Posts Tagged „felieton”<

Jak Kuba Bogu…

27 cze 2011

Weto, którym w minionym tygodniu polski minister środowiska zablokował wdrożenie unijnego projektu obniżenia emisji CO2, jest powodowane żywotnym interesem Polski.

Jak obliczają ekonomiści, realizacja tego przedsięwzięcia kosztowałaby nasz kraj dziesiątki miliardów i utratę ogromnej liczby miejsc pracy. Trudno przewidzieć konsekwencje takiego szoku dla naszej gospodarki.

Nie chciałbym wracać raz jeszcze do ideologii globalnego ocieplenia spowodowanego jakoby przez człowieka. Dane naukowe na jej poparcie zostały podważone już wielokrotnie. Urąga ona zdrowemu rozsądkowi, gdyż człowiek ma wpływ zaledwie na kilka procent CO2, co stanowi promile gazów cieplarnianych, które mogą, ewentualnie, oddziaływać na ocieplenie klimatu.

W bezideowym świecie quasi-religijne hasło obrony natury okazało się jednak bardzo atrakcyjne. U jego genezy leżały natomiast interesy wprowadzających nowe technologie potężnych firm światowych. We Francji, w Niemczech czy Holandii węgiel nie jest istotnym czynnikiem uzyskiwania energii, a przy jego używaniu zostały już wdrożone „czyste” technologie.

Nic dziwnego, że kraje te były zainteresowane pakietem klimatycznym otwierającym dla ich przedsiębiorstw nowe, ogromne rynki. Kiedy odrzuciły go wszystkie państwa poza UE, jego atrakcyjność gospodarcza zmalała i realizowany jest dziś w Unii trochę siłą bezwładu, trochę z ideologicznych względów. Zresztą jego koszty zapłaci Europa Środkowo-Wschodnia, a głównie Polska.

Odrzucenie pakietu jest więc decyzją dla nas oczywistą. Niestety, jej przeprowadzenie jest kolejnym sygnałem porażki polityki zagranicznej rządu PO. Wetując tzw. mapę drogową projektu klimatycznego, Polska okazała się osamotniona. Jest to efekt lekceważenia naszych naturalnych, mniejszych, postkomunistycznych sojuszników w UE kosztem wizerunkowej polityki poklepywania się po plecach z jej możnymi.

W efekcie nasi potencjalni sprzymierzeńcy, także zainteresowani odrzuceniem absurdalnego projektu, wolą się dziś przyglądać, jak Polska wyciąga za nich kasztany z ognia. Jak Kuba Bogu…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pluralizm III RP

6 cze 2011

Przez media III RP przelewa się ostatnio lawina tekstów protestujących przeciw niecnym oskarżeniom o strategię wykluczenia, którą podobno uprawia się w tym, najdoskonalszym z możliwych, państwie.

Od momentu powstania w tych samych mediach funkcjonowało ono jako wcielenie historycznej sprawiedliwości. Uznawały one, że każdy w dzisiejszej Polsce zasłużył na to, co ma, a narzekać mogą jedynie oszołomy i nieudaczniki, co na jedno wychodzi.

Dziś ton się nieco zmienił i słyszymy, że krytycy sami sobie przeczą, gdyż przecież jakąś karierę naukową zrobili, publikują gdzieś, a nawet zdobyli jakąś publiczność. Paweł Śpiewak zauważa, że prof. Zdzisław Krasnodębski mówi o wykluczeniu, bawiąc się eleganckim kapeluszem, Adam Leszczyński wskazuje, że w klimatyzowanym klubie na Chłodnej zjawisko to analizują prof. UJ Andrzej Nowak i niżej podpisany, autor książek, które znajdują pozytywne recenzje, Tomasz Lis, wpatrując się w lusterko, wywodzi o ślinie tych, którzy nie tylko jej mają za dużo, a Janina Paradowska…

Przyznać trzeba, że gdyby: Krasnodębski miął w rękach podarty kaszkiet, Nowakowi na czas, jak Pawłowi Zyzakowi, zablokowano by doktorski przewód (magisterkę niestety zdobył w PRL), mnie nie opublikowano żadnej książki i zbieralibyśmy się przy trzepaku, podając sobie z ręki do ręki butelczynę arizony – o, wtedy wszystko byłoby na miejscu, jak w „Kabareciku” Olgi Lipińskiej.

Wynika jednak z tego, że i w III RP robiono błędy, oszołomom pozwolono wyrwać się ze skansenu, a oni, niewdzięczni, ośmielają się jeszcze pokrzykiwać o niesprawiedliwości. Nic dziwnego, że celem establishmentu dziś jest zapędzenie watahy, której nie udało się dorżnąć, do rezerwatu, otoczenie jej kordonem sanitarnym, jak ujął to nowy nabytek salonu, nieoceniona Joanna Kluzik-Rostkowska, a wtedy wszystko wróci do normy. Wtedy można będzie jej nawet pozwalać wywnętrzać się w niszowych publikacjach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O piłce nożnej

30 maj 2011

Barcelona wygrała Ligę Mistrzów. Szczerze powiedziawszy, mało mnie to obchodzi, natomiast bardzo interesuje mnie fenomen cywilizacyjny, jakim stała się dziś piłka nożna. Jego objawy oglądać można było w całej rozciągłości przy triumfie Barcelony.

Sport ma starą i szacowną tradycję. Antyczne zawody wyrastały z religii i wpisane były w jej ceremonie. Dziś piłka nożna zastępować zaczyna religię. Czy jest to postęp?

Sam sport to zjawisko pozytywne i można doceniać jego dramatyzm, urodę i funkcje wychowawcze. Sporty zespołowe uczą współpracy i działania na rzecz wspólnoty, a osiągnięcia w sporcie wymagają samodyscypliny.

Gdy jednak dobry piłkarz traktowany jest jako równy myślicielom i bohaterom, a właściwie zastępuje ich, to mamy do czynienia z bałwochwalstwem, które niszczy niezbędne hierarchie kulturowe. Zresztą sport współczesny coraz mniej przypomina greckie zawody, a coraz bardziej rzymskie igrzyska, które były oczywistym dla współczesnych symptomem choroby tamtej cywilizacji. Dla motłochu stanowiły życie zastępcze i pozwalały nie przejmować się swoim statusem i realną egzystencją. Dziś mało kto dostrzega chorobę.

Piłka nożna wydaje się odgrywać jednak głównie inną funkcję zastępczą – wchodzi w miejsce przeżywającej kryzys wspólnoty. Kult, jakim otoczone są przez swoich kibiców kluby piłkarskie, cześć oddawana piłkarzom, zbiorowe przeżywanie losów zespołu wydają się rosnąć wraz z kryzysem instytucji wspólnot naturalnych z narodem na czele. Liberalne sprowadzanie państwa do pragmatycznego kontraktu, który można wypowiedzieć, gdy uznamy go za niezgodny ze swoim interesem, deprecjonowanie głębszej lojalności jako objawu niebezpiecznego nacjonalizmu, czemu towarzyszy naturalny rozpad starych wspólnot, prowadzi do osamotnienia człowieka, co jest statusem nieznośnym, gdyż niezgodnym z ludzką naturą. Pojawia się więc poszukiwanie wspólnot zastępczych. Nie dziwi, że ci, którzy z pasją egzorcyzmują tożsamości naturalne, wobec wspólnot zastępczych kreujących zastępcze religie prezentują sympatię, jeśli nie entuzjazm.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie wolno głośno mówić

23 maj 2011

ABW wkracza do internauty, który poważył się kpić z prezydenta. Oczywiście nie z nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które to działanie zostałoby przyjęte z powszechnym uznaniem i aplauzem jako przejaw zdrowej krytyki i poczucia humoru.

Natomiast żarty z prezydenta Komorowskiego są znieważaniem urzędu oraz osoby i dlatego prokuratura z całą powagą sprawę podjęła, a kary za nią grożące nie są symboliczne.

Policja z kolei zajęła się najgroźniejszym przejawem stadionowego bandytyzmu, jakim są wyzwiska pod adresem premiera z partii miłości.

Sąd zaś skazał właśnie na karę grzywny w wysokości 16 tys. zł dziennikarza Jerzego Jachowicza za komentarz. Wskazał w nim na rolę, jaką odegrał były esbek (a w III RP funkcjonariusz UOP i ABW) w uwolnieniu polonijnego biznesmena zamieszanego w zabójstwo generała Papały.

Niedawno Krzysztof Wyszkowski został skazany na zapłacenie ogromnej sumy za stwierdzenie udowodnionego już po wielekroć faktu współpracy Lecha Wałęsy z SB.

O pewnych sprawach w III RP nie należy głośno mówić. Tak jak pewnych osób skazać nie można. Są to np. komunistyczni przestępcy, którzy na sumieniu mają krew wielu ludzi – tacy jak Wojciech Jaruzelski czy Czesław Kiszczak. Ostatnio sąd III RP nie znalazł związku między decyzją o strzelaniu do protestujących w czasie stanu wojennego a aktem strzelania. Farsa zwana procesem w sprawie masakry grudniowej toczy się już ponad dziesięć lat.

Innych nie wolno krytykować. Adam Michnik pozywa niechętnych mu publicystów, a sąd, uznając, że krytyka naczelnego „Wyborczej” jest niewłaściwa, nakłada grzywny na jej autorów. Sądy i władze zachęcane są przez dziennikarzy III RP (nie mylić z dziennikarzami) do większej śmiałości w tropieniu nieprawomyślnych. Joanna Szczęsna w „Wyborczej” zaproponowała, aby zmusić twórców namiotu przed Pałacem Prezydenckim, którzy wznoszą antyrządowe hasła, do sprzątania nieczystości w mieście. Metodę tę stosowali wobec swoich przeciwników komuniści i naziści, ale wiem, że za przypomnienie tego powinienem odpowiadać przed sądem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kogo wolno bić

18 kwi 2011

W szpitalu z powodu uszkodzenia kręgosłupa tudzież innych obrażeń znalazł się pobity przez warszawską straż miejską Michał Stróżyk, dziennikarz „Gazety Polskiej”.

Napadnięty został za to, że 11 kwietnia nie chciał opuścić Krakowskiego Przedmieścia przed Pałacem Prezydenckim. Bezpodstawne pobicie dziennikarza powinno wywołać oburzenie środowiska. Nie wywołało. Wyobraźmy sobie, że rządzą bracia Kaczyńscy, a przed pałacem, który zajmuje Lech, pobity zostaje dziennikarz „Gazety Wyborczej”.

Przez cztery lata media, tudzież wszelkie możliwe instancje śledcze, zajmowały się samobójstwem Barbary Blidy. Oskarżenia i pomówienia pod adresem ówczesnych władz okazały się funta kłaków warte. W efekcie uznano, że Blida padła ofiarą… atmosfery z czasów rządu PiS. Chór powtarzający,  że politycy tej partii mają krew  na rękach, nadal głosi swoje, a Blida funkcjonuje jako męczennica  III (IV?) RP.

A pamiętają państwo nazwisko Marka Rosiaka, ofiary jedynego dotąd  w historii III RP morderstwa politycznego? Zabity został za to, że był członkiem PiS, a jego ciężko  poraniony partyjny kolega cudem uniknął śmierci. Sprawa sprzed pół roku. Czy media analizują kampanię, która poprzedziła zabójstwo? Zastanawiają się nad źródłem szaleństwa człowieka, który chciał zabić Kaczyńskiego i wszystkich członków jego partii? Rozważają „atmosferę”, która do tego doprowadziła? Analizują portret psychologiczny sprawcy, który był także członkiem PO? Czy w ogóle zajmują się sprawą?

A co by było, gdyby ofiarą padł aktywista PO, zabójca był kiedyś członkiem PiS i krzyczał, że należy zabić wszystkich członków PO? Wyobrazili sobie państwo?

W dokumencie Ewy Stankiewicz „Krzyż” widzimy bojówki podpitych młodzieńców atakujących i obrażających modlących się obrońców krzyża. Dzieje się to przy bierności służb porządkowych, które, co najwyżej, podejmują działania przeciw ofiarom. Czy bierność służb porządkowych przeradza się dziś  w agresję przeciw tym, którzy mają „niewłaściwe” poglądy, co pokazuje przykład Stróżyka, i czy ośrodki opiniotwórcze zaczną je za to chwalić?

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie. ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Taktowni rzecznicy z „Wyborczej”

11 kwi 2011

Nie, to nieprawda, że „Wyborcza” we wszystkim przyznaje rację Rosjanom. Twardo zarzuca im, że byli wobec Polaków… „zbyt taktowni”. Wczytajmy się w artykuł Wacława Radziwinowicza, który wypełnia całą drugą stronę tego dziennika i w całej rozciągłości prezentuje stanowisko redakcji.

Rosjanie w geście przyjaźni wobec Polaków pragnęli ufundować tablicę pamiątkową – czytamy. Czy autor czerpie tę wiedzę ze zwierzeń władz rosyjskich? Nie dowiadujemy się. „Ale wcześniej, 13 listopada, zjawili się tu reprezentanci stowarzyszenia Katyń 2010 z wdową po szefie IPN Januszu Kurtyce na czele. (…) Raz-dwa, nikogo nie pytając, przykręcili swoją tablicę upamiętniającą tych, którzy zginęli w drodze na uroczystości ku czci „ofiar sowieckiego ludobójstwa w Lesie Katyńskim”".

Prawda, jaki skandal? Po pierwsze, niewłaściwa wdowa (po prezesie IPN); i ledwie siedem miesięcy od tragedii, „raz-dwa” rodziny postanowiły ją upamiętnić. Nie zapytały władz. No i ten napis.

„Wyobraźmy sobie, że jakaś delegacja rosyjska zjawia się w Polsce na cmentarzu czerwonoarmistów, którzy zmarli w obozach jenieckich po wojnie 1920 r., i umieszcza tam napis „o ofiarach polskiego ludobójstwa”. Jak byśmy to nazwali?”.

Pomysł, aby śmierć jeńców rosyjskich, którzy umarli z powodu chorób w Polsce w latach 20., uznać za „polskie ludobójstwo”, pojawił się w propagandzie rosyjskiej z początkiem lat 90. Gorbaczow, który zrozumiał, że nie sposób już będzie negować zbrodni katyńskiej, zażądał od swoich propagandzistów, aby wynaleźli mu coś podobnego po stronie polskiej. I wynaleźli. Kłamstwo o „polskim ludobójstwie” zaczęło w Rosji funkcjonować. Potwierdza je „Gazeta Wyborcza”, traktując na równi mord dokonany przez Sowietów w 1940 roku i śmierć czerwonoarmistów 20 lat wcześniej.

Nienawiść do „polskiej megalomanii”, lęk, że po Smoleńsku obudzi się narodowa duma, powodowały, że w polsko-rosyjskich konfliktach „Wyborcza” nieomal zawsze stawała po stronie Moskwy. Dziś stawia na jednej płaszczyźnie pamięć o zbrodni katyńskiej i ponure kłamstwo propagandy Moskwy. Gani ją za nadmiar taktu wobec Polaków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Barbarzyńca z komputerem

4 kwi 2011

Premier Tusk po raz kolejny ofiarowuje uczniom komputery. Pomysły na obietnice wyczerpały się widocznie rządowym specjalistom, a więc wracamy do poczynionych już wcześniej i, oczywiście, niezrealizowanych, ale kto by to pamiętał. Możemy więc oczekiwać kolejnej kastracji pedofilów, a może i podatku liniowego. Nie tym jednak chciałbym się zająć.

Komputer, a więc modernizacja. Słucham, jak w TOK FM specjaliści zachwycają się, że ciężkie książki w plecaku siedmiolatka zastąpi lekki, gustowny laptop. Postęp czy fetyszyzacja? Zachwyt barbarzyńcy nad technicznymi nowinkami? Czy w dobie realnego zagrożenia kultury pisma komputer nauczył kogoś czytać czy wręcz przeciwnie?

Komputer to poręczne, ale i niebezpieczne narzędzie. Może ułatwiać, pomagać, ale nie zastąpi tradycyjnych nośników kultury.

Książka uczy skupienia, namysłu. Kultura obrazkowa wręcz przeciwnie. A komputer będzie raczej sojusznikiem tej drugiej. Trzeba mieć solidny trening kulturowy, aby nie ulec ułudzie kalejdoskopowej rzeczywistości. Komputer przydaje się, ale czy pierwszakom? Internet to chaos. Można z niego wydobywać wspaniałe rzeczy, ale trzeba wcześniej umieć szukać, a przede wszystkim wiedzieć czego. Komputery dla dzieci w podstawówce, i to bez oprogramowania, to po prostu konsole do gier, i to nie tych szczególnie wyrafinowanych.

Minister Hall od kilku lat skutecznie pustoszy nasz system edukacyjny. Taki był rwetes przy wycofaniu Gombrowicza ze szkolnych lektur przez ministra Giertycha. Dziś, gdy nieomal cały kanon lektur został sprowadzony do uznania nauczycieli, gdy coraz więcej uczniów robi maturę nie przeczytawszy żadnej książki, jakoś nie słyszymy chóru powszechnego oburzenia. Bo przecież mamy skończyć z „encyklopedycznym” modelem edukacji i nauczać umiejętności praktycznych. W tym modelu ludzie traktowani są jak komputery, do których wprowadza się określone programy. Fakt, że rozwijamy się dzięki kulturze gromadzącej i przekazującej doświadczenia setek pokoleń, umknął uwadze autorów programów. Kultura… przecież można ją znaleźć w Internecie.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O odpowiedzialności zbiorowej cd.

28 mar 2011

Celebryci III RP po kolejnej książce Grossa wzywają do zbiorowej pokuty. Gdzie indziej ogłaszają, że nie ma nic takiego jak odpowiedzialność zbiorowa.

Czy można wyobrazić sobie bardziej jaskrawy przykład odpowiedzialności zbiorowej niż poczucie winy za zbrodnie popełnione przez niektórych przedstawicieli narodu ponad pół wieku temu?

Z uchwały sejmowej oddającej hołd Polakom ratującym Żydów wycięte zostały – głosami SLD i przytłaczającej większości PO – fragmenty wyrażające wdzięczność Kościołowi (zwłaszcza zakonom żeńskim), organizacji Żegota powołanej w celu obrony Żydów, a także rządowi emigracyjnemu, który wzywał aliantów do przeciwdziałania niemieckiemu ludobójstwu. Większość sejmowa odrzuciła także wezwanie do budowy pomnika ludzi ratujących Żydów.

Wnioskodawcy chcieli w ten sposób przeciwstawić się czarnej propagandzie czyniącej Polaków, w tym Kościół polski, wspólnikiem albo co najmniej biernym widzem Holokaustu.

Postkomuniści kontynuują tradycję poprzedników dezawuujących polską tradycję, a zwłaszcza Kościół. Co jednak przyświeca rządzącej dziś partii?

Komentatorzy głównego nurtu oburzają się, że projekt sejmowej uchwały miał „polityczny” charakter. To tak jakby protestować przeciw sportowemu charakterowi mistrzostw koszykówki. Sejm jest najważniejszą instytucją polityczną, a jego uchwały mają znaczenie polityczne. Wskazanie, że polskie państwo na emigracji i w podziemiu podczas okupacji naszego kraju przez Niemców broniło Żydów, ma przeciwdziałać kampanii insynuacji wymierzonej w Polskę, która rujnuje nasz wizerunek, a więc ma jednoznaczne politycznie konsekwencje.

Czytam w komentarzu „Wyborczej”, że chłopów ukrywających Żydów wydał polski granatowy policjant, co ma dowodzić winy Polaków. Granatowy policjant nie był reprezentantem państwa polskiego, a występowanie kanalii i zdrajców również wśród Polaków nie stanowi rewelacji. Generalnie tacy rządzili w PRL i to wobec nich opiniotwórcze środowiska III RP, a zwłaszcza „Wyborcza”, nie chcą stosować odpowiedzialności zbiorowej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O buncie raz jeszcze

21 mar 2011

W muzycznym programie Polsatu „Must be the Music” czy jakoś podobnie (och, ta nowopolszczyzna) uczestnik, młody chłopak, został zrugany za… nieprzyzwoite treści. Już w trakcie wykonywania przez niego piosenki Andrzeja Rosiewicza „Mówisz mi” członkowie czteroosobowego jury dawali odczuć swoją głęboką dezaprobatę.

Wypożyczona z Witkacego Kora Jackowska wydymała spuchnięte wargi, jeden z dwóch różniących się czapkami młodzieńców cucił się kolorowym płynem, nauczycielka śpiewu chowała głowę w dłoniach. Wprawdzie elementem owych sadomasochistycznych programów jest znęcanie się nad tęskniącymi za sławą ofiarami, ale tym razem sprawa była poważniejsza. Jury nie rozliczało jakości wokalnych czy interpretacyjnych, ale dawało wyraz swojemu oburzeniu treściami ideowymi utworu, który – będę musiał to napisać – odwoływał się do patriotyzmu. Nic dziwnego, że ten stopień nieprzyzwoitości eliminował go na wstępie.

„Jakieś bogoojczyźniane, takie patriotyzmy – to jest coś okropnego. Nie idź tą drogą!” – napominała młodego człowieka nauczycielka śpiewu. „No, prawie że umarłam” – oświadczyła Kora z właściwą sobie intelektualną precyzją. Jeden z dwóch trudnych do odróżnienia młodzianów też coś powiedział. A może obaj powiedzieli chórem?

W tekście piosenki słowo „ojczyzna” pojawia się raz. Bóg wprawdzie nie zostaje wymieniony, ale nauczycielce śpiewu się kojarzy. Może słusznie. Papuzi chórek jurorów został dobrze uwarunkowany. Wie, jakich granic przekraczać nie wolno. Młody człowiek, który śpiewał o ojczyźnie i przy chichocie celebrytów usiłował coś powiedzieć o problemie emigracji, nie pasował do groteskowego programu.

W rzeczywistości odwróconej, gdzie najbardziej konformistyczne pozy sprzedawane są jako manifestacje buntu, pojawił się młody gniewny z Sanoka. Nic dziwnego, że znalazł rzesze fanów w Internecie. Po raz pierwszy chyba Polsat, odwołując się do swoich praw autorskich, zablokował rozpowszechnianie fragmentów swojego programu. Może ktoś się tam zawstydził?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O O(FE)czywistościach

14 mar 2011

Większość ludzi nie do końca rozumie, o co chodzi w debacie na temat OFE. Duża w tym zasługa rządu i sprzyjających mu ośrodków z pełną świadomością, umiejętnie gmatwających rzecz dziecinnie prostą.

Chodzi o pozbawienie nas prawa dysponowania częścią pieniędzy odbieranych nam, aby przekazać je na nasze emerytury. Dotąd pewien ich procent mogliśmy inwestować w prywatne fundusze. Teraz w większej części wrócą one do ZUS i zostaną wydane na zaspokajanie obecnych potrzeb.

Rząd zobowiązuje się, że sumy te zwiększone o atrakcyjne odsetki wrócą do nas w formie emerytur. Nie zmienia to stanu, w którym realnie istniejące i inwestowane na naszych kontach pieniądze zastąpione zostaną przez księgowe zapisy. Rząd tym odważniej może się zobowiązywać wobec przyszłych emerytów, że to nie on będzie rozliczany z tych obietnic. To już będzie kłopot innych.

Rosnący deficyt finansów publicznych jest realnym problemem i można nawet uznać, że lepiej jest zabrać pieniądze przyszłym emerytom, niż jeszcze bardziej zadłużać kraj, za co i tak wszyscy będziemy musieli zapłacić.

Można założyć, że korzystniej jest powstrzymać zadłużanie się, czego konsekwencje ponieśliby głównie ubożsi, i ratować finanse wymuszoną pożyczką od zasobniejszych, którzy lokują w OFE. Można tłumaczyć, że reforma funduszy emerytalnych była eksperymentem, wiele jej konsekwencji nie zostało przewidzianych, OFE i tak inwestowały głównie w państwowe obligacje, natomiast wiara przyszłych emerytów w czekające ich luksusy była nieporozumieniem. Nie zmienia to istoty rządowego zabiegu.

Porównywanie go do działań Viktora Orbana jest niesprawiedliwe. Przywódca Fideszu zastał zrujnowany kraj i musiał jakoś ratować finanse publiczne. PO rządzi ponad trzy lata i na stan obecny zapracowała samodzielnie. Parokrotnie zresztą władze przyznawały, że chodzi o uniknięcie kolejnego progu zadłużenia, który nakładałby na nie restrykcje w wydawaniu. I to w roku wyborczym. Pieniądze z OFE pójdą więc na wypłacanie bieżących emerytur. A zobowiązania co do przyszłych… Przecież liczy się tu i teraz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop