Historia o dwóch drzewkach

21 maja 2012

Był sobie w Białogardzie pewien właściciel nieruchomości.

Na tej nieruchomości rosły sobie drzewa. Ot, nic wielkiego, drzewa jak drzewa. Pewnego dnia do drzwi zapukali panowie od konserwatora przyrody, którzy oznajmili, że dwa z tych drzew –  klon szypułkowy i dąb zwyczajny  -  to pomniki przyrody, a oni przyszli zamocować stosowne tabliczki.

Właściciel terenu panów wpuścił, może się nawet ucieszył –  wszak to miło mieć na swoim terenie pomnik przyrody. Panowie nadmienili jednak, że obowiązek opieki nad pomnikami spoczywa na nim. I nikt mu w tym nie pomoże. Taka jest litera prawa. Drzewa rosły, rosły, aż zachorowały. Właściciel starał się je jakoś leczyć, ale wiadomo –  tu nurofen nie pomoże, a wizyta profesjonalnego dendrologa to duże pieniądze. Nie każdego stać. I wtedy ponownie pojawili się panowie od konserwatora przyrody. Pomierzyli pnie, pomierzyli korony, zbadali stan drzewek, spojrzeli w jakieś tajemnicze tabelki i oznajmili: „Niestety, nie zajmował się pan drzewami w sposób należyty. A że są to pomniki przyrody, więc musimy nałożyć na pana grzywnę. Grzywna wynosi jeden milion siedemset tysięcy złotych. Do widzenia panu.”

Ostatecznie karę zawieszono na trzy lata, bo może drzewka się wyleczą. To znaczy, że przez trzy lata pan z Białogardu musi żyć ze świadomością, że jego przyszłość jest zależna od tego, co się stanie z dwoma drzewami. Bo nie trzeba dodawać, że nie ma akurat dwóch milionów na zbyciu.

Gdy do sądu idzie ofiara komunistycznych represji, w najlepszym wypadku otrzymuje kilka tysięcy złotych. Gdy pojawia się celebryta, któremu media rzekomo wdepnęły w prywatność, dostaje kilkadziesiąt tysięcy. Odszkodowania za śmierć człowieka –  np. w takiej sprawie, jak zastrzelenie studenta w Łodzi podczas juwenaliów przez policję –  sięgają 200, może 300 tys. złotych. Kara za niewłaściwą pielęgnację dwóch drzew (bo przecież nawet nie ich ścięcie) –  ponad półtora miliona.

Powie ktoś, że to różne sprawy. Tak, różne. Stan drzewa nie ma prawa się równać ze śmiercią człowieka czy zniszczeniem mu życia w komunistycznym więzieniu.

Jak jednak widać, proporcji w Polsce nikt nie pilnuje. A może po prostu nikt o nie nie dba. Kara za drzewa wynika z odpowiedniego ministerialnego rozporządzenia do ustawy, które stworzył zapewne jakiś urzędas, kompletnie nie przejmując się tym, czy jest to racjonalne czy nie. Powie ktoś: ale przecież to ma zapobiegać niszczeniu przyrody na masową skalę!

Czy naprawdę ktokolwiek jest dość naiwny, aby uwierzyć, że gdyby nie dwa, ale 200 pomników przyrody wyciął w pień i sprzedał do tartaku jakiś kumpel odpowiedniego Zbycha czy Mira, to zapłaciłby choćby złotówkę grzywny?

Być jak Słowenia

14 maja 2012

Czego się boi Radosław Sikorski? Z wywiadu, jakiego udzielił tygodnikowi „Der Spiegel”, wiemy, czego się na pewno nie boi. Otóż nie boi się niemieckich czołgów ani rosyjskich rakiet. Nie boi się nawet terroryzmu, odważny minister spraw zagranicznych Słowenii.

On się boi upadku strefy euro i uważa, że to właśnie jest dzisiaj największym dla Słowenii zagrożeniem. No, może jeszcze w jakimś stopniu boi się – choć o tym oczywiście głośno nie mówi – że w przyszłorocznych wyborach do Bundestagu CDU polegnie i rząd straci swoją protektorkę w osobie Angeli Merkel. Będzie się trzeba docierać z kimś nowym, a to zawsze bywa trudne.

Generalnie szef słoweńskiego MSZ podtrzymuje swoje tezy z pamiętnego przemówienia w Berlinie. Wynika z nich – choć to też nie zostaje powiedziane całkiem wprost – że Słowenia widzi swoje miejsce w Unii jako podwykonawca Niemiec.

W zamian za zaangażowanie Berlina w podtrzymywanie niewydolnej machiny finansowej wspólnej waluty, no i może za w miarę korzystną najbliższą perspektywę budżetową (ostatnią taką), Lublana jest gotowa wiernie i potulnie spełniać u boku niemieckich przyjaciół przynależną jej rolę niewielkiego europejskiego państwa, bez specjalnych ambicji i bez forsowania własnych interesów.

Za nas naszymi interesami zajmą się Niemcy, bo przecież właściwie odmiennych interesów z nimi my, Słoweńcy, nie mamy. Jakieś tam bzdury, o których od czasu do czasu pokrzykuje marginalna, eurofobiczna opozycja.

”Rozmawiamy jak równy z równym” – oświadczył Sikorski, oczywiście nieco kokietując, bo nikt w Niemczech nie traktuje słoweńskiego rządu jako równorzędnego partnera. Ale też trzeba pamiętać, że Sikorski mówił to wszystko w jakimś stopniu na użytek słoweńskiej opinii publicznej, która przecież lubi słyszeć, jaki to ważny i poważany w Unii jest jej kraj.

Że co? Że Radosław Sikorski jest ministrem spraw zagranicznych nie Słowenii, ale Polski? Nie, proszę państwa. Formalnie to może i owszem. Taki ma napis na ministerstwie i na wizytówkach. Ale mentalnie pan minister już dawno się zredukował do poziomu szefa MSZ małego, europejskiego kraju – takiego jak właśnie, z całym szacunkiem, Słowenia. Kraju, który musi się trzymać poły silniejszego, bo inaczej sobie nie poradzi. I żeby była to tylko samoredukcja wyłącznie ministra Sikorskiego, to by było pół biedy. Niestety, to redukcja naszego państwa do wymiaru Słowenii.

Autor jest publicystą dziennika „Fakt”

Powrót z innej cywilizacji

7 maja 2012

Wracając z długiego weekendu, wjeżdżałem do Polski od południa. Z Budapesztu miałem bardzo miłą podróż. Zaraz za centrum miasta wjechałem na autostradę (tygodniowa winietka – 42 zł i można korzystać do woli) i sunąłem nią w kierunku Bratysławy z prędkością 130 km na godzinę.

Przejazd przez Słowację zajął chyba mniej niż godzinę, potem postój w ślicznym mieście Ołomuniec, barokowej perełce Moraw. Gdyby ktoś chciał pozwiedzać Morawy, za niecałe 50 zł może nabyć tygodniową kartę turysty, w ramach której ma bezpłatny publiczny transport w całym regionie oraz wstęp do kilkudziesięciu muzeów.

Wprawdzie część czeskich autostrad jest ułożona z betonowych płyt, ale wszystkie ichniejsze drogi maja tę przewagę, że tworzą spójny system.

W związku z tym podróżowanie po tych krajach nie polega na nerwowym nadganianiu na trochę lepszych odcinkach czasu, który straci się na jednojezdniowych drożynkach, gdzie co chwila jest a to przejście dla pieszych. Taka podróż nie męczy, nie wyciska potów, sprawia przyjemność. No i nie drenuje kieszeni. W Polsce przejechanie 150 km autostrady może kosztować już 50 zł.

Wjazd do Polski jest symboliczny. Czeska autostrada nr 1 kończy się dokładnie na granicy. Do polskich Chałupek od strony Ostrawy wjeżdża się dziurawą, wąziutką drogą bez poboczy i dalej kilkadziesiąt kilometrów w ten deseń w żółwim tempie, bo polska A1 utknęła w Świerklanach. Utknęła zaś, pewnie na dłużej, bo nadzór budowlany zamknął zbudowany tam most drogowy.

Wykonawca wprawdzie dawno już alarmował, że ów obiekt jest zaprojektowany w tak nowoczesnej technologii, że będzie groził zawaleniem, ale reakcji nie było. Obiekt stanął, nadzór obiekt zamknął i koniec. Ale nic to, bo trwają prace nad zapewnieniem przejezdności tego odcinka autostrady. Może po jakichś deskach?

Do powrotów z Zachodu już przyszło się przyzwyczaić. Wiadomo  Hiszpania czy Francja, o Niemczech nie wspominając, funkcjonują inaczej, od dawna w ramach Unii (zresztą swoje absurdy i wady też mają).

Ale prawdziwym szokiem jest powrót od całkiem bliskich sąsiadów, o podobnej historii. Bo pokazuje, dokąd oni doszli, choćby tylko infrastrukturalnie, przez te 23 lata, a dokąd my z największym trudem dopełzliśmy. Przykro to pisać, ale wygląda, jakby cywilizacyjna granica na dobre pokryła się z naszymi państwowymi granicami zachodnimi i południowymi.

Ogromnie jestem ciekaw refleksji kibiców z Południa, którzy może zechcą przyjechać do Polski na Euro i po paru godzinach komfortowej jazdy w cywilizowanych warunkach utkwią w korku na dziurawej drodze w Chałupkach. A dalej czeka ich jeszcze  jeśli ruszą w stronę stolicy naszego pięknego kraju  80 km rozgrzebanej drogi krajowej nr 8, której nie tylko nie byliśmy w stanie na czas wyremontować, ale nawet nie umiemy jej porządnie tymczasowo oznaczyć. Jak jest przejezdność po czesku?

Piotr Ochnio, czyli Paprykarz 2.0

23 kwietnia 2012

„Stojąc tutaj, złapał mnie skurcz nogi. To jest dziwny zbieg okoliczności” – przemawiał do skołowanej policjantki Piotr Ochnio, lider blokady podwykonawców przy budowie autostrady A2.

Po czym wyjaśnił, że policja nie może go z miejsca usunąć, jako że stoi z kolegami na prywatnym gruncie rolnika Krzysia, który udzielił zgody na zajęcie jego ziemi w celu stania. Ciężarówek blokujących wjazd na budowę także nie dało się usunąć, ponieważ akurat-co za niewyobrażalny pech – się popsuły. Wysocy rangą oficerowie policji krążyli godnie i całkowicie bezsilnie z założonymi z tyłu rękoma wokół pana Ochnio, udając, że mają jakiś wpływ na bieg wypadków.

Pamiętają państwo producenta papryki Stanisława Kowalczyka, który pytał premiera, jak żyć? To było miesiące temu, podczas kampanii wyborczej. Piotr Ochnio to Paprykarz 2.0. On już nie pyta, on grozi, choć Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad daje jeszcze czas do jutra, aby znalazła rozwiązanie finansowego impasu, w którym znaleźli się podwykonawcy dłubiący przy rozgrzebanej A2. Potem będzie blokował.

Wszystko wskazuje, że na tym się skończy, ponieważ GDDKiA oznajmiła, że stroną w konflikcie pomiędzy podwykonawcami a wykonawcą nie jest, nic o tym nie wie, nie rozumie, nie zna, zarobiona jest. No, ewentualnie może łaskawie odgrywać rolę rozjemcy. A jak już w tę rolę wejdzie, to się negocjacje z upadającym wykonawcą, firmą Dolnośląskie Surowce Skalne, przeciągną na czas po Euro, a wtedy blokady już tak bardzo propagandowemu teatrzykowi rządu nie zaszkodzą.

Trzeba tu przy okazji przyznać, że rząd ma bardzo szczęśliwą rękę do wyboru wykonawców i inwestorów. Zaczęło się od inwestora z Kataru (obecna wizyta pana premiera w krajach arabskich daje nadzieję, że będzie ciąg dalszy), potem był Covec, teraz DSS.

Miejmy nadzieję, że pan Ochnio wie, na co się porywa. Wszak producentów papryki wkrótce po spotkaniu Paprykarza z szefem rządu, całkiem przypadkiem rzecz jasna, zaczęło odwiedzać niezależne, niezawisłe i odzyskane CBA. Właścicieli firm budowlanych może nawiedzić urząd skarbowy, inspekcja celna, a później się nagle okaże, że znaczna część z nich handlowała narkotykami, dopalaczami i podróbkami viagry z Chin.

Pan premier zaś jeszcze przed Euro wystąpi na konferencji, przybierze Marsową Minę nr 34 i oznajmi, że żarty się skończyły, a na politycznie motywowane blokady dróg nasze silne i zdecydowane państwo odpowie stanowczo i jednoznacznie. Jak powiedział niezłomny Józef Cyrankiewicz: Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie. Panie Ochnio, pilnuj się pan!

 

Siły Szybkiego Zniczowego Reagowania

11 kwietnia 2012

Byłem dziś bardzo rano na Krakowskim Przedmieściu. Przed Pałacem Prezydenckim krzątała się grupka pracowników firmy sprzątającej, skrupulatnie usuwając ostatnie pozostałości po wczorajszych uroczystościach. Nie było już oczywiście śladu po zniczach i kwiatach. Chodnik przez Pałacem Namiestnikowskim jest prawdopodobnie najlepiej wysprzątanym i wypucowanym miejscem w Warszawie.

Kibice, którzy przyjadą na Euro, będą się przedzierać przez brud i gnój wokół dworców kolejowych albo nawet przy Stadionie Narodowym, ale za to – o, przed Pałacem Prezydenckim trafią w miejsce o sterylnej wręcz czystości.

Początkowo działanie Sił Szybkiego Zniczowego Reagowania mogło budzić irytację, złość nawet – pewnie na to było zresztą również obliczone. Do przeciwników PiS (a co za tym idzie – bo w polskich warunkach to się  niestety z sobą łączy – przeciwników: pomniku przy Trakcie Królewskim, wielbicieli raportów Anodiny i Millera, pełnych podziwu wobec działań rządów polskiego i rosyjskiego) poszedł już dawno przekaz, który dobrze przyswoili: od upamiętniania kogokolwiek to jest cmentarz, a nie centrum miasta.

Jest to, rzecz jasna, kompletna bzdura, nie pierwsza i nie ostatnia. W Warszawie jest choćby kilkaset tablic w miejscach, gdzie miały miejsce tragiczne wydarzenia, pod którymi to tablicami leżą kwiaty i palą się znicze. Jest kilkanaście pomników, pod którymi też składa się kwiaty. W rocznicę śmierci Jana Pawła II znicze palą się pod oknem na Franciszkańskiej w Krakowie i wzdłuż Alei Jana Pawła w stolicy. W Pradze do dziś palone są znicze na pamiątkę Vaclava Havla. Nie na cmentarzu oczywiście. Zresztą dyskusja z tak pozbawionym sensu stwierdzeniem nie ma sensu. Fakt, że setki osób powtarzają je raczej bezmyślnie pokazuje siłę politycznego podziału: można wygłosić każdy idiotyzm, byle dokopać tym, których się nie lubi.

Po zastanowieniu trzeba jednak przyznać, że fakt, iż służby miejskie miasta stołecznego biorą udział w biciu rekordu Guinessa na szybkość sprzątania chodnika, jest bardziej zabawny niż irytujący. To po prostu komicznie infantylne, jak władze Warszawy dbają o bezpieczeństwo przechodniów na odcinku 100 metrów przed pałacem, nim właśnie tłumacząc konieczność szybkiego sprzątania. Jak bardzo trzeba być przerażonym, żeby bać się kilkuset zniczy i wiązanek? Odpowiedź: tak bardzo, że nie dostrzega się własnej śmieszności.

Od kogo dziś oberwałby Skarga

9 kwietnia 2012

Odwiedziłem kilka kościołów przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. W przeciwieństwie do zeszłego roku Groby Pańskie były na ogół wyciszone, odwołujące się do miejsca Kościoła w życiu wiernych.

Właściwie żadnej polityki, co z niemałą satysfakcją odnotowała gazeta, która strzeże, aby się duchowni do polityki nie mieszali. A dokładnie – aby nie mieszali się ci duchowni, którym ona na to nie zezwala. Bo ci słuszni oczywiście mogą, głównie po to, żeby przekazać tym niesłusznym, że nie mają racji oraz prawa zajmować się czymkolwiek innym niż tylko najwęziej pojmowanym życiem religijnym.

No, owszem, wydarzył się jeden nieprzyjemny incydent. W kościele na warszawskich Bielanach wywieszono obraz przedstawiający alegorię katastrofy smoleńskiej. Gazeta udzielająca duchownym koncesji oburzyła się, że kiczowaty, a przede wszystkim – co to jest, żeby epatować wiernych w święta jakimiś drastycznymi obrazami, wybuchającymi samolotami i wyrywanymi sercami. Święta są od tego, żeby zjeść czekoladowego zajączka i posłuchać jakiegoś rozsądnego księdza, który opowie, że nawet sataniści nie są źli, Nergal właściwie jest zabawny i miły, a ciągłe domaganie się jakichś rozliczeń czy innych śledztw w sprawie ewidentnego nieszczęśliwego wypadku pod Smoleńskiem to przejaw niezdrowej obsesji.

Są dwie szkoły. Zgodnie z jedną Kościół powinien stać z boku wydarzeń i starać się do nich bezpośrednio nie odnosić. W warunkach Peerelu to bywał wymóg rozsądku, choć czasem wydawało się, że hierarchowie są zbyt wstrzemięźliwi. Jakie skutki taka postawa przynosi Kościołowi w dzisiejszych czasach, najlepiej pokazuje sytuacja z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Za pierwszym razem wysłano po niego jakichś zahukanych, przerażonych, anonimowych i pewnie wziętych z łapanki księży, których wierni po prostu byli uprzejmi przegonić. Niewiele było sytuacji, w których autorytet Kościoła ucierpiałby w równym stopniu.

Drugą szkołę symbolizuje Piotr Skarga. O księdzu Skardze opinie są niejednoznaczne. Niektórzy historycy twierdzą, że swoimi kazaniami – stojąc na czele ruchu kontrreformacji – narobił Rzeczypospolitej większej szkody, niż jej pomógł. Ale nikt nie kwestionuje jego roli w zachęcaniu do poważnego pojmowania przez polityków swojej roli. A działo się to w czasach potęgi państwa polskiego.

Dziś sytuacja jest poważniejsza, do potęgi bardzo nam daleko, a zapotrzebowanie na otrzeźwiający głos, przemawiający do sumień, raczej wzrosło, niż zmalało. Ale gdyby dzisiaj pojawił się ponownie Piotr Skarga, trudno byłoby mu wypełniać swoją misję. Już po pierwszym kazaniu, w którym pouczałby polityków, zostałby napiętnowany przez udzielających koncesji na udział w życiu publicznym. A jednak coś mi mówi, że zamieniłbym dziesięciu księży Bonieckich na jednego Skargę.

Weźmy przykład z Osiołka Porfiriona

29 marca 2012

W Peerelu istniało coś, co nazywało się „czynem społecznym”. Oficjalnie polegało to na tym, że przepełniona ideałami socjalizmu grupa obywateli zbierała się – dobrowolnie, rzecz jasna – pod przywództwem sekretarza podstawowej organizacji partyjnej i szła na przykład skopać trawnik albo posadzić kilka drzewek. Wątpliwe, by w całej historii czynów społecznych w Peerelu udało się znaleźć choć jedną biorącą w nich udział osobę, która czyniłaby to z autentycznej potrzeby i wiary w sens tej działalności. Pranie mózgów bywało skuteczne, ale miało swoje granice.

Pranie mózgów po upadku Peerelu okazuje się znacznie skuteczniejsze. Czyny społeczne istnieją nadal i – podobnie jak w Peerelu – angażują się w niej najwyższe czynniki, z tym że dziś bierze w nich udział całkiem spora liczba osób, które wierzą w ich sens. Współczesne czyny społeczne skupiają się wokół spraw, które mają status niemalże dogmatów religijnych. W najbliższą sobotę odbędzie się taki czyn, zwany „Godziną dla ziemi”. Sprawa jest prosta: należy zgasić światło na godzinę. Od mieszkań prywatnych począwszy, na najważniejszych budynkach państwowych skończywszy. Od tego ma zmaleć pobór energii, a wraz z nim – emisja szkodliwych gazów.

Tu natrafiamy na pewną różnicę z czynami społecznymi z czasów głębokiego socjalizmu. Wtedy bowiem skopanie trawnika na przykład przez wyprowadzonych na tę okazję z sal wykładowych docentów, doktorów i profesorów zostawiało pewien trwały ślad i mogło ostatecznie skutkować wyrośnięciem przyjemnej dla oka trawy. „Godzina dla ziemi” nie ma absolutnie żadnego sensu, co doskonale wiedzą wszyscy fachowcy. Raz, że wyłączenie świateł zmniejsza pobór mocy o ułamek procenta, dwa, że gdyby nawet miało go zmniejszyć bardziej, dla dyspozycji mocy tworzyłoby to poważny problem, bo oznaczałoby godzinne wahnięcie w poborze prądu, a inżynierowie musieliby się nabiedzić, żeby nie przyniosło to złych skutków dla sieci przesyłowych. Skutek tej akcji dla środowiska jest, rzecz jasna, absolutnie zerowy.

Jest jednak spora liczba osób, które – traktując sprawy emisji CO2 i rzekomego ocieplenia klimatu jak religijny dogmat – uważają, że wyłączając światło w mieszkaniu na godzinę, naprawdę dzielnie walczą ze złym dwutlenkiem węgla i znienawidzonymi przemysłowcami, których kompletnie nie obchodzi los naszej planety. Mogą sobie przez 60 minut siedzieć po ciemku i napawać się swoją europejskością i szlachetnością. Ale też istnieje duża grupa biorących w tej akcji udział, którzy świetnie wiedzą, że to teatrzyk dla naiwnych. Tyle że teatrzyk obowiązkowy. Taki poprawny politycznie rytuał, który trzeba odprawić, żeby plebs się cieszył.

Niemal z całą pewnością do tej kategorii należą gaszący światło politycy. Zresztą wielu z nich prywatnie wyraża co najmniej sceptycyzm wobec tez o postępującym globalnym ocie-pleniu, choć nie powiedzą tego nigdy oficjalnie. Trudno powiedzieć, do której grupy należą celebryci, zapraszani do przekręcania wyłączników. Może sytuacja byłaby jaśniejsza, gdybyśmy wiedzieli, którzy z nich biorą za to honorarium.

W Peerelu niektórzy poddawali się czynom społecznym z potulną rezygnacją. Zgodnie z zasadą, że wszystko to pic na wodę, ale po co sobie robić problemy. Poprzebywa człowiek na świeżym powietrzu, trochę ruchu zażyje. Ale byli też tacy, którzy organicznie nie cierpieli tej socjalistycznej tresury.

Tresura obecna jest o tyle trudniejsza do zniesienia, że polega całkowicie na praniu mózgów, bez groźby konsekwencji w razie odmowy udziału (przynajmniej na razie). Co w takim razie mają zrobić ci, którzy tej tresury nie cierpią? To proste: w czasie „Godziny dla ziemi” włączamy wszystkie światła w mieszkaniu, uruchamiamy pralkę i zmywarkę, a na kuchence, koniecznie elektrycznej przyrządzamy sobie – wzorem Osiołka Porfiriona – jajecznicę z 80 jaj ze szczypiorkiem i pieczarkami. Zajadając, można sobie też przypomnieć słynną kwestię Osiołka: „Oto sposób, moi złoci, w jaki bawią się idioci”.

Woda musi się lać!

27 marca 2012

W Warszawie co roku dzieje się to samo: na wiosnę organizowany jest maraton, przy okazji którego miasto, mimo że jest to niedziela, zostaje sparaliżowane, a pomiędzy biegającymi a niebiegającymi nakręca się spirala niechęci.

Choć właściwie zmiany z roku na rok są: dzięki rządom Hanny Gronkiewicz-Waltz miasto i bez maratonu jest coraz bardziej rozkopane, rozgrzebane i zdezorganizowane. Gdy w ostatnią niedzielę ograniczenia, związane z biegiem, nałożyły się na pozostałe utrudnienia – całe centrum kompletnie stanęło.

Niektórzy twierdzą, że organizowanie takiej imprezy w centrum i tak nieprzejezdnego miasta to absurd i że powinno się ją wyprowadzić choćby do Lasu Kabackiego. Pewnie mają rację. W lesie milej by się biegało, a utrudnienia byłyby o wiele mniejsze. Tylko politycy słabiej mogliby się wylansować. Rację mają też ci, którzy wskazują, że podobne biegi odbywają się w centrach Berlina czy Londynu. I jedni, i drudzy wydają się jednak nie chwytać istoty problemu.

Nie polega on bowiem na tym, że bieg odbywa się w Warszawie ani nawet niekoniecznie na tym, że organizowany jest w jej ścisłym centrum. Problem – wykraczający daleko poza granice Warszawy i uniwersalny w naszych polskich warunkach – tkwi w tym, że władza wobec niebiegających, postronnych, niezainteresowanych zachowuje się jak majster z pamiętnego skeczu Kabaretu Dudek, który na rozpaczliwy okrzyk: „Panie, ale mnie się woda leje!” odpowiadał: „I musi się lać”. By zacytować jedną z piosenek Ryszarda Makowskiego – „kochana nasza władza, wybrana z ludu woli, wciąż chętnie pokazuje, jak bardzo nas szanuje”.

Mamy supernowoczesne Centrum Nauki Kopernik, ale nie ma gdzie przy nim zaparkować? Trudno, niech rodziny z dziećmi jadą rowerami. Przebudowy dróg w całym kraju sprawiają, że ludzie godzinami stoją w korkach? Trudno, takie są koszty. Antyterroryści leją przypadkowych ludzi? Trudno, gdzie drwa rąbią…

Maraton sprawia, że nie sposób dojechać do domu czy do pracy (tak, wielu pracuje w niedzielę). Trudno, co nas to obchodzi. My mamy europejską imprezę, reszta furda. W Berlinie czy Londynie byłyby specjalne przepustki dla tych, którzy muszą się jakoś poruszać, kampania informacyjna, chętni do pomocy policjanci, doskonale zorientowani w sytuacji. W Polsce nie ma ani przepustek, ani kampanii informacyjnej, a policjant na pytanie, co robić w takiej sytuacji, ma jedną odpowiedź: „Nie wiem”.

Radź sobie, człowieku, sam, jak już koniecznie musisz nam zakłócać naszą wspaniałą fetę. I licz się z mandatem! Budżet potrzebuje twoich pieniędzy, a władza – twojego głosu. Ale kiedy już go oddasz – pies z tobą tańcował.

Zatroskani o dobro Kościoła

19 marca 2012

Jak wiadomo, najbardziej o los Kościoła troszczą się zwykle ci, którzy mają z nim najmniej wspólnego.

Notoryczni lewacy i ateiści, którzy nie odróżniają hostii od opłatka, są zmartwieni kondycją kleru, rozwodzą się nad rzekomymi pustkami w świątyniach i serwują dziesiątki recept, jak poradzić sobie z narastającymi problemami. Te recepty zwykle sprowadzają się do jednego: Kościół ma być bardziej otwarty – czytaj: ma się wreszcie przestać upierać, że istnieje jakaś jedna Prawda. Z tego powinno wyniknąć, że homoseksualizm jest okej, że można by wreszcie pofolgować z bezżeństwem księży, ze sprzeciwem wobec antykoncepcji, a zwłaszcza wobec aborcji i eutanazji, oraz z innymi irytującymi drobiazgami. No i oczywiście należałoby ograniczyć nauczanie Kościoła do sfery wąsko pojmowanej wiary, a hierarchowie powinni przestać się wtrącać do sfery publicznej. Księża Boniecki i Sowa są wporzo, ojciec Rydzyk czy arcybiskup Michalik to dinozaury.

Ci niezwykle zatroskani o dobro Kościoła zacierają teraz ręce, bo nowy pomysł na zastąpienie Funduszu Kościelnego dobrowolnym przekazaniem części podatku mógłby sprawić, że Kościół wreszcie poczułby się zmuszony startować w konkursie piękności, jaki sobie wymarzyli. Przecież tylko 39 proc. badanych  jak z satysfakcją donosiła jedna z gazet  deklaruje, że chciałoby zapłacić (wątpliwe, czy respondenci w ogóle rozumieją, że chodzi o część podatku, który i tak muszą oddać). A zatem -  wyobrażają sobie nasi troskliwi  biskupi – musieliby zadbać o to, żeby Kościół się podobał. Musieliby odpuścić z tymi wszystkimi średniowiecznymi nakazami moralnymi, musieliby spasować ze sprzeciwem wobec związków partnerskich, a może nawet musieliby zadbać o swój piar, pokazując się tu i tam. Dla takiego księdza Bonieckiego kanapa w programie Jakuba Wojewódzkiego wydaje się miejscem naturalnym, ale po wprowadzeniu odpisu podatkowego może musieliby na niej zasiąść sam abp Michalik albo prymas Kowalczyk i pogadać w końcu na luzie o seksie i o tym, jak przerąbane mają księża w celibacie. Bo to zapewne byłyby jedyne tematy interesujące naczelnego celebrytę IIIRP.

Zatroskani o Kościół wykazują się, niestety, pewną zasadniczą niewiedzą. Nie pojmują, że zadaniem Kościoła od 2 tysięcy lat nie jest podobanie się, ale mówienie prawdy, ta zaś często bywa niewygodna, niemiła, irytująca. Ich światłe rady są oczywiście motywowane dobrymi chęciami  nikt chyba nie wątpi, jak bardzo dobro Kościoła leży na sercu Magdalenie Środzie czy Adamowi Szostkiewiczowi  ale pamiętamy, co jest dobrymi chęciami wybrukowane. I tego się trzymajmy.

Czego nie robi uczestnik Manify

12 marca 2012

Hitem tegorocznej Wielkiej Manify (nie wiadomo, dlaczego wielkiej, skoro sprawiała wrażenie raczej malutkiej, a w niektórych miastach była wręcz bardzo maleńka) nie były wcale walczące feministki ani nawet ważkie antykościelne postulaty. Było nim zdjęcie przedstawiające Seweryna Blumsztajna trzymającego niewielkich rozmiarów plakat z napisem: „Pierdolę, nie rodzę”.

To porażające wyznanie redaktora „Gazety Wyborczej” stało się natychmiast przedmiotem rozlicznych interpretacji. Czy pierwsze słowo jest po prostu przekleństwem i pełni funkcję partykuły, czy też wpisuje się integralnie w treść hasła i określa, jakimi czynnościami redaktor Blumsztajn lubi się zajmować, a jakimi nie? Czy należy to traktować jako rodzaj propozycji dla pań wokół? Czemu mogło służyć stwierdzenie oczywistości zawartej w drugiej części hasła? Bo, niestety, wbrew lamentom feministek ro- dzenie dzieci pozostaje wciąż wyłącznie w gestii kobiet.

Niektórzy twierdzili, że zdjęcie jest fotomontażem. Cóż, wygląda na  autentyczne, a poza wszystkim – poziom zawartego na plakacie hasła, jego mądrość oraz bogactwo treści idealnie wpisują się w koncepcję Manify. Jej uczestnicy (tu wyjaśnienie dla feministek: zgodnie z zasadami języka polskiego w tej formie zawierają się zarówno  osoby płci męskiej, żeńskiej, jak i niewiadomej) podczas swoich przemarszów podnieśli wiele ważkich problemów, które nurtują dzisiaj polskie kobiety. Najważniejszym z nich była oczywiście kwestia dominacji Kościoła w życiu publicznym. Ta straszliwa klerykalna opresja nurtuje wszystkie znane mi kobiety. Mówią o tym od rana do wieczora, a cierpienie z tym związane nie pozwala im funkcjonować normalnie. Nie liczy się dla nich problem zbyt małej liczby miejsc w przedszkolach, gdzieś mają likwidację ulgi podatkowej dla rodzin z jednym dzieckiem albo brak żłobków. Wciąż tylko ten straszliwy Kościół. Ewentualnie jeszcze sposób golenia włosów  łonowych – inna kwestia, która fascynuje wiele polskich feministek.

Zdjęcie z Sewerynem Blumsztajnem było wielokrotnie komen- towane w sieci. Jeden z komentarzy brzmiał: „Zawiódł wszystkich tą deklaracją”. Zawiedzione powinny się czuć zwłaszcza towarzyszki feministki, bo treść plakatu podkreśla jednak nierówność płci. A może gdyby się redaktor Blumsztajn  jednak mocno postarał i porządnie nadął, w imię równości, to  – kto wie?