Groźny garb zostaje

29 lut 2008

Niebezpieczne drogi | Śmiertelny wypadek, do jakiego doszło pod wiaduktem na ul. Puławskiej, nie przyspieszy zaplanowanego na wiosnę remontu tego fragmentu jezdni. Mimo że od dwóch lat giną tam ludzie

Piotr Szymaniak
W środę jadące z nadmierną prędkością ferrari prowadzone prawdopodobnie przez dziennikarza Macieja Zientarskiego wypadło na nierówności z jezdni i roztrzaskało się na filarach wiaduktu na wysokości ul. Rzymowskiego. W wypadku zginął dziennikarz „Super Expressu” Jarosław Zabiega. Kierowca walczy o życie w szpitalu.
To nie była pierwsza tragedia w tym miejscu – prawie dokładnie dwa lata temu w podobnych okolicznościach zginął tam
23-letni Konrad Z. Tydzień później na miejscu wypadku dwóch przyjaciół zmarłego składało kwiaty i paliło znicze. W jednego z nich uderzył rozpędzony samochód, którego kierowca stracił panowanie nad wozem dokładnie na tym samym garbie na drodze. Chłopak zginął na miejscu.
Wtedy policja wystąpiła do Zarządu Dróg Miejskich o zmianę oznakowania oraz wyrównanie fatalnego uskoku. Znaki ograniczające prędkość do 50 km oraz ostrzegające przed garbami stanęły. Mimo że urzędnicy zobowiązali się do jak najszybszego naprawienia nierówności, ZDM do tej pory się z tego nie wywiązał. Teraz również nikt nie zamierza się spieszyć z remontem, który zacznie się dopiero za dwa miesiące.
– Ten feralny fragment zostanie naprawiony wówczas, gdy będziemy wymieniać nawierzchnię na większym odcinku Puławskiej – mówi Urszula Nelken z ZDM. – Nie ma tam ani żadnej dziury, ani zwykłego garbu. Jest to miejscowe zapadnięcie spowodowane osiadaniem podłoża. Usunięcie usterki wymaga poważniejszego remontu. Skoncentrowanie się tylko na jednym fragmencie byłoby nieefektywne – wyjaśnia.
Prace odbędą się więc w ostatni weekend kwietnia bądź pierwszy maja na odcinku między al. Wilanowską a Poleczki.
Policjanci uważają, że główną przyczyną wypadku była prędkość. – Gdyby ferrari jechało wolniej, z przepisową prędkością, nie doszłoby do takiej tragedii – mówi mł. insp. Jacek Zalewski, szef stołecznej drogówki.
Ale inni funkcjonariusze dodają: – Nie oszukujmy się, niemal nikt w tym rejonie nie jeździ przepisowe 50 km/h. A to miejsce jest niesamowicie niebezpieczne i jezdnia już dawno powinna być naprawiona.
Zresztą nie tylko tam. Kierowcy od lat uskarżają się na fatalny stan nawierzchni, który powoduje zagrożenia.
– Niespełna 100 metrów dalej w stronę wyjazdu z miasta jest nie mniejszy uskok – mówi Paweł Biedrzycki z korporacji Super Taxi. – Tylko temu, że nie ma tam żadnych filarów, o które można się roztrzaskać, zawdzięczamy, iż nie ma tylu ofiar. Kierowcy regularnie tracą tam panowanie nad pojazdem.
Jeszcze gorzej jest na samej estakadzie w kierunku Ursynowa. Wjeżdżając na nią, auta wpadają w taką wyrwę, że przy dużej prędkości można poważnie uszkodzić zawieszenie. Podobnie jak na innym odcinku Puławskiej, między Dworcem Południowym a Dolną w stronę centrum. – W fatalnym stanie jest właściwie całe miasto – mówi z kolei Andrzej Kordas z Korpo Taxi. – Koleiny i wyrwy są na każdej większej ulicy. Trasa Łazienkowska, Wolska, most Grota-Roweckiego. Nie można sobie pozwolić na chwilę dekoncentracji i lepiej mocno trzymać kierownicę – radzi taksówkarz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stołeczni policjanci sprzedawali służbowe lokale operacyjne

Śledztwo prokuratury | Byli komendanci stołecznej policji najpierw zdekonspirowali lokale operacyjne, a potem przekazali je swoim pracownikom. Ci z kolei sprzedali je
po cenach komercyjnych. Na każdym mieszkaniu zarabiali po kilkaset tysięcy złotych

Janina Blikowska, Marek Kozubal
Śledztwo trwało trzy lata. Było opatrzone klauzulą tajne. Prokurator postawił zarzuty pierwszym dwóm osobom: Teresie Cz. oraz Bernardowi S. Są podejrzani o przekroczenie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści osobistych. Grozi im za to do 10 lat więzienia.
Kiedyś policjanci, dzisiaj oboje są na emeryturze. Kilka lat temu pracowali w Wydziale Techniki Operacyjnej Komendy Stołecznej Policji. Bernard S. był naczelnikiem tej ściśle tajnej komórki policji, której funkcjonariusze zajmują się instalacją podsłuchów i obserwacją przestępców, m.in. w tajnych mieszkaniach.
Konspiracja w centrum
Wydział ten dysponował w Warszawie kilkudziesięcioma tzw. lokalami operacyjnymi. Policja otrzymała je bezpłatnie. Część od samorządu, a część jeszcze w czasach PRL od ówczesnego MSW. Ich liczba i lokalizacja jest tajna.
Mieszkania te funkcjonariusze wykorzystywali jako punkty obserwacyjne, spotykali się też tam z tajnymi współpracownikami. – Niekiedy tymczasowo umieszczaliśmy tam świadków, których trzeba było chronić – opowiada oficer operacyjny.
Inny wspomina: – To były duże, dobrze wyposażone mieszkania. W czasie dłuższych działań można było się w nich spokojnie przespać.
Z naszych informacji wynika, że znajdowały się w najbardziej atrakcyjnych punktach miasta, np. w kamienicach przy Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie, pl. Konstytucji czy ul. Widok.
Kilka lat temu policja zdecydowała się na dekonspirację części tych lokali. – Taki rozkaz podpisał ówczesny komendant stołeczny policji generał Antoni Kowalczyk – mówią policjanci.
Po ujawnieniu lokale zostały przyznane wybranym funkcjonariuszom policji. – Otrzymywali je ci, których ściągnięto do pracy z różnych części kraju, najczęściej znajomi komendantów – opowiada śledczy.
Mieszkania przydzielał Antoni Kowalczyk, ale także jego następca gen. Ryszard Siewierski. Zdaniem śledczych zasady przydziału były niejasne. Ci, którzy lokale otrzymywali, mogli wykupić je za niewielki procent rynkowej ceny – najczęściej za 10 – 15 proc. wartości. Następnie sprzedawali je po stawkach komercyjnych.
Stracone miliony
Prokuratura nie ujawnia, ile takich lokali zostało w ten sposób sprzedanych. Jeden ze śledczych nieoficjalnie przyznaje jednak, że policjanci na takich operacjach zarabiali krocie – nawet po kilkaset tysięcy złotych. Z danych Agencji Nieruchomości Bracia Strzelczyk wynika, że w 2002 roku (wtedy m.in. sprzedawano te mieszkania) za
62 mkw. w Śródmieściu trzeba było zapłacić ok. 350 tys. zł, a za 80 mkw. – ok. 600 tys. zł. – W ten sposób policja mogła stracić majątek szacowany na kilka milionów – mówi osoba znająca kulisy śledztwa.
– Nieprawidłowości przy gospodarowaniu lokalami operacyjnymi odkryli sami funkcjonariusze policji i powiadomili o tym prokuraturę – tłumaczy podinsp. Grażyna Puchalska, z zespołu prasowego Komendy Głównej. Biuro Spraw Wewnętrznych (policja w policj – red.), które badało takie przypadki, stwierdziło, że do nieprawidłowości przy obrocie lokalami dochodziło w Warszawie w latach 1994 – 2001.
To niejedyne nieprawidłowości dotyczące przyznawania mieszkań dla warszawskich policjantów. Z naszych informacji wynika, że prokuratura dysponuje dowodami, które mogą skutkować postawieniem zarzutów przekroczenia uprawnień oraz niegospodarności byłym komendantom stołecznym: Antoniemu Kowalczykowi oraz Ryszardowi Siewierskiemu i jego zastępcy Romanowi Trzcielińskiemu. Tym razem chodzi o przydział mieszkań służbowych m.in. na osiedlu policyjnym przy ul. Jagiellońskiej oraz na Kabatach. Takie są efekty kontroli wewnętrznej, które trafiły do prokuratury (pisaliśmy o nich w „Rz” na początku tego tygodnia).
W przyznawaniu tych lokali panował kompletny chaos. Mieszkania otrzymali poza kolejnością znajomi komendantów. W kilku przypadkach dostali je np. policjanci, którzy mieli już inne, również służbowe lokum. Poza tym zdarzało się, że niektórzy funkcjonariusze, choć odeszli na emeryturę, nie zwracali tymczasowych kwater i mieszkali w nich przez wiele miesięcy, a za utrzymanie płaciła stołeczna policja.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słupy oznaczą granice getta

28 lut 2008

Historia wkracza na ulice | Getto to było spore miasto – mówią warszawscy Żydzi. Teraz będzie o tym przypominać 21 tablic, które staną na jego granicach

Robert Rybarczyk
– Są już pieniądze i jest zgoda miasta. Są także projekty tablic, które będą umieszczone na granicy getta – mówi dr Eleonora Bergman, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. W przyszłym tygodniu stołeczny konserwator zabytków pokaże je na konferencji.
Pomysł nie jest nowy. Już dziewięć lat temu dr Eleonora Bergman proponowała, by w jakiś sposób oznaczyć granice getta. Lecz dopiero teraz ten pomysł jest bliski realizacji.
– Wskazanie obszaru getta to bardzo ważne przedsięwzięcie – przekonuje Piotr Kadlčik przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. – Koszmarna historia Holokaustu nie może być zapomniana. Wielu warszawiaków nie zdaje sobie sprawy, jak wielkie było getto, gdzie ludzie cierpieli i ginęli. Ludzie mówią getto, a to przecież było spore miasto.
Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita”, na ulicach wyznaczających dzielnicę żydowską zostanie zainstalowanych 21 tablic z brązu.
– Umieściliśmy na nich plan Warszawy, a na nim zakreślone będą granice getta – opowiada Eleonora Bergman, która jest współautorką projektu.
Na każdej tablicy będą również informacje o żydowskiej dzielnicy, a także fotografia tego miejsca, na którym stanęła pamiątkowa tablica.
– Zdjęcie będzie włożone między dwie warstwy szkła – tłumaczy Bergman.
13 tablic zawiśnie na słupach wysokich na 2,2 metra. Osiem znajdzie się na ocalałych fragmentach murów getta i na budynkach, które stoją obecnie na jego granicy.
W zeszłym tygodniu zarząd Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie zgodził się na pomysł ratusza, by dwie tablice zostały umieszczone na murze Cmentarza Żydowskiego przy ul. Okopowej. Najprawdopodobniej ufunduje je sama gmina.
Granice getta będą też wyznaczać symboliczne pasy biegnące po chodniku bądź po trawnikach pod słupami z tablicami z brązu. By nie wprowadzać dodatkowego oznakowania na ulicach, pasy nie będą przechodziły po jezdniach.
Zaznaczenie granic getta jest ważne nie tylko ze względu na pamięć historii. Ma także walor edukacyjny i turystyczny.
– Ludzie często się dziwią, gdy im pokazuję, gdzie podczas wojny było getto. Mnóstwo turystów szuka jego śladów z albumami w rękach. Teraz będzie łatwiej się zorientować, gdzie było – mówi Piotr Zandberg, dyrektor do spraw nieruchomości gminy.
W tym roku stołeczny konserwator zabytków wskazanie granic getta włączył w tzw. prace konserwatorskie przy zabytkach. Przeznaczył na to część z ogólnej puli 195 tys. zł.
Wkrótce zostanie ogłoszony przetarg na wykonawcę tablic.
– W kwietniu mija 65. rocznica powstania w getcie. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku kilka słupów stanie na granicy – mówi dr Bergman.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Eldorado dla biznesu, zaścianek dla podróżnych

27 lut 2008

Obraz stolicy | Tu wszystko jest najdroższe i największe w Polsce, co nie znaczy – najlepsze. Ale w porównaniu z miastami w Europie stolica pozostawia wiele do życzenia

Izabela Kraj, Konrad Majszyk

Pod koniec ubiegłego roku Warszawa uzyskała pierwszą w historii ocenę ratingową – najlepszą z możliwych, bo identyczną z oceną krajową – A2 (nota dla miasta nie może być wyższa).
Wcześniej skomplikowany ustrój stolicy powodował, że ocena nie byłaby korzystna. Dziś sytuacja finansowa stolicy jest stabilna i na dobrym poziomie – oceniła światowa agencja Moody’s Investors Monitor.
Rating, czyli swoisty ranking finansów samorządu, ma uwiarygodnić ratusz w oczach inwestorów. To na nich najbardziej zależy władzom miasta.
My zebraliśmy kilka aktualnych rankingów oceniających różne dziedziny życia miasta.
Biznes najważniejszy
Jednym z bardziej prestiżowych mierników postrzegania Warszawy przez inwestorów jest ranking przygotowywany przez firmę Cushman & Wakefield – European Cities Monitor. W tym zestawieniu w kategorii najlepsze miasto Europy na ulokowanie działalności gospodarczej stolica w 2006 r. awansowała na 18. pozycję.
– To najwyższe miejsce Warszawy w 16-letniej historii naszych raportów – oceniał Marek Noetzel z polskiego oddziału C&W. W 2007 r. Warszawa spadła już o jedno oczko.
Ranking atrakcyjności biznesowej polskich miast ogłosił też w lutym miesięcznik „Forbes”. Warszawa prowadzi w nim w dwóch kategoriach: najlepszego miasta dla biznesu według liczby nowo zarejestrowanych spółek oraz według atrakcyjności dla inwestorów zagranicznych. W obu dziedzinach była porównywana z innymi miastami powyżej 300 tys. mieszkańców. Za stolicą są m.in. Kraków, Wrocław i Poznań. W liczbach bezwzględnych siedziby w Warszawie ma najwięcej firm polskich i zagranicznych, ale obserwuje się tendencję spadkową. W 2007 r. firm przybyło o 5,7 proc. więcej niż rok wcześniej, w Poznaniu – 30 proc., w Gdańsku i Łodzi – ponad 10.
Rankingi nieruchomości pokazują, że w stolicy najwięcej w Polsce się buduje, najwięcej jest powierzchni biurowej i luksusowych apartamentów. Najwyższe są też ceny kupna i wynajmu nieruchomości.
Komunikacja kuleje
Zdaniem biznesmenów jednak wciąż wleczemy się w ogonie Europy pod względem jakości transportu miejskiego. W tej kategorii Warszawa od lat jest na 28. – 29. pozycji.
Twórcy rankingu „Forbesa” alarmują: stolica jest coraz bardziej zakorkowana, pozbawiona efektywnego transportu publicznego i parkingów.
Według danych Izby Gospodarczej Komunikacji Miejskiej stolica bije na głowę inne polskie miasta pod względem kosztów funkcjonowania komunikacji – w ubiegłym roku wyniosły one ponad 1 mld zł – z tego zaledwie 460 mln zł pochodziło z wpływów z biletów, ponad połowę dopłaca budżet miasta. W Krakowie komunikacja kosztowała ponad 271 mln zł, ale wpływy z biletów to aż 209 mln zł.
Pod względem liczby linii kursujących po mieście i przewiezionych pasażerów Warszawa prowadzi (ponad 857 mln pasażerów rocznie i 246 linii), a w Krakowie – 476,2 mln osób i 162 linie. Pod względem punktualności palmę pierwszeństwa dzierży Gdańsk – na przystanki przyjeżdża na czas 95 proc. tramwajów i 85 proc. autobusów. W Warszawie te wskaźniki wynoszą: 90 i 83 proc. Wstydzić się mogą krakusy – 77 proc. tramwajów i autobusów przyjeżdża na czas. Fatalnie wypada Warszawa w rankingu 180 światowych portów lotniczych przeprowadzonym przez firmę Skytrax. W kategorii komfort obsługi pasażerów wygrał Hongkong. Z Europy najlepiej wypadło Monachium (4. miejsce). Okęcie zajęło 112. miejsce, między innymi z powodu ponad dwóch lat opóźnienia w budowie Terminalu 2.
Z raportu ACI – organizacji zrzeszającej lotniska międzynarodowe – pod względem liczby pasażerów światowym numerem jeden jest lotnisko Hartsfield w Atlancie (prawie 85 mln pasażerów w 2007 r.). Z Europy – Heathrow w Londynie (68 mln osób i 3. pozycja na liście). Okęcie to kompletny zaścianek: 141. pozycja (8,1 mln pasażerów). Pod względem liczby przewiezionych ładunków prowadzi Memphis. W Europie najlepszy jest Frankfurt (7. na świecie). Okęcie jest takim detalistą z malutkim Cargo, że nie zostało uwzględnione w tej klasyfikacji.
Mamy świetne szkoły
Czystość środowiska Warszawy pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza że wciąż połowa ścieków odprowadzana jest bezpośrednio do Wisły (według rankingu C&W – 25. i 26. lokata w ciągu ostatnich lat).
Na pociechę może pozostać stolicy satysfakcja z poziomu edukacji. W rankingach szkół wyższych „Rz” i „Perspektyw” czy tygodnika „Wprost” warszawskie uczelnie deklasują inne. 1. miejsce zajmuje Uniwersytet Warszawski („Rz”), potem Politechnika Warszawska („Rz”) lub Uniwersytet Jagielloński („Wprost”). Ale w rankingu przeprowadzonym przez uniwersytet Jiao Tong w Szanghaju UW zajął 397. pozycję spośród 500 światowych uczelni.
Trochę gorzej jest z liceami. W 2007 r. w rankingu „Rz” i „Perspektyw” zwyciężyło, czwarty raz z rzędu – XIII LO w Szczecinie. Żaden warszawski ogólniak nie może go przebić. W stolicy najlepsze to m.in.: XIV LO im. Stanisława Staszica (9. miejsce), 2 Społeczne LO (10.), LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza (11.).
A władza robi swoje
Władze miasta nie przywiązują większej wagi do takich zestawień. Tylko dyrektor Biura Obsługi Inwestorów od razu wskazuje prestiżowe rankingi. Pozostali rozkładają ręce. – Nie mamy – słyszymy odpowiedź.
– Policja prowadzi statystyki przestępstw i wykrywalności i to jest wystarczające. Każde dane i tak można pokazać w różnym świetle – mówi szefowa Biura Bezpieczeństwa Ewa Gawor. – Wychodzimy z założenia, że w Warszawie jest jeszcze dużo do zrobienia w wielu dziedzinach i robimy swoje.
P.o. dyrektora Biura Promocji Miasta Katarzyna Ratajczyk docenia rankingi.
– To zawsze mobilizuje. Ale jeśli chodzi np. o liczbę turystów, to dotąd nawet nie mieliśmy wiarygodnych danych – stwierdza. – Izba Turystyki szacuje, że Polskę rocznie odwiedza 3,8 mln turystów, z czego ok. 2 mln przyciąga Kraków. Mamy wrażenie, że do Warszawy przyjeżdża więcej osób. Będziemy w stanie to zweryfikować, jeśli zastosujemy tę samą metodę badania, co w Krakowie.
Pierwsze dane mają być pod koniec tego roku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jawni tajniacy ze specsłużb

25 lut 2008

Bezmyślni funkcjonariusze | W internetowym portalu społecznikowskim nasza-klasa swoje profile umieścili operacyjni funkcjonariusze warszawskiej policji oraz Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Agenci pozują do zdjęć z żonami, dziećmi, na skuterach

Janina Blikowska, Marek Kozubal

Centrum Szkolenia Policji, a potem Wyższa Szkoła Oficerska MSW w Legionowie – takie hasła wpisaliśmy do wyszukiwarki naszej-klasy. Po chwili poznaliśmy nazwiska policjantów, którzy ukończyli tam kursy. Wiemy, jak wyglądają, ile mają lat, gdzie się uczyli, poznaliśmy ich znajomych. Niektórzy policyjni antyterroryści umieścili swoje zdjęcia w pełnym rynsztunku.
Dzięki portalowi poznaliśmy informacje, które powinny być objęte najściślejszą tajemnicą. Wiemy, którzy policjanci zaliczyli kursy operacyjne oraz techniki operacyjnej. Ci ostatni zajmują się m.in. instalowaniem podsłuchów oraz filmowaniem z ukrycia przestępców.
– O tym, czym się zajmują, nie powinni wiedzieć nawet ich koledzy – nie kryje zdziwienia oficer stołecznej policji.
Bez kłopotu poznaliśmy także agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Wystarczyło, że wpisaliśmy do wyszukiwarki nazwisko Macieja Wąsika, zastępcy szefa Biura. Po chwili pojawił się jego profil. Poznaliśmy m.in. jego wiek, ukończone szkoły, zainteresowania. Wąsik wkleił nawet na stronę zdjęcia swojego nowo narodzonego synka Tadzika.
Ciekawa jest też lista jego znajomych. I tak dowiedzieliśmy się, że oprócz kolegów ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim do tego grona zaliczył byłą posłankę PiS Małgorzatę Gosiewską (Kierat) oraz Grzegorza Postka. Ten ostatni jest dyrektorem biura operacyjnego w CBA – do zdjęcia pozuje na skuterze. Z jego internetowego profilu dowiadujemy się, że ukończył technikum, po którym może reperować radia i telewizory.
Zagłębiając się w profile kolejnych osób, poznajemy niemal całą sieć jego znajomych – funkcjonariuszy służb. Na zdjęciach widzimy prokuratorów wznoszących toasty z piwem w ręku, rozpoznajemy nazwiska policjantów, z którymi pracował Postek.
Łatwo możemy odczytać daty i godziny wstawienia do Internetu zdjęć. Wiemy, że najczęściej zajmują się tym w godzinach pracy urzędów, np. w ubiegłym tygodniu tak zrobił Maciej Wąsik, a na początku stycznia Adam Nadworski, zastępca szefa policji na Pradze-Południe.
Pytamy dyrektora gabinetu szefa CBA: czy umieszczanie danych funkcjonariuszy CBA w otwartej przestrzeni internetowej nie kłóci się z zasadami utrzymania tajemnicy. I czy kierownictwo podejmie w tej sprawie jakieś działania. W odpowiedzi dostaliśmy komunikat: „Funkcjonariusze służb specjalnych wykonujący zadania operacyjne nie ujawniają w żadnej formie faktu służby w organach ścigania. To podstawowa zasada ich pracy, decydująca o ich bezpieczeństwie” – pisze Piotr Kaczorek z CBA.
Michał Serzycki, generalny inspektor ochrony danych osobowych, nie chce się wypowiadać o umieszczaniu na portalu informacji o oficerach policji czy agentach służb specjalnych. – To przełożeni muszą ocenić, czy to przynosi szkodę ich działalności – zastrzega.
Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej Policji nie ukrywa, że szefowie przestrzegają swoich podwładnych przed umieszczaniem w Internecie informacji o sobie. – To może nawet zagrażać ich życiu. Na razie nie było sygnałów, aby z powodu informacji na portalach coś złego stało się policjantowi – mówi.
Tymczasem Krzysztof Przepiórka z Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych nie owija w bawełnę: – Jeśli są przypadki, że zamieszczają swoje zdjęcia, to ja bym takich ludzi od razu wyrzucił z pracy.
Sami policjanci przyznają, że korzystają z portalu nasza-klasa do wyszukiwania przestępców. Miesiąc temu dzięki portalowi zatrzymali sprawcę alarmu bombowego, który groził wysadzeniem w powietrze komendy na Ochocie. Kryminalni dane sprawcy ustalili na podstawie telefonu komórkowego, z którego dzwonił. Namierzyli go, gdy prześledzili jego profil w naszej–klasie. Na jednym z forów napisał, gdzie mieszka.
Czy takich samych metod używają przestępcy, aby poznać informacje o śledczych? – Jestem o tym przekonany, są na to dowody w materiałach prokuratorów zajmujących się zorganizowaną przestępczością – mówi jeden z policjantów, który nie chce jednak zdradzać szczegółów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Parafia kontra były pełnomocnik, czyli walka o wolski serek

22 lut 2008

Pełnomocnik parafii ewangelicko-augsburskiej sprzedał atrakcyjną działkę w centrum Woli. Wspólnota twierdzi, że zrobił to wbrew jej woli, i walczy o odzyskanie nieruchomości.
O sprawie napisała wczoraj „Gazeta Wyborcza”. Spór toczy się o tzw. wolski serek. Działka położona pomiędzy ul. Towarową, Wolską a Solidarności to atrakcyjny kąsek dla inwestorów. W ubiegłym roku delegatura Biura Architektury wydała warunki zabudowy tej działki. Teraz na ponad 8 tys. mkw. mogą powstać wielorodzinne budynki mieszkalne i punkty handlowe.
Blisko trzy lata temu nieruchomość otrzymała parafia ewangelicko-augsburska jako rekompensatę za zabrane Kościołowi majątki. Wartość działki miasto wyceniło na 32,7 mln zł.
Pełnomocnikiem wspólnoty przed komisją regulacyjną był mec. Józef Lubieniecki, poseł na Sejm kontraktowy, członek Porozumienia Centrum. Zgodnie z umową, jaką w 1999 r. zawarł z ówczesnym proboszczem parafii ks. Sławomirem Sikorą, po sprzedaży działki miał dostać 25 procent jej wartości.
W listopadzie 2006 r. pełnomocnik parafii podpisał umowę przedwstępną sprzedaży nieruchomości ze spółką Glob Tower, która chce tam inwestować. – Prowadzimy rozmowy z poważnymi inwestorami – mówi mec. Andrzej Górny, pełnomocnik spółki.
Zgodnie z umową przedwstępną wspólnota miała dostać 125 tys. euro zaliczki. – Żadne pieniądze do nas nie wpłynęły – twierdzi Olga Sztejnert, sekretarz rady parafialnej w kościele Świętej Trójcy.
– O umowie dowiedzieliśmy się kilka miesięcy później, gdy w kwietniu ubiegłego roku do parafii zaczęli dzwonić inwestorzy zainteresowani kupnem nieruchomości. Parafia zorganizowała wówczas spotkanie z mecenasem. Przyznał się, że podpisał umowę przedwstępną.
Wówczas parafia cofnęła pełnomocnictwa adwokatowi i powiadomiła o tym Krajową Radę Notarialną. Mimo to w sierpniu 2007 r. w Olsztynie podpisano akt notarialny sprzedaży serka. Nabywca ma za niego zapłacić ponad 9 mln euro.
– Sprzedawca otrzyma pieniądze po uprawomocnieniu się wpisu o zmianie użytkownika wieczystego – tłumaczy mec. Górny.
Gdy parafia dowiedziała się o akcie notarialnym, złożyła zawiadomienie do prokuratury. – Na początku listopada zostało wszczęte śledztwo w sprawie wystawienia w kancelarii notarialnej pełnomocnictw stwierdzających nieprawdę i umowy-zlecenia dla osób świadczących pomoc prawną parafii oraz niekorzystnego rozporządzenia jej mieniem – informuje Katarzyna Szeska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Dodaje, że na razie nikomu nie przedstawiono zarzutów.
Parafia złożyła też pozew do warszawskiego Sądu Okręgowego o unieważnienie umowy sprzedaży. – Jeżeli mocodawca znał i akceptował działania pełnomocnika, to bardzo trudno będzie podważyć taki akt notarialny – uważa Czesława Kołcun, prezes Izby Notarialnej w Warszawie.
Mecenas Górny: – To nieuprawniona próba wycofania się parafii z transakcji. Podejrzewamy, że znalazła lepszego kupca. Całe to zamieszanie może spowodować, że współinwestorzy, którzy chcieli wyłożyć pieniądze, wycofają się, a sprawa będzie się ciągnęła przez lata.
Burmistrz Woli Marek Andruk: – Przez ten spór na serku przez lata nic się nie zmieni. Jedyna pociecha, że ja i inni mieszkańcy będziemy mieli gdzie kupić choinki.
—Janina Blikowska

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Staw: owszem, ale już bez tlenu

21 lut 2008

NIEDOTRZYMANE OBIETNICE | Miasto planuje modernizację pl. Grzybowskiego. Nie uwzględniło w niej jednak Dotleniacza

Anna Brzezińska
– Dotleniacz był instalacją czasową, nie widzę powodu, by do niego wracać – mówi Anna Stasiewicz, wicedyrektor Zarządu Terenów Publicznych, który zlecił już realizację projektu modernizacji skweru. – Non stop ktoś musiał go pilnować. Nie wiem, czy dlatego, że urządzenia były tak drogie, czy dlatego, że tak wadliwe. Zresztą staw będzie, tylko inny.
– Jak to inny? – pytają oburzeni mieszkańcy, którzy już pół roku temu zabiegali o ponowną instalację oczka autorstwa Joanny Rajkowskiej. Choć początkowo pomysł stworzenia stawu z ozonowaną wodą i liliami wodnymi wydawał im się absurdalny, szybko przyzwyczaili się do spędzania tu wolnych chwil. A artystka, znana już m.in. z projektu palmy przy rondzie de Gaulle’a, dostała za Dotleniacz liczne nagrody.
Staw, który stał się turystyczną atrakcją Warszawy, został sfinansowany m.in. przez Ministerstwo Kultury i sponsorów (w sumie ponad 170 tys. zł). Jeszcze jesienią wydawało się, że ratusz docenił pomysł. Na spotkaniu z mieszkańcami dyrektor Biura Kultury Marek Kraszewski, sekretarz miasta Adam Leszkiewicz oraz przedstawiciele ZTP zapewniali, że zrobią wszystko, by Dotleniacz, wiosną już na stałe wrócił na miejsce. Słowa nie dotrzymali, a o planach modernizacji dowiedzieli się od nas. – Nie dysponuję tym terenem, ale chcę zachować Dotleniacz – mówi Kraszewski i zapowiada, że w tym tygodniu spotka się w tej sprawie z burmistrzem Śródmieścia, a następnie z zarządem ZTP. – Musimy się nauczyć prezentowania sztuki w przestrzeni miasta i szanowania głosów mieszkańców – deklaruje.
Tymczasem pierwsze prace budowlane, związane m.in. ze stworzeniem nasypu od strony ul. Twardej czy kwietników, mają się zacząć jesienią. Wszystko zgodnie z wytycznymi konserwatora, który nie życzy sobie żadnych zabudowań przed kościołem Wszystkich Świętych, gdzie stał Dotleniacz.
Zapowiadany przez Stasiewicza nowy staw ma być więc bliżej ul. Grzybowskiej. – Stworzymy miejsce kameralne, które spełni podobną rolę jak Dotleniacz – uważa wicedyrektor ZTP. Oczko ma zdobić niewielka fontanna. – Wszyscy na pewno będą z niego zadowoleni – dodaje.
Joanna Rajkowska o likwidacji stawu dowiedziała się od „Rz”. Była zaskoczona.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Porywająca huśtawka nastrojów The Cure

19 lut 2008

Zespół Roberta Smitha na Torwarze | Dawno już warszawska hala nie była podczas koncertu wypełniona do ostatniego miejsca. Tym razem się to udało. Trwający trzy godziny i piętnaście minut występ Brytyjczyków mógł zadowolić każdego fana. Dziś drugi show w Katowicach

Jacek Cieślak
Najpierw przez długie kwadranse zamiast muzyki na rozgrzewkę publiczność musiała słuchać ponurych dźwięków przypominających popiskiwanie szczurów. Można było się poczuć jak na śmietniku. Ale czegóż innego mogły oczekiwać punkowe i postpunkowe dzieci-śmieci? Reszcie już pierwsze leniwe takty „Plainsong” wynagrodziły przygnębiające chwile oczekiwania. Zza pleców muzyków popłynęły na widownię miriady gwiazd i rozpoczął się wieczorny seans marzeń i koszmarów Roberta Smitha.
Fani przeżywali je kiedyś wraz z premierą każdej nowej płyty zespołu. Teraz dojrzali, a na pewno bardziej zrównoważeni, podobnie jak Smith przypominali sobie piosenki o lękach młodości, których The Cure był najdoskonalszym wyrazicielem.
Młodsza część widowni pokazała, że jest nim nadal. To głównie oni założyli czarne kostiumy, podarte pończochy przypominające pajęczynę i glany. Pamiętali o ponurych makijażach i natapirowanych fryzurach, jakie zawsze wyróżniały słuchaczy The Cure.
Część nie miała kostiumu buntowników, ale przygotowała cyfrowe aparaty i robiła zdjęcia Smithowi oraz jego kolegom, bo oni pozostali sobą mimo upływu lat. Lider przytył, ale jego mocny głos zachował znaną od trzech dekad charakterystyczną melancholijną słodycz i nutę młodzieńczej rozpaczy niewolnej od gniewu, ale na pewno pozbawionej agresji.
„Lovesong”, dzięki szybszemu rytmowi perkusji i charakterystycznej nowofalowej linii basu, zmieniło gwałtownie klimat koncertu. To najbardziej optymistyczna kompozycja Smitha dedykowana żonie z okazji ślubu. „Pictures of You” miało wręcz ożywczą siłę wiosny. Śpiew lidera stał się rześki, optymistyczny, pogodny, a na widowni pojawiły się choinkowe sztuczne ognie.
Jak zwykle, ożywczo podziałała na fanów wisielcza wesołość „Lullaby” – kołysanki z pająkiem w roli głównej. Smith powoli wznosił głos w wyższe rejestry, stopniował napięcie ofiary, która zgodnie z logiką koszmaru chce uciec przed śmiercią, ale sparaliżowana, nie może.
Grupa występuje teraz bez instrumentów klawiszowych, dlatego lider uspokajające akordy syntezatora zastąpił solówką na gitarze. Brzmiała jak rosyjska bałałajka. A wraz z nią rozpoczął się powrót do smutnych, depresyjnych nastrojów. Zimne brzmienia akustycznego instrumentu Smitha, dołujące partie basu i dudniąca głucho perkusja, której rytm zlewał się z oklaskami widowni.
Tym razem sceniczna depresja The Cure nie trwała długo. Nastroje smutku i radości zmieniały się coraz szybciej. Bo Robert Smith, choć rzadko decyduje się na spotkania z fanami, kiedy już wychodzi na scenę, daje z siebie wszystko i gra to, co w dorobku zespołu najlepsze. To już nie była huśtawka, lecz rollercoaster emocji. Ilustrowały go gigantyczne czarno-białe fotosy najbardziej brutalnych światowych konfliktów i rzezi.
W Warszawie, tym razem, na szczęście wszyscy przeżyli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szpital żydowski przy Wolskim

NA ODZYSKANEJ DZIAŁCE | Moszaw Zkenim – tak po hebrajsku będzie się nazywał pierwszy w Warszawie szpital i dom spokojnej starości, które zbuduje gmina żydowska

Robert Rybarczyk
Trzypiętrowy obiekt stanie na działce przy ul. Brylowskiej. Znajduje się ona na tyłach Instytutu Matki i Dziecka, nieopodal Szpitala Wolskiego. Przed wojną teren należał do Szpitala Starozakonnych na Czystem przy ul. Kasprzaka. Działkę o powierzchni 4,3 tys. mkw. gmina otrzymała od miasta po ośmiu latach starań o zwrot mienia. Wraz z gruntem przejęła też przedwojenny pawilon nr 4 dawnego szpitala. Budynek, od lat nieużytkowany, trzeba było jednak rozebrać z powodu złego stanu technicznego.
Teraz powstanie tu Moszaw Zkenim łączący w jednym kompleksie szpital i dom spokojnej starości. Lecznica, zgodnie z projektem, zajmie 4 tys. mkw., skrzydło dla pensjonariuszy to 1,4 tys. mkw. Budynek ma mieć wykusz taki, jaki miał jego przedwojenny odpowiednik z ul. Górczewskiej. Z tego domu pochodzi także hebrajska nazwa nowego obiektu.
– Historyczne ulokowanie budynku ma dla nas duże znaczenie sentymentalne. Zwłaszcza dla osób rozsianych po świecie, które na starość chcą wrócić do Polski z Ameryki lub Izraela. Większość jest samotna, ponieważ ich bliscy zginęli podczas wojny – mówi Piotr Zandberg, dyrektor do spraw nieruchomości Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, który zaproponował, jak wykorzystać odzyskaną działkę.
Szpital usytuowano od frontu obiektu, zaś na zapleczu, tam gdzie jest dalej od ulicy i ciszej – dom dla seniorów. Będzie w nim 39 pokoi. Każdy tylko dla jednej osoby. Pokoje zaprojektowano jako autonomiczne kawalerki po 30 mkw. Będą w nich: sypialnia, łazienka, kuchenka i wnęka na szafy. – Gdy projektowaliśmy ten obiekt, ruszyłem w podróż po domach spokojnej starości, nie tylko w Warszawie, ale też w Izraelu. Stwierdziłem, że wszyscy oszczędzali na wielkości pokojów. A to błąd, jeśli chcemy, by pensjonariusze poczuli się jak we własnym domu – mówi Zandberg.
Kto i na jakich zasadach będzie mógł zamieszkać w Moszaw Zkenim, zdecyduje stowarzyszenie budowy domu. Zgłaszają się już chętni.
Dom seniora ma być finansowany przez najemcę szpitala. Wygląda na to, że nie będzie z tym problemów. Zainteresowanie przedsięwzięciem jest duże. – Mamy już pierwsze oferty od firm. Jedna z nich widziałaby w tym miejscu klinikę dla dzieci chorych na raka. Możliwe więc, że powstanie tu prywatny szpital onkologiczny dla najmłodszych pacjentów – mówi Zandberg.
Standard nowego szpitala ma być zbliżony do tego w Instytucie Hematologii na Ursynowie. – To nowoczesna, ładna lecznica. Podobną widzielibyśmy na Brylowskiej – twierdzi Zandberg.
Gmina wystąpiła do miasta o warunki zabudowy. Liczy, że otrzyma je w maju. Resztę decyzji chce uzyskać do końca roku. Starania ułatwia to, że przeznaczenie działki się nie zmieniło. Budowa ma ruszyć w styczniu 2009 r., sfinansuje ją gmina. Ile inwestycja będzie kosztować, Zandberg nie chce zdradzić. Według deweloperów obiekt o takiej powierzchni może kosztować ponad 50 mln zł.
Przedstawiciele GWŻ szacują, że za dwa lata Moszaw Zkenim będzie gotowy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Automatyczne myjnie niebezpieczne dla aut

RYZYKOWNE KĄPANIE NA STACJI BENZYNOWEJ | Wybierasz się na Statoil wypucować samochód? Uważaj – możesz wrócić do domu autem czystym, ale lekko zniekształconym

Maciej Szczepaniuk
– Myjnia na Statoilu uszkodziła mój samochód. Ostrzeżcie innych kierowców – mówi czytelnik, który zadzwonił do „Rz”. Pan Jan (nazwisko do wiadomości redakcji) chciał w sobotę umyć samochód na stacji benzynowej przy ul. Dzikiej w pobliżu Arkadii.
– Kiedy już wsiadałem do auta, zobaczyłem bok pojazdu. Był wgnieciony na długości kilkudziesięciu centymetrów. Inni kierowcy oczekujący w kolejce natychmiast się zmyli.
Na swojej stronie internetowej Statoil chwali się, że jego myjnie wyposażone są w najnowocześniejsze urządzenia, a szczotki regularnie wymieniane, „nawet jeśli nadają się do dłuższej eksploatacji”. Jak zatem mogło dojść do uszkodzenia karoserii?
– Takie rzeczy zdarzają się na wszystkich stacjach – bagatelizuje sprawę rzeczniczka Stat- oil Polska Krystyna Antoniewicz-Sas. O szczegółach nie chce mówić. Według firmy winowajcami większości uszkodzeń są… sami kierowcy. – Nie czytają instrukcji obsługi. Nie odkręcają anten, nie składają lusterek, wjeżdżają z bagażnikami na dachu, a potem są problemy – wylicza Antoniewicz-Sas. W takich przypadkach stacja odmawia przyjęcia reklamacji.
Sławomir Ulatowski z Federacji Konsumentów ostrzega, że stacje, które uchylają się od naprawienia szkód powstałych w myjni, łamią prawo.
– Jeśli samochód został uszkodzony w trakcie mycia, odpowiedzialność jest oczywista. Umowa o dzieło, która zostaje zawarta w momencie zapłacenia za usługę, zakłada jedynie umycie pojazdu, ale bez usuwania lakieru czy modelowania nowego kształtu – mówi „Rz” Ulatowski.
Ekspert przyznaje, że jedynym powodem, dla którego właściciel stacji może odmówić przyjęcia reklamacji, jest nieprawidłowe zaparkowanie samochodu w myjni. – Zasłanianie się obowiązkiem składania lusterek brzmi absurdalnie.
Ostatecznie Statoil przyjął reklamację pana Jana. W firmie odmówiono nam jednak podania informacji, do ilu podobnych wypadków dochodzi.
Pracownicy innych stacji byli równie tajemniczy. O zniszczeniach w myjni nie chciano rozmawiać m.in. w Shellu i Robo Wash.
– Zdarzają się, jak wszędzie – usłyszeliśmy w centrali ostatniej firmy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop