypadku dużych dawek alkoholu, na jakie narażony jest płód, prowadzi to do zaburzeń wzrostu, przedwczesnego porodu, zaburzeń psychicznych po urodzeniu, kłopotów z nauką. Te związki są udowodnione w sposób niepodważalny. Natomiast jak wynika z najnowszych badań w przypadku dawek małych i wypijanych okazjonalnie, nie jest oczywiste, że wywołują takie negatywne skutki. Ale – jak podkreślają brytyjscy uczeni – właśnie z uwagi na tą niepewność, lepiej całkowicie unikać alkoholu w ciąży.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Butelka z rowerem

17 paź 2008

Kto wchodzi do sklepu ze zdrową żywnością, wychodzi z przekonaniem, że ekologiczne może być, a raczej powinno być wszystko: ogórki i miód, mąka i marynowane grzybki, kiełbasa i kwas chlebowy. Jednym słowem wszystko, wszystko.
A wino też?
Też.

Nie wiem, jak tam producenci ogórków, ale winiarze przystroili całą tę ekologiczność w filozoficzne piórka, obudowali butle ideologią i żądają za taki dionizjak więcej niż za zwyczajny.

Ich myśl biegnie takim oto torem, bądź kroczy następującą ścieżką: Mamy tylko jedną Matkę Ziemię, żywicielkę roślin, ludzi i zwierząt. Dlatego trzeba o nią dbać, trzeba ją szanować, pielęgnować, uprawiać rozważnie. A to oznacza, że jeśli już stosować nawozy, to po pierwsze – im mniej, tym lepiej, a po drugie – jeśli już koniecznie, to tylko naturalne. Ziemia, czyli gleba winnicy, powinna być biologicznie czysta. O stosowaniu chemicznych środków ochrony roślin – nie ma mowy. W rezultacie, można mówić o uprawie winorośli metodą biologiczną, ekologiczną, a na użytek międzynarodowy – organiczną. Tak więc tłoczy się z takich winnic wino biologiczne, wino ekologiczne, biowino, oirganic wine.
Dowolności tu nie ma, a raczej coraz jej mniej. Powstają regionalne i krajowe zrzeszenia wytwórców organic wine. Przyznają stosowne atesty. Odpowiednie standardy tworzą urzędnicy Unii Europejskiej (Boże, bądź miłościw).

I co z tego wszystkiego wychodzi?
W tej materii nikomu nie wolno wierzyć. Tu trzeba być Niewiernym Tomaszem. Dlatego, proszą bardzo, sięgam po butelkę Cono Sur, czerwone, wytrawne, rodem z Chile, tłoczone ze szczepów Cabernet Sauvignon i Carmenere. Na etykiecie – rower. Dlaczego rower? Pewności nie mam, ale domyślam się: Bo zdrowy, ekologiczny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Julia z domu von Buhl

10 paź 2008

Poznałem Julię. Spodobała mi się. Zasmakowałem w obcowaniu z nią. Mam wrażenie, że tej jesieni spędzimy razem jeszcze kilka wieczorów, i sięgnę po nią jeszcze nie raz.

Jest poczęta i narodzona w posiadłości Reichsrat von Buhl. To renomowana winnica, znana na świecie. Hugh Johnson w swoim przewodniku po winach świata oczywiście ją zauważa. Marek Bieńczyk – też, w polskim przewodniku po winach Europy. Posiadłość zajmuje ponad 50 hektarów, z czego grubo ponad trzy czwarte porastają krzewy szczepu Riesling.

Bo Julia jest Rieslingiem, białym, lekko wytrawnym dionizjakiem. Domyślam się, że mariaż Julii, na przykład z mulami, byłby harmonijny, ale tylko się domyślam, ponieważ obcowałem z nią sam na sam, bez ryb, serów, białych mięs.

W rodzinie von Buhl Julia to jeszcze dzieciak, podlotek, panna z mokrą głową. Ale wśród jej rodzeństwa są bywalcy znani na salonach. Spatburgundery z domu von Buhl, a także Gewurztraminery, Rieslandery, Grauburgundery, Weissburgundery bywają w najlepszych towarzystwach i domach. Łącznie z dworem królowej brytyjskiej Elżbiety. Medali i wyróżnień przyznanych tym flaszom nie warto wymieniać, bo to nudne.

A wszystko to (no, prawie wszystko) dostępne w Polsce, za cenę wcale nie rujnującą budżetów rodzinnych. Gdzie szukać – nie powiem, ale podpowiem hasło, które może naprowadzić na ślad Julii et consortes: Jung und Lecker.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dionizos w jury

05 wrz 2008

Rozpoczynają się doroczne Dni Zielonej Góry (6 – 14 września), a wraz z nimi tradycyjne „Winobranie”. Jedną z atrakcji tego święta jest konkurs win gronowych domowej roboty. W tym roku formuła współzawodnictwa została poszerzona o dwie kategorie: win owocowych oraz win wyprodukowanych przez winnice. Wina domowe i z winnic będą konkurowały w odrębnych kategoriach.

Tegoroczny konkurs odbędzie się w wyjątkowych warunkach. Rzecz w tym, że wszystkie formalności zostały już załatwione, Sejm uchwalił stosowne ustawy, prezydent je podpisał, i w rezultacie, od 2009 roku można będzie legalnie, a nie chyłkiem, po kryjomu, spod lady kupować polskie wino gronowe.

Eliminacje do konkursu odbędą się 13 września w zielonogórskiej palmiarni (www.palmiarnia.zgora.pl). Wina na konkurs można wysyłać do 13 września na adres: Palmiarnia, ul. Wrocławska 12, 65-427 Zielona Góra z dopiskiem „Konkurs win”. Można też dostarczyć je osobiście w dniu konkursu, od godziny 10.00 do 11.00. Ogłoszenie wyników nastąpi tego samego dnia o godz. 16.00 na Scenie Głównej na Starym rynku. Wyniki konkursu opublikuje Magazyn „Świat Win”. Nagrody ufundowali, między innymi: Magazyn „Świat Win”, sklep Winiarz.pl, Zielonogórskie Stowarzyszenie Winiarskie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielkie wyczekiwanie

25 lip 2008

Wielkie wyczekiwanie

Chłop śpi, a zboże samo rośnie – taki stereotypowy pogląd wyrażają często mieszkańcy miast. W krajach z winnicami, tamtejsi mieszczanie nader często sądzą, że winiarz śpi, a winorośl sama rośnie. A tak naprawdę, co się dzieje w winicy i w gospodarstwie winiarskim latem, a konkretnie, w lipcu i w sierpniu?

W LIPCU niby nic się nie dzieje., ale źle się dzieje, jeżeli winiarz nie dogląda winnicy, nie przycina pędów zanadto wybujałych, nie podlewa wrzątkiem lub odpowiednim środkiem chemicznym ognisk pasożytów, nie tępi chwastów wyrastających tu i ówdzie.

No i nie powinien spuszczać oka z beczek. Na zewnątrz upał, ale w piwnicy musi być stała, odpowiednia temperatura, najlepiej 12 stopni w skali Celsjusza. W piwnicy jest teraz bardzo przyjemnie, chłodno, jest w niej zapas wina z lat ubiegłych i zawsze znajdzie się coś do roboty (jako pretekst, żeby jak najdłużej stamtąd nie wychodzić, na przykład – trzeba sprzątać).

W SIERPNIU chwasty w winnicy rosną jak na drożdżach, walka z nimi trwa. Winogrona też rosną, dlatego trzeba podwiązywać niektóre przeciążone gałązki. Niektóre paliki i podpórki przekrzywiły się, trzeba je prostować, przywiązywać krzewy na nowo. Niby nie ciężka, ale jednak żmudna robota. poza tym, już najwyższy czas dokonać ogólnego przeglądu całego sprzętu potrzebnego do winobrania, stare rupiecie wyrzucić, albo zreperować, dokona- uzupełniających zakupów – kosze, sekatory, itp. Czas pomyśleć o szorowaniu kadzi i beczek. Czas przeglądać metalowe urządzenia, narzędzia, tu i ówdzie nasmarować, sprawdzić, czy nie atakuje rdza. Bo wrzesień za pasem, a we wrześniu – WINOBRANIE.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Historia w winnicy

18 lip 2008

„Kolonia Rusek, Pańska Góra, Kinga, Bogusz, Golesz, Winnica Świętej Urszuli, Chateau Chyliczki, Winnica Płochockich… choć nazwy te brzmią egzotycznie, polskie wino stało się faktem.”

Tak brzmi pierwsze zdanie artykułu Tomasza Prange-Barczyńskiego, relacjonującego I Konwsent Polskich Winiarzy w Magazynie Wino, w sierpniu 2006 roku. Minęły dwa lata i drugi doniosły fakt ma miejsce w polskim, dionizyjskim środowisku: Sejm tak znowelizował ustawę o akcyzie i ustawą winiarską, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, i prezydent je podpisze, w przyszłym roku będzie można oficjalnie kupić polskie wino z tegorocznych zbiorów.
Czytelnicy tego blogu już o tym wiedzą, ale będę drążył ten temat. Obiecałem to polskim winiarzom, kilku z osobna (Bruszewskiemu, Myśliwcowi, Bosakowi i Gradowi) oraz wszystkim na raz, w ubiegłym roku w Zielonej Górze, podczas święta winobrania i promocji książki „Kazania dionizyjskie”.
Namawiałem również Romana Myśliwca, pioniera polskiego winiarstwa, żeby zechciał dzielić się swoją wiedzą na łamach tego blogu. Wiem, że najtrudniej jest zacząć, dlatego zaczynam za niego, cytatem z jego i Bolesława Sękowskiego książki „101 odmian winorośli do uprawy w Polsce”:

„W Polsce do upadku uprawy winorośli w wieku XX przyczyniły się nie tyle choroby, szkodniki i mrozy, czy uprawa odmian winorośli niewłaściwie dobranych do naszego klimatu, ile wojny i burze dziejowe. W okolicach Zielonej Góry do końca drugiej wojny światowej uprawiano winorośl. Uprawiano tam takie odmiany, jak Chrupki (różne), Gamay (różne), Pinot Noir (Burgundzkie), Portugalskie, Muscat Ottonel, Cabernet Sauvignon, Riesling, Sylvaner, Traminer, Velteliner, które są nie tylko wrażliwe na choroby i mróz, ale także zbyt późno dojrzewają i ich owoce są prawie zawsze kwaśne. Po winach z Zielonogórskiej Wytwórni Win, jak mawiał dziewiętnastowieczny znawca, nie można było być wesołym.
Winnice istniały także w okolicach Warki, Opoczna, Sandomierza, Puław. Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach sprowadzał przed drugą wojną światową liczne odmiany amerykańskie i mieszańce francusko-amerykańskie, stosunkowo odporne na mrozy i choroby (Isabella, Diamond Moore,a, Lucille, Niagara, Worden, Beta). Wiele z tych mieszańców znajduje się do dziś w uprawie, zwłaszcza w środkowej i południowo-wschodniej Polsce.”

Jak więc widać, świat polskiego wina to nie odmiany Shiraz, Chardonnay, Carmenere, Merlot, Pinotage – najczęściej spotykane na etykietach dionizjaków importowanych do naszego kraju z Europy i Nowego Świata. Ale o tym, z jakich odmian polscy winiarze tłoczą teraz wino – powie, mam nadzieję, że wkrótce, Roman Myśliwiec.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dionizos w Polsce

11 lip 2008

Dionizos w Polsce

Bóg winorośli i wina utarł nosa ludziom małej wiary: kto nie wierzył, że w Polsce można będzie wejść do pierogarni, zamówić ruskie, a do nich dzbanek polskiego, białego albo czerwonego wina – ten błądził. W nocy z czwartku na piątek Sejm zliberalizował przepisy dotyczące małych winnic. Następuje nowelizacja ustaw o akcyzie oraz tzw. ustawy winiarskiej. Tym samym umożliwiona jest legalna produkcja wina w małych winnicach i legalna sprzedaż dionizjaku z takiego źródła.

Komunikat Polskiej Agencji Prasowej brzmi lakonicznie, ale prostota jest przywilejem wielkości:
„Ustawy znowelizowano w ekspresowym tempie. Pierwsze czytanie przygotowanych przez senatorów zmian przepisów odbyło się w Sejmie w środę. Za nowelizacją było 423 posłów. Nowelizacja zmienia ustawy o podatku akcyzowym oraz o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich, obrocie tymi wyrobami i organizacji rynku wina.”

O co tu chodzi? Rzecz w tym, że nie było lege artis zakazu produkcji i sprzedaży wina gronowego w Polsce, ale przepisy nie uwzględniały specyfiki małych winnic. No, a dużych w Polsce nie ma, i nie będzie, ponieważ dogodne do uprawy tereny występują u nas jedynie tu i ówdzie, niewielkimi skrawkami, nie są to połacie takie jak w Burgundii czy Toskanii.
Dotychczasowe przepisy nakładają na małe winnice takie same obowiązki, jak na wielkich importerów wina, albo wielkich producentów (pożal się Boże) win jabłkowych czy truskawkowych.
Główną barierą uniemożliwiającą małym winnicom legalną działalność jest konieczność produkcji i magazynowania wina w składzie podatkowym. Drugie ograniczenie to obowiązek posiadania przez winnice specjalnego laboratorium – może na nie sobie pozwolić wytwórnia tysięcy hektolitrów owocowych „delicji”, ale nie właściciel hektarowej winnicy!

Ale koniec z tym. W Polsce wreszcie będzie tak jak w innych krajach Unii Europejskiej, w których przecież też działają – obok gigantów – małe rodzinne winniczki. Małe i średnie winiarnie, tłoczące rocznie do 1000 hektolitrów win gronowych z winogron pochodzących z własnych upraw, będą zwolnione z obowiązku uzyskania statusu składów podatkowych. I nie będą musiały posiadać własnego laboratorium.

Jeżeli zmiany wejdą w życie przed 1 sierpnia tego roku, to w roku 2009 będziemy mogli kupować polskie dionizjaki z tegorocznego winobrania. Jest na to szansa, bowiem teraz nowelizacja trafi do podpisu do Prezydenta. A Prezydent chyba podpisze, i zrobi to chętnie. Dlaczego tak myślę? Ponieważ w ubiegłym roku, we wrześniu odwiedził Zieloną Górę podczas święta winobrania. Wstąpił do pawilonu polskich winiarzy, rozmawiał z nimi, wyjaśnili Głowie Państwa, o co w tym wszystkim chodzi. Głowa Państwa kiwała głową ze zrozumieniem i obiecała pomóc. A teraz właśnie nadszedł ten moment, gdy jednym pociągnięciem pióra może dokończyć wieloletnie starania garści zapaleńców. Całkiem spora ta garść, ponad 200 winiarzy, którzy uprawiają, w sumie, ponad 400 hektarów winnic.

Dziś wielki dzień. Uczczę go otwierając butelkę polskiego wina, jaką przechowywałem na specjalną okazję – nie bardzo wiedząc, na jaką. Teraz już wiem. Butelką OTRZYMAŁEM cztery lata temu w darze od pana Romana Myśliwca, pioniera polskiego winiarstwa, którego winnica GOLESZ w Jaśle będzie tak sławna, że jej właściciel zechce udawać, że go nie ma w domu. Wspomnisz moje słowa, Panie Romanie. Dziś wieczorem wznoszę kielich za Pańskie zdrowie.
I za zdrowie Wiktora Bruszewskiego z Warszawy, też winiarza, nękającego posłów i senatorów. I za zdrowie Jana Bosaka z Krakowa, et consortes z podwawelskiego Collegium Vini. I zdrowie całej koalicji PO – PSL, ponieważ „poznacie je po owocach”(„je” czyli drzewa i koalicje).

Jak na uroczystą okazję przystało, wznoszę toast słowami Brassensa, wyjętymi z wiersza „Wielki Pan”:

„Gdy panował Wielki Pan,
starożytny pan bóg Pan,
bogi dbały o ten stan,
o pijaków wielki klan.
Sami też się zataczali,
czasem czkali.
Czerwień nosa, czerwień mordy,
półpijanych bogów hordy;
gdy wydoił dzbanek człowiek,
gdy wysuszył bukłak w rowie,
przyfruwały skądś amorki
liczyć korki.
Błogosławił cienkie winko
Noe ziemskim skurwysynkom;
i łachudrę, i nygusa
winem przechrzczał na Bachusa;
taka była bogów cecha:
wierzyć w wino i w człowieka.”

(przekład:k.k.)

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Poeci

27 cze 2008

„Wino to kultura”; tego rodzaju stwierdzenia brzmią gładko, w zasadzie wszyscy się z nimi zgadzają, ale tak konkretnie, w czym się to przejawia? Między innymi w tym, że poeci, i prozaicy opiewają wino. Rzesza polskich rymopisów poświęciła mu strofy, od Kochanowskiego do Tuwima. Dziś, dla zachęty do samodzielnych enologicznych poszukiwań w literaturze, wiersz francuskiego barda, który własne teksty, śpiewał przy akompaniamencie własnej gitary:

1
Będę sławił życie moje
palnę uroczystą mowę;
kaca mam, bolącą głowę,
pojmą inni mnie opoje.
Moim przodkom, bez gadania,
syn się zrodził, nie kaleka,
toteż w butlę, zamiast mleka,
wino lali mi do ssania.
2.
Mnie rodzice szczodrobliwi
spłodzili pod winnym krzakiem,
nie w kapuście, gdzie okrakiem
płodzą dzieci ludzie chciwi.
Krew szlachetna niezrównanie
mocno w sercu mym nie dudni,
lecz sok z gronek co przy studni
rosną w słońcu, potem w dzbanie
3.
W ciemię nikt mnie nie bił ćwiekiem,
umiem lekko, mądrze żyć:
żeby zawsze mieć co pić,
raczy brzuch jesiennym mlekiem.
4.
Cierpiał w piekle Tantal męki,
z braku wody te udręki,
wyschły całkiem mu migdałki,
nie używał wcale pałki.
Łaknąć wody – smutna rzecz,
bez niej życie idzie precz,
lecz straszniejsza jest przyczyna
śmierci w mękach: to brak wina.
—-
Georges Brassens, Le Vin
przekład k.k.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie pomoże garnitur

06 cze 2008

Jak wygląda świat oglądany przez kielich wina o sukni niczym mgiełka przed wschodem słońca? Bosko, czyli dionizyjsko. Jest to świat, w którym liczy się piękno, harmonia zmysłów – wzroku, smaku, węchu. Świat obserwowany przez kieliszek wina jest elegancki, wykwintny, osadzony w tradycji sięgającej, w zależności od regionu, od kilkuset do kilku tysięcy lat.

Wino daje poczucie przynależności geograficznej i historycznej. Ma wiele wspólnego z patriotyzmem: ze swojego wina dumni są Francuzi, Włosi, Grecy. Za własne wino daliby się posiekać Gruzini. Węgrzy pysznią się tokajem – królem win i winem królów, oczkiem w głowie Habsburgów. Portugalczycy zadzierają nosa z powodu porto. Hiszpanie potrząsają swoim jerez-xeres-sherry.

Są zawody sfeminizowane, na przykład pielęgniarstwo. Są zmaskulinizowane, na przykład chirurgia. Sądząc z ilości chateau czyli „zamków” widniejących na etykietach butelek, winiarstwo jest zarystokratyzowane. Wprawdzie w większości przypadków chateau wskazuje bardziej na związek win z miejscem, z budowlą niż z jakimś rodem, to jednak wielu ludzi z klejnotem para się winiarstwem. Może to zdziwi tego i owego demokratę, ale wiele rodów – niegdyś feudalnych – dobrze przystosowało się do współczesnej postaci świata. W XXI stuleciu książęta krwi więcej wina tłoczą, niż wypijają.

W starożytności istniała arystokracja ducha, czyli wtajemniczonych w boskie misteria. Dostęp do niej miały elity polityczne i społeczne, wodzowie, mędrcy, szamani.
Średniowiecze stworzyło arystokrację urodzonych, czyli szlachtę. O przynależności do niej decydowało łoże, pochodzenie.
W XIX stuleciu nastał czas „bizneskracji”, arystokracji pieniądza, ludzi wzbogaconych, którzy doszli z „nędzy do pieniędzy”.

Ale od stuleci istnieje jeszcze jeden rodzaj arystokracji, prawdziwszej od wymienionych – arystokracji umiejętności. Należą do niej ci – niezależnie od kropidła, łoża i trzosa – którzy posiedli jakąś umiejętność, opanowali jakąś sztukę, rzemiosło. Człowiek, który dwadzieścia tysięcy lat temu namalował bizona w iberyjskiej jaskini Altamira był arystokratą umiejętności, podobnie jak mnich iluminujący inkunabuły i murarz wznoszący gotyckie katedry. Winiarz tłoczący wyborne wino również należy do arystokracji umiejętności.

Istnieje pogląd, że w obrębie naszej cywilizacji występują trzy strefy kulturowe: wina, piwa i wódki. Ten podział jest już przestarzały. Obecnie nasza cywilizacja dzieli się na dwie strefy: północną, charakteryzującą się upodobaniem do piwa, mocnego alkoholu i masła, oraz południową, śródziemnomorską i bałkańską, gustującą w winie i oliwie z oliwek. W minionej dekadzie miała miejsce konkwista północy przez południe, dokonana przy walnym udziale nauki. Za sprawą uczonych furorę zrobiła dieta śródziemnomorska. Naukowcy dowiedli czerwono na białym (czerwone wino na białym obrusie), że dionizjak niszczy cholesterol. Dowiedli, że zbawienna jest oliwa a z garnka z warzywami bucha esprit, czego nie można powiedzieć – excusez le mot – o golonce.

Purytanie traktują wino jak alkohol, alkohol zaś szkodzi zdrowiu, o czym informuje Ministerstwo Zdrowia w każdym stoisku ze spirytualiami. Nieporozumienie! Wino to smak, zapach, barwa, feeria doznań estetycznych, wino to geografia i historia – każda butelka pochodzi z jakiegoś regionu, powstała w określony sposób, zgodny z jakąś tradycją, albo wbrew tradycji, przez co jest warte wzmianki. Wina nie pija się wiadrami ani nie po to, by się odurzać. Pije zwierzę, człowiek degustuje, rozpoznaje niuanse, odczytuje zamiary winiarza i obserwuje rezultaty jego pracy. Bywają pożałowania godne i godne podziwu.

Ktoś, kto gotów jest wysłuchać po raz siedemnasty opery Verdiego Nabucco tylko po to, by raz jeszcze delektować się brzemieniem „chóru niewolników”, należy do tej samej kategorii wyrafinowanych, cywilizowanych ludzi, sięgających siedemnasty raz po butelkę beaujolais, by delektować się z niesłabnącą przyjemnością zawsze w nim obecnym posmakiem porzeczek. Tacy oni są, ci kulturalni ludzie. Dla nich śpiew i muzyka to nie liczba decybeli, obraz nie jest powierzchnią pokrytą substancją chemiczną, piękno kobiety nie polega na wymiarach, wino nie jest zawartością alkoholu w cieczy.

Kto tego nie rozumie, jest barbarzyńcą, choćby nosił garnitury od Armaniego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop