Nazwać rzeczy po imieniu

13 gru 2011

Dlaczego tak ważne jest dziś rozliczenie stanu wojennego? Przecież minęło 30 lat, w wolnej Polsce wychowało się już całe pokolenie i żyjemy w innym kraju.

Wojciech Jaruzelski stoi nad grobem i możemy być pewni, że żaden ziemski sąd nie każe mu odpowiadać za to co zrobił. Jednak temperatura sporu wokół stanu wojennego dowodzi, że nie dotyczy on zamkniętej przeszłości. Nie tylko dlatego, że nierozliczone zbrodnie nie dają się ostatecznie zamieść pod dywan. Fakt, że autorzy stanu wojennego z jego przywódcą na czele – winni również innych komunistycznych zbrodni – nie zostali i, wszystko wskazuje, że nie zostaną osądzeni, jest znaczącym elementem naszej rzeczywistości. Dowodzi, że środowiska wywodzące się z komunistycznego reżimu i ich sojusznicy w wolnej Polsce są na tyle wpływowi, że mogą obronić swoich byłych liderów i nie dopuścić do rozliczenia PRL-u. W tym celu potrafią narzucić opinii publicznej radykalnie sfałszowany obraz przeszłości i zablokować rozpowszechnienie niewygodnych faktów.

Dwa lata temu w TVP wyemitowany został dokument autorstwa Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka „Towarzysz generał” poświęcony biografii Wojciecha Jaruzelskiego. Film obejrzało ok. 3 i pół miliona widzów czyli najwięcej ze wszystkich dokumentów w historii polskiej telewizji. Równocześnie stał się on obiektem wściekłego ataku ze strony establishmentu III RP. Nie zarzucono mu żadnego przekłamania ani nieścisłości. Oskarżano o jednostronność i tendencyjność.

Obecnie ta sama spółka autorów zrobiła kolejny dokument „Tow. Generał idzie na wojnę” koncentrując się wyłącznie na operacji stanu wojennego. Film robi wstrząsające wrażenie. Jest to konsekwencja nawarstwiających się świadectw i dokumentów dostępnych specjalistom, ale nieznanych szerszej opinii w Polsce. Dowodzą one niezbicie, że Związek Sowiecki, owszem, domagał się od przywódców PRL  zdławienia Solidarności i zadowolony był ze stanu wojennego, ale jednoznacznie odmawiał militarnej interwencji w Polsce. 10 grudnia, Jaruzelski meldując o przygotowaniu stanu wojennego prosił o wojskowe wsparcie na wypadek niepowodzenia i otrzymał jednoznacznie negatywną odpowiedź. Moskwa nie będzie w Polsce zbrojnie interweniowała. To tylko najbardziej wymowne z licznych świadectw postawy Moskwy w tej kwestii.

W filmie znajdujemy wiele dowodów na to, że Sowieci pogodzili się z ewentualną zmianą systemu politycznego w Polsce domagając się jedynie zabezpieczenia ich militarnego interesu, a więc byli gotowi zaakceptować „finlandyzację” naszego kraju. Wprost o tej decyzji Moskwy pisał w swoim pamiętniku opublikowanym we fragmentach w „Uważam Rze” [10-16.10] zastępca kierownika Wydziału Międzynarodowego KC KPZS, Anatolij Czerniajew. Świetnie zrobiony „Tow. Generał idzie na wojnę” zostanie wyemitowany we francuskim kanale dokumentalnym „Planete”, ale możemy być pewni, ze nie pojawi się w żadnej dużej telewizji w Polsce mimo, że zapewniłby wielki komercyjny sukces. Po jego emisji jednak powtarzanie kłamstwa o stanie wojennym jako ocaleniu Polski przed interwencją sowiecką, byłoby znacznie utrudnione.

Można uznać, że jest to jedno z kłamstw założycielskich III RP. Inne głosi, że Jaruzelski wraz z ekipą „oddali władzę” przy Okrągłym Stole, gdy w rzeczywistości w jego konsekwencji uratowali nie tylko skórę, ale i przywileje.

Ludzie zwykle jednak nie chcą żyć w kłamstwie, a rozliczenie komunizmu jest warunkiem odbudowy naszej narodowej wspólnoty. Dopóki prawda o stanie wojenny nie stanie się wiedzą powszechną, dopóty jego rocznica nie będzie jedną z wielu historycznych rocznic.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Katolicy ludowi i pogłębieni

24 paź 2011

Przeglądając polskie media po ostatnich wyborach, można by odnieść wrażenie, że zwyciężył w nich osobnik ze świńskim ryjem i gumowym penisem. W rzeczywistości zdobył 10 proc. głosów, SLD niecałe 8, a wyborcy głosowali na te ugrupowania z różnych powodów.

Znaczące jest jednak poparcie,  którego antyreligijnej kampanii udzielają ośrodki opiniotwórcze  III RP, ogłaszając z obłudną troską, że Palikota stworzyły trzy główne grzechy Kościoła polskiego:  upolitycznienie, pycha i powierzchowność.

Upolitycznienie oznacza krytykę status quo III RP, co jest „pisizmem”, gdy właściwą, apolityczną postawę prezentuje np. bp Tadeusz Pieronek wzywający, aby siłą rozgonić modlących się w niesłusznej intencji.

Pycha to zabieranie głosu w sprawach publicznych, gdyż prawa, które przysługują grupce ogłaszającej się pozarządową organizacją, w żadnym wypadku nie mogą być udziałem Kościoła, który jednoczy znaczną większość narodu.

Powierzchowność natomiast to stary zarzut zgłaszany pod adresem polskiej, ludowej, „obrzędowej”, „niepogłębionej” wiary, na którą znaczna część katolickich intelektualistów, np. z kręgu „Tygodnika Powszechnego”, patrzyła z obrzydzeniem. Subtelni czytelnicy Emmanuela Mouniera i Reinholda Niebuhra nie mogli się pogodzić, że wyznają tę samą religię co babiny mamroczące godzinki przed obrazem Matki Boskiej. Najprostszym wyjściem było przyjęcie, że prostaczkowie owi, z pewnością bezrefleksyjnie wypełniający rytuały religijne – innego typu refleksji niż własna wspomniani intelektualiści nie byli w stanie zaakceptować – nie są naprawdę chrześcijanami.

Intelektualistów tych nie cieszyły pełne kościoły. Wręcz przeciwnie. Modlitwa w tłumie jest przecież  taka pospolita. I czy można za prawdziwych katolików uznawać  ludzi, z którymi nie sposób podyskutować o paradoksach  teologii negatywnej?

Takim intelektualistom nie są potrzebne żadne religijne symbole, a nawet kościoły. Mocą swojego intelektu są w stanie kontaktować się bezpośrednio i po koleżeńsku z Bogiem. Nie mają nic przeciwko temu, żeby Palikot zrobił wokół nich trochę porządku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Białoruskie standardy

17 paź 2011

Po wyborach były marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna ogłasza, że Jarosława Kaczyńskiego, a najpewniej także Zbigniewa Ziobrę, trzeba będzie postawić przed Trybunałem Stanu.

Chodzi ciągle o te same sprawy, które stały się pretekstem do nagonki na PiS,  a sięgają czasów jego dwuletnich rządów. Antykorupcyjne działania partii Jarosława Kaczyńskiego przedstawione zostały jako zamach na prawa człowieka i budowa państwa policyjnego. Samobójcza (wszystko wskazuje na to, że przypadkowa) śmierć Barbary Blidy ogłoszona została zbrodnią PiS,  a w szczególności Kaczyńskiego  i Ziobry.

Cztery lata polowania nie dały nic. Wywodzący się z establishmentu  III RP, a więc generalnie sympatyzujący z PO, wymiar sprawiedliwości nie znalazł żadnego pretekstu, aby postawić przed sądem polityków opozycji. Szef komisji do spraw nacisków, jakich rzekomo dopuszczał się PiS wobec wymiaru sprawiedliwości, Andrzej Czuma (do niedawna poseł PO) kierujący się przyzwoitością ogłosić musiał, że nacisków nie było. Pozbawiony jej Ryszard Kalisz domagał się trybunału dla liderów opozycji z powodu, jak twierdził, wytworzenia przez nich niewłaściwej atmosfery, która doprowadziła do śmierci Blidy.

Wydaje się oczywiste, że żadnego trybunału dla Kaczyńskiego i Ziobry nie będzie. Jednak oficjalna wypowiedź Schetyny mieści się w kampanii delegitymizacji opozycji  i sytuuje Polskę bliżej standardów Białorusi niż krajów demokratycznych. W tym samym czasie  wicemarszałek Sejmu z tej samej partii Stefan Niesiołowski nawołuje nowego właściciela „Rzeczpospolitej” do wyrzucenia redaktora naczelnego za brak należnych  rządowi uczuć. Przy okazji subtelnie proponuje mu pracę w przemyśle pornograficznym. Fakt, że Niesiołowskiego trudno traktować poważnie, zmienia niewiele.  Pełnił on ważną funkcję państwową wicemarszałka Sejmu, a powierzenie jej tego typu osobnikowi wiele mówi o stanie, w jakim znajduje się nasz kraj.

Prorządowa celebrytka dziennikarska, która zachęca go do kolejnych ekscesów, domagając się, aby wyliczał „pisowskich lizusów”, dopełnia obrazu rzeczywistości III RP pod rządami partii miłości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gwiazda jednego sezonu

11 paź 2011

Uderzające, że w kampanii nikt nie zajął się wszystkimi zwrotami i ciemnymi plamami kariery Janusza Palikota – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”

Do pewnego stopnia można się zgodzić, że Janusz Palikot wprowadza nową jakość do polskiej polityki – jak wieszczą to rozentuzjazmowani dziennikarze „wiodących mediów”. Pokazuje on, że nie obowiązują już w niej jakiekolwiek standardy czy tabu. Można zrobić i powiedzieć wszystko, rzucać dowolne insynuacje, kpić ze wszystkiego i obrażać przeciwników w najbardziej chamski sposób. Przy osobniku ze świńskim ryjem i gumowym penisem nieżyjący już Andrzej Lepper jawi się wprawdzie jako prostak, ale z zasadami.

Ulubieniec salonu

Winiarz z Biłgoraja kpił z ludzi, którzy zginęli w tragiczny sposób, szydził z cierpienia ich najbliższych, oskarżał ich o najgorsze. Szczycił się tym, że jego strategia polegała na odarciu z godności przeciwników, w tym urzędującego prezydenta, i na najcięższych pomówieniach.

Wszystko to nie przeszkadzało mu pozostawać ulubieńcem mediów i salonu III RP. Tak jak nie przeszkadzały długotrwałe postępowania o machlojki wyborcze (poprzednią kampanię, jak wynika z oficjalnych danych, ufundowali Palikotowi studenci i emeryci) czy oskarżenia o wyprowadzanie do rajów podatkowych swoich przedsięwzięć biznesowych, co trudno nie uznać za matactwa podatkowe.

Droga życiowa Palikota pokazuje, że jest on cynicznym karierowiczem. Na początku zgodnie z ówczesnym klimatem próbował przedstawiać się jako wysoce etyczny, chrześcijański biznesmen i fundował konserwatywny, katolicki tygodnik. Gdy wiatry powiały w inną stronę, zmienił swoją postawę o 180 stopni. Nie zdyskwalifikowało go to, a nawet nie umniejszyło jego medialnej popularności, co oznacza, że nic nie jest w stanie tego zrobić i że media polskie, a w każdym razie ich najbardziej wpływowe ośrodki, wyrzuciły na śmietnik historii jakiekolwiek zasady, poza, oczywiście, swoim dobrze pojętym interesem. Uderzające było w kampanii, że nikt nie zajął się wszystkimi zwrotami i ciemnymi plamami kariery popierającego siebie osobnika.

Palikot zresztą doskonale pasuje do swoich haseł i wręcz wciela ową „oświeceniową” rewolucję – jak ją zwykł nazywać ku uznaniu powtarzających to za nim dziennikarzy i celebrytów. Otóż rewolucja owa ma kontrkulturowy charakter i polega na „wyzwalaniu” (emancypacji) jednostki ludzkiej ze wszelkich ograniczeń, czyli norm i zasad, na jakich musi opierać się kultura, w tym także ta, która stworzyła „Europę” i dała jej impuls do zdominowania świata.

Obecna kontrkulturowa rewolucja, która mieni się być kontynuacją czy wręcz spełnieniem europejskiej cywilizacji, w rzeczywistości jest jej zaprzeczeniem. Wprawdzie wzniesiony przez przodków w oparciu o tradycyjne zasady gmach europejski jest solidny i jeszcze czas jakiś mogą pasożytować w nim jego obecni destruktorzy, ale już widać tego konsekwencje. Europa traci dynamizm i powoli staje się ciągle zasobnym, ale nietwórczym i osuwającym się w drugorzędność turystycznym skansenem.

Przygrywka do rewolucji

Kraje postkomunistyczne ominęła kontrkulturowa rewolucja, ale obecnie w splecionej rozmaitymi więzami Europie, a zwłaszcza w Unii, narażone są na jej ofensywę. Rewolucja ta stanowi dzisiaj jedyną ideologię wywodzącej się z kontestacyjnych ruchów i stanowiącej unijny establishment lewicy.

Toteż instytucje brukselskie robią wszystko, aby zaimplantować go w krajach przystępujących do UE, wspierając funduszami przedsięwzięcia wymierzone w religię i klasyczną (a więc jedyną, którą znamy) kulturę.

Wydawałoby się, że tradycyjna i katolicka Polska jest impregnowana na tego typu tendencje, ale duch czasu dociera i do nas. Przygrywką do wojny kulturowej było starcie o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Awantura sprowokowana została przez prezydenta Komorowskiego i trudno przypuścić – nawet w jego wypadku – aby był to przypadek. Oczywiście, ani Bronisławowi Komorowskiemu, ani PO, której był on w tej kwestii przedstawicielem, nie chodziło o żadną kulturową rewolucję. Jak zawsze celem było zapędzenie do narożnika, a właściwie do skansenu politycznych przeciwników. Chodziło o to, aby ludzi walczących o ujawnienie prawdy o katastrofie smoleńskiej przedstawić jako opętanych nienawiścią i agresywnych „rydzykowców”, a Jarosława Kaczyńskiego jako cynicznie manipulującego symbolami religijnymi politykiera. To zresztą znamienne, że obecna wydrążona z jakichkolwiek idei (nie piszę o ideologii, ale nawet najszerzej rozumianych ideach) władza nie przejmuje się dalszymi konsekwencjami swoich doraźnych partyjnych działań. Demonstruje to także wspomaganie owych tendencji przez obecne Ministerstwo Kultury.

Polityczny cwaniak

Cała awantura pokazała jednak, jak silny jest zwłaszcza w wielkomiejskim establishmencie III RP antyklerykalny i kontrkulturowy potencjał. Polityczny cwaniak, którym jest Palikot, postanowił go zagospodarować, zwłaszcza że owe postawy być może najsilniejsze są w mediach, z których nauczył się on korzystać.

10 proc., które zdobył, to nie tak znowu dużo i można uznać, że w każdym społeczeństwie, zwłaszcza pozbawionym twardego kulturowego kośćca – a takim jest każda zbiorowość po latach komunizmu – może zdarzyć się tego typu margines popierający polityczne patologie. Charakterystyczne, że główna masa wyborców Palikota to młodzi ludzie o średnim wykształceniu ze wsi lub małych miasteczek. To zwykle osoby oderwane od swojego naturalnego środowiska kulturowego, nieodnajdujące się w świecie, do którego aspirują, i tym bardziej usiłujące eksponować jego najbardziej zewnętrzne atrybuty.

Z drugiej strony jednak zwycięstwo Palikota nad SLD wydaje się przypieczętowywać los postkomunistycznej lewicy w Polsce. Okazuje się, że albo weźmie ona na sztandary kontrkulturowe hasła współczesnej europejskiej lewicy, a więc zmieni swoją tożsamość, albo zrobi to za nią jakiś Palikot, przejmując jej rolę. Byli beneficjenci PRL przywiązani do spadkobiercy PZPR, jakim jest SLD, powoli wymierają. Zrozumiał to Ryszard Kalisz, który wydaje się najbardziej prawdopodobnym następcą Grzegorza Napieralskiego. Istnieje zresztą możliwość, że Tusk wspierał Palikota jako osobę, która zajdzie SLD z lewa (Napieralski był nieco związany postawami starych towarzyszy, którzy nie lubią obyczajowych nowinek).

Dziś Palikot deklaruje daleko idące otwarcie w kierunku PO. Nigdy zresztą zbyt mocno (w porównaniu z Kaczyńskim i PiS) nie atakował premiera. W efekcie Tusk nie tylko wygrał wybory, ale znajduje się w wygodnej pozycji rozgrywającego lewą stronę sceny politycznej. A przecież tylko o to mu chodzi, a nie o jakieś długofalowe zjawiska czy też rację stanu, w którą nie wydaje się w ogóle wierzyć.

Palikot to najprawdopodobniej gwiazda jednego sezonu politycznego, ale wspierana przez establishment III RP i jej media kontrkulturowa rewolucja pod patronatem UE jest zjawiskiem, z którym będziemy się musieli zmagać długie lata.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Turcja a sprawa polska

10 paź 2011

Turcja jest najszybciej rozwijającym się krajem Europy i Bliskiego Wschodu. Islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, AKP, która rządzi państwem od 2002 roku, rozmontowała system zaprojektowanej przez Atatürka świeckiej, nadzorowanej przez armię, republiki, ale wbrew obawom nie narzuciła dotąd Turcji fundamentalistycznego gorsetu.

Wręcz przeciwnie: odbiurokratyzowała gospodarkę i – przede wszystkim – podjęła walkę z krępującymi kraj układami dominującego w niej od dziesiątków lat establishmentu. Otworzyło to możliwość wejścia na rynek nowych podmiotów i zdynamizowało Turcję.

W efekcie oznaczało wzmocnienie państwa, które prowadzi dziś zdecydowanie bardziej suwerenną politykę. Z perspektywy szeroko rozumianych interesów polskich nie musi to być najdogodniejsze, ale jest wyrazem aspiracji Turków.

Wprawdzie polski PKB jest nieco niższy niż turecki, ale polscy obywatele są znacznie zamożniejsi niż Turcy. Tureckie społeczeństwo jest bardzo młode, polskie również, tyle że w Turcji, w przeciwieństwie do Polski, ta sytuacja jest uznawana za bogactwo. Na edukację państwo wydaje tam 2,8 proc. budżetu, w Polsce 0,8. Również na obronność wydatki są tam wyższe niż w Polsce, a Turcja staje się regionalną potęgą.

Kryzys 2008 r. doprowadził gospodarkę turecką do recesji, ale następne lata z nawiązką odrobiły ówczesne straty.

Bez funduszy europejskich Turcja potrafiła zasadniczo zmodernizować swoją infrastrukturę i osiągnęła rekordowe tempo budowy dróg i kolei. Kraj ten nie ma nic, co sytuowałoby go na lepszej pozycji niż Polska. Tamtejsze elity postawiły jednak na narodową tożsamość, odwołały się do ambicji obywateli i rozbiły spetryfikowane układy blokujące od lat rozwój Turcji.

Elity III RP wmawiają nam, że rozwój naszego kraju zależy od zachodniej jałmużny, którą otrzymamy, jeśli będziemy posłuszni, a postęp oznacza uznanie związków homoseksualnych za małżeństwa, małżeństw za niezobowiązujące związki partnerskie, a tak w ogóle pozbycie się brzemienia naszej tożsamości.

Na szczęście, nie jesteśmy na owe elity skazani.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Media, celebryci i lęki

PO apelowała do żebraczo-lokajskiej postawy Polaków, dowodząc tym samym, jak postrzega swoich wyborców .

Kampania wyborcza PO rozgrywała się głównie w mediach i nie polegała na spotach wyborczych i wystąpieniach jej polityków. Partia Donalda Tuska zwyciężyła dzięki wsparciu zjednoczonego frontu mediów prorządowych, czyli wszystkich dużych telewizji, większości radiostacji i gazet. Konkurowały one w tym, kto efektowniej podliże się rządowi, a zwłaszcza, kto dotkliwiej przywali opozycji.

Dlaczego – choć wzruszający był pokazywany w „Faktach” wspólny bieg po Błoniach Katarzyny Kolendy-Zalewskiej i Donalda Tuska oraz prowadzona przez nich pogawędka o kondycji polskiej polityki czy relacje w „Wiadomościach” z „tuskobusu”, w którym premier rzeczowo tłumaczył, że należy zbliżyć się do ludzi, choćby warunki były ciężkie – to jednak gros zainteresowania przyciągały zmagania dziennikarskiego frontu z siłami zła, czyli z PiS.

Najtrudniejsze zadanie wziął na siebie Tomasz Lis, który w zastępstwie Tuska starł się z głównym demonem, czyli Jarosławem Kaczyńskim. Wprawdzie poległ na polu bitwy, ale chyba nieprawdą jest, że zostanie za to zwolniony przez Tuska, bo starał się jak mógł, a sam premier wie, że nie zawsze wszystko wychodzi, jak byśmy chcieli. Palmy pierwszeństwa pozazdrościł Lisowi Jarosław Gugała, rozmawiając w Adamem Hofmanem w Polsacie.

Prasa pisana towarzyszyła elektronicznej, Adam Michnik straszył z „Gazety Wyborczej” podobnie jak jego następca, Kuba Wojewódzki z okładki „Wprost”. Michnik tłumaczył młodym, że powinni zagłosować na PO, a później czym prędzej zmykać na emigrację, Wojewódzki swoim o 30 lat młodszym rówieśnikom serwował wyjaśnienia podobne, choć w roli Wernyhory wreszcie wydał się naprawdę zabawny.

Ograniczając się tylko do tych przykładów, przepraszam wszystkich niewymienionych dziennikarzy, których osiągnięcia w szczuciu opozycji są podobne.

Kampania wyborcza w mediach polegała na twórczym rozwinięciu skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju, w którym rząd straszy PiS-em. Skala jednak dawała efekty nieporównywalne, a polowanie na opozycję przyniosło wreszcie zdobycz. Dowiedzieliśmy się, że sformułowanie Kaczyńskiego o tym, iż kanclerz Merkel została wybrana „nieprzypadkowo”, równa się wypowiedzeniu Niemcom wojny. Od teraz wszyscy polscy politycy pamiętać muszą, że wybór ich zachodnich partnerów ma charakter czystego zbiegu okoliczności.W tę kampanię rządząca partia miała się tylko wkomponować, ale trzeba przyznać, że godnie uzupełniała media. W wymiarze pozytywnym PO zaapelowała do żebraczo-lokajskiej postawy Polaków, dowodząc tym samym, jak postrzega swoich wyborców. W kampanii billboardowej „Więcej z Unii” sugerowała rodakom, że jako lepiej postrzegana na europejskich salonach jest w stanie wyprosić stamtąd więcej.

Za to najgłośniejszy i najbardziej eksponowany ze spotów wyborczych PO prezentował ekstrakt jej polityki miłości. Wynikało z niego, że zagrożeniem dla kraju są już nie tylko politycy opozycji, ale część społeczeństwa, która gotowa jest ich poprzeć, przedstawiana jako kombinacja starych fanatyków i stadionowych bandytów. „Oni pójdą głosować. A Ty?” – apelowała do swoich sympatyków PO.

Intelektualnie kampanię tę podsumował rysownik Andrzej Mleczko, który stwierdził, że ma alergię na PiS. Tradycyjnie była to choroba – obecnie okazuje się polityczną postawą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platforma tworzy aurę wojny domowej

03 paź 2011

Nowy klip wyborczy PO to jakościowa zmiana w polskiej, a chyba także w europejskiej, polityce. To znacznie więcej niż najbardziej nawet gwałtowny atak na polityków strony przeciwnej

To  dezawuowanie obywateli, którzy ich wybierają  – w tym wypadku wyborców PiS. To odczłowieczenie ich  i przedstawienie jako opętanej nienawiścią tłuszczy,  którą trzeba powstrzymać  albo może lepiej wyeliminować. Na razie z życia publicznego.

„Jarosław!” – skanduje tłum przed Pałacem Prezydenckim. Wykrzywione złością twarze, ktoś usiłuje sforsować barierki. Ludzie szarpią się ze strażą miejską. Jakiś ranny strażnik przysiada, trzymając się za twarz. – Tusk albo Komorowski! W łeb!  – wykrzykuje jakiś młody człowiek. Grupa na stadionie rzuca butelkami, ktoś kogoś kopie. – Nienawidzę ich! – wrzeszczy przed Pałacem Prezydenckim inny osobnik. Te same ujęcia puszczone raz jeszcze w przyspieszonym tempie. Teraz wiadomo tylko, że zieje z nich agresją. Napis przez cały ekran: „Oni pójdą na wybory”. Starsza osoba szarpie za chustę młodego człowieka: „A ty?” – woła ostatni napis.

Dobra tradycja montażu w służbie manipulacji. To na takich metodach opierała się totalitarna propaganda.

To nieważne, że to grupka broniąca krzyża na Krakowskim Przedmieściu była obiektem agresji: obrażana, prowokowana, atakowana fizycznie. Szokujące akty przemocy przeciw niej nie zostały dostrzeżone przez największe telewizje, każdy desperacki akt obrony pokazywany był  w nieskończoność.

Klip PO postawił kropkę nad i. Skandujący „Jarosław!” zwolennicy PiS, obrońcy krzyża i stadionowi bandyci to jedno. To nienawistnicy: młodzi, ale zwłaszcza starzy psychopaci. Starość jest odrażająca i głupia – sugerują nam twórcy z PO – zwłaszcza jeśli sprzymierzy się ze stadionową hołotą. Należy stawić jej czoło.

PO usiłuje stworzyć aurę wojny domowej, wyzwolić antydemokratyczne postawy, które nie tylko odbierają rację, ale i dehumanizują przeciwną jej część społeczeństwa. Taka atmosfera doprowadziła do zamordowania członka PiS Marka Rosiaka. Klip PO przekracza kolejny próg.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Wyborcza” idzie na wojnę

21 wrz 2011

Na samochodzie historyka Holokaustu Dariusza Libionki jacyś idioci namalowali sprayem swastykę

Można odnieść wrażenie, że „Gazeta Wyborcza” kolejny raz (pierwszy po dewastacji pomnika w Jedwabnem) odetchnęła z ulgą: można ogłosić partyjną mobilizację. Głupawy incydent służy narodowym generalizacjom.

„Czas patriotów” – głosi czołówka dziennika, gdyż wiadomo, że polscy patrioci posługują się znakiem swastyki. „Wzbiera brunatna fala” – deklaruje w komentarzu Seweryn Blumsztajn: „PiS przytulił rasistowskie środowiska kibiców spenetrowane przez neofaszystów, wydał im patriotyczny glejt i włączył w antytuskową krucjatę. Tylko pamiętajcie, panowie – kto wiatr sieje, burzę zbiera. Będziecie rozliczani z każdego rasistowskiego napisu na stadionie, z każdego bandyckiego incydentu – to są już Wasi chłopcy”.

A może by rozliczyć „Wyborczą” i Blumsztajna osobiście za zabicie działacza PiS i ciężkie poranienie drugiego przez obłąkanego antykaczyńską nagonką nienawistnika? A czy to nie Blumsztajn zachwycał się „swoimi chłopcami” z antify, którzy młotkami ciężko pobili ludzi jadących na manifestację z okazji odzyskania niepodległości? To konkrety, przy których namalowanie swastyki nie znaczy wiele. A może Blumsztajn i jego organ zajęliby się osobnikiem używającym pseudonimu Holocausto, który został właśnie arbitrem w TVP?

No, ale Holocausto nie popiera PiS. A źródłem wszelkiego zła, a więc i nazizmu („brunatna fala”), jest w Polsce ta partia. Blumsztajn uczył się dialektyki od Lenina, a jego tautologie są rzeczywiście jak cepy. Kibice to faszyści (dla niego tożsami z nazistami, ale kto by się bawił niuansowaniem w czasie wojny), a więc ktoś, kto występuje przeciw łamaniu ich praw, wspiera rasizm. Tak naprawdę chodzi jednak o to, aby skojarzyć PiS z tym, co najgorsze. Są przecież wybory.

Najbardziej odrażające w tym jest instrumentalne, partyjne wykorzystanie spraw śmiertelnie poważnych. Rzeczywiście: kto sieje wiatr – zbiera burzę. Ani Blumsztajna, ani jego komilitonów nie usprawiedliwia to, że nie widzą,  co czynią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pajac w roli demiurga

20 wrz 2011

Trochę głupio mi reklamować osobnika ze świńskim ryjem i gumowym penisem, ale książkę wywiad z Januszem Palikotem zatytułowaną „Kulisy Platformy” warto przeczytać. Oczywiście nie dlatego, że – jak czytamy na okładce – „ujawnia tajemnice platformy rządu i parlamentu”. Akurat o tych sprawach Palikot nic nowego nie mówi, zwłaszcza dla kogoś, kto obserwuje politykę.

Potwierdza natomiast sprawy, które nie mogły przecisnąć się przez medialną propagandę i interpretacje, które – pomimo że narzucały się same – z tego samego powodu pozostawały poza głównym przekazem. Ciekawe fakty prezentuje, nie zdając sobie z tego sprawy, mimochodem, a najzabawniejsze rzeczy mówi o sobie.

Raz jeszcze pokazuje, że oficjalna wersja rzeczywistości serwowana nam przez PO i ośrodki opiniotwórcze, w tym media, od lat sześciu jest w całości skłamana i odwrócona o  180 stopni. Palikot zaświadcza, że to Donald Tusk zablokował koalicję PO – PiS, a czarna wizja terroru rządów Kaczyńskiego spreparowana została w gabinetach marketingowców przy współpracy realnie pełniących tę samą funkcję tzw. dziennikarzy.

Pokazuje, że polityka rządu PO Tuska była jednym wielkim kłamstwem i ściemą obliczoną na pogrążenie przeciwników, a więc PiS i prezydenta Kaczyńskiego, oraz czarowanie wyborców, do której to roli zostali zredukowani obywatele III RP. Przy tej okazji pojawiają się smaczne opowieści, jak choćby ta o przygotowaniu Beaty Sawickiej do roli płaczącej ofiary CBA.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europejska ściema

19 wrz 2011

„Więcej z Unii” – ogłasza w swojej billboardowej kampanii wyborczej PO. Przekaz jest jasny. Partia Tuska jest lepiej widziana  na europejskich salonach niż PiS, a więc „Europa” da Polakom więcej, jeśli w wyborach spełnią jej oczekiwania i ją wybiorą.

Mamy więc propozycję redukcji obywateli do klientów robiących wszystko, aby zasłużyć na hojność bogatego Zachodu. Nasze polityczne decyzje mają zostać sprowadzone do zgadywania oczekiwań możnych tego świata, a naród – do żebraczej wspólnoty żyjącej z łaski pańskiej.

Ośrodki opiniotwórcze III RP powtarzają nam to ciągle. Wciąż słyszymy, że bez dotacji europejskich nie poradzimy sobie, ale jeśli będziemy grzeczni, Unia weźmie nas na utrzymanie.

Dotacje europejskie są faktem, ale w żadnym kraju samoistnie nie spowodowały cywilizacyjnego awansu. Owszem, mogły tworzyć tego iluzje, jak w Grecji, ale z tego snu Grecy będą musieli, mimo oporu, obudzić się wreszcie w twardej rzeczywistości.

Irlandia, która przed obecnym kryzysem dokonała rzeczywiście wielkiego cywilizacyjnego postępu, zrobiła to własnym wysiłkiem. Strukturalne fundusze pomogły w tym, ale przez wiele lat wcześniej, zanim kraj nie dokonał potrzebnych reform, nie wpływały na jego stan.

W Polsce nie ma poważnej dyskusji ani informacji na temat wykorzystania pomocy europejskiej. Nie wiemy, na ile jest ona marnotrawiona i na ile zabieganie o nią przypomina grę o inwestycje w czasach PRL, gdy chodziło o to, aby przekonać centralę do ekonomicznych projektów, bez względu na ich realną potrzebę, gdyż oznaczało to środki, które w innym wypadku wyrwałby kto inny. Obserwując działania polskich samorządów, można podejrzewać, że podobny mechanizm funkcjonuje dziś w ich relacjach z UE i, być może, pojawia się także na krajową skalę.

Propaganda „więcej z Unii” ustawia nas w żebraczej roli i demoralizuje. Jej akceptacja oznacza, że nie przedsiębiorczość i praca zbudują nasz dobrobyt, a w działaniu na jego rzecz podmiotowość i samodzielność mogą być tylko przeszkodą. Wyobrażenie to jest jedną wielką prymitywną ściemą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop