Afera hazardowa. Instrukcja obsługi

8 lutego 2010 autor rp

Mariusz Kamiński miał rację, że afera hazardowa jest testem dla premiera. Ale nie tylko dla niego. Również dla całego państwa. Na razie nie zdaje go ono najlepiej – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Pomimo wysiłków Platformy Obywatelskiej, rządu i ich sojuszników o aferze hazardowej wiemy już na tyle dużo, aby zażądać poniesienia politycznej odpowiedzialności przez premiera. Oczywiście, polityczna odpowiedzialność nie jest sprawą jednoznaczną. W demokracji to obywatele ustalają jej zakres, decydują, czy naruszenie określonych standardów powinno pociągać za sobą odsunięcie określonego polityka od ważnych stanowisk, a także utratę władzy określonej formacji. Im bardziej kraj cywilizowany, tym ostrzejsze są kryteria oceny.

Korupcja to nie tylko łapówki

Mamy prawo, a nawet obowiązek wymagać od polityków przestrzegania etyki. Wyobrażenie, że jakość rządzenia a etyka to różne sprawy, jest nierozumne, a w konsekwencji niebezpieczne.

Etyka to zestaw norm i zasad, którymi rządzi się dana społeczność. Budują one wzajemne zaufanie, które jest fundamentem wspólnoty. Zależy od niego działanie państwa, a więc także stan gospodarki i – generalnie – jakość życia ogółu. Korupcja nie tylko podraża wszelkie transakcje, ale rozregulowuje mechanizmy rynkowe i podkopuje całość gospodarki. A korupcja to nie wyłącznie wręczanie łapówek. Zaczyna się od nierównego traktowania podmiotów gospodarczych, co prowadzi do łamania fundamentalnej zasady wolnego rynku.

Przeczytaj cały tekst

Kim on był i co robił wcześniej?

3 lutego 2010 autor rp

– A pan głosował za powołaniem CBA? – przypiera Grzegorza Schetynę do muru Bartosz Arłukowicz, dociekliwy śledczy afery hazardowej.

– To było wcześniej – tłumaczy się Schetyna. Wcześniej, niż CBA zainteresowała się układami na Dolnym Śląsku, w królestwie Schetyny. Skądinąd to dość oczywiste, że nieistniejące CBA nie robiło tego. – Gdybym wiedział, przemyślałbym to.

– A tłumaczyliśmy, ostrzegali – kiwa ze smutkiem głową Arłukowicz. Schetyna mówi więc, że gdyby wiedział, iż antykorupcyjny urząd będzie śledził korupcję również w jego środowisku, nie przyłożyłby ręki do jego powstania. A Arłukowicz przypomina, że doświadczeni politycy z partii postkomunistycznej ostrzegali, że będzie on do tego zdolny.

Arłukowicz ma problem z Mariuszem Kamińskim. Pytany, jak odbiera zeznania Kamińskiego przed komisją, odpowiedział, że były one spójne i przekonujące, ale… Śledczy uśmiecha się znacząco: – Mógłbym uwierzyć, że Kamińskim powoduje racja stanu, ale przecież pamiętam, kim był Kamiński i co robił wcześniej… Kim był Kamiński i co robił wcześniej? Był członkiem PiS, a wcześniej przywódcą Partii Republikańskiej, w której kontynuował swoje NZS-owskie zaangażowanie. Czy ma na koncie jakieś kompromitacje? Przyłapano go na kłamstwie, wiarołomstwie, naruszeniu norm?

Przeszłość Kamińskiego budzi wątpliwości polityka, w którego partii gros ważnych stanowisk zajmują byli aparatczycy PZPR, którzy tłumili niepodległościowe i wolnościowe dążenia swojego narodu – żeby ująć to oględnie. Oni wątpliwości Arłukowicza nie budzą.

Schetyna może pluć sobie w brodę, że przyczynił się do powołania CBA, bez którego nie byłoby afery hazardowej. Ot, nie byłoby dopłat dla hazardowych bonzów, którzy funkcjonowaliby dobrze, co nie znaczy, że teraz mają się źle. I minister Drzewiecki do teraz nie zauważyłby pomyłki, która uszczuplałaby budżet jego resortu o pół miliarda złotych.

Gdyby Schetyna posłuchał Arłukowicza et consortes, nie byłoby sprawy, a więc i komisji śledczej. Pośle Arłukowicz, może dobrze jednak, że pana nie posłuchali?

Na szczytach hipokryzji III RP

1 lutego 2010 autor rp

Nie było właściwie reakcji na niezwykle znaczący artykuł Romana Graczyka (”TW “Targowska” czyli zawiść i pieniądze“). Tekst na konkretnym przykładzie tak dobitnie przygwożdżał hipokryzję przeciwników lustracji, że odpowiedzieć było im nie sposób.

Historyk, profesor UJ Andrzej Romanowski, któremu wszystko kojarzy się z lustracją, w wykładzie na temat zła tejże posłużył się kolejnym przykładem skrzywdzonego agenta. Skrzywdzoną była adiustatorka “Tygodnika Powszechnego”, a krzywdą odsłonięcie jej “niewinnych” kontaktów z SB, co, jak sugerował Romanowski, mogło doprowadzić do jej śmierci. Twierdzi on, że “polska lustracja to podeptanie ludzkiej godności”, a także przyczyna śmierci samobójczych albo wywołanych polustracyjnym szokiem. Historyk odwołuje się do “pogłosek”. Wykład wygłosił dla Trybunału Konstytucyjnego. Przypuszczalnie więc w następnym orzeczeniu tej instytucji na temat lustracji znajdziemy jego tezy. Wprawdzie są one od początku do końca fałszem i manipulacją, ale Trybunał Konstytucyjny zdążył już dokonać archimedesowego odkrycia, przeciwstawiając prawdę godności przy okazji zakwestionowania lustracyjnej ustawy.

A ofiara lustracji z “Tygodnika Powszechnego”? Umarła w wieku 82 lat bez żadnego widocznego związku z dużo wcześniejszym ujawnieniem, które zresztą bagatelizowała. Donosiła z zawiści i dla pieniędzy. Starała się szkodzić najbardziej, jak umiała, a swoje donosy opatrywała apelami w rodzaju: “dać im porządnie po kulach”. Oto pozytywny przykład wrogów lustracji, dla których każdy staje się męczennikiem, kiedy tylko ujawniona zostaje jego “niewinność”.

Jakieś reakcje jednak były. W “Tygodniku Powszechnym” Marian Stala demaskację przekłamań Romanowskiego nazwał “napaścią” i oburzał się na zbyt ostre sformułowania autora. O meritum ani słowa. Obok Józefa Hennelowa załamywała ręce nad “deptaniem smutnych mogił”. Czy oznacza to, że zmarłych nie wolno oceniać?

Ludzie są śmiertelni. Również dranie. Jest w tym jednak jakaś pociecha.

Tusk w morzu wazeliny

30 stycznia 2010 autor rp

“Gazeta Wyborcza” próbowała utopić premiera Donalda Tuska. Co więcej, perfidnie zdecydowała się tego dokonać w morzu wazeliny. Czy nie ma kary na takie bezeceństwa?

“Gdyby Donald Tusk zechciał kandydować zostałby prezydentem i wziąłby triumfalny rewanż na Lechu Kaczyńskim. Wybrał inaczej, co budzi szacunek.” Tak redakcyjny komentarz zaczyna p.o. Michnika, Jarosław Kurski.

Niniejszym ogłasza on swoje prorocze dyspozycje. Mieć pewność kto wygra wybory na ponad pół roku przed ich terminem, przed rozpoczęciem się kampanii, to — w demokracji — deklarować swoje ponadludzkie kompetencje. W tym wypadku kompetencje “wyborcze”.

“W tym sensie Tusk jest pierwszym od czasów Tadeusza Mazowieckiego politykiem myślącym w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja. Politykiem, który narzuca odpowiedzialny styl myślenia o polityce i państwie. To styl będący odwrotnością miałkich politycznych kłótni i płaskich PR-owskich efektów. Styl niezrozumiały dla ludzi, dla których polityka to tylko okładanie się pięściami, dopóki przeciwnik nie padnie na deski. Jak niedorzeczne są teraz ich komentarze. Mówią: ‘Tusk stchórzył’, ‘Tusk chciał przykryć komisję hazardową.’ Żałosne.” Proszę wybaczyć ten przydługi cytat, ale to nie tylko jego niewątpliwa uroda każe mi go przytaczać.

Przeczytaj cały tekst

Czy Polaków stać na niepodległość?

30 stycznia 2010 autor rp

Każdy chętnie uwierzy, że nie potrzeba żadnych wysiłków ani ofiar. Niepodległość sporo kosztuje, ale daje w zamian dużo więcej. Jak nigdy od setek lat stoi ona w zasięgu naszych możliwości. Pytanie: “czy będziemy chcieli chcieć”.

Pytanie o to czy stać nas na niepodległość jest niepokojące. Niepokoi zwłaszcza częstotliwość jego zadawania. Nie jest ono właściwe dla narodów w dobrej kondycji. Wątpliwości na ten temat nie mieli Polacy w okresie międzywojennym. Mogli narzekać na to co zrobiliśmy z naszą niepodległością, obawiać się o jej zagrożenia, ale tak postawione pytanie, które właściwie kwestionuje prawo Polaków do suwerenności było absolutnym marginesem.

Owszem, również wtedy pojawiały się ugrupowania, jak komuniści, które niepodległość Polski uznawały wręcz za obciążenie. Były one jednak zupełnie nieznaczące w skali narodu. Dziś, w środowiskach opiniotwórczych wątpliwości na temat perspektyw naszej niepodległości są na porządku dziennym. Część z nich zakłada, że tradycyjne rozumienie niepodległości jest już przestarzałe i postęp wymaga od nas abyśmy się jej zrzekli na rzecz mitycznej Europy uosobionej w UE. Część uznaje, że w globalizującym się świecie Polska jest zbyt słabym podmiotem, aby niepodległość utrzymać, a więc powinna poszukać sobie najlepszego z możliwych patrona. Niedawno tekst w tym duchu popełnił w „Rzeczpospolitej” publicysta, wydawałoby się, przywiązany do wartości narodowych i o konserwatywnych przekonaniach.

Postawy te jednoczy wyobrażenie dziejowych determinacji, które to, ich rzecznicy, w przeciwieństwie do mas naiwniaków, są w stanie rozpoznać i wyciągnąć z nich wnioski. Nic nie nauczyły wyznawców ducha czasu nieustanne i obciążone ponurymi konsekwencjami pomyłki im podobnych w XX wieku. Pewnie nie nauczą już nigdy. W rzeczywistości zamiast wcielać się w proroków rozpoznających “nieuchronne procesy dziejowe” lepiej wyciągnąć wnioski z historii, która kompromitowała wszelkie takie usiłowania.

W tym kontekście odpowiedź na pytanie: czy Polaków stać na niepodległość, jest wyjątkowo prosta. Jeśli uznają, że ich nie stać, to niepodległości mieć nie będą; jeśli odpowiedzą, że tak, to mają szansę ją utrzymać i wzmocnić. I na tym można by tekst zakończyć. Warto jednak choćby wskazać rzeczy takie jak: rolę niepodległości narodowej współcześnie, a także pozycję Polski na międzynarodowej mapie.

Przeczytaj cały tekst

Chłód ideologicznego ocieplenia

27 stycznia 2010 autor rp

Gdy ponad rok temu zrobiłem swój pierwszy program na temat “człowieka jako sprawcy globalnego ocieplenia”, ekologiczna socjeta zatrzęsła się z oburzenia

Minister środowiska Maciej Nowicki domagał się od władz TVP wyciągnięcia wobec mnie surowych konsekwencji. Na konferencji prasowej, na którą oczywiście nie zostałem zaproszony, program uznany został za skandal. Poważyłem się dać głos uczonym, którzy kwestionowali wpływ człowieka na klimat, a nawet samo zjawisko globalnego ocieplenia. Gorzej, wyraziłem zaniepokojenie ekoterrorem, który nie dopuszcza dyskusji w tej kwestii. Od tego czasu klimat nieco się zmienił.

Po wycieku kompromitujących informacji z angielskiego uniwersytetu stanowiącego bazę IPCC – agendy ONZ, która w naukowym kostiumie straszy niszczeniem przez człowieka klimatu – rzecznicy globalnego ocieplenia ponieśli kolejne porażki. Lodowiec himalajski, który miał stopnieć w latach 30. naszego wieku, ma się dobrze, a więc datę jego zgonu trzeba było przesunąć o lat 300. Metoda badania wzrostu temperatury na ziemi budzi coraz większe wątpliwości. Szef IPCC Rajendra Kumar Pachauri, z wykształcenia inżynier kolejowy (kompetencje ekologicznych sceptyków są nagminnie kwestionowane), okazał się wpisany w tak liczne biznesy tzw. czystych technologii, że jego pozycja zaczęła się chwiać.

I wreszcie północną półkulę nawiedziła wyjątkowo chłodna zima. Ekologiści tłumaczą ją dialektycznie. W ideologię wpisana jest pogarda dla zdrowego rozsądku i “fakcików”, jak Lenin nazywał dane empiryczne.

W 1972 roku niezwykle wpływowy Klub Rzymski ogłosił potraktowany bardzo poważnie raport, w którym przewidywał, że ok. 1995 roku wyczerpią się wszystkie istotne surowce naturalne na ziemi. Naukowcy, którzy go sygnowali, nigdy się z tego nie wytłumaczyli i do dziś cieszą się prestiżem. Czy kiedy zaczniemy walczyć z globalnym oziębieniem, na czele kampanii staną Al Gore oraz działacze IPCC i organizacji im pokrewnych?

Poruszyć europejskie niebo

25 stycznia 2010 autor rp

Dwa tygodnie temu opublikowałem artykuł w formie listu otwartego do premiera Donalda Tuska, w którym przedstawiłem podstawowe wątpliwości co do polskiej polityki energetycznej, a zwłaszcza gazowego kontraktu negocjowanego z Rosją przez wicepremiera Waldemara Pawlaka. Odpowiedzi nie dostałem, nie oczekiwałem jej zresztą.

Liczyłem, że rząd przedstawi publicznie uzasadnienie swych działań, które mają wielkie znaczenie dla kraju i to w długiej perspektywie. Niestety, nic takiego się nie stało. W tekście swoim zawarłem również pytanie, czy rząd pilnuje, aby układany na dnie Bałtyku gazociąg północny nie zablokował dostępu do polskiego Gazoportu, który ma zostać oddany do użytku w Świnoujściu w 2014 roku. Okazuje się, że tak się właśnie dzieje.

Niemiecki Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii (BSH) wydał zezwolenie na położenie gazociągu, natomiast zakwestionował budowę polskiego Gazoportu. Dość zdumiewająca to praktyka. Może w jej kontekście warto ocenić raz jeszcze nasze ekstazy związane z traktatem lizbońskim.

Budowa gazociągu północnego jest przegraną Polski. Należy zrobić wszystko, aby nie przekształciła się ona w klęskę, jaką będzie fiasko Gazoportu, który miał się stać alternatywą dla gazowej zależności od Rosji. W kwestii tej musi obowiązywać absolutna mobilizacja. Świeżo upieczony kawaler niemieckiego orderu Karola Wielkiego Donald Tusk powinien poruszyć europejskie niebo, aby do tego nie dopuścić. Śladu tych wysiłków nie widzimy. Skoro tajna dyplomacja rządu przynosi takie konsekwencje, może należy wreszcie ją ujawnić i pokazać Polakom, gdzie się znajdujemy.

W 1988 roku kilka ważnych osób “Solidarności” odwiedziło Paryż i spotkało się z redaktorem “Kultury” Jerzym Giedroyciem. – Stary zwariował – opowiadali mi. – Pytał, czy mamy przygotowane koncepcje polityki zagranicznej. To jakiś absurd!

Za dwa lata “Solidarność” formowała rząd.

Piszę to nie tylko po to, aby raz jeszcze dowieść przenikliwości 82-letniego wówczas litewskiego giganta. Piszę to… właśnie, no po co?

Rekord “Wyborczej”, europejskie standardy

23 stycznia 2010 autor rp

W miniony czwartek na eksponowanym miejscu w “Gazecie Wyborczej” ukazał się felieton “Podłość roku”. Tytuł ten, piórem Agaty Nowakowskiej, uzyskała wypowiedź filozofa i socjologa – Zdzisława Krasnodębskiego. Poważył się on ironicznie skomentować przyznanie nagrody Karola Wielkiego polskiemu premierowi, Donaldowi Tuskowi. Na początku ogarnęło mnie ukontentowanie. Więc ponad jedenaście miesięcy mogę pisać co chcę i nie zostanę okrzyknięty podlecem roku! Co najwyżej, artykuł mój otrzymać może miano “nikczemności roku”. A biorąc pod uwagę, że to organ Michnika – kwalifikację “hańby roku”. Ukontentowanie moje zaprawione było szczyptą zawiści, a zmącone zostało pytaniem: jak określić występ Nowakowskiej?

Tekst Krasnodębskiego wskazywał dość niepokojące zjawisko: ostentacyjne poparcie ze strony dominujących niemieckich gremiów politycznych dla lidera rządzącej w Polsce partii. Za co Tusk dostał nagrodę? “To postać symbolizująca przezwyciężenie nacjonalistycznych tendencji, które znowu pojawiły się przede wszystkim w Europie Wschodniej”. Ta sentencja kapituły chyba najlepiej oddaje jej intencje. Jakie nacjonalistyczne tendencje przełamywał Tusk? Wygrał z PiS-em. A jakie to niebezpieczeństwa reprezentuje z kolei ta partia? W czym przejawia się jej nacjonalizm? Czy może w uznaniu, że UE jest związkiem suwerennych państw? Jeśli postawę taką reprezentuje kanclerz Niemiec – to jest ona rozumna i zasadna. Jeśli polityk polski – to jest to awanturnictwo i nacjonalizm. Jeśli prezydent polski zastanawia się nad podpisaniem lizbońskiego traktatu – to kompromitacja i skandal. Jeśli robią to Niemcy czekając na decyzję swojego Trybunału Konstytucyjnego, który – co więcej – kwestionuje wszelkie obiegowe sądy na temat UE głoszone przez polskie “autorytety” – to jest to roztropny namysł. A jak nazwać te podwójne standardy obowiązujące w polskich “elitach opiniotwórczych”, które skazują nas na podrzędność w europejskich relacjach? Kundlizmem?

Nie za bardzo chce mi się zajmować tekścikiem Nowakowskiej, bo to wzorzec “Wyborczej”. Wprawdzie Krasnodębski nie napisał słowa o Kaczyńskich, którzy – tak jak PiS – nie istnieją w jego tekście nawet w sugestii, autorka zauważa: “Zapewne dla Krasnodębskiego polskimi patriotami są wyłącznie bracia Kaczyńscy i ci, którzy ich popierają.” Mamy więc klasyczną redukcję ad PiS-orum, którą stosuje zarówno PO jak i salonowe media jakoś nie dostrzegając, że wpisują się w ten sposób w rządową propagandę. Ale nie o tym chciałem.

Nagrodzenie premiera, który ma startować w wyborach prezydenckich nagrodą przyznawaną w trakcie kampanii wyborczej i to przez polityków, nie jest przypadkiem. Tzn. mogłoby ono być przypadkiem w Polsce, ale nie Niemczech. Kropkę nad i stawia uzasadnienie.

Nie oburzam się, że Niemcy chcą mieć na czele państwa polskiego polityków bardziej spolegliwych. Oburza mnie to, że robią to tak ostentacyjnie. Przyznanie pokojowej nagrody Nobla Barackowi Obamie również miało ostentacyjnie polityczny charakter, co wzbudziło jednak dość powszechny niesmak. Nie miało jednak znamion bezpośredniej politycznej wskazówki. Nagroda Karola Wielkiego dla premiera Tuska taki charakter ma. Oczywiście na taki gest wobec Francji czy Włoch politycy niemieccy nie zdobyliby się. W odniesieniu do Polski wiedzą, że każda próba jego krytyki uznana zostanie w środowiskach opiniotwórczych za np.: “podłość roku”.

Sprawa Mariusza Kamińskiego

20 stycznia 2010 autor rp

Rząd PO z premierem na czele utrzymuje, że Mariusz Kamiński spreparował sprawę afery hazardowej, aby wyprzedzić czekające na niego prokuratorskie zarzuty. Ponieważ afera jest faktem, trudno obronić tę interpretację.

Wysiłki w tym kierunku trwają jednak. Powraca stworzona przez premiera Donalda Tuska wersja pułapki, którą jakoby zastawił na niego szef CBA. Uniknięcie owej pułapki (choćby zlecając załatwienie sprawy ministrowi finansów) było tak proste, że trudno poważnie traktować ową wersję.

Sprawa jest jednak dużo poważniejsza. Otóż politycy PO mówią wprost, że od maja minionego roku było wiadomo, że Kamińskiemu mają być postawione prokuratorskie zarzuty. Oficjalnie stwierdził to rzecznik rządu Paweł Graś, powtórzył to Tusk, dodając, że dowiedział się o tym później. A ostatnio oświadczył to samo członek komisji hazardowej Sławomir Neumann.

Rzecz w tym, że zarzuty Kamińskiemu postawiono we wrześniu. Zostawmy na boku ich bezzasadność. W prawie polskim prokurator, jeśli zbierze wystarczające, jego zdaniem, dowody winy, przekształca śledztwo w sprawie w śledztwo przeciw i stawia zarzuty podejrzanemu, który pierwszy ma dowiedzieć się o zarzutach. Nie istnieje status “przedpodejrzanego”. Prokurator nie mógł więc w maju wiedzieć, że we wrześniu postawi Kamińskiemu zarzuty. Jeśliby miał wystarczającą liczbę dowodów, musiałby zrobić to od razu, jeśli nie, to skąd wiedział, że zdobędzie je do września?

Poseł Neumann usiłował wybrnąć z tego kłopotu, stwierdzając, że opóźnienie w postawieniu zarzutów powodowała funkcja Kamińskiego, a więc zdaniem Neumanna najwyższe gremia musiały rozstrzygnąć sprawę. Jeśliby tak było, to znowu oznaczałoby to złamanie prawa, gdyż szef CBA nie ma innych praw niż zwykły obywatel. Wersja Neumanna sugeruje raczej prowokację wymierzoną w Kamińskiego.

Albo więc przedstawiciele rządu kłamią, albo przyznają się do dokonania prowokacji na wielką skalę. Dlaczego polskie media i wymiar sprawiedliwości nie domagają się wyjaśnień w tej zasadniczej sprawie?

Nie grzebać tam, gdzie nie trzeba

18 stycznia 2010 autor rp

Arkadiusz Rybicki, który w imieniu PO przygotowuje rozprawę z IPN, uzasadnia to merytorycznie.

IPN, jak wszyscy wiemy (a jeśli nie wiemy, to powinniśmy wiedzieć), jest instytucją pisowską. Jego prezes Janusz Kurtyka wprawdzie wybrany został również głosami PO, ale głosował na niego PiS, co dyskredytuje go ostatecznie. A zresztą IPN prezentuje pisowską wizję świata, czyli postrzega III RP jako kraj agentów, w którym rządzą funkcjonariusze SB. Tyle że taki obraz jest oczywistą karykaturą i nie sposób znaleźć niczego, co uzasadniałoby przypisanie go IPN.

Czy oznacza to, że Rybicki neguje rolę służb specjalnych wywodzących się z PRL w III RP? Czy przypadkiem wśród znaczących postaci naszego życia publicznego jest tylu dawnych agentów? I czy nie ma to żadnego wpływu na kształt naszego kraju dziś? Oczywiście, pytań takich (bo to pisowskie pytania) Instytut zadawać nie powinien.

Wiemy już więc, czego nie wolno i jaka jest niewłaściwa wizja Polski współczesnej. A jaka jest ta właściwa? Na zjeździe Ruchu Młodej Polski, zasłużonej organizacji opozycyjnej założonej w latach 70., który odbył się parę miesięcy temu, królowały optymizm i zadowolenie. Jedynie Marek Jurek i Kazimierz Ujazdowski mieli uwagi krytyczne pod adresem stanu naszego kraju. Czy przypadkiem nie dlatego, że kombatanci RMP, jak choćby Rybicki, są w większości członkami PO? Są zasłużeni, sami najlepiej wiedzą, jak bardzo są kompetentni, więc fakt, że sprawują władzę lub choćby grzeją się w jej blasku, dowodzi jednoznacznie, że sytuacja w Polsce jest najlepsza z możliwych.

Swego czasu w establishmencie III RP królowała swoista polityczna teoria predestynacji. Tak jak niespecjalnie subtelni następcy Kalwina przyjmowali, że powodzenie w życiu doczesnym jest oznaką łaski Boga, tak rzecznicy III RP uznawali, że skoro mamy wolny rynek i demokrację, to karierę robią ci, którzy najlepiej wcielają te ideały. A jeśli to my najlepiej je wcielamy, to trudno, abyśmy pozwalali na grzebanie za kulisami świata, w którym tak dobrze żeśmy się urządzili.