Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Zabijanie Narutowicza

30 sie 2010

Profesor Tomasz Nałęcz oświadczył, że ludzie broniący krzyża przed Pałacem Prezydenckim tworzą atmosferę, którą on pamięta z czasów nagonki na prezydenta Narutowicza zakończonej jego zabójstwem. Zdarzyło się to w 1922 roku, a więc moje zainteresowanie pamięcią profesora było zrozumiałe. Okazało się, że chodzi o pamięć historyczną.

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej odległego od morderczej nagonki niż ludzie, którzy chcą upamiętnienia ofiar smoleńskiej katastrofy, a główną metodą ich walki jest modlitwa, ale okazuje się, że skojarzenia profesora nie tylko nie dziwią, lecz są wręcz obowiązujące w naszych środowiskach opiniotwórczych. A więc nie osobnicy, którzy przez wiele nocy organizowali seanse nienawiści wobec obrońców krzyża, dopuszczając się wobec nich wszelkich form słownej i symbolicznej, a niekiedy i fizycznej agresji, kojarzą się źle, ale ich ofiary.

Inna sprawa, że trzeba się było osobiście znaleźć na Krakowskim Przedmieściu, aby wiedzieć, co się działo naprawdę, bo dziwnym trafem telewizjom komercyjnym przydarzało się wyłapywać wyłącznie nieliczne akty agresji ze strony prowokowanych obrońców. No, ale skoro wrażliwej reżyser filmowej nie przeszkadza wymachiwanie pod nosem modlących się ludzi ukrzyżowanym misiem czy układanie krzyża z puszek po „zimnym lechu”, to jakich standardów mamy oczekiwać? A Narutowicz…

Pierwszy w III RP wskrzesił Narutowicza, aby poświęcić go na ołtarzu sprawy, oczywiście Adam Michnik. Inkarnacją Narutowicza miał być Aleksander Kwaśniewski, a nielubiąca go Liga Republikańska okazywała się być straszną endecją. Od połowy lat 90. ubiegłego stulecia skojarzenie to stało się dyżurne. Prawica miała ścigać po polskich ulicach kolejne wcielenia zamordowanego prezydenta.

Jakby w Polsce nic się nie stało od 1922 roku. Jakby jeszcze w 1989 roku nie zostało zamordowanych trzech księży, i to z pewnością nie przez polską prawicę. Jakby nie było w Polsce tysięcy komunistycznych ofiar. Tamto to przeszłość, którą nie warto się zajmować. Co innego Narutowicz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PO – POjednanie – POlikot

5 lip 2010

Świński ryj dał kolejny popis. O ile jednak nie warto się zajmować gumowym penisem, to wiceszefem klubu rządzącego ugrupowania przejmować się musimy

Miło uśmiechnięty premier Donald Tusk, który jednakowoż potrafi pojechać Palikotem, co zademonstrował w ostatniej kampanii, rozkłada ręce: Janusz Palikot czy Stefan Niesiołowski to niezależni ludzie. Prominentni dziennikarze się wzruszają: jeszcze jeden kłopot na głowie premiera.

Jesteśmy ewenementem na skalę światową. Publiczne wystąpienia osób zajmujących najważniejsze funkcje w partii nie mają z tą partią żadnego związku. W rzeczywistości nie tylko ponosi ona za nie odpowiedzialność, ale zgodnie ze zdrowym rozsądkiem uznać trzeba je za istotny element jej strategii. Wyzwiska i pomówienia pod adresem nieżyjącego prezydenta to początek „polityki pojednania”, którą, przy wsparciu dominujących mediów,proponuje nam PO. Bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej, bez śladu uzasadnienia, pojawiły się sugestie, że doprowadził do niej Lech Kaczyński. Robili to politycy PO i sprzyjające im media ze szczególnym uwzględnieniem „Gazety Wyborczej”; na forum międzynarodowym insynuacje te rozpowszechniał reżyser Andrzej Wajda, członek komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego. Ten, który wezwał do wojny domowej.

Dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego wywołał przerażenie wśród jego przeciwników. Jedyna odpowiedź, którą znajdują na proces mogący doprowadzić ich do utraty władzy, to zamurować podział kraju na obecnym poziomie. Trzeba wykopać maksymalnie głęboki rów między Polską Komorowskiego a Kaczyńskiego, aby przejście z jednej do drugiej okazało się nieomal niemożliwe. Trzeba wywołać obopólną nienawiść. Obelgi świńskiego ryja dlatego skierowane są przeciw nieżyjącemu bratu prezesa PiS, aby łatwiej go sprowokować. Każda odpowiedź Kaczyńskiego stanie się przedmiotem głębokiej troski mediów, które odkryją w nim pokłady agresji. A gumowy penis? Przecież coś takiego trudno traktować poważnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie będzie końca politycznej wojny

4 lip 2010

Przed drugą turą wyborów prezydenckich pojawiły się opinie, że optymalne dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS byłoby nieznacznie je przegrać. Pozwoliłoby to wzmocnić partię przed wyborami parlamentarnymi, które dają realną władzę. PO, która nie mogłaby już posługiwać się alibi „złego” prezydenta, ponosiłaby pełną odpowiedzialność za stan kraju, co stawiałoby ją w niekorzystnym położeniu. Reprezentanci takich poglądów nie brali pod uwagę dynamiki procesów społecznych. Zwycięstwo Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich byłoby symbolicznym odwróceniem trendu, który, wydawałoby się, zdominował polskie życie polityczne po wyborach 2007 roku.

Przewaga partii Donalda Tuska wspieranej przez dominujące ośrodki opiniotwórcze w kraju wydawała się miażdżąca. Nie naruszyła jej afera hazardowa, która w normalnych warunkach demokratycznych prowadziłaby, jeśli nie do upadku, to do zasadniczego spadku notowań rządu. Nie wpłynęła na nie indolencja rządu, który wprawdzie usiłował maksymalizować swój stan posiadania, podporządkowując sobie kolejne instytucje państwa, ale nie wykorzystywał swojej władzy do jakichkolwiek działań na rzecz jego poprawy.

 

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

UE, czyli świat bezkolizyjny

1 lip 2010

O wyborach można by w nieskończoność. Można by o bezstronności TVN, „Gazety Wyborczej”, „Polityki” albo TOK FM w zestawieniu ze stronniczością TVP (uwaga dla Anny Laszuk – to był żart!).

Że to niby media prywatne, a więc wolno im wszystko? Czy oznacza to, że producentów prywatnych nie obowiązują żadne zasady? Jeśli od dostarczycieli usług medycznych, gastronomicznych czy tekstylnych oczekujemy trzymania się standardów, to dlaczego tego samego nie możemy wymagać od dostarczycieli usług medialnych?

Ale nie miało być o wyborach, będzie więc o ruchu drogowym. Po przyjęciu przez Polskę dyrektywy UE o ruchu bezkolizyjnym (oryginalna nazwa była oczywiście znacznie dłuższa i bardziej skomplikowana, ale bezkolizyjność była w niej słowem kluczem), korki na głównych rondach naszych miast znacząco się wydłużyły. UE uporządkowała wreszcie chaos europejskiej komunikacji samochodowej. Nie można już skręcać z dwóch pasów, co teoretycznie mogłoby stać się przyczyną kolizji. Powoduje to znaczące spowolnienie ruchu, wydłużenie oczekiwania i napięcie u kierowców, ale cel został osiągnięty. Wprawdzie co jakiś czas zdesperowany kierowca skręca z nie swojego pasa, wywołując tym realne zagrożenie, ale to już łamanie prawa, regulatorzy nie ponoszą więc za to żadnej odpowiedzialności.

Ta na pozór drobna sprawa odbija mentalność unijnych prawodawców. Trzeba zaprojektować i zaprowadzić bezkolizyjny świat. Od definicji bytów materialnych po język, którym wolno się nam posługiwać. Ludzie są bytami niedoskonałymi. Należy więc wytyczyć im przepisy na tyle precyzyjne, aby wyeliminować jakiekolwiek możliwe kolizje. Wreszcie jednolite europejskie prawo ureguluje wszystkie sfery naszego życia. Nie zostawi żadnej szczeliny, w którą mogłaby się wkraść ludzka ułomność. Jeszcze kilka wysiłków i regulacji, a samochody i ludzie poruszać się będą wyłącznie po ściśle określonych torach. Nie będzie kolizji. Zapanuje wiekuisty i doskonały ład. A Europejczycy? Nikt ich o zdanie pytał nie będzie. Będą musieli się dostosować.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Perswazyjna funkcja sondaży i nie tylko

23 cze 2010

– Kto zamawia sondaż, taki wynik dostaje – tak w minioną niedzielę dla TOK FM psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński skomentował 7,5-procentową różnicę między sondażem wyborczym prezentowanym przez TVP a nieomal idealnie pokrywającymi się prognozami Polsatu i TVN.

Wystąpienie ulubieńca salonu, prof. Czapińskiego, wskazywać miało na nierzetelność i sugerować manipulację TVP. Okazało się, że podany przez nią wynik był precyzyjny – w przeciwieństwie do prezentowanego przez telewizje sprzyjające Komorowskiemu (Andrzej Wajda).

Czy więc rażący błąd obu komercyjnych stacji Czapiński podsumuje tą samą puentą, sugerując manipulację z ich strony? A może jego wypowiedź na zamówienie radia pełniącego funkcję propagandową wobec Bronisława Komorowskiego należałoby skwitować zdaniem: kto zamawia komentarz, taki dostaje?

„Najciekawszą częścią wieczoru były wyniki sondażu robionego przez TNS OBOP specjalnie dla publicznej Jedynki. Pierwszym zaskoczeniem była znacząca różnica – na korzyść Jarosława Kaczyńskiego – między wynikami OBOP a cytowanymi przez TVN wynikami pracowni SMG/KRC. (…) Prezes (OBOP – red.) będzie pewnie miał ciężką noc, bo jeśli OBOP się pomylił, zaliczy sporą wpadkę” – komentowała w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” Agata Nowakowska.

Taki już problem z papierem, że nie można na czas wycofać tekstu, w przeciwieństwie do Internetu. Czy „Wyborcza” i jej komentatorzy zajmą się teraz wpadką telewizji komercyjnych, które zamówiły tańsze, niemiarodajne wyniki i prezentowały je jako prawdziwe?

A może głębiej zanalizuje superwpadkę swojej gazety, która dwa dni przed wyborami na swojej czołówce ogłaszała wynik różniący się prawie o 14 procent od ich rezultatu, dający Komorowskiemu zwycięstwo już w pierwszej turze? Magdalena Środa, komentując to, ogłosiła, że sondaże obok informacyjnej pełnią również funkcję perswazyjną.

To pytania retoryczne. Czapiński, „Wyborcza” et consortes nie wyciągają wniosków ze swoich wpadek. Oni rozliczają innych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

U źródeł ładu III Rzeczypospolitej

22 cze 2010

Jarosław Guzy odsłania grę działaczy konspiracyjnych o środki z Zachodu, a także rolę komunistycznych władz i bezpieki, które usiłowały wpływać na kształt podziemia, gdy okazało się, że nie mogą go zniszczyć.

Nie sposób przecenić wkładu IPN w przywracanie Polakom ich najnowszej historii. Taki charakter ma również „U źródeł złego i dobrego” – rozmowa z Jarosławem Guzym, pierwszym przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W tym wypadku jednak wyjątkowo wyraźnie, jak wskazuje tytuł, mamy do czynienia z historią, która kształtuje naszą teraźniejszość, a więc książką par excellence aktualną.

Guzy jest bohaterem historycznych wydarzeń, które opisuje od wewnątrz, odwołując się do własnych doświadczeń. Jest jednak także z wykształcenia socjologiem, który nie traci niezbędnego do ich oceny analitycznego dystansu. Pozwala mu to odsłonić moment rodzenia się naszego ładu polityczno-społecznego. W sukcesie książki ma także udział rozmówca Guzego, młody historyk Robert Spałek, któremu wiedza pozwala stać się realnym partnerem rozmowy.

Odnoga „Solidarności”

Historia NZS rozpoczyna się nieomal z „Solidarnością”, a ugrupowanie to stanowi jej studencką odnogę. Pomysł jego powołania pojawia się już z początkiem września na licznych uczelniach, a znakiem czasu jest fakt, że nazwa nowego związku wymyślona zostaje w kilku ośrodkach niezależnie od siebie.

„Solidarność” i NZS były szerokimi, rewolucyjnymi ruchami, w których dominował żywioł demokratyczny pomimo istotnej roli, jaką odgrywali w nich przedstawiciele opozycji przedsierpniowej. Guzy akcentuje napięcie pomiędzy demokratyczną dynamiką tego ruchu a próbami podporządkowania go sobie przez rozmaite grupy i środowiska, w tym i opozycji wcześniejszej, proces, który spełnienie uzyskał w oligarchicznych mechanizmach III RP.

Zjawisko to można było obserwować wyjątkowo wyraźnie w odniesieniu do grup ekspertów, którzy pojawili się już podczas strajku w stoczni w sierpniu 1980 roku i funkcjonowali jako znacząca grupa wpływu. Byli to ludzie wywodzący się ze środowisk inteligencji, pierwotnie robiący karierę w strukturach PRL-owskiego państwa, a potem mniej lub bardziej buntujący się przeciw niemu. Mieli jednak nadal poczucie potęgi i trwałości komunistycznego ładu i nie rozumieli dynamiki procesów zmian. Usiłowali odgrywać rolę pośredników między rządzącymi a zrewoltowanym społeczeństwem.

Dość szybko uzyskali ogromne znaczenie i potrafili istotnie wpływać na politykę „Solidarności”. Wiązało się to zresztą z faktem, że to ich władze PRL wolały mieć za partnerów. Doradcy działali moderująco, blokując wolnościowe aspiracje społeczne. Wbrew własnemu poczuciu intelektualnej wyższości wyjątkowo słabo rozumieli znaczenie wielkiego ruchu, którym chcieli sterować. Demonstrowali natomiast paternalistyczny, wyższościowy stosunek do ogółu społeczeństwa.

Postawy te wyjątkowo wyraźnie widać było w odniesieniu do NZS. Młoda opozycja nie była traktowana po partnersku przez „robiących politykę” ekspertów i sprzyjających im działaczy. Metaforyczną wręcz sceną pokazującą owe relacje jest zakończenie strajku studenckiego w Łodzi, którego przywódcy trzymani są na korytarzu, a w gabinecie ostateczny kształt porozumienia wicepremier Mieczysław F. Rakowski ustala ze swoim dobrym znajomym, ekspertem „Solidarności” Bronisławem Geremkiem.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto gra śmiercią

21 cze 2010

„IV RP to państwo, które zamordowało Barbarę Blidę”. To kuriozalne zdanie pochodzi z wypowiedzi Adama Michnika wzywającego do zwierania szeregów w drugiej turze wyborów dla powstrzymania Jarosława Kaczyńskiego.

Podobną rzecz powiedział Bronisław Komorowski na zakończenie telewizyjnej debaty prezydenckich kandydatów. Mamy więc do czynienia ze strategią wyborczą.

Czy to III RP zabiła Krzysztofa Olewnika, Marka Papałę albo Jacka Dębskiego, a potem wykonawców tych morderstw, masowo popełniających samobójstwa pod troskliwym nadzorem Straży Więziennej? W każdym z tych wypadków mieliśmy do czynienia z korupcją i przestępczymi układami na wysokim szczeblu, bezradnością wymiaru sprawiedliwości i bezkarnością zleceniodawców zabójstw. Kto jest odpowiedzialny za opisywane przez nas ostatnio morderstwa i zaginięcia świadków koronnych? Czy należy obwinić za te śmierci Adama Michnika, Tadeusza Mazowieckiego, a może Bronisława Komorowskiego?

W trakcie sprawowania władzy przez premiera Tuska i marszałka Komorowskiego sędzia z Garwolina powiesił się po przeszukaniu przez funkcjonariuszy ABW jego służbowego pomieszczenia. W tym samym czasie podpułkownik Barbara P. popełniła samobójstwo po tym, gdy wielokrotnie przesłuchiwana była w sprawie śledztw za rządów PiS. Czy jej śmierć jest mniej tragiczna niż śmierć Blidy? Może należy więc oskarżyć kandydata Komorowskiego o tę i podobne zbrodnie?

Funkcjonariusze ABW, którzy weszli do domu Blidy, popełnili grzech nadmiernej delikatności: oskarżani wcześniej o brutalność nie założyli jej kajdanek i nie pilnowali w toalecie. Od początku polityczne żerowanie na jej śmierci było czymś ohydnym. Czas, aby Władysław Bartoszewski nazwał po imieniu praktyki Komorowskiego i jego propagandystów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komorowski – zwycięzca mimo woli

20 cze 2010

Wybór kandydata PO był głosowaniem przeciwko Kaczyńskiemu. Lęk przed IV RP został głęboko wdrukowany w świadomość Polaków

Wydawało się, że Bronisław Komorowski zrobił wszystko, aby wypaść słabo. Jego kampania, nastawiona na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, nie uległa modyfikacji mimo zasadniczej zmiany sytuacji politycznej po tragedii smoleńskiej. Marszałek nadal miał być lepszym Lechem Kaczyńskim, tzn. nieco konserwatywnym patriotą, dobrym ojcem rodziny o ładnej przeszłości i rodowodzie.

Nic więcej, żadnego przekazu merytorycznego poza straszeniem konkurentem i sloganem „zgoda buduje”. Seria wpadek marszałka wykraczała poza zwykłe przejęzyczenia, odsłaniała obszary ignorancji, które kompromitują polityka. Wpisanie Norwegii do UE czy mylenie budżetu państwa z produktem krajowym brutto świadczy o elementarnych brakach wiedzy o Europie i ekonomii. Pełniący obowiązki prezydenta marszałek zachowywał się, jakby nie wierzył w sukces, usiłując maksymalnie wykorzystać prerogatywy, jakie trafiły się mu zrządzeniem losu po katastrofie smoleńskiej. Nie łamał prawa, ale naruszał polityczną przyzwoitość.

Wykazywał się absolutnym brakiem jakiejkolwiek charyzmy, jak – nadużywając tego pojęcia – nazywa się dziś polityczną atrakcyjność. Właściwie nie miał do powiedzenia nic na żaden temat i był chyba najnudniejszym (obok bezkonkurencyjnego Waldemara Pawlaka) z kandydatów na prezydencki urząd. Niezwykle trudne było odnalezienie entuzjastycznego zwolennika Bronisława Komorowskiego. Ci, którzy deklarowali głosowanie na niego, w prywatnych rozmowach przyznawali, że robią to mimo albo wbrew, w każdym razie bez specjalnej ochoty.

Wydawało się, że na niekorzyść kandydata PO działa brak przygotowania Polski do kolejnej powodzi i pierwotna niezgoda Polaków na przekazanie Rosjanom śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy. Okazało się, że żadna z tych spraw nie miała znaczącego wpływu na decyzje obywateli i wynik nie różni się wiele od tego, jaki mógłby być, gdyby od początku kwietnia nic się nie zmieniło w naszym kraju.

Wydaje się, że jedyną interpretacją pozostaje uznanie, iż głos na Komorowskiego był głosem przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a szerzej – przeciw PiS. Okazuje się, że lęk przed IV RP, jaki przez opiniotwórcze środowiska wdrukowany został w świadomość Polaków, jest głębszy, niż mogło się wydawać.

Gdyby więc Komorowski został ostatecznie w II turze prezydentem, wybrany będzie jako przedstawiciel PO. Funkcja ta daje jednak dużą niezależność. Przyjąć można, że zdobycie w powszechnych wyborach prezydenckiego urzędu oznacza polityczne nowe narodzenie. Nie będą już miały znaczenia uprzednie błędy czy wpadki.

Komorowski zaznaczał, że chce sprawować funkcję prezydenta według istniejących reguł, co dawałoby mu spore uprawnienia z możliwością wetowania ustaw włącznie. Dotychczas premier Tusk był niepodzielnym suwerenem PO, nowy prezydent z tej samej partii może się stać jego konkurentem. Duża rządząca partia w systemie demokratycznym rzadko pozostaje pod władzą arbitralnego i niekwestionowanego przywódcy. Prezydent w Polsce ma spory urząd, dzięki któremu może wynagradzać stanowiskami swoich stronników.

W konstytucję polską wpisane jest napięcie między posiadającym określone uprawnienia i wybranym w bezpośrednich wyborach prezydentem a reprezentującym realną władzę premierem. Jeśli nawet reprezentują oni tę samą partię – jak było w wypadku Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera – antagonizm się pojawia. Chyba nieprzypadkowo właśnie teraz Donald Tusk chce sobie zagwarantować jeszcze silniejszą pozycję w partii, i to za pomocą instytucjonalnych rozwiązań.

Napięcia wewnątrz PO, jak choćby konkurencja między Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, były już wielokrotnie opisywane. Prezydent nie jest poddany sprawdzianom, jakimi są wybory parlamentarne, a nawet samorządowe, nie ponosi takiej odpowiedzialności za rządzenie jak premier, jest więc w sposób naturalny silnym ośrodkiem władzy, zwłaszcza w sytuacji gorszych notowań partii, za co ponosi bez porównania mniejszą odpowiedzialność niż premier.

Istnieje więc prawdopodobieństwo, że Tuskowi może wyrosnąć cichy konkurent. Wcześniej jednak musi wygrać wybory i ujawnić większy temperament polityczny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komorowski – zwycięzca mimo woli (1)

20 cze 2010

Wybór kandydata PO był głosowaniem przeciwko Kaczyńskiemu. Lęk przed IV RP został głęboko wdrukowany w świadomość Polaków

Niezły rezultat Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze zaskakuje. Wydawało się, że kandydat zrobił wszystko, aby wypaść słabo. Jego kampania, nastawiona na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, nie uległa modyfikacji mimo zasadniczej zmiany sytuacji politycznej po tragedii smoleńskiej. Komorowski nadal miał być lepszym Lechem Kaczyńskim, tzn. nieco konserwatywnym patriotą, dobrym ojcem rodziny o ładnej przeszłości i rodowodzie.

Nic więcej, żadnego przekazu merytorycznego poza straszeniem konkurentem z PiS i sloganem „zgoda buduje”. Seria wpadek marszałka wykraczała poza zwykłe przejęzyczenia czy gafy i odsłaniała obszary ignorancji, które kompromitują polityka, nie mówiąc już o prezydencie. Wpisanie Norwegii do UE czy mylenie budżetu państwa z produktem krajowym świadczy o elementarnych brakach wiedzy o stanie Europy i ekonomii.

Komorowski wykazywał się absolutnym brakiem jakiejkolwiek charyzmy, jak – nadużywając tego pojęcia – nazywa się dziś polityczną atrakcyjność. Właściwie nie miał do powiedzenia nic na żaden temat i był chyba najnudniejszym (obok bezkonkurencyjnego Waldemara Pawlaka) z kandydatów na prezydencki urząd. Niezwykle trudne (jeśli nie niemożliwe) było odnalezienie entuzjastycznego zwolennika Bronisława Komorowskiego. Ci, którzy deklarowali głosowanie na niego, w prywatnych rozmowach przyznawali, że robią to mimo albo wbrew, w każdym razie bez specjalnej ochoty.

Wydawało się, że na niekorzyść kandydata PO działa brak przygotowania Polski do kolejnej powodzi i pierwotna niezgoda Polaków na przekazanie Rosjanom śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy. Okazało się, że żadna z tych spraw nie miała znaczącego wpływu na decyzje obywateli i wynik jest podobny do tego, jaki mógłby być, gdyby nic od początku kwietnia nie zmieniło się w naszym kraju.

Wydaje się, że jedyną interpretacją pozostaje uznanie, iż głos na Komorowskiego był głosem przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a szerzej przeciw PiS. Okazuje się, że lęk przed IV RP, jaki przez opiniotwórcze środowiska wdrukowany został w świadomość Polaków, jest głębszy, niż mogło się wydawać.

Gdyby więc Komorowski został ostatecznie w II turze prezydentem, wybrany będzie jako przedstawiciel PO. Funkcja ta daje jednak dużą niezależność. Przyjąć można, że zdobycie w powszechnych wyborach prezydenckiego urzędu oznacza polityczne nowe narodzenie. Nie będą już miały znaczenia uprzednie błędy czy wpadki.

Komorowski zaznaczał, że chce sprawować funkcję prezydenta według istniejących reguł, co dawałoby mu spore uprawnienia z możliwością wetowania ustaw włącznie. Dotychczas premier Tusk był niepodzielnym suwerenem PO, nowy prezydent z tej samej partii stać się może jego konkurentem. Duża rządząca partia w systemie demokratycznym rzadko pozostaje pod władzą arbitralnego i niekwestionowanego przywódcy. Prezydent w Polsce ma spory urząd, dzięki któremu może wynagradzać stanowiskami swoich stronników.

W konstytucję polską wpisane jest napięcie między posiadającym określone uprawnienia i wybranym w bezpośrednich wyborach prezydentem a reprezentującym realną władzę premierem. Jeśli nawet reprezentują oni tę samą partię – jak było w wypadku Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera – antagonizm się pojawia. Chyba nieprzypadkowo właśnie teraz Donald Tusk chce sobie zagwarantować jeszcze silniejszą pozycję w partii, i to za pomocą instytucjonalnych rozwiązań.

Napięcia wewnątrz PO, jak choćby konkurencja między Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, były już wielokrotnie opisywane. Prezydent nie jest poddany sprawdzianom, jakimi są wybory parlamentarne, a nawet samorządowe, nie ponosi takiej odpowiedzialności za rządzenie jak premier, jest więc w sposób naturalny silnym ośrodkiem władzy, zwłaszcza w sytuacji gorszych notowań partii, za co ponosi bez porównania mniejszą odpowiedzialność niż premier.

Można więc uznać, że Tuskowi wyrasta cichy konkurent. Premier ma szczęście, że nigdy dotąd nie wykazał się on polityczną inicjatywą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strasburska ofensywa

16 cze 2010

Na pierwszy rzut oka trudno dociec, o co właściwie chodzi w orzeczeniu strasburskiego Trybunału Praw Człowieka. Polska została w nim skazana za „brak możliwości uczęszczania na lekcje etyki w szkole podstawowej”. Trybunał uznał to za naruszenie „wolności myśli, sumienia i wyznania” oraz przejaw dyskryminacji. Dyskryminowany miał być syn małżeństwa Grzelaków, którzy wytoczyli sprawę.

Czy prawem człowieka jest nauczanie etyki w szkole podstawowej, a jej brak dyskryminacją? A nauczanie estetyki? Albo drugiego języka? I czy z powodu ich braku można pozwać państwo polskie przed Trybunał Praw Człowieka? Absurd tego rozumowania bije w oczy. Naprawdę chodzi o operację rugowania religii z procesu edukacji. Domaganie się, aby istniała alternatywa dla religii, jest tego pierwszym krokiem. A dlaczego nie ma być alternatywy dla lekcji historii?

Lekcje religii nie służą przymusowemu nawracaniu. Można zresztą na nie nie uczęszczać. Pomysł, aby alternatywą dla nich była etyka, budzić musi wątpliwości. Wynika z tego, że religia to oparta na wierze etyka. Współcześnie coraz częściej słyszymy tego typu redukcyjne interpretacje. Elementarna refleksja nad religią demaskuje ich prymitywizm. O ile etyka wyrasta z religii i wszystkie jej próby niereligijnego zakorzenienia okazały się ułomne, o tyle religia etykę zdecydowanie przerasta.

Lekcje religii nie są obowiązkowe. Interwencje Trybunału w Strasburgu, aby zapewnić im alternatywę, są pierwszym krokiem do ich eliminacji. To kolejne tego typu posunięcie europejskich sędziów po ukaraniu Włoch za krzyże w klasach szkolnych. Trybunał Praw Człowieka usiłuje rugować religię ze sfery publicznej. Działanie to odbija antyreligijne nastawienie współczesnych elit europejskich. Jest również elementem współczesnego utopijnego podejścia do prawa, które coraz głębiej ingeruje w życie społeczne i ogranicza naszą wolność choćby pod hasłem arbitralnie interpretowanych praw człowieka. A sędziowie stają się nową kastą, która suwerennie decydować zaczyna o kształcie naszego świata.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop