Jak wygląda świat oglądany przez kielich wina o sukni niczym mgiełka przed wschodem słońca? Bosko, czyli dionizyjsko. Jest to świat, w którym liczy się piękno, harmonia zmysłów – wzroku, smaku, węchu. Świat obserwowany przez kieliszek wina jest elegancki, wykwintny, osadzony w tradycji sięgającej, w zależności od regionu, od kilkuset do kilku tysięcy lat.
Wino daje poczucie przynależności geograficznej i historycznej. Ma wiele wspólnego z patriotyzmem: ze swojego wina dumni są Francuzi, Włosi, Grecy. Za własne wino daliby się posiekać Gruzini. Węgrzy pysznią się tokajem – królem win i winem królów, oczkiem w głowie Habsburgów. Portugalczycy zadzierają nosa z powodu porto. Hiszpanie potrząsają swoim jerez-xeres-sherry.
Są zawody sfeminizowane, na przykład pielęgniarstwo. Są zmaskulinizowane, na przykład chirurgia. Sądząc z ilości chateau czyli „zamków” widniejących na etykietach butelek, winiarstwo jest zarystokratyzowane. Wprawdzie w większości przypadków chateau wskazuje bardziej na związek win z miejscem, z budowlą niż z jakimś rodem, to jednak wielu ludzi z klejnotem para się winiarstwem. Może to zdziwi tego i owego demokratę, ale wiele rodów – niegdyś feudalnych – dobrze przystosowało się do współczesnej postaci świata. W XXI stuleciu książęta krwi więcej wina tłoczą, niż wypijają.
W starożytności istniała arystokracja ducha, czyli wtajemniczonych w boskie misteria. Dostęp do niej miały elity polityczne i społeczne, wodzowie, mędrcy, szamani.
Średniowiecze stworzyło arystokrację urodzonych, czyli szlachtę. O przynależności do niej decydowało łoże, pochodzenie.
W XIX stuleciu nastał czas „bizneskracji”, arystokracji pieniądza, ludzi wzbogaconych, którzy doszli z „nędzy do pieniędzy”.
Ale od stuleci istnieje jeszcze jeden rodzaj arystokracji, prawdziwszej od wymienionych – arystokracji umiejętności. Należą do niej ci – niezależnie od kropidła, łoża i trzosa – którzy posiedli jakąś umiejętność, opanowali jakąś sztukę, rzemiosło. Człowiek, który dwadzieścia tysięcy lat temu namalował bizona w iberyjskiej jaskini Altamira był arystokratą umiejętności, podobnie jak mnich iluminujący inkunabuły i murarz wznoszący gotyckie katedry. Winiarz tłoczący wyborne wino również należy do arystokracji umiejętności.
Istnieje pogląd, że w obrębie naszej cywilizacji występują trzy strefy kulturowe: wina, piwa i wódki. Ten podział jest już przestarzały. Obecnie nasza cywilizacja dzieli się na dwie strefy: północną, charakteryzującą się upodobaniem do piwa, mocnego alkoholu i masła, oraz południową, śródziemnomorską i bałkańską, gustującą w winie i oliwie z oliwek. W minionej dekadzie miała miejsce konkwista północy przez południe, dokonana przy walnym udziale nauki. Za sprawą uczonych furorę zrobiła dieta śródziemnomorska. Naukowcy dowiedli czerwono na białym (czerwone wino na białym obrusie), że dionizjak niszczy cholesterol. Dowiedli, że zbawienna jest oliwa a z garnka z warzywami bucha esprit, czego nie można powiedzieć – excusez le mot – o golonce.
Purytanie traktują wino jak alkohol, alkohol zaś szkodzi zdrowiu, o czym informuje Ministerstwo Zdrowia w każdym stoisku ze spirytualiami. Nieporozumienie! Wino to smak, zapach, barwa, feeria doznań estetycznych, wino to geografia i historia – każda butelka pochodzi z jakiegoś regionu, powstała w określony sposób, zgodny z jakąś tradycją, albo wbrew tradycji, przez co jest warte wzmianki. Wina nie pija się wiadrami ani nie po to, by się odurzać. Pije zwierzę, człowiek degustuje, rozpoznaje niuanse, odczytuje zamiary winiarza i obserwuje rezultaty jego pracy. Bywają pożałowania godne i godne podziwu.
Ktoś, kto gotów jest wysłuchać po raz siedemnasty opery Verdiego Nabucco tylko po to, by raz jeszcze delektować się brzemieniem „chóru niewolników”, należy do tej samej kategorii wyrafinowanych, cywilizowanych ludzi, sięgających siedemnasty raz po butelkę beaujolais, by delektować się z niesłabnącą przyjemnością zawsze w nim obecnym posmakiem porzeczek. Tacy oni są, ci kulturalni ludzie. Dla nich śpiew i muzyka to nie liczba decybeli, obraz nie jest powierzchnią pokrytą substancją chemiczną, piękno kobiety nie polega na wymiarach, wino nie jest zawartością alkoholu w cieczy.
Kto tego nie rozumie, jest barbarzyńcą, choćby nosił garnitury od Armaniego.