Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Przemoc w służbie postępu

11 paź 2010

„Jeśli narodowi niemieckiemu nie podobają się moje upodobania seksualne, to ja go za mordę zmuszę, aby je polubił” – miał wrzeszczeć w 1934 roku Ernest Rōhm na popijawie w restauracji paryskiej. Przywódca SA był zadeklarowanym homoseksualistą, a tego typu praktyki stanowiły wręcz rytuały w jego organizacji. Noc długich noży uniemożliwiła Rőhmowi ewentualną realizację jego gróźb.

Obserwując działania „antydyskryminacyjnych” środowisk, można odnieść wrażenie, że rewolucyjny duch fűhrera SA unosi się nad nimi. Nie zrównuję, oczywiście, fizycznej przemocy nazistowskich bojówek i symboliczno-administracyjnej przemocy koryfeuszy współczesnej rewolucji kulturalnej. Podobieństwo jest jednak uderzające. Chodzi o wykorzystanie przemocy w celu rewolucyjnego przekształcenia porządku społecznego i narzucenia większości rozwiązań przez dobrze zorganizowaną i wyposażoną w szczególne środki mniejszość.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie bójmy się średniowiecza

28 wrz 2010

Zasadniczy kryzys, a nawet upadek kultury zachodniej wieszczony był w minionym stuleciu nieraz. Istotną różnicą w wypadku przypomnianej przez krakowskie „Pressje” teorii Pitrima Sorokina (1889 – 1968) jest fakt, że jej autor – Rosjanin przez większą część życia mieszkający w USA – był wybitnym i uznanym socjologiem, dodatkowo o empirycznej orientacji. W ostatnim numerze „Pressji” znajdujemy zresztą omówienie jego klasycznego dzieła „Ruchliwość społeczna”. Teorię o fundamentalnej przemianie kultury zachodniej Sorokin sformułował w wydanym w 1941 roku „Kryzysie naszej epoki”, potem rozwijał ją w kolejnych książkach na ten temat.

Kaganiec i łańcuchy

Wychodzi on od konstatacji, że do rzeczywistości dostęp mamy dzięki trzem rodzajom władz poznawczych: zmysłom, intuicji i rozumowi. Następujące po sobie kultury ludzkie cechują się zwykle dominacją którejś z nich. Średniowieczny model kultury ufundowany był głównie na fundamencie religijnych intuicji. System taki Sorokin nazywa ideacyjnym.

Przełom renesansowy, który inicjował nowoczesność, kładł nacisk na poznanie zmysłowe i zbudował system, w którym ludzka działalność ogniskuje się wokół nauk przyrodniczych i materialnego wymiaru rzeczywistości. Obecnie obserwujemy wyczerpywanie się tej kultury i wszelkie symptomy narastającego kryzysu pomimo zewnętrznych oznak witalności.

„Te same siły, które warunkowały powstanie niezwykłych osiągnięć kultury zmysłowej, stały się także przyczyną jej dezintegracji”. (…) „W dziedzinie prawa i etyki pozostałości zmysłowego systemu norm będą ulegać relatywizacji, aż w końcu zanikną; będzie się szerzyć hedonizm, hipokryzja i brutalna siła. Społeczeństwu nałożony zostanie kaganiec, skują je łańcuchy i tak dostanie się pod panowanie dawno już zapomnianych sił z przeszłości wskrzeszonych przez własny nihilizm i hedonizm”.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jaki zamach, jaki prezydent

27 wrz 2010

– Jaka wizyta, taki zamach – ogłosił Bronisław Komorowski w momencie ostrzelania przez rosyjskich żołnierzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas jego wizyty w Gruzji. Ówczesny marszałek Sejmu uzupełnił to ironiczną uwagą o ślepocie snajpera, który nie trafił w prezydencki samochód.

Przybycie Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w trakcie trwania agresji rosyjskiej na ten kraj przyjęte zostało niechętnie przez znaczną część polskich ośrodków opiniotwórczych. Czy chodziło tylko o wrogość do prezydenta, która każdy jego czyn kazała odsądzać od czci i wiary? Do dziś kursuje pogląd, że było to działanie nieodpowiedzialne i bezsensowne.

Nierzadkie były w Polsce opinie, że agresja rosyjska spowodowana była przez prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. On sam zresztą przedstawiany był w naszym kraju jako awanturnik i nieudacznik. Szczególnie mocno tezy takie głosił m.in. prof. Roman Kuźniar – który podobno ma zostać powołany na doradcę prezydenta Komorowskiego do spraw międzynarodowych, a dotychczas był doradcą szefa MON.

Dziś Gruzja pod rządami Saakaszwilego pomimo rosyjskiej presji rozwija się wyjątkowo dobrze, a jego partia triumfuje w kolejnych wyborach. On sam twierdzi, że jego kraj niepodległość uratował dzięki inicjatywie Lecha Kaczyńskiego, który ściągnął do stolicy Gruzji głowy państw państw bałtyckich i Ukrainy. Zdaniem gruzińskiego prezydenta zatrzymał w ten sposób ofensywę rosyjską prącą na Tbilisi.

Nie wiemy, czy to prawda, ale wiemy, że tak myśli i twierdzi ogromna większość Gruzinów. Wydawałoby się, że jest to rzecz, którą powinniśmy się szczycić i ją eksponować. Ale dla polskich ośrodków opiniotwórczych największym wrogiem jest Kaczyński i sprzymierzą się z każdym jego przeciwnikiem.

W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” Bronisław Komorowski już jako prezydent oświadczył: „Ja nie pojadę na granicę tylko dlatego, że wymyślił to sobie prezydent Gruzji”.

Z pewnością. W Gruzji Lech Kaczyński uznawany jest za bohatera. Czyim bohaterem będzie Bronisław Komorowski?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O bezstronności, serwilizmie i awanturnikach

26 wrz 2010

Stanisław Janecki został zdjęty ze stanowiska wiceszefa TVP 1. Władze telewizyjne uzasadniły to złamaniem przez niego uchwał KRRiT i zarządu TVP, które zakazują dziennikarzom, pracownikom oraz współpracownikom angażowania się w kampanie wyborcze.

Grzechem Janeckiego było opublikowaniu w „Fakcie”, przed wyborami, artykułu na temat „pięciu powodów, dla których wygrać powinien prezes PiS”. Dużo gwałtowniejsze artykuły i wypowiedzi atakujące Jarosława Kaczyńskiego i biorące stronę Bronisława Komorowskiego ze strony pracowników i współpracowników TVP, np. Tomasza Lisa czy Jacka Żakowskiego, nie zostały zauważone przez zarząd. Popieranie rządzącej partii i jej kandydatów jest przecież miarą bezstronności.

W tym kontekście interpretować należy sformułowanie Krzysztofa Lufta, działacza PO, jednego z kreatorów kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego, naznaczonego przez niego na bezstronnego członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która odpolityczni wreszcie polskie media. Powiedział on, co będzie decydowało o wyborze władz TVP: „Jeśli ktoś był awanturnikiem politycznym, to raczej nie powinien trafić do władz mediów publicznych. Nie chcemy powtórki z ostatnich lat, kiedy media i ich szefowie angażowali się bezpośrednio w działalność polityczną. I nie chodzi o to, by eliminować każdego, kto ma jakieś poglądy polityczne, (bo każdy je ma), ale by nie przekładały się one na kierowanie publicznymi mediami (…). Mnie się przede wszystkim nie podoba to, co się działo w ostatnich latach. A teraz KRRiT jest od tego, by powołać nowe władze i zrobić to w sposób, który zdejmie z mediów publicznych pęd do politycznego serwilizmu”.

Okazuje się, że nie prezesura Roberta Kwiatkowskiego, kiedy to TVP była instrumentem propagandowym SLD, jest negatywnym odniesieniem dla Lufta, ale lata ostatnie. To wówczas pojawili się w TVP „awanturnicy polityczni”, którzy dziwnym trafem okazali się także „serwilistami”.

Wprawdzie serwilizm jest zaprzeczeniem awanturnictwa, ale nie wymagajmy za wiele od nowych, jakże bezstronnych i zupełnie nie serwislistycznych członków KRRiTV. Serwilizmem okazuje się krytyka rządzącej i popieranej przez polski establishment partii. Zaiste, trzeba wycofać istniejące słowniki, aby wprowadzić ten, który obowiązuje już w III RP.

Podobnie brzmią wypowiedzi innego członka KRRiTV z ramienia prezydenta Komorowskiego, Jana Dworaka. Słynąca z bezstronności Agnieszka Kublik (w efekcie procesu sądowego przepraszała mnie ostatnio wraz z redakcją „Gazety Wyborczej” za insynuacje) powołuje się na Ireneusza Krzemińskiego, propagandzistę PO z profesorskim tytułem, który uznał PiS za sektę. Dworak zgadza się: „Polacy — nie tylko zresztą — uciekają od swoich problemów do sekciarskich zachowań, które dają im złudne poczucie bezpieczeństwa i posiadania prawdy. Z tym trzeba walczyć, bo to bardzo utrudnia rozwój społeczny. W mediach musi istnieć niczym nieograniczona sfera wolności wypowiedzi. Dziennikarska dociekliwość, obiektywizm muszą obnażać takie zjawiska”.

Wiemy już więc, że „dziennikarska dociekliwość” i „obiektywizm” służą do „obnażania PiS-u”. I do tego powinny się ograniczać. Dalej rozciąga się polityczne awanturnictwo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Suwerenność ma znaczenie

21 wrz 2010

Rosja i Niemcy wolą robić interesy bez pośrednictwa Polski. I Berlinowi nie przeszkadza w tym unijna solidarność – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Artykuł Marka Magierowskiego „Kto rządzi w naszym kondominium” musi zaskakiwać. Można z niego wnosić, że suwerenność narodowa uległa współcześnie tak daleko idącym przemianom, że… właściwie przestaje mieć znaczenie. Tak w każdym razie zrozumieć można nie do końca jasne przesłanie autora.

Tymczasem mimo realnych zmian w światowej sytuacji: globalizacji, która intensyfikuje współzależności między światowymi podmiotami, spowodowanej tym zwiększonej współpracy między państwami i wzrostu roli międzynarodowego prawa, istota i znaczenie suwerenności pozostały bez zmian. Ostatnio, przy okazji gospodarczego kryzysu, w sposób bardziej jaskrawy nawet ujawniła się waga tego zjawiska.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak przegrywać

8 wrz 2010

Dowiedzieliśmy się, że PiS wystawi kandydatów na prezydentów największych miast Polski już pod koniec września. A może na początku października, albo trochę później.

Biorąc pod uwagę, że wybory samorządowe odbędą się w listopadzie, trzeba uznać, że strategia ta jest niedopracowana. Należałoby kandydatów opozycji trzymać w głębokiej tajemnicy i wysunąć kilka dni przed wyborami. Wówczas urok niespodzianki i nowości z pewnością zapewniłby im sukces.

A poważnie. Głupio dołączać się do stada medialnych papug powtarzających w kółko, że jedynym zagrożeniem dla Polski jest prezes PiS. Niektórzy uczynili już z tego swoistą szkołę dziennikarską, a programy informacyjne, w których kondycja opozycji roztrząsana jest z troską przez liderów partii rządzącej, przejdą do medialnych annałów. Jak by się jednak nie chciało włączać w ów szemrany chórek, w końcu trzeba zadać pytanie: czemu prezes Kaczyński decyduje się na porażkę?

Bo chodzi nie tylko o wybór terminów, które uniemożliwiają przeprowadzenie realnej kampanii wyborczej, chodzi także o kandydatów. Jeśli Anna Fotyga ma stanąć w Gdańsku naprzeciw Pawła Adamowicza, to nie tylko sukces, ale triumf tego drugiego jest zapewniony. I nie tylko chodzi o co najwyżej kontrowersyjny dorobek byłej pani minister, ale jej wybitny antymedialny talent. A to tylko jeden z przykładów.

Czy Jarosław Kaczyński poświęca prezydentury największych miast w obawie, aby nie wyrośli mu w partii konkurenci? Taką postawę można próbować uzasadniać potrzebą jedności i koherencji partii wobec nadchodzących wyborów parlamentarnych, tylko że ostatnią chorobą, na którą cierpi PiS, jest anarchia, pozycja prezesa jest niezagrożona, a rezygnacja z walki o prezydentury miast jest politycznym błędem.

Piszę o tym dlatego, że zależy mi na polskiej demokracji, a więc na autentycznej alternatywie dla rządzącej nami partii. Dotyczy to również prezydentów miast, którzy w iluś wypadkach, jak np. prezydent Krakowa, pomimo fatalnych rządów trwają na stanowisku z powodu braku alternatywy. Postawa Kaczyńskiego im to ułatwia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grać, nie ukrywać

6 wrz 2010

Doświadczenia III RP powodują, że sformułowanie „nie grajmy…” zapala dla mnie światełko ostrzegawcze. Tak się dziwnie składa, że przez ostatnie 20 lat maskowało ono chęć ukrycia czegoś.

Fraza ta wyrasta z czasów PRL, gdy „nieodpowiedzialni politykierzy i ich otumanieni najemnicy grali…” – tu wstawić odpowiednią kwestię. Przejdźmy jednak do III RP, kiedy to postulat lustracji określony został jako „gra teczkami”. Sensu nie miało to żadnego, gdyż dopiero ujawnienie dokumentacji służb komunistycznych uniemożliwiałoby jakąkolwiek grę pochodzącymi z nich informacjami. Nie o sens jednak chodziło, a o ukrycie informacji. „Nie grać” znaczyło „nie ujawniać” i zachować dla wyłącznego użytku „odpowiedzialnych”. Dotyczyło to nie tylko lustracji.

Od 10 kwietnia słyszymy apele o „niegranie tragedią smoleńską”. Tak naprawdę chodzi o wyjęcie tej sprawy z debaty publicznej. Premier Donald Tusk i jego medialni propagandyści w kółko powtarzają, że to sprawa dla niezależnej prokuratury. W rzeczywistości nawet najbardziej niezależny wymiar sprawiedliwości powinien podlegać społecznemu osądowi choćby w formie publicznej debaty. W tym jednak wypadku mamy do czynienia ze sprawą bez precedensu. W samolocie, na terenie ościennego kraju, z którym łączy nas splot konfliktowych relacji, ginie blisko 100 wysokich dostojników państwowych z prezydentem na czele. Zgoda na przekazanie zbadania przyczyn katastrofy temu krajowi podlega politycznemu osądowi od razu. Jeśli nie mamy o tym debatować – a w wyniku tego podejmować polityczne decyzje – to o czym?

Obrońcy decyzji premiera kazali nam oczekiwać z jej oceną do ujawnienia efektów śledztwa. Czy niszczejący na smoleńskim lotnisku wrak polskiego samolotu, najważniejszy dowód materialny, którego – pomimo naszych monitów – nie udało się dotąd ani ogrodzić, ani przykryć brezentem, nie jest jakąś odpowiedzią? Niezależnie jednak od stanu śledztwa decyzja premiera miała charakter polityczny i tak winna być oceniana.

A tragedia smoleńska wraz z jej okolicznościami winna prowadzić do zasadniczych, politycznych wniosków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zagłaskać historię na śmierć

5 wrz 2010

To, że autorytety oburzą się wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego z okazji rocznicy powstania Solidarności wiadomo było wcześniej. Przecież każda jego wypowiedź jest z natury rzeczy niedopuszczalna, a fakt, że występuje publicznie jest skandaliczny sam przez się. Kiedy Kaczyński się nie odzywał, jego wrogie milczenie gorszące było w dwójnasób. Henryka Krzywonos wiedziała więc, co powinno ją rozsierdzić. Właściwie z dokładnie takim samym tekstem („proszę nie buntować ludzi przeciwko sobie”) wystąpić mogłaby po przemowie Donalda Tuska. No, ale do premiera takie słowa są niedopuszczalne. Rozmawiając wcześniej z nim i prezydentem Krzywonos z pewnością utwierdziła się w wiedzy o tym, co powinno ją oburzać. Przypominam o tym, nie abym kwestionował prawo Krzywonos do rozmowy z kimkolwiek, ale dlatego, że gdyby zaatakowała Tuska po rozmowie z Kaczyńskim wszystkie telewizje pełne byłby przebitek zestawiających te wydarzenia. Ponieważ jest odwrotnie, nikt żadnego związku nie dostrzega. „Wyborcza” informująca o tym, w którym kierunku patrzył Kaczyński w konkretnych momentach swojego wystąpienia też tego nie zauważyła. Tylko, że to co piszę to właściwie banały, a chciałbym przyjrzeć się czemu innemu.

Otóż fakt, że dominująca grupa doradców w stoczni miała odmienne, dużo bardziej umiarkowane stanowisko niż przywódcy strajku, był powszechnie znany i opisany. Było to przyczyną wycofania się z ich grona Jadwigi Staniszkis. Doradcy m.in. naciskali z wszystkich sił, aby nie domagać się wypuszczenia więźniów politycznych uznając ten postulat za, w żadnej mierze, nie do przyjęcia przez władze. Do ich zdania przychylił się zresztą Lech Wałęsa, a stanowisko zmienił dopiero pod presją innych członków komitetu strajkowego. Waldemar Kuczyński w swoich pamiętnikach opisuje, że doradcy przygotowali również jako alternatywny plan propozycję rezygnacji z wolnych związków zawodowych (czyli późniejszej Solidarności) na rzecz reformy związków oficjalnych. Na marginesie Kuczyński wspomina także o poważnej roli jaką w strajku 1980 roku odegrał Lech Kaczyński. Dziś dziwnie o tym zapomniał.

Wróćmy jednak do doradców. Czy ich postawa oznacza, że byli zdrajcami i należy ich odsądzić od czci i wiary? Oczywiście, nie. Po prostu źle oceniali rzeczywistość polityczną nie doceniając dynamiki przemian i historycznej szansy. Sęk w tym, że nie zmienią swojego stanowiska i wynikającego zeń błędnej strategii w czasie późniejszym tzn. w okresie „karnawału” Solidarności w latach 1980-81 i potem. Ostatnim akordem tego będzie kunktatorstwo i zaniechania rządu Mazowieckiego, który jeszcze w 1990 roku potrafi obawiać się buntu „komunistycznych sektorów siłowych”. O szczególnej postawie doradców i ich antydemokratycznym nastawieniu mówił w wywiadzie-rzece pierwszy przewodniczący NZS-u Jarosław Guzy.

Dziś, w 30-stą rocznicę wydarzeń sierpniowych przypomnienie faktów okazuje się skandalem. Mamy adorować pomniki żywych i martwych w rodzaju Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy czy Bronisława Geremka. Nie wolno zastanawiać się nad ich wyborami. Możemy je wyłącznie czcić. No, chyba, że chodzi o Lecha Kaczyńskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W sferze naiwnej oczywistości

1 wrz 2010

Publicysta Marek Beylin raduje się postępem oraz narzeka, że politycy nie mogą za nim nadążyć i „tak oczywiste sprawy, jak in vitro, parytety czy pełne przyjęcie Karty praw podstawowych od dawna leżą odłogiem”.

Tak naiwna bezrefleksyjność mózgu „Gazety Wyborczej” mogłaby wzruszać, gdyby nie to, że ukrywa się za nią przyjęcie jako aksjomatów tez skrajnie ideologicznych, a więc o uznanie owej ideologii za prawdę samą, za „oczywistość”.

Jej manifestem jest europejska karta. Humanitarnymi frazesami przyozdabia m.in. redukcję roli rodziny i podporządkowanie jej władzom administracyjnym. Jest wyrazem charakterystycznej dla współczesnej Europy prawniczej utopii, zgodnie z którą system nadzorowanego odgórnie prawa jest w stanie uregulować całość ludzkiego życia i zastąpić wszelkie inne instytucje, jak np. obyczaj, co prowadzi m.in. do zniwelowania ludzkiej wolności.

Przykładem tego samego jest model parytetów, który drogą inżynierii społecznej wyrównywać ma wszystko i narzucać jedyny model kariery dla wszystkich. Ciekawy jest przykład metody in vitro, która dzięki presji mediów i środowisk opiniotwórczych traktowana jest dziś jako jedyny i pewny model zaradzenia bezpłodności.

W rzeczywistości jest to metoda niezwykle ryzykowna i ułomna. W Stanach Zjednoczonych stosujący ją lekarze zobowiązani są do wyjaśnienia potencjalnym rodzicom, z jak wielkim zagrożeniem dla normalnego rozwoju płodu się ona wiąże, na ile razy więcej ułomności narażone są poczęte w ten sposób dzieci. Czy słyszeliśmy o tym w naszej dyskusji? Dlaczego z tym samym żarem nie są propagowane nowe metody leczenia bezpłodności? Otóż metoda in vitro otwiera drogę inżynierii genetycznej i swobodnemu dysponowaniu zarodkami ludzkimi.

Przełamuje kolejne tradycyjne tabu, a działania takie wpisane są w dominujący dzisiaj kontrkulturowy nurt, nie mówiąc o potężnych grupach biznesu, które w inżynierii genetycznej widzą solidny interes. W żadnym wypadku nie chcę oskarżać Beylina, że ma świadomość tych powikłań i konsekwencji. On żyje w sferze naiwnej oczywistości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Są jeszcze sądy w Polsce

31 sie 2010

O tym, że Lech Wałęsa poszedł na współpracę z SB, wiedzieli wszyscy w jego środowisku. On sam po swojemu, czyli pokrętnie i niejednoznacznie, ale parokrotnie przyznawał się do tego.

Przebadane przez historyków dokumenty IPN świadczą o tym w sposób ewidentny. Ten problem ma jednak kilka wymiarów.

Pierwszy to sam Wałęsa. Gdyby przyznał się do tego epizodu, zestawiając go ze swoją późniejszą rolą w „Solidarności”, sprawy by nie było. Ale Wałęsa kręci, kłamie, zaprzecza sobie. Tym samym prowokuje podejrzenia na temat wpływu współpracy z SB na jego późniejsze wybory.

Drugi wymiar wynika z tego, że Wałęsa jest doskonałym sztandarem dla antylustracyjnego lobby. Niejednoznaczność kazusu lidera „Solidarności” stanowi świetny wybieg, aby domagać się położenia kresu rozliczeniom z PRL.

Kolejna kwestia to Lech Wałęsa jako element gry politycznej prowadzonej przez premiera i jego partię. Były szef „S” skonfliktowany z Kaczyńskimi jest idealnym sprzymierzeńcem Donalda Tuska.

Po to jednak, aby stał się sojusznikiem znaczącym, należało przerobić go na żywy pomnik. Sukces tej operacji możliwy był wyłącznie dzięki koalicji dominującego w polskich środowiskach opiniotwórczych antylustracyjnego lobby z partią rządzącą. Przy okazji sojusz ów naruszył liczne standardy współczesnej demokracji, co stanowi niebezpieczny precedens. Premier oficjalnie groził historykom; minister szkolnictwa wyższego zapowiedziała retorsje wobec Uniwersytetu Jagiellońskiego za pracę magisterską, której tezy niezgodne były z rządowymi oczekiwaniami. Rozpętana została niesłychana nagonka na niezależnych historyków, której towarzyszyły realne szykany, w jednym wypadku nieomal prowadzące do uniemożliwienia wykonywania zawodu.

Ostatnim aktem „walki o Wałęsę” – choć oczywiście nie tylko – było przejęcie IPN w trybie ekspresowym przez rządzącą partię przy naruszeniu elementarnej przyzwoitości. A robili to ludzie, którzy w innych okolicznościach nawoływali do zostawienia historii historykom i zżymali się na „wykorzystywanie” jej w politycznych rozgrywkach.

Im pewniej Wałęsa się czuje, tym gorsze cechy z niego wychodzą. Jako wiernemu sojusznikowi establishmentu uchodzi mu na sucho bardzo wiele, nawet obrażanie ludzi – żywych i umarłych.

Proces przeciwko Wyszkowskiemu był próbą nałożenia sądowej cenzury na biografię byłego lidera „Solidarności”. Fakt, że oddychamy z ulgą po tak oczywistym wyroku, mówi dużo o naszej rzeczywistości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop