Pozory i rzeczywistość

14 wrz 2011

We wszystkich sondażach dystans między dwoma głównymi partiami się zmniejsza. PO odnotowuje trend spadkowy, PiS – wzrastający. Można by się dziwić, dlaczego tak późno. Wydaje się, że od dawna nie ma racjonalnych powodów, aby głosować na partię rządzącą.

Stwierdzenie, że nie dotrzymała ona obietnic wyborczych, to eufemizm. Zwykle partie spełniają tylko ich część. Natomiast w wypadku rządów Tuska mamy do czynienia z ich zaprzeczeniem.

Miała być obniżka podatków – jest ich podwyżka. Miało być odciążenie polskiej przedsiębiorczości – są kolejne ograniczenia i postępujące regulacje. Miało być tanie państwo – jest niespotykany rozrost biurokracji. Miała być równowaga finansów – jest bezprzykładne, ryzykanckie zadłużanie kraju. Miała być generalna reforma państwa  – jest zastój i dryf. Miała być nowoczesna infrastruktura  – jest pogorszenie się funkcjonowania państwa we wszystkich sferach, zwłaszcza  komunikacji i transportu, marnotrawstwo powodujące, że budujemy najdroższe w Europie stadiony, a rząd chwali się rozkopanym krajem.

Miały być rządy miłości i spokój społeczny – są nieustająca nagonka na opozycję i kolejne wojenki inicjowane przez władzę przeciw poszczególnym grupom społecznym, i kampania przeciw niezależnej opinii społecznej.

Można dodać do tego: podpisanie pakietu klimatycznego, który, jeśli wejdzie w życie, doprowadzić może do załamania się polskiej gospodarki; próbę zawarcia układu gazowego z Rosją, który uzależniałby nas w tej sferze i kosztował wyjątkowo dużo, a obroniła nas przed nim wyłącznie Komisja Europejska; destrukcję sił zbrojnych; zapaść w oświacie i służbie zdrowia; afery korupcyjne i odpowiedzialność (co najmniej polityczną) za katastrofę smoleńską.

Metoda rządów Tuska polega na straszeniu opozycją, pudrowaniu wizerunku i dzieleniu się władzą z dominującymi grupami establishmentu.  Prowadzi to do osłabiania państwa i demokracji, ale przydaje mu wpływowych sojuszników, którzy kontrolując główne ośrodki opiniotwórcze w kraju (zwłaszcza media),  są w stanie budować wokół władzy ochronny ekran, a jednocześnie niszczyć wizerunek jej jedynego realnego konkurenta.

Z czasem jednak przez ów świat pozoru przezierać zaczyna rzeczywistość. Proces ten  właśnie obserwujemy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Poradnik dla europoprawnych

12 wrz 2011

Jaka jest Europa? Europa jest dobra. Kto to Europa? Europa to przywódcy Niemiec, Francji, a także instytucji Unii. Czego chce Europa? Europa chce naszego dobra. A co jest dla nas dobre? Żeby bardziej się integrować. A dlaczego się integrować? Bo lepiej razem niż osobno, lepiej się łączyć, niż dzielić, lepiej się kochać, niż nienawidzić.

Dlaczego Europa ma problemy? Bo za mało się integruje.

Co ma Europa? Europa ma euro. Jakie jest euro? Euro jest dobre. Im go więcej, tym lepiej.

Europa ma także europejską Kartę praw podstawowych. Jak ją przyjmiemy, będziemy mieli tych praw więcej. Kobiety będą miały prawo do aborcji, geje do dzieci, a dzieci do decydowania, choć nie w sprawie adopcji. A poza tym będziemy wszyscy mieli prawo do wszystkiego. Będzie nam dobrze.

Co nam daje Europa? Europa daje nam pieniądze. Daje nam dotacje i fundusze. Jak ich nie dostaniemy, będziemy biedni i upadniemy. Dlatego musimy być grzeczni. Bo jak nie będziemy grzeczni, to nam Europa nie da. I co my wtedy zrobimy?

Jak nam Europa nie da, to popadniemy w ruinę i będziemy mogli tylko zatknąć na niej biało-czerwoną flagę. Niebieskiej flagi z gwiazdami zatknąć na niej nie będziemy mogli.

Europa jest bogata. Ma autostrady i stadiony. Jak będziemy grzeczni, to nam je także zbuduje. Ale musimy dać prawa mniejszościom. Większości prawa nie przysługują. Nawet kobiety prawa dostać mogą tylko za pośrednictwem feministycznej mniejszości.

Europa jest postępowa i tolerancyjna. Religia jest w niej sprawą prywatną, a seks – publiczną. Nie można ludzi dzielić, także na kobiety i mężczyzn, chyba że tym pierwszym jako feministycznej mniejszości chcemy przyznać dodatkowe prawa. Nie można nikogo wykluczać, chyba że tych, którzy są nietolerancyjni.

Bo w Europie żyją również tacy. Oni chcieliby wsadzać kij w szprychy europejskiego roweru, o którym wiemy, że jak nie jedzie, to się przewraca. To są populiści i fundamentaliści. Ich nie trzeba słuchać, bo tylko sieją zamęt. Dopóki będą, nie będzie w Europie dobrze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pegaz w lewackim kieracie

Z Europejskim Kongresem Kultury zetknąłem się bliżej ponad miesiąc temu, zauważając w „Plusie Minusie” ciekawy esej młodego socjologa Michała Łuczewskiego „Śmierć jako dzieło sztuki”. W adnotacji można było przeczytać, że został on zamówiony, a potem odrzucony przez Europejski Kongres Kultury.

Łuczewski pisze, że wbrew obiegowym opiniom sztuka nie jest „niewinną ofiarą rynku i polityki”. Wskazuje na jej pierwotny charakter, z którym wiąże się jej amoralny, wyrastający z archaicznych postaw, niebezpieczny potencjał. Historia kultury jest także opowieścią o cywilizowaniu człowieka, a więc i nieodłącznej jego aktywności, jaką jest sztuka. Wiek XX to zanegowanie w Europie kultury chrześcijańskiej i próba powrotu do pierwotnej, demonicznej dzikości sztuki.

Zamawiająca redaktor naczelna kongresu oraz członkowie jej zespołu, a także doproszeni eksperci uznali wymowę tekstu Łuczewskiego za „dogmatyczną” i propagującą „ideologię” chrześcijańską i z tego powodu, jak zakomunikowała mu to naczelna, nie przyjęli go, gdyż przesłanie kongresu winno być „uniwersalne”. Trzeba przyznać, że pomimo wszelkich doświadczeń stężenie lewicowej hipokryzji oszołamia.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mohery z tamtych lat

05 wrz 2011

Z okazji rocznicy „Solidarności” obejrzałem raz jeszcze rytualnie pojawiającego się w TVP „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy.

Nie jest to film wybitny, nie dorasta do swojego poprzednika, „Człowieka z marmuru”, ale ma w sobie autentyzm i klimat epoki. Oglądać można go nieco jak dokument o tamtych czasach, zawiera zresztą spore dokumentalne fragmenty. Fikcja i rzeczywistość nakładają się. Anna Walentynowicz i Lech Wałęsa (jeszcze obok siebie!) grają siebie samych; do filmowej postaci, dziennikarza Winkla, zwraca się o podpisanie autentycznego listu protestacyjnego jeden z jego twórców, Kazimierz Dziewanowski; tytułowy „człowiek”, Maciej Tomczyk, uczestniczy w negocjacjach, mijając się  z szefem KW PZPR Tadeuszem  Fiszbachem itd.

Z dzisiejszej perspektywy uderza jednak to, że zbiorowym bohaterem „Człowieka z żelaza” są „mohery”.

Po przybyciu do Gdańska Winkiel z okien hotelu słyszy głośną modlitwę strajkującej stoczni. Jeden z pierwszych obrazów strajku to ustawianie krzyża, który ma upamiętniać poległych w grudniu dziesięć lat wcześniej. Na bramie stoczni i jej murach obrazki święte, flagi polskie  z orłem w koronie, fotografie papieża. Stara kobieta – moher tout court – matka Hulewicz, na swoim biednym osiedlu wraz z podobnymi sobie modli się o pomyślność strajku.

Dziennikarka Agnieszka ucieka ze świata pozoru do autentycznego życia, jaki proponują jej tacy właśnie ludzie. I to wszystko Wajda pokazuje wręcz patetycznie. Nie razi go eksponowanie religijnych znaków w sferze publicznej i ich „instrumentalizacja”, nie przeszkadza „natrętna” narodowa symbolika.

Obecnie w swojej szkole filmowej miał Wajda proponować jako bohatera naszych czasów Dominika Tarasa, który organizował działania przeciw krzyżowi na Krakowskim Przedmieściu.

Droga twórcza Wajdy to oprócz ogromnego talentu równie wielkie wyczucie epoki, co nadaje wartość nawet jego gorszym obrazom. Pozostało mu z tego wyłącznie wyczucie koniunktury.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Media zdiabolizowały PiS

31 sie 2011

Problemem współczesnej polityki, nie tylko polskiej, jest pozbawienie jej powagi. Uwaga mediów koncentruje się na opakowaniu, a więc na marketingu, a polityków i ich partie zaczyna się sprzedawać jak każdy inny towar. Coraz większą rolę w polityce odgrywają zespoły od wizerunku i reklamy. Ich przekaz – za pomocą mediów – dociera do odbiorców, którzy przestają się orientować, o co chodzi w polityce, i traktować ją poważnie.

To, co jest bolączką współczesnej demokracji, w Polsce Donalda Tuska występuje w stopniu stężonym. Cała polityka PO podporządkowana została wizerunkowi. Świadczy o tym radykalne odejście od programu partii. Nie chodzi o typowe dla systemu demokratycznego ułamkowe jedynie spełnianie obietnic wyborczych, ale całościowe zakwestionowanie projektu reform, który głosiła PO, a z którego – jako ryzykownego marketingowo – wycofała się po przejęciu rządów.

Istotnym elementem tego zjawiska jest stan mediów w Polsce. Dominujące w III RP media są znaczącym ośrodkiem władzy i dlatego jednoznacznie angażują się w obronę status quo i niszczenie opozycji. Korzystała na tym PO, która wzięła na siebie rolę politycznej reprezentacji establishmentu III RP, a ofiarą padli PiS i bracia Kaczyńscy.

Główny nurt mediów polskich od co najmniej sześciu lat zajmuje się diabolizacją PiS, a od czterech, kiedy okazało się, że jedynym skutecznym konkurentem partii Kaczyńskiego może być wyłącznie PO, propagandą na rzecz partii Tuska. Nie jest to propaganda bezwarunkowa, gdyż jeśli PO nadepnie na odcisk wpływowym środowiskom establishmentu, jak było w przypadku przejęcia funduszy OFE, spotyka się z ostrą reakcją mediów. Jednak jako przeciwnik PiS rząd Tuska wspierany jest bezwarunkowo w sposób urągający wszelkim dziennikarskim standardom.

Przede wszystkim władza nie jest rozliczana ze swoich rządów. Zamiast debaty na temat konkretów, które kształtują nasze życie, mamy do czynienia ze stałą propagandą wymierzoną w opozycję, a ponieważ opozycja nie ma wpływu na rzeczywistość, aktywność mediów sprowadza się do dezawuowania jej w sferze retoryki i wizerunku. Zamiast prowadzić debatę na temat spraw ważnych dla kraju, dziennikarze oburzają się na, ich zdaniem niewłaściwe, formy wypowiadania się lidera opozycji albo jego miny. Znowu więc poruszamy się wyłącznie w sferze wizerunku.

Metoda ta ujawniła się w wyjątkowo jaskrawy sposób w odniesieniu do tragedii smoleńskiej. W każdym demokratycznym kraju musiałaby ona zdominować politykę na długi czas. Katastrofa bez precedensu w skali światowej, której ofiarą pada blisko 100 osób, w tym prezydent i wielu najpoważniejszych polityków, musiałaby zostać wyjaśniona, a winni jej ponieść odpowiedzialność sądową i polityczną. Nie rozstrzygając o odpowiedzialności karnej, odpowiedzialność polityczna jawi się jak na dłoni. To przedstawiciele rządu z premierem na czele zachowali się niewłaściwie przed katastrofą i po niej. Dogadywanie się z szefem obcego rządu w celu dezawuowania własnego prezydenta, pomniejszanie rangi jego wizyty, co przekładało się na środki ją zabezpieczające, zgoda na przejęcie śledztwa przez obce państwo, które może mieć interes w ukryciu prawdy, kłamstwa na temat dochodzenia i jego trybu – za to wszystko premier rządu i jego ekipa w państwie trzymającym się standardów demokracji musieliby ponieść polityczną odpowiedzialność.

W Polsce dzięki skrajnej stronniczości mediów sprawa została wypchnięta z głównego obiegu politycznego i wytworzono aurę, w której poruszanie jej przez opozycję musi się obrócić przeciw niej. Wmówiono obywatelom, że sprawy, w której jak w soczewce odbija się stan państwa, nie wolno „polityzować”.

Rzeczywistość zaczyna się już przeciskać przez medialną osłonę. Świadczy o tym choćby wizerunek premiera, który długo był lokomotywą swojej partii, a obecnie powolutku zaczyna się stawać jej obciążeniem.

W tych skrajnie trudnych warunkach opozycja i jej premier z pewnością nie wykorzystują wszystkich szans, którymi mimo wszystko dysponują. Dotyczy to jednak znowu głównie spraw wizerunkowych, choć nie wyłącznie.

Przeczytaj inne opinie publicystów  „Rz” o kampanii wyborczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sądy, osoby i korporacje

29 sie 2011

Oto fragmenty listu, który otrzymałem od Stowarzyszenia Wierzbowa:

„Jesteśmy 180-osobową grupą poszkodowanych klientów krakowskiego dewelopera Leopard SA. Zapłaciliśmy za nasze mieszkania całą sumę ustaloną w umowie. Bez naszej wiedzy firma deweloperska Leopard nawiązała współpracę z Manchester Securities Corporation, stanowiącym część zamkniętego funduszu inwestycyjnego Elliott z Nowego Jorku. Nasz deweloper zaciągnął gigantyczną pożyczkę 37,5 miliona złotych oprocentowaną na 25 proc. na realizację innych inwestycji.

Niestety, pieniądze pożyczył pod zastaw naszych mieszkań. Ze zwrotu pożyczki się nie wywiązał, lecz konsekwentnie pobierał od nas wpłaty, nie informując nas o obciążeniu hipoteki na rzecz osób trzecich. O współpracy z Manchester Securities Corporation dowiedzieliśmy się na kilka miesięcy przed ogłoszeniem upadłości przez spółkę Leopard. Deweloper wraz z funduszem Manchester Securities Corporation zażądał wtedy od nas gigantycznych dopłat, szantażując nas utratą mieszkań i wpłaconych pieniędzy.

24 czerwca 2010 roku wygraliśmy sprawę w Sądzie Okręgowym w Krakowie. Niestety, 9 lutego 2011 roku Sąd Apelacyjny zmienił wyrok Sądu Okręgowego, uznając, że wiedzieliśmy o obciążeniu hipoteki. Nie przyjął do wiadomości, że w momencie, gdy deweloper poinformował nas o swojej współpracy z Manchester Securities Corporation, nie mogliśmy już liczyć na zwrot naszych pieniędzy.

Wyrok Sądu Apelacyjnego jest prawomocny. Syndyk ustanowiony w postępowaniu upadłościowym F.I. Leopard SA zamierza sprzedać nasze mieszkania, chociaż część z nich jest zamieszkana przez ludzi niemających gdzie się podziać. Pozostali nie mają dostępu do zapłaconych lokali, gdyż ta część inwestycji jest zabita deskami,  a dostępu strzeże wynajęta agencja ochrony”.

Sprawa jest wstrząsająca, ale, niestety, nie precedensowa. Potężne korporacje wynajmujące najlepszych prawników potrafią dochodzić swoich roszczeń kosztem ludzi, którzy są wobec nich bezradni. Czy to jest państwo prawa?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komisja wykonała (partyjny) plan

24 sie 2011

Wydawało się, że dzięki uczciwości jednego człowieka tzw. „komisja naciskowa”, powołana, aby udowodnić policyjny charakter rządów PiS, zachowa się przyzwoicie.

Jej przewodniczący, Andrzej Czuma doszedł do wniosku, że skoro nie ma na żadnych dowodów, to sejmowa komisja powinna wyciągnąć z tego faktu wnioski.

Taka lekcja mogłaby mieć pozytywny wpływ na polską politykę. Ale Polska pod rządami PO to nie Ameryka z filmów Franka Capry. W naszych warunkach wzorcem jest przewodniczący innej komisji, Ryszard Kalisz, któremu nie przeszkadza brak dowodów, a wystarczy „atmosfera” tworzona podobno przez rząd Jarosława Kaczyńskiego. Ta atmosfera miała spowodować śmierć Barbary Blidy i dlatego „odpowiedzialni” za nią liderzy PiS powinni stanąć przed Trybunałem Stanu.

Komisja Czumy tak jak komisja Kalisza nie została powołana po to, aby bawić się w roztrząsanie winy, tylko aby znaleźć dla niej uzasadnienie. Jest to o tyle istotne, że pomimo odpolitycznienia po swojemu przez władze PO prokuratury i jej najlepszych chęci, nie potrafiła ona znaleźć żadnych dowodów na naruszanie norm prawnych przez PiS.

Nic dziwnego, że nie tylko ugrupowanie Czumy było poruszone niewykonaniem partyjnego planu, ale z oburzenia zatrzęsły się opiniotwórcze ośrodki i media III RP. Sięgnięto do klasycznego rejestru insynuacji, koryfeusze żurnalistyki zastanawiali się: na ile postawą Czumy powodowała zawiść i chęć zemsty, a na ile poseł został skorumpowany przez PiS. Sytuacja stawała się trudna, bo jeśli nikt nie potwierdzi policyjnego charakteru państwa PiS, na którym zbudowana została polityczna poprawność ostatnich sześciu lat…

No, ale żyjemy w III RP i partyjni towarzysze Czumy przy współudziale ugrupowań sojuszniczych zastąpili go, wykonując plan. Wprowadzili poprawkę, która stanowi nowy raport, „naciski” zastąpili „presją” i uznali, że walka z układem oznaczała walkę z wszystkimi, którym z PiS nie po drodze. Wprawdzie na podstawie tych samych świadectw Czuma udowodnił, że na tę tezę nie ma żadnych danych, to widać kierował się złą wolą. Przecież każdy wie…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ofiary obu totalitaryzmów są równe

23 sie 2011

Ustanowienie Europejskiego Dnia Pamięci Ofiar Reżimów Totalitarnych, który obchodzimy 23 sierpnia, ma znaczenie.

Nie tylko dlatego, że przypominamy fundamentalne doświadczenie XX wieku, który wraz z postępem cywilizacyjnym przyniósł największy koszmar, jaki znała ludzkość,  i upamiętniamy jego ofiary,  co stanowi nasz obowiązek i określa kulturę. Ważne jest też to, że ofiary totalitaryzmów zostały zrównane, a więc wskazano fundamentalną tożsamość reżimów za nie odpowiedzialnych.

Przed uznaniem tego faktu broniła się i broni wielka część wpływowych europejskich elit. Warto przypomnieć oburzenie, z jakim spotkała się wydana we Francji 14 lat temu „Czarna księga komunizmu”. Temu pierwszemu całościowemu kompendium komunistycznych zbrodni nikt nie zarzucał błędów faktograficznych, lecz jedynie „brak kontekstu”, który jakoby miał zmieniać ich ocenę.

Radykalne potępienie nazizmu w świadomości zachodniej doprowadziło do eliminacji tej ideologii z oficjalnej sceny politycznej, a jej pogrobowcy wegetują jedynie jako nieznaczące, marginalne grupki. Pogrobowcy komunizmu i – szerzej – rewolucyjnych ideologii odgrywają ważną rolę we współczesnej Europie, a tak zbrodnicze postacie jak Lenin stają się punktem odniesienia dla uznanych przedsięwzięć polityczno-kulturalnych.

Bez radykalnego rozliczenia tamtego zła będziemy rzeczywiście, jak mawiał George Santayana, skazani na jego powtarzanie.

Europejski Dzień został zatwierdzony w czasie prezydencji węgierskiej, a przyjęty dzięki solidarnemu działaniu nowych państw członkowskich Unii Europejskiej (w tym Polski), które przeżyły te doświadczenia. Okazuje się więc, że również tak niewiele znacząca funkcja jak unijna prezydencja może się czemuś przysłużyć. Pozostaje mieć nadzieję, że także polska prezydencja będzie mogła się poszczycić prównywalnym przedsięwzięciem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uwolnić „Starucha”!

Wyjątkowo nieprzyjemne jest to, że Staruchowicz został zatrzymany po uroczystościach rocznicy Powstania Warszawskiego, których był współorganizatorem.

Nie interesuje mnie piłka nożna, a swojemu stosunkowi do kultu, jakim jest otaczana, dawałem wyraz nieraz. Nieraz również protestowałem przeciw bierności policji i wymiaru sprawiedliwości wobec ekscesów stadionowych chuliganów. Piotra Staruchowicza ps. Staruch, lidera kibiców Legii, nigdy nie widziałem, niewiele o nim wiem i przypuszczam, że nie jest aniołem. Wiem jednak, że zaangażowanie w sprawę jego uwolnienia jest obowiązkiem tych, którym na sercu leży praworządność w naszym kraju.

Staruchowicz został zaaresztowany na trzy miesiące wyłącznie na podstawie zeznań swojego wroga, człowieka o wątpliwej reputacji. Zarzut rabunku, który mu postawiono – opisał to Jerzy Jachowicz na portalu Wpolityce – ma się nijak do kibolskich porachunków, o które, ewentualnie, można go oskarżyć. Jednocześnie cały kontekst aresztowania Staruchowicza budzi po prostu oburzenie.

Został zatrzymany w tłumie kibiców bezpośrednio po uroczystościach rocznicy Powstania Warszawskiego, których był współorganizatorem. Wybór miejsca i czasu świadczy o prowokacyjnym charakterze tego działania. Wszystko wskazuje, że chodziło o doprowadzenie do starcia policji z rozjuszonym tłumem, co przez zaprzyjaźnione media zostałoby pokazane jako akty agresji rozwydrzonych kiboli i dało pretekst do rozprawy z nimi.

Wyjątkowo nieprzyjemne jest to, że policyjna akcja została podjęta akurat po działaniach, za które kibicom Legii należą się podziękowania. Wykorzystywanie ich energii do pozytywnych przedsięwzięć ma także bardziej długotrwały efekt cywilizujący tę zbiorowość. Ale nie o cywilizowanie kibiców chodziło organizatorom policyjnej akcji.

Nie wiem, oczywiście, na jakim poziomie była ona planowana. Jest jednak elementem wykorzystywania sił porządkowych do politycznych rozgrywek obecnej władzy. W ten sposób usiłuje ona zorganizować opinię publiczną przeciw kolejnemu kozłowi ofiarnemu, a jednocześnie zastraszyć przeciwników, do których należy grupa kibiców Legii i ich, pobity już po aresztowaniu, lider. Wszystko to powinno wzbudzać szczególny niepokój.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ideologia jako kultura

01 sie 2011

Kongres Kultury Europejskiej, który odbędzie się we Wrocławiu między 8 a 11 września, ma być najważniejszym wydarzeniem kulturalnym polskiej prezydencji.

Organizatorzy deklarują chęć oddania bogactwa europejskiej kultury. Hasłem przewodnim kongresu ma być: „Sztuka jako narzędzie zmiany społecznej”. Jaka to zmiana, tego możemy się tylko domyślać. I pomyśleć, że pojęcie „kultura” pochodzi od rolniczego terminu „uprawa”. Kultura miała być troskliwą uprawą ludzkiego ogrodu. Tego znaczenia nie odnajdziemy jednak w definicjach organizatorów kongresu.

Idei dostarczył mu Zygmunt Bauman, który sporo mówi o „fuzji horyzontów” i „życiu jako inny dla innego”. A oto, jak wygląda praktyka organizatorów.

Odrzucili zamówiony wcześniej tekst młodego socjologa Michała Łuczewskiego „Śmierć jako dzieło sztuki”, który ukazał się w ostatnim weekendowym dodatku „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”. Autor twierdzi, że wbrew obiegowym sądom sztuka nie jest niewinną ofiarą rynku i polityki. Wskazuje na jej niebezpieczny, wyrastający z ciemnych, archaicznych doświadczeń człowieka poten- cjał. Sztuka XX wieku to w dużej mierze zakwestionowanie chrześcijańskiej cywilizacji i próba powrotu do pierwotnej, demonicznej dzikości.

Redaktor naczelna serwisu informacyjnego kongresu Agnieszka Berlińska uznaje te nb. oczywiste tezy (deklarowali je sami twórcy) za „dogmatyczne” i propagujące „ideologię” chrześcijańską. Pomimo wcześniejszych deklaracji nie może tekstu przyjąć, gdyż przesłanie kongresu winno być „uniwersalne”.

Artykuł miał ukazać się w materiałach dołączonych do panelu „Niebezpieczne związki. Władza a kultura”. Jego moderatorem jest znany „uniwersalista” i teoretyk kultury (dla Anny Laszuk – to ironia) Jacek Żakowski z „Polityki”, a ozdobą – radykalnie lewicowa filozofka Chantal Mouffe traktująca kulturę jako wehikuł socjalizmu. Moderatorem panelu „Wojna kultur” jest Edwin Bendyk, także z „Polityki”, która okazuje się ostateczną instancją kulturalną. Ozdobą kongresu jest „Tęczowa Trybuna 2012″ walcząca z dyskryminacją homoseksualistów.

Dzięki temu wiemy już, jaką europejską kulturę proponuje (prawicowy) rząd PO i co się w niej nie mieści.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop