Posts Tagged „Prezydent”<

Ja, prezydent UE

4 lip 2011

Duma mnie rozpiera i radość.

Oto ja, nie tak dawno obywatel Europy drugiej kategorii, kontynentalny parias nieomal, ja, wystający w kolejce po wizy do zasobnych krajów naszej wspólnej ojczyzny, który bogactwo ich lizać przez szybę mogłem jedynie, ja prezydentem Unii Europejskiej zostałem.

Jakżeż Angela Merkel wpatruje się w oczy moje, no, może nie do końca moje, tylko premiera mojego Donalda Tuska, który jednak mnie przy niej reprezentuje. Jak pięknie wyglądam w objęciach ministra Westerwellego, no, może nie ja, tylko minister, ale mój, mój Radek Sikorski. Jakżeż klepią mnie oni po plecach, mierzwią mi włosy, drapią pod brodą, jak zależy im na mnie, bo od teraz to ja w Unii rządzić zacząłem.

I co z tego, że ostatnio w Koluszkach czekałem dwie godziny, bo tory remontować musieli, przecież dla mojego dobra, mnie, prezydenta Unii. A jak u kuzyna w Sosnowcu przy świeczkach siedzieliśmy – elektryczność nawaliła, ale wytłumaczyli, że tylko w nocy, a to dobrze, bo spać trzeba, żeby potem jako prezydent w dzień pracować lepiej – to się nawet jakoś bardziej uroczyście zrobiło.

Potem, kiedy na Ursynów przez Poznań wracać musiałem – autostradę naprawiali, coby lepiej mi służyła – to zadowolony byłem jeszcze dlatego, że więcej czasu miałem na cieszenie się swoją prezydencją. I wspominałem sobie ten symbol nasz: flagę z gwiazdami, która nad kupą wojewódzką powiewa.

I dlatego myślę, że coś z tą opozycją trzeba by zrobić, która godność moją, bo rządu, który mnie reprezentuje, na szwank wystawia. Teraz właśnie postanowili, aby trupami smoleńskimi grać, ci, których dawno już zamknąć za zamordowanie Blidy powinni. Jakieś telegramy do rządu moskiewskiego pokazują, aby zniesławić i radość naszą przesłonić.

Przecież gdyby Kaczor rządził, nigdy nie daliby nam zostać prezydentem Europy. A tak… Mnie też na krótko nieswojo się zrobiło, kiedy powiedzieli, że mamy być pomostem między Unią a Rosją, bo nie lubię, jak po mnie chodzą, ale potem pomyślałem, że to dla dobra Europy, i od razu się lepiej zrobiło. Przecież jestem jej prezydentem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent Burczymucha, czyli najwyższe standardy

14 gru 2010

Zdrada, a więc sprzeniewierzenie się narodowej wspólnocie, powinno prowadzić do eliminacji z życia publicznego w wolnym państwie – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Prezydent Bronisław Komorowski na początku uhonorował Wojciecha Jaruzelskiego godnością swojego doradcy, a następnie uraczył nas wypowiedzią dla PAP, w której tak głęboko uzasadnia tę decyzję, że uznać można ją za fundamentalne prezydenckie przesłanie. Tak w każdym razie potraktował go sam zainteresowany, eksponując jako najważniejszy dokument na swojej internetowej prezydenckiej stronie.

W wypowiedzi tej opiewającej własne zasługi tudzież pełnej wzruszeń swoją martyrologią ogłosił, że jego gest wobec Jaruzelskiego jest „zakończeniem wojny polsko-polskiej”. Ten heroiczny akt, wyjaśnia nam prezydent, mógł być wyłącznie dziełem kogoś o tak bohaterskiej jak jego własna drodze życiowej, toteż tym mniej zasłużonym (czyli wszystkim innym) wara od jego oceny. Jeśli się na to poważają, oznacza to, że powodują nimi kompleksy.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie będzie końca politycznej wojny

4 lip 2010

Przed drugą turą wyborów prezydenckich pojawiły się opinie, że optymalne dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS byłoby nieznacznie je przegrać. Pozwoliłoby to wzmocnić partię przed wyborami parlamentarnymi, które dają realną władzę. PO, która nie mogłaby już posługiwać się alibi „złego” prezydenta, ponosiłaby pełną odpowiedzialność za stan kraju, co stawiałoby ją w niekorzystnym położeniu. Reprezentanci takich poglądów nie brali pod uwagę dynamiki procesów społecznych. Zwycięstwo Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich byłoby symbolicznym odwróceniem trendu, który, wydawałoby się, zdominował polskie życie polityczne po wyborach 2007 roku.

Przewaga partii Donalda Tuska wspieranej przez dominujące ośrodki opiniotwórcze w kraju wydawała się miażdżąca. Nie naruszyła jej afera hazardowa, która w normalnych warunkach demokratycznych prowadziłaby, jeśli nie do upadku, to do zasadniczego spadku notowań rządu. Nie wpłynęła na nie indolencja rządu, który wprawdzie usiłował maksymalizować swój stan posiadania, podporządkowując sobie kolejne instytucje państwa, ale nie wykorzystywał swojej władzy do jakichkolwiek działań na rzecz jego poprawy.

 

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komorowski – zwycięzca mimo woli

20 cze 2010

Wybór kandydata PO był głosowaniem przeciwko Kaczyńskiemu. Lęk przed IV RP został głęboko wdrukowany w świadomość Polaków

Wydawało się, że Bronisław Komorowski zrobił wszystko, aby wypaść słabo. Jego kampania, nastawiona na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, nie uległa modyfikacji mimo zasadniczej zmiany sytuacji politycznej po tragedii smoleńskiej. Marszałek nadal miał być lepszym Lechem Kaczyńskim, tzn. nieco konserwatywnym patriotą, dobrym ojcem rodziny o ładnej przeszłości i rodowodzie.

Nic więcej, żadnego przekazu merytorycznego poza straszeniem konkurentem i sloganem „zgoda buduje”. Seria wpadek marszałka wykraczała poza zwykłe przejęzyczenia, odsłaniała obszary ignorancji, które kompromitują polityka. Wpisanie Norwegii do UE czy mylenie budżetu państwa z produktem krajowym brutto świadczy o elementarnych brakach wiedzy o Europie i ekonomii. Pełniący obowiązki prezydenta marszałek zachowywał się, jakby nie wierzył w sukces, usiłując maksymalnie wykorzystać prerogatywy, jakie trafiły się mu zrządzeniem losu po katastrofie smoleńskiej. Nie łamał prawa, ale naruszał polityczną przyzwoitość.

Wykazywał się absolutnym brakiem jakiejkolwiek charyzmy, jak – nadużywając tego pojęcia – nazywa się dziś polityczną atrakcyjność. Właściwie nie miał do powiedzenia nic na żaden temat i był chyba najnudniejszym (obok bezkonkurencyjnego Waldemara Pawlaka) z kandydatów na prezydencki urząd. Niezwykle trudne było odnalezienie entuzjastycznego zwolennika Bronisława Komorowskiego. Ci, którzy deklarowali głosowanie na niego, w prywatnych rozmowach przyznawali, że robią to mimo albo wbrew, w każdym razie bez specjalnej ochoty.

Wydawało się, że na niekorzyść kandydata PO działa brak przygotowania Polski do kolejnej powodzi i pierwotna niezgoda Polaków na przekazanie Rosjanom śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy. Okazało się, że żadna z tych spraw nie miała znaczącego wpływu na decyzje obywateli i wynik nie różni się wiele od tego, jaki mógłby być, gdyby od początku kwietnia nic się nie zmieniło w naszym kraju.

Wydaje się, że jedyną interpretacją pozostaje uznanie, iż głos na Komorowskiego był głosem przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a szerzej – przeciw PiS. Okazuje się, że lęk przed IV RP, jaki przez opiniotwórcze środowiska wdrukowany został w świadomość Polaków, jest głębszy, niż mogło się wydawać.

Gdyby więc Komorowski został ostatecznie w II turze prezydentem, wybrany będzie jako przedstawiciel PO. Funkcja ta daje jednak dużą niezależność. Przyjąć można, że zdobycie w powszechnych wyborach prezydenckiego urzędu oznacza polityczne nowe narodzenie. Nie będą już miały znaczenia uprzednie błędy czy wpadki.

Komorowski zaznaczał, że chce sprawować funkcję prezydenta według istniejących reguł, co dawałoby mu spore uprawnienia z możliwością wetowania ustaw włącznie. Dotychczas premier Tusk był niepodzielnym suwerenem PO, nowy prezydent z tej samej partii może się stać jego konkurentem. Duża rządząca partia w systemie demokratycznym rzadko pozostaje pod władzą arbitralnego i niekwestionowanego przywódcy. Prezydent w Polsce ma spory urząd, dzięki któremu może wynagradzać stanowiskami swoich stronników.

W konstytucję polską wpisane jest napięcie między posiadającym określone uprawnienia i wybranym w bezpośrednich wyborach prezydentem a reprezentującym realną władzę premierem. Jeśli nawet reprezentują oni tę samą partię – jak było w wypadku Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera – antagonizm się pojawia. Chyba nieprzypadkowo właśnie teraz Donald Tusk chce sobie zagwarantować jeszcze silniejszą pozycję w partii, i to za pomocą instytucjonalnych rozwiązań.

Napięcia wewnątrz PO, jak choćby konkurencja między Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, były już wielokrotnie opisywane. Prezydent nie jest poddany sprawdzianom, jakimi są wybory parlamentarne, a nawet samorządowe, nie ponosi takiej odpowiedzialności za rządzenie jak premier, jest więc w sposób naturalny silnym ośrodkiem władzy, zwłaszcza w sytuacji gorszych notowań partii, za co ponosi bez porównania mniejszą odpowiedzialność niż premier.

Istnieje więc prawdopodobieństwo, że Tuskowi może wyrosnąć cichy konkurent. Wcześniej jednak musi wygrać wybory i ujawnić większy temperament polityczny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komorowski – zwycięzca mimo woli (1)

20 cze 2010

Wybór kandydata PO był głosowaniem przeciwko Kaczyńskiemu. Lęk przed IV RP został głęboko wdrukowany w świadomość Polaków

Niezły rezultat Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze zaskakuje. Wydawało się, że kandydat zrobił wszystko, aby wypaść słabo. Jego kampania, nastawiona na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, nie uległa modyfikacji mimo zasadniczej zmiany sytuacji politycznej po tragedii smoleńskiej. Komorowski nadal miał być lepszym Lechem Kaczyńskim, tzn. nieco konserwatywnym patriotą, dobrym ojcem rodziny o ładnej przeszłości i rodowodzie.

Nic więcej, żadnego przekazu merytorycznego poza straszeniem konkurentem z PiS i sloganem „zgoda buduje”. Seria wpadek marszałka wykraczała poza zwykłe przejęzyczenia czy gafy i odsłaniała obszary ignorancji, które kompromitują polityka, nie mówiąc już o prezydencie. Wpisanie Norwegii do UE czy mylenie budżetu państwa z produktem krajowym świadczy o elementarnych brakach wiedzy o stanie Europy i ekonomii.

Komorowski wykazywał się absolutnym brakiem jakiejkolwiek charyzmy, jak – nadużywając tego pojęcia – nazywa się dziś polityczną atrakcyjność. Właściwie nie miał do powiedzenia nic na żaden temat i był chyba najnudniejszym (obok bezkonkurencyjnego Waldemara Pawlaka) z kandydatów na prezydencki urząd. Niezwykle trudne (jeśli nie niemożliwe) było odnalezienie entuzjastycznego zwolennika Bronisława Komorowskiego. Ci, którzy deklarowali głosowanie na niego, w prywatnych rozmowach przyznawali, że robią to mimo albo wbrew, w każdym razie bez specjalnej ochoty.

Wydawało się, że na niekorzyść kandydata PO działa brak przygotowania Polski do kolejnej powodzi i pierwotna niezgoda Polaków na przekazanie Rosjanom śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy. Okazało się, że żadna z tych spraw nie miała znaczącego wpływu na decyzje obywateli i wynik jest podobny do tego, jaki mógłby być, gdyby nic od początku kwietnia nie zmieniło się w naszym kraju.

Wydaje się, że jedyną interpretacją pozostaje uznanie, iż głos na Komorowskiego był głosem przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a szerzej przeciw PiS. Okazuje się, że lęk przed IV RP, jaki przez opiniotwórcze środowiska wdrukowany został w świadomość Polaków, jest głębszy, niż mogło się wydawać.

Gdyby więc Komorowski został ostatecznie w II turze prezydentem, wybrany będzie jako przedstawiciel PO. Funkcja ta daje jednak dużą niezależność. Przyjąć można, że zdobycie w powszechnych wyborach prezydenckiego urzędu oznacza polityczne nowe narodzenie. Nie będą już miały znaczenia uprzednie błędy czy wpadki.

Komorowski zaznaczał, że chce sprawować funkcję prezydenta według istniejących reguł, co dawałoby mu spore uprawnienia z możliwością wetowania ustaw włącznie. Dotychczas premier Tusk był niepodzielnym suwerenem PO, nowy prezydent z tej samej partii stać się może jego konkurentem. Duża rządząca partia w systemie demokratycznym rzadko pozostaje pod władzą arbitralnego i niekwestionowanego przywódcy. Prezydent w Polsce ma spory urząd, dzięki któremu może wynagradzać stanowiskami swoich stronników.

W konstytucję polską wpisane jest napięcie między posiadającym określone uprawnienia i wybranym w bezpośrednich wyborach prezydentem a reprezentującym realną władzę premierem. Jeśli nawet reprezentują oni tę samą partię – jak było w wypadku Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera – antagonizm się pojawia. Chyba nieprzypadkowo właśnie teraz Donald Tusk chce sobie zagwarantować jeszcze silniejszą pozycję w partii, i to za pomocą instytucjonalnych rozwiązań.

Napięcia wewnątrz PO, jak choćby konkurencja między Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, były już wielokrotnie opisywane. Prezydent nie jest poddany sprawdzianom, jakimi są wybory parlamentarne, a nawet samorządowe, nie ponosi takiej odpowiedzialności za rządzenie jak premier, jest więc w sposób naturalny silnym ośrodkiem władzy, zwłaszcza w sytuacji gorszych notowań partii, za co ponosi bez porównania mniejszą odpowiedzialność niż premier.

Można więc uznać, że Tuskowi wyrasta cichy konkurent. Premier ma szczęście, że nigdy dotąd nie wykazał się on polityczną inicjatywą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O prawie i przyzwoitości

12 cze 2010

Szef sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego, Sławomir Nowak, Rudolf Valentino PO dzielił się ze swoimi wyborcami lękiem przed nadmierną wyborczą frekwencją: „(…) elektorat taki skrajnie prawicowy, taki uwiedziony tymi wszystkimi emocjami, czy niesiony tymi emocjami, a jednocześnie elektorat, który wspiera formacje polityczne, które wypowiadają się za taką Polską zamkniętą, ksenofobiczną, nienowoczesną, może pójść na te wybory i to w dużej ilości.”

A jeśli taki „elektorat”, gdyż tak w języku Nowaka nazywają się obywatele, do wyborów pójdzie, to na prezydenta może zostać wybrany nie ten co trzeba. Wybrany zostanie „ten co dzieli”, a nie „ten co łączy”, czego tak piękny wyraz dał szef jego sztabu wyborczego. Wybrany zostanie kandydat „nienawiści i pogardy”, a nie „miłości”, którą Valentino PO tak ujmująco ogarnia „nienowoczesny elektorat”.

Należy więc zminimalizować błędy elektoratu czyli Polaków. W tym celu PO musi wykorzystać szansę, którą dała jej smoleńska tragedia. Chodzi o to, aby błyskawicznie obsadzić stanowiska zwolnione przez tych, którzy zginęli w katastrofie. Należy wykorzystać do końca okazję, którą stworzyła śmierć prezydenta, czyli czasowe przejęcie jego obowiązków przez marszałka z nadania PO.

Podpisze on więc ustawę o IPN, która spowoduje, że instytucja ta w nowym kształcie nie będzie już grzebać tam gdzie nie powinna; mianuje szefa NBP, mimo że nic go w tej sprawie nie pili, tak jak i w kwestii nominacji swojego kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich. W tempie ekspresowym, jakiego nie wykazała rządząca partia w żadnej dotąd sprawie, odrzuci sprawozdanie KRRiT, co doprowadzi do przejęcia przez rząd kontroli nad mediami publicznymi.

Ponieważ jednak samo odwołanie KRRiT nie będzie skutkować bezpośrednią zmianą rad nadzorczych, które odwołać mogą zarządy TVP i publicznego radia, PO przygotowuje w fascynującym tempie nową ustawę, która to umożliwi. Najprawdopodobniej zostanie ona przegłosowana pomiędzy dwoma turami wyborczymi. Przecież chodzi o to, aby położyć kres skandalowi, jakim jest różnica między TVP a „zaprzyjaźnionymi telewizjami”. Miłość do rządu powinna jednoczyć wszystkich, a fakt, że ktoś się z niej wyłamuje wywołuje słuszne oburzenie (nie tylko) Andrzeja Wajdy. W ten sposób TVP zostanie „odpolityczniona” czyli przekazana narodowi za pośrednictwem rządu.

Swoją drogą, w obecnej, „pisowskiej TVP” w programie III czyli Info trwa nieustająca kampania wyborcza Grzegorza Napieralskiego. Nie tylko transmitowane są tam wszystkie jego możliwe wystąpienia, ale nawet ich brak. Ponieważ „elektorat” Napieralskiego jest łakomym kąskiem w drugiej turze wyborczej, nikt sprawy nie dostrzega. To główne przegięcie partyjne obecnej TVP nie licząc ziejących anykaczyńskim resentymentem publicystów (?) w rodzaju Jacka Żakowskiego czy Tomasza Lisa.

Bronisław Komorowski nie łamie prawa wykorzystując swoje prerogatywy jako p.o. prezydenta. A przyzwoitość? III RP przyzwyczaiła nas do deklaracji jej autorytetów oburzonych tym, że można mieć zastrzeżenia do kogoś „nie skazanego prawomocnym wyrokiem”. Nie przypuszczam, aby głoszący to zastanawiali się nad konsekwencjami tego typu zastąpienia moralności przez prawo. W efekcie oznacza to nie tylko śmierć moralności, ale i wydrążenie prawa z jakiekolwiek treści i sprowadzenie go do paragrafu. Oczywiście, w życiu prywatnym do zasad moralnych odwoływał się będzie każdy z tych, który zapomina o nich w życiu publicznym. Potem narzekał będzie nad upadkiem współczesnej polityki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop