Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Afera w dobie PO

15 marca 2010

Dlaczego afera hazardowa nie wstrząsnęła polską sceną polityczną? Odpowiedzi na to pytanie udzielił publicysta “Newsweeka” Piotr Śmiłowicz.

Nie tym, co pisze, ale jak pisze. “Oczywiście nie twierdzę, że w relacjach polityków PO z hazardowymi biznesmenami wszystko było w porządku. Przeciwnie. Tylko że podobnych nieprawidłowości można by pewnie wykryć setki i dotyczyłyby wszystkich ugrupowań. Zapewne także badany przez komisję śledczą wątek ustawy hazardowej za rządów PiS byłby postrzegany inaczej, gdyby znalazły się podsłuchy rozmów np. przedstawicieli rządu i Totalizatora Sportowego”.

Autor stwierdza więc, że skoro wszyscy politycy są skorumpowani, to niby dlaczego mamy zajmować się akurat tą aferą. Sprawa dotyczy partii rządzącej, ale on wskazuje, że “pewnie” opozycja ma to samo na sumieniu. Dowody nie zachowały się tylko dlatego, że, można wnosić, Mariusz Kamiński “swoich” nie śledził. Zostawmy na boku utożsamienie prywatnych biznesmenów z państwowym monopolem.

Dlaczego prawie nikt się nie oburza na ten jaskrawy przykład poetyki insynuacji? Ano dlatego, że tak właśnie wygląda dominujący nurt polskiego dziennikarstwa. Gdzie indziej Śmiłowicz oświadcza, że “media nie potraktowały PO szczególnie ulgowo”. Czyli tak jak on. Uznały, że jej przedstawiciele zachowali się niewłaściwie, dodając jednocześnie, że przecież wszyscy postępują identycznie, zwłaszcza opozycja.

Dlatego warto odnotować ten tekst po części odpowiadający na pytanie: dlaczego nie pociąga za sobą żadnych politycznych konsekwencji skandal, który w cywilizowanej demokracji, jeśli nie zmiótłby rządu, to zasadniczo naruszyłby jego pozycję. Społeczeństwo dało sobie wmówić, że tak już musi być. To media ugruntowały taką opinię. W rzeczywistości obok insynuacyjnego charakteru przytoczone rozumowanie jest na bakier z elementarną logiką. Jeśli nawet wszyscy politycy są tacy sami, to tym ostrzej należy reagować na każdą przyłapaną nieprawość. Strach przed konsekwencjami wymusza poprawę obyczajów. Ale przecież nie o logikę ani poprawę obyczajów chodzi.

Oswajanie PRL-u

10 marca 2010

Przy okazji debaty o Kapuścińskim ujawnia się zjawisko funkcjonujące przez cały czas trwania III RP, które nazwać można „oswajaniem PRL-u”. Polegało ono na relatywizacji, żeby powiedzieć wprost: zakłamywaniu zła komunistycznego systemu

Przedstawiciele establishmentu nowego państwa, który w ogromnej mierze wywodził się z PRL-owskich elit, usiłowali w ten sposób bronić swoich biografii. Wspomagali ich w tym wpływowi członkowie dawnej opozycji, którzy zawarli z nimi polityczno-biznesowy sojusz, a którzy sami często wyrastali ze środowisk komunistycznych.

Pomimo potęgi owego układu jego działania w tej mierze przyniosły ograniczone efekty. Z czasem młodzi ludzie, niemający nic na sumieniu, przywracali miary rzeczom. Trudno było im wmówić, że da się obronić robienie kariery w służbie totalitarnego czy choćby tylko despotycznego systemu, który działał w interesie obcego imperium.

„Sprawa Kapuścińskiego” odsłoniła pojawienie się grupy młodych, którzy – oczywiście przy współpracy starych towarzyszy – zaczynają zakłamywać PRL w imię swojego ideologicznego interesu. Głoszą oni rzeczy, których nie sposób było mówić, gdy pamięć tamtych czasów była żywsza. W ich wersji PRL był państwem ułomnym, ale popieranym przez obywateli o lewicowych poglądach. W tym ujęciu oportunistyczna kariera przekształca się w ideowe zaangażowanie, a – potępiane wtedy przez wszystkich – donosicielstwo staje się tylko jego głębszym wyrazem.

Rzecznicy tych poglądów nie chcą pamiętać, że w Polsce funkcjonował wówczas podstawowy podział na: „my i oni”. My – ubezwłasnowolniony naród i oni – rządzący nami z obcego nadania.

Idee komunistyczne budowały fundament totalitaryzmu. Bez względu na to, w jakim środowisku i jakiej tradycji instalowany byłby komunizm, zawsze prowadził on do totalitaryzmu, a strukturalna tożsamość systemów komunistycznych wszędzie na świecie jest uderzająca. Te niewygodne fakty trzeba jakoś złagodzić, a więc również oswoić PRL, nie tylko po to, żeby ukryć draństwa swoich poprzedników, ale także po to, by obronić swoje zaangażowanie.
PS: O sprawie niepoważnej, nie wartej felietonu. Otóż Rafał Kalukin z „Gazety Wyborczej” druzgocząc mój ostatni program w TVP stwierdza: „świat Wildsteina od dawna zamyka się w schemacie zero-jedynkowym. Ogłasza więc na koniec swego programu, że to «ośrodki opiniotwórcze delegalizują opozycję»”.

Mniejsza o styl. W rzeczywistości powiedziałem „delegitymizują”. To trudne słowo i chyba powinienem go unikać, jeśli chcę, aby Kalukin mnie zrozumiał. Wyjaśniam: delegitymizacja to odebranie prawomocności. Kalukin pracuje w gazecie, która oburza się faktem, że opozycja chce dojść do władzy, więc teoretycznie powinien rozumieć sens tej wypowiedzi. „Bronisław Wildstein, samemu będąc «ośrodkiem opiniotwórczym» i zarazem medialną twarzą PiS (to nie zarzut, nawet liczni fani jego publicystyki odrzuciwszy hipokryzję by się z tym zgodzili), powinien zdobyć się na jakąś autorefleksję?” – kontynuuje Kalukin.

Odrzucając hipokryzję zgadzam się, że Kalukin nie jest niczyją twarzą, pomimo że krytyka rządu jest dla niego równoznaczna z przystąpieniem do partii opozycyjnej. Wprawdzie powtarza w ten sposób główny propagandowy chwyt rządu, który każdą krytykę sprowadza do „pisizmu”, ale na refleksję (nie mówiąc już o auto) z jego strony rzeczywiście nie ma co liczyć.

Co nam mówi demografia

8 marca 2010

Zdumiewająco mało mówimy o zjawiskach demograficznych, podczas gdy stają się one coraz istotniejszym czynnikiem współczesnej polityki.

Przypuszczalnie dlatego, że nie mieszczą się w dominujących schematach myślowych, a często wnioski, które musielibyśmy wyciągnąć z ich obserwacji, przeczyłyby dogmatom poprawności politycznej. Demografia pokazuje, że istnieją naturalne procesy, którym podlega gatunek ludzki niezależnie od woli jego poszczególnych przedstawicieli.

Społeczeństwa dobrobytu funkcjonujące we współczesnej kulturze zrodzonej na Zachodzie wytracają demograficzną dynamikę. Czy jednak jedynym czynnikiem warunkującym przyrost naturalny jest materialny dobrobyt? Z pewnością nie, gdyż Stany Zjednoczone, chociaż w sumie materialnie stoją lepiej niż Europa, demonstrują wyraźnie od niej wyższą rozrodczość. Zdecydowany i oczywisty jest związek demografii z dominującymi postawami kulturowymi. Konsekwencją cywilizacji hedonizmu, nastawionej na doraźne, indywidualne zaspokojenie, jest między innymi zatracenie demograficznej dynamiki.

Stwierdzenie takie wywoła sprzeciw wielu wyznawców współczesnego popliberalizmu, którzy wszystko widzą osobno. Ich zdaniem to tak oczywiste, że tylko Jaś i Marysia decydują, czy chcą mieć dzieci. Otóż nie do końca. W życiu nie dokonujemy tak wielu wolnych wyborów.

Brak zabezpieczeń społecznych powodował, że dzieci stawały się dla większości ludzi jedyną możliwą inwestycją na starość. W społecznościach silniej zintegrowanych związki małżeńskie, które posiadały sankcję religijną, były dużo bardziej trwałe, a więc dawały kobiecie rodzącej dzieci większe poczucie pewności – gdyż to kobieta ponosi większe konsekwencje rozpadu obarczonego dziećmi związku. A to tylko elementy, które składają się na etos społeczny. Czy istnieje w nim poczucie wspólnoty, które pozwala ludziom widzieć się także jako element ciągu pokoleń, czy społeczeństwo ulega anomii, a ludzie stają się w nim samotnymi monadami?

Myślenie o tym przekracza jednak horyzont walczących o kolejne “prawa człowieka”.

Paciorki dla “cywilizowanych”, rózga dla “populistów”

7 marca 2010

Wildstein na Niedzielę

Dominujące media europejskie i ośrodki opiniotwórcze biją na alarm. Na Węgrzech źle się dzieje. Też mi rewelacje — pomyślałby obserwator z Polski. Przecież to oczywiste. W minionym roku nastąpił spadek gospodarki tego kraju o ponad 6 proc. Spadek przewidywany jest również w roku obecnym. Dług publiczny Węgier sięga 80 proc. PKB. Zapaść gospodarcza i kulturalna widoczna jest na każdym kroku. Korupcja kwitnie. Energetyka Węgier prawie w całości sprzedana została Rosjanom. Rząd Węgier zachowuje się już nie jak sojusznik, ale moskiewski agent włączając się do budowy gazociągu południowego. Ten rosyjski projekt zablokować ma gazociąg Nabucco, który transportowałby gaz z Azji Środkowej przez kraje kaukaskie i Turcję i mógłby stanowić alternatywę dla rosyjskiej gazowej dominacji w Europie.

Okazuje się jednak, że nie to przeraża europejskie ośrodki opiniotwórcze. Lękają się one, że ci, którzy doprowadzili do tego stanu Węgry, mogą utracić władzę. Wszystko bowiem wskazuje na to, że w kwietniowych wyborach przejmie ją Fidesz, partia Victora Orbana. To konserwatywne ugrupowanie przedstawiane jest w opiniotwórczych ośrodkach europejskich jako nacjonalistyczno populistyczne zagrożenie.

Węgry stanowią dla Polski dobry punkt odniesienia i w niektórych aspektach przypominają ją w sposób wręcz zdumiewający. Można uznać, że wyglądają tak jak wyglądałaby Polska bez afery Rywina i kryzysu nią wywołanego; Polska po dwóch kadencjach rządach postkomunistów pod wodzą Millera i jemu podobnych.

W wyborach 2002 roku na Węgrzech władzę zdobyła postkomunistyczna partia socjalistyczna dzięki sojuszowi z Związkiem Wolnych Demokratów, partią do złudzenia przypominającą polską Unię Wolności. Była to partia stworzona przez dominującą grupę opozycji. Jej liderzy wywodzili się jednak z dawnych komunistycznych środowisk. Od 2002 roku istnieją na scenie politycznej wyłącznie dzięki sojuszowi z postkomunistami. Ci mają w rękach media. Zostały one po upadku komunizmu kupione przez zachodnich inwestorów, którzy nie dokonali w nich żadnych osobowych zmian. Nic dziwnego, że gros dziennikarzy węgierskich wyrasta z czasów komunistycznych lub jest formowanych przez dawnych “mistrzów”. Tym także tłumaczyć można, że skandale takie jak ujawnienie rozmów, w których premier Ferenc Gyurcsany przyznaje się do monstrualnej skali kłamstw swoich i swojej ekipy nie doprowadziły do jego upadku. Protesty przeciw rządowi były natomiast tłumione, a ich uczestnicy karani przez węgierski wymiar sprawiedliwości w sposób, który przypominać mógł komunistyczne czasy. Gdyż wymiar sprawiedliwości, całkiem jak w Polsce, Węgrzy dziedziczą bezpośrednio z komunistycznego okresu.

Mimo wszystko dziś na postkomunistów głosować chce paręnaście procent wyborców, a na Fidesz ponad czterdzieści. To wywołuje lęk “Europy”. Wprawdzie Fidesz ma się nijak do preparowanego mu w Europie (i na Węgrzech) wizerunku, ale można mieć pewność, że Orban usiłował będzie prowadzić podmiotową politykę.

Gdyż zachodni przywódcy  lubią politykę “ocieplenia”. Politycy ją uprawiający w nagrodę dostać mogą szklane paciorki, tzn. przepraszam, jakąś historyczną nagrodę. A jak są traktowani, pokazała reakcja Unii, a raczej brak tejże, na szykanowanie Polaków na Białorusi. A oto drobne prestiżowe przykłady.

Premier Donald Tusk z poważną ekipą udał się na wybory(?), powołanie(?) przewodniczącego Rady Europejskiej zwanego nawet wcześniej prezydentem. Kiedy przybył, okazało się… że przewodniczący już jest. Z kolei szef MSZ, Radosław Sikorski przybył do Brukseli debatować na temat powołania głównego “zagranicznego” przedstawiciela UE, w USA. Kiedy przybył… wiedzą już państwo. Można natomiast mieć pewność, że elity europejskie będą popierać ich w samej Polsce. Wolą przecież ucywilizowanych polityków.

Zuchy naszych czasów

3 marca 2010

Prezydent nie powinien udawać zucha w górach Kaukazu! – zagrzmiał kandydat na kandydata Radosław Sikorski na wiecu w Bydgoszczy.

Wystąpienie, w którym usiłował przelicytować wszelkie potencjalne napaści na urzędującego prezydenta, słusznie stało się obiektem krytyki. Ja chciałbym się zająć przytoczonym fragmentem, który odnosił się do działań Lecha Kaczyńskiego w Gruzji w sierpniu 2008 r.

Ściągnięcie przez prezydenta Polski do Tbilisi szefów państw bałtyckich i prezydenta Ukrainy mogło mieć istotny wpływ na zatrzymanie wojsk rosyjskich maszerujących wówczas na stolicę Gruzji. Z pewnością było to działanie w imię polskiej racji stanu polegające na blokowaniu imperialnych posunięć Moskwy.

Już wówczas postawa rządu pozostawiała wiele do życzenia. Premier nie tylko nie wspomagał działań prezydenta, ale wręcz je kwestionował. Trudno znaleźć inne uzasadnienie takiej postawy niż wąsko pojęte interesy partyjne. Wystąpienie Sikorskiego idzie dalej w tym samym kierunku.

Podporządkowanie polskiej racji stanu partyjnym i osobistym względom stwarza ościennym mocarstwom możliwość realizacji swoich interesów polskimi rękami. Aż za dobrze pamiętamy takie fakty z polskiej historii. A dziś? Oto polski premier przyjmuje zaproszenie od premiera Rosji na rocznicę mordu katyńskiego. Nie uzgadnia tego z prezydentem Polski, nie bierze pod uwagę, że konstytucyjnie jest to główny reprezentant naszego kraju na forum międzynarodowym. Kiedy Kaczyński wyraża uzasadnione oczekiwanie, że na uroczystość tę zostanie również zaproszony, premier się dziwi. Grono partyjnych propagandzistów i usłużnych mediów rozpoczyna kampanię pod hasłem kolejnej kompromitacji międzynarodowej, jakby największą kompromitacją nie był fakt, że przywódcy Rosji decydują, kto ma reprezentować Polskę na rocznicy wymordowania przez ich poprzedników polskich oficerów. Na szczęście sprawa została w końcu wyciszona.

Funkcja prezydenta wymaga również tego, aby umieć być zuchem. Zdaje się, że przerasta to wyobraźnię wielu zajmujących się polityką w naszych czasach.

O buncie prawdziwym i pozornym

1 marca 2010

Mnie samego męczy ciągłe powtarzanie, że żyjemy w świecie pozoru i fałszu. Cóż jednak zrobić, gdy – jeśli chce się cokolwiek w naszej rzeczywistości opisać – trafiamy na tę warstwę i bez przebicia się przez nią dalej ani rusz.

Jedną z konstytuujących ją formułek, a więc elementów budujących popmitologię współczesną, jest tzw. bunt. Żart polega na tym, że to dominujący nurt kultury współczesnej produkuje klisze “buntu”. Innymi słowy, etykietę taką uzyskują manifestacje konformizmu. Czy więc w naszej rzeczywistości nie ma miejsca na radykalny sprzeciw?

Piętnaście lat obchodzą właśnie Arcana, krakowskie wydawnictwo i dwumiesięcznik. Powstały bez żadnych środków zewnętrznych i pomocy. Były atakowane przez medialne i opiniotwórcze potęgi z pasją, która może zadziwiać, jeśli patrzymy na skalę zjawiska. Ich zbrodnią było samo istnienie, ukazanie alternatywy wobec dominującego monologu. Arcana przetrwały. Obok ośrodków takich jak “Fronda” czy “Teologia Polityczna” są przejawem autentycznego buntu przeciw poprawności i zakłamaniu.

To dzięki Arcanom dowiadujemy się często o skrywanym obliczu naszej oficjalnej kultury, o przemilczanych faktach i wstydliwych epizodach jej koryfeuszy, bez których często trudno zrozumieć ich wybory. To dlatego redaktor wydawnictwa Znak, który zerwał umowę z Arturem Domosławskim na biografię Kapuścińskiego, kiedy zorientował się, że nie będzie to hagiografia, określa Arcana jako: “skansen oszalałej prawicy”.

Ostatnią “prowokacją” Arcanów było wydanie książki Pawła Zyzaka “Lech Wałęsa. Idea i historia”. Nagonka, którą na nią i wydawców zorganizowały dominujące ośrodki opiniotwórcze z premierem Tuskiem na czele, kwalifikowała się do określenia “polowanie na czarownice”. Zwłaszcza że szczyciła się nieznajomością obiektu ataku. Książka, cechująca się uczciwością intelektualną, acz radykalnie krytyczna wobec swojego bohatera, miast otworzyć wielką debatę, spowodowała szykany przeciw jej autorowi i wydawcom.

W tym stanie rzeczy uratować nas może tylko odwaga buntowników.

Uśmiech Kapuścińskiego

27 lutego 2010

Niech szanowni Czytelnicy się nie obawiają. Nie będzie o biografii Ryszarda Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego. Będzie o stanie ducha jaki się z debaty wokół niej wyłania. A nie nastraja on optymizmem.

Zacznijmy od pytania podstawowego: dlaczego debata? Przecież najbardziej konsekwentnie – zgodnie ze standardami III RP – zachował się Stefan Bratkowski, który porównał autora do hieny oświadczając przy okazji, że książki nie czytał, ani czytać nie zamierza. Podobnie Władysław Bartoszewski, który równocześnie z właściwym sobie od jakiegoś czasu taktem – nie znając – zestawił ją z przewodnikiem po domach publicznych. Obaj postąpili tak jak przystało na elity III RP. Ich koryfeusze wylewali wiadra nieczystości na autorów biografii Lecha Wałęsy: Pawła Zyzaka, Sławomira Cenckiewicza czy Piotra Gontarczyka, chlubiąc się równocześnie pełną ignorancją na temat książek, które odsądzali od czci i wiary. Dlaczego tak się nie stało teraz?

Czy rację ma propagandzista PO występujący w kwartecie reprezentacyjnym radia CMOK FM? Stwierdził on, że Domosławski to dziennikarz poważny (z “Wyborczej” przecież), a więc należy brać go poważnie w przeciwieństwie do niepoważnych, których argumentami — co nie znaczy osobami — nie należy się zajmować. Prostoduszność owego osobnika, która każe mu być chwalcą partii rządzącej bardziej gorliwym niż jej liderzy, pozwoliła mu przypadkiem powiedzieć prawdę. W salonie III RP nie ma kryteriów merytorycznych i nie ma debat, chyba, że we własnym gronie, na ściśle określone tematy i pod bacznym nadzorem. Ale przecież Domosławski nie taki znów ważny i widzieliśmy już jak ważniejsi z dnia na dzień wylatywali z nieba salonu do inferna oszołomów.

Może więc rację ma Piotr Bratkowski, który wskazuje, że Domosławski to nie “inkwizytorski lustrator” i “fanatyk lustracji”. Dobrze więc, że to on rozbroił tykającą bombę Kapuścińskiego zanim dostałaby się ona w niepowołane ręce. Sprawę dopowiedział Wojciech Orliński stwierdzając, że przedsięwzięcie Domsławskiego jest “kontrlustracyjne” i jako takie zasługuje na uznanie.

Postawy takie muszą, chcąc nie chcąc, odwoływać się do całościowe koncepcji etycznej. Choćbyśmy nie mieli na ten temat zielonego pojęcia, ciągle podlegamy tej samej logice i nawet nieświadomie dążymy do uporządkowania naszych wyobrażeń o świecie.

“Ale zanim wzięłam ją [książkę Domosławskiego] do ręki, wiedziałam, że pod jej wpływem nie zmienię zdania o jej bohaterze, bo go znałam; bo mogę sama zinterpretować znaczenie jego uśmiechu; bo po nikim nie spodziewam się, że jest kryształowy.” Bardzo poglądowy ten fragment wyszedł spod pióra nowej naczelnej “Przekroju”, Katarzyny Janowskiej. Pierwsze pytanie: po co w takim razie “brać taką książkę do ręki”? Następne: czy znaczy to, że wystarczy znać czyjś uśmiech? Jeśli wiemy, że nikt nie jest kryształowy, to założyć powinniśmy, że każdy niesie w sobie tajemnicę, której odsłonięcie może zmienić naszą jego ocenę. Autorka mówi nam jednak chyba co innego: skoro każdy z nas jest grzeszny, to lepiej mu się za dokładnie nie przyglądać i swoją dociekliwość ograniczyć do uśmiechu. Albo: skoro każdy jest grzeszny, to nikt nie ma prawa do osądu.

Ten jaskrawy, etyczny nonsens funkcjonuje w naszym świecie jako obowiązujący pogląd. Ile to razy słyszymy: czy masz pewność jak byś się zachował w danej sytuacji? Brak takiej pewności ma – podobno – uniemożliwić osąd. Postawa taka funkcjonuje dziś obiegowo jako najgłębiej etyczna. Ta pseudoetyka “wybaczenia” w rzeczywistości oznacza odmowę oceny, czyli zakwestionowanie rozróżnienia między zachowaniem nagannym a właściwym, a więc – w ludzkiej rzeczywistości – między dobrem a złem. Głosi jedno przykazanie: nie osądzaj bliźniego swego. Ten dezyderat zapewnia nam psychiczny komfort: zabezpiecza przed krytyką: własną i cudzą. Cóż za rozkosznie nieważki świat. Byłby doskonały, gdyby nie ci, którzy mówią, że, choćbyśmy nie wiem jak nie chcieli, istnieje siła ciążenia, a nasze uczynki mają swoją wagę i znaczenie. Podkreślają, że właśnie ułomność człowieka każe mu budować systemy norm, w świetle których będzie można osądzić jego czyny, a ostatecznie i życie. Nie, dla takich inkwizytorskich lustratorów nie ma wybaczenia.

Bezideowość polityki polskiej

27 lutego 2010

Można odnieść wrażenie, że PiS zaczyna wierzyć marketingowcom z PO, że idee w polityce przeszkadzają

Konkurencja między dwoma kandydatami PO na urząd prezydenta stwarza okazję do zarysowania podziałów w łonie partii sprawującej w Polsce władzę. Partii najpotężniejszej, która potrafi połączyć twardego antykomunistę Antoniego Mężydłę z politykami postkomunistycznymi jak Danuta Hübner czy nawet wabiony do PO na wszelkie sposoby Włodzimierz Cimoszewicz. Partii rozpiętej między konserwatystą Jarosławem Gowinem a Januszem Palikotem paradującym w koszulce „jestem gejem” i „jestem z SLD”.

Wskazanie owych biegunów umożliwiłoby określenie tożsamości ideowej partii. Niektórzy komentatorzy wspominają coś o skrzydłach liberalnym i konserwatywnym PO. Informacje te dementują jednak liderzy partii. Czym jest więc PO i jaka jest tożsamość partii politycznych w Polsce? Czy nasz kraj stał się koryfeuszem postpolityczności i co miałaby ona oznaczać?

Co to jest postpolityczność?

Jak wszystkie owe „posty” postpolityczność to pojęcie mętne, które zaśmieca raczej język, niż tłumaczy cokolwiek. Wyrosło z radykalnej krytyki nowoczesności dokonywanej przez francuskich „poststrukturalistów” i oznaczało wyobcowanie sfery publicznej, a więc utratę przez obywateli zdolności do jej kontroli. W Polsce jednak jakiś czas temu stało się nieomal określeniem wyższego stadium bytowania ludzkiej zbiorowości.

przeczytaj cały tekst

Lewica, Kapuściński, PRL

24 lutego 2010

Awantura wokół biografii Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego ma wiele wymiarów. Jest również zabawna.

Ujmująca jest naiwność autora, którego dziwią ataki jego środowiska za to, że napisał prawdę. Wzruszające jest oficjalne wyznanie redaktora naczelnego Znaku, który nie może opublikować zamówionej książki, gdyż “przyjaźnił się z Ryśkiem”, więc – jak rozumiemy – nie przyszło mu do głowy, że jej autor może napisać jego prawdziwą biografię.

Natomiast również przy tej okazji upowszechniana jest kolejna mistyfikacja. Otóż oportunizm – żeby być oględnym – autora “Cesarza” tłumaczony jest jego lewicową orientacją polityczną. Nie jestem lewicowcem i lewicowość (tak jak prawicowość) niczego dla mnie nie usprawiedliwia. Jest natomiast absolutnym fałszem założenie, że kariery w dojrzałym PRL, wysługiwanie się jego tajnym służbom czy inne świństwa dokonywane pod jego szyldem mogły być powodowane lewicowymi ideami. Najbardziej powinni się na to oburzać ludzie deklarujący do nich przywiązanie.

Owszem, u początków PRL, w jego najbardziej ponurym, stalinowskim okresie, istniała nieliczna grupa wierzących lewicowych hunwejbinów, która dzięki moskiewskiemu wsparciu robiła w Polsce rewolucję. Jednak po raporcie Chruszczowa, odsłonięciu morza komunistycznych zbrodni, nawet oni zaczęli dojrzewać. Rewizjonizm był ostatnią próbą ratowania lewicowości w krajach komunistycznych.

Prawdziwi lewicowcy, wszystko jedno jakiego obrządku, w PRL przeszli do opozycji. Zostało pokolenie absolutnych cyników, którzy dla władzy, kariery, zysków gotowi byli robić wszystko. Jeśli mieli ideowego patrona, to trywialnie odczytanego Hobbesa, sprowadzonego do formuły, że motłoch trzeba trzymać za mordę, a najlepsi dostosowują się najbardziej. Oczywiście po upadku komunizmu ci sami budowali dla siebie ideologiczne usprawiedliwienia.

Możemy ważyć twórczość Kapuścińskiego i zło, którego się dopuścił. Sam robiłem to w artykule “W świetle sprawy Kapuścińskiego”. Nie zakłamujmy jednak obrazu tamtych czasów.

Test dla Unii Europejskiej

23 lutego 2010

Łukaszenko jest satrapą, ale jak dotąd okazywał się satrapą racjonalnym. Dziwi więc, dlaczego wśród licznych interpretacji jego ostatnich posunięć nie pojawia się najprostsza, która osadzałaby je w międzynarodowej polityce. Działania Łukaszenki przeciw Polakom łatwo zrozumieć jako test Moskwy wobec UE.

Relacje białoruskiego satrapy z Rosją nie są do końca jasne. Polska i UE stawiały na jego uniezależnienie się, ale wiadomo i tak, że jego pozycja w dużej mierze zależy od wschodniego sąsiada.

Unia jest szczególnie wyczulona na problem mniejszości. Traktat lizboński miał stworzyć wspólną unijną dyplomację, mamy już wysokiego przedstawiciela od międzynarodowej polityki. Brak zdecydowanej reakcji Unii na ekscesy Łukaszenki oznaczać będzie, że Rosja może sobie bezkarnie pozwolić na znacznie więcej. A ostrzejsza reakcja Brukseli nie kosztuje jej nic. Zresztą i Łukaszenko bez specjalnego uszczerbku może się wycofać ze swojego obecnego stanowiska.

Umiejętność gry innymi quasiniezależnymi państwami to stara i dobrze opanowana metoda rosyjskiej polityki. Ostatnio mogliśmy obserwować ją w odniesieniu do Gruzji, kiedy to drogę agresji rosyjskiej przygotowały stworzone przez nią pseudopaństewka: Abchazja i Osetia Południowa.

Możemy być pewni, że w przyszłości jeszcze nieraz swoje naciski na Polskę Rosja będzie usiłowała realizować za pośrednictwem państw trzecich, tak jak Białoruś, a jeśli sytuacja rozwinie się wobec nas niekorzystnie – Ukrainy.

Hipoteza, którą przedstawiłem, nie musi być prawdziwa. Natomiast tak czy siak reakcja UE na działania Białorusi jest testem, którego wynik jest uważnie obserwowany przez Moskwę. Brak radykalnych posunięć Unii to fatalny dla nas prognostyk. Powinniśmy zrobić wszystko, aby tak się nie stało. Równocześnie jednak naszą odpowiedzią na działania Łukaszenki powinna być zwiększona pomoc dla białoruskich sił demokratycznych. Inwestycja w nadające z terenu Polski wolne białoruskie media oraz naukowe i kulturalne ośrodki to optymalne z naszej strony działania wobec reżimu Łukaszenki.