Niech mnie feministki spalą na stosie

11/08/2011

Tak się składa, że moi najbliżsi współpracownicy to sami mężczyźni – zarówno moi bezpośredni podwładni, jak i koledzy pracujący na równorzędnych stanowiskach. No i mam szefa, a nie szefową. Czy wolałabym nie być rodzynkiem w tym męskim gronie? Nie, a już na pewno nie dlatego, że taki wymóg narzuca państwo.

Komisja Europejska zapytała niedawno kraje UE o to, czy i w jaki sposób uregulować udział kobiet we władzach spółek giełdowych. Prowadzi bowiem konsultacje w sprawie wprowadzenia 40-proc. parytetu, który obowiązywałby w całej Unii.

To absurdalny pomysł, niezmiennie wprawiający w zachwyt środowiska feministyczne. Niezmiernie bawi mnie, że argumentem przemawiającym za takim parytetem miałaby być tzw. dywidenda patriarchalna. Okazuje się, że mężczyźni wyłącznie z uwagi na swoją płeć otrzymywali przez lata specjalne przywileje – to właśnie owa „dywidenda”, którą teraz powinni kobietom spłacić. Na przykład w formie zagwarantowanych ustawowo miejsc w zarządach i radach nadzorczych.

Szkoda, że w publicznym dyskursie na temat udziału kobiet we władzach spółek jakoś słabiej przebijają się argumenty gospodarcze i prawne. Wprowadzenie ustawowych parytetów to przecież nic innego jak podeptanie prawa własności i ograniczanie wolności gospodarczej.  Państwo próbuje bowiem ingerować w decyzje biznesowe firmy, a taką właśnie decyzją jest dobór ludzi, od których zależy kondycja spółki i zyski. Państwo, które nie ponosi żadnego ekonomicznego ryzyka działania spółki,  chce narzucać jej właścicielom zasady działania. Zmusić do obsadzenia kluczowych stanowisk nie tylko według klucza kompetencji, ale dodatkowo – płci.

Większość podległych mi kolegów sama przyjęłam do pracy. Fakt, że to sami mężczyźni, nie wynika z tego, że nie chcę pracować z kobietami. Po prostu okazali się lepsi. Szlag by mnie trafił, gdybym z powodu ustawowych wymogów musiała szukać na te stanowiska kobiet, choć żadnej właściwej nie spotkałam!

I jeszcze jedno. Lubię pracować z mężczyznami. Lubię w nich konkret, prostolinijność przekazu i nierozdzielanie włosa na czworo. I niech mnie feministki spalą na stosie!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stadionowa czkawka

09/06/2011

Wszystko wskazuje na to, że majowa krucjata rządu przeciwko pseudokibicom odbije się wkrótce czkawką. Gdzie? W sądzie.

Pisaliśmy ostatnio o tym, że rząd wytoczył przeciwko stadionowym chuliganom wyjątkowo ciężkie działa, które, jak choćby w kwestii sądów stadionowych, nie mają szansy strzelać celnie. Nasze wątpliwości budziło też zastosowanie ostrej amunicji w sytuacji, gdy tego rodzaju przestępczość z roku na rok spada. Teraz okazuje się jeszcze, że użyto państwowych armat bez jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia.

Chodzi o ostatnie decyzje administracyjne w sprawie zamykanych stadionów. Wydawali je wojewodowie w ramach majowej krucjaty. Już wtedy było jasne, że to akcja czysto polityczna, a nie przejaw troski o bezpieczeństwo Polaków. Przejrzeliśmy właśnie w redakcji decyzje, na podstawie których zamknięto piłkarskie areny, i nie mamy wątpliwości, że ich wydanie to hucpa. Naprędce sporządzono świstki, ośmieszające polską administrację. Dlaczego?

Bo porządna decyzja powinna mieć rzetelne uzasadnienie – zarówno faktyczne, jak i prawne. Tymczasem w tej sprawie albo tego uzasadnienia de facto nie ma, bo sformułowano je tak ogólnikowo, że kompletnie nie wiadomo, kto i jak zakłócał porządek oraz co mogło zagrażać bezpieczeństwu. Albo uzasadnienia są kuriozalne – powołujące się na imprezy sprzed kilku miesięcy – albo ignorujące pozytywne opinie policji.

Nie jestem kibicem, ale… w tej sprawie kibicuję klubom, które się od tych fatalnych decyzji odwołały. Mają duże szanse na wygrane przed sądami administracyjnymi, co z kolei otworzy im drogę do dochodzenia odszkodowań. Cztery kluby ekstraklasy wyceniły straty na ponad dwa miliony złotych. Szkoda tylko, że tak naprawdę zapłacą za to wszyscy podatnicy – również ci niewpuszczeni ostatnio na stadiony. Bo to przecież roszczenia przeciwko Skarbowi Państwa.

Zamykając stadiony, rząd postanowił użyć sposobu: dajcie mi człowieka, znajdzie się paragraf. Tyle że ten ostatni, poszukiwany w pośpiechu i na polityczne zamówienie, jakoś się nie znalazł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nauka robienia w konia

30/05/2011

Resort nauki zagrał wobec studentów wyjątkowo nie fair. Właśnie kończy się rok akademicki i może się okazać, że w kolejnym wielu z nich nie będzie miało za co studiować.

Tysiące tych, którzy zapracowali sobie na wysoką średnią ocen, a w konsekwencji – na stypendium naukowe, może nie dostać pieniędzy. Dlaczego? Bo w trakcie gry zmieniono zasady.

1 października, czyli wraz z początkiem nowego roku akademickiego, wchodzi w życie nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym. Okaże się ona zapewne niewesołą niespodzianką dla wielu studentów. Stypendiów naukowych będzie mniej niż dotychczas i nawet ci, którzy wypracowali sobie wysoką średnią (zwykle ok. 4,5) za ten rok, mogą się na nie nie załapać. Tylko 10 proc. żaków na każdym kierunku będzie bowiem mogło otrzymać tego rodzaju gratyfikację.

Nowe regulacje są z całą pewnością mniej korzystne od tych obowiązujących. Tym bardziej powinny więc wejść w życie po odpowiednio długim czasie od dnia ich ogłoszenia. W tym przypadku uczciwe byłoby roczne vacatio legis. Rzecz w tym, aby zmienione przepisy nie godziły w tych, którzy właśnie rok akademicki zakończyli i osiągnęli dobre wyniki. Bo studentom, którzy na stypendia w tym roku zapracowali, nie powinno się ich odbierać. Szkoda, że resort nauki postanowił inaczej.

Powiedzmy sobie jasno – stypendium to dla rzeszy studentów nie jest kieszonkowe przeznaczone na przepicie, ale środki niezbędne do codziennego utrzymania. Szczególnie dla tych pochodzących z uboższych rodzin i spoza ośrodków akademickich. Kwoty rzędu 300 – 400 zł (najwyższe stypendium to 650 zł) stanowią dla wielu z nich połowę miesięcznego budżetu. A w zasadzie każde tego rodzaju wsparcie jest istotną częścią studenckich finansów.

Czego Ministerstwo Nauki chce tymi kiepskimi zmianami nauczyć studentów? Niechlujnego ustawodawstwa? Czy raczej sztuki robienia w konia?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na kogo wypadnie, na tego bęc

24/05/2011

Dokładnie tydzień temu weszły w życie przepisy wprowadzające odpowiedzialność majątkową urzędników za popełnione przez nich błędy. Na pierwszy rzut oka – słuszna idea. Wszyscy znamy przecież historie jak ta Romana Kluski, którego firmę zniszczyły błędne decyzje skarbówki. Wreszcie koniec z urzędniczym niechlujstwem – cieszą się apologeci nowej ustawy. Też chciałabym się cieszyć, ale nie bardzo mam z czego. Już na pierwszy rzut oka widać, że nowe przepisy to bubel. Albo w ogóle nie zadziałają – i to by było przysłowiowe szczęście w nieszczęściu, albo, co gorsza, będą stosowane w myśl zasady: na kogo wypadnie, na tego bęc!

Miałkość tej nowej regulacji jest doskonale widoczna choćby na tle naszej administracji skarbowej.

O odpowiedzialności finansowej urzędnika można mówić wówczas, gdy doszło do rażącego naruszenia prawa. Tutaj zaczynają się schody: jakie naruszenie jest rażące? Fakt, że na skutek decyzji skarbówki upada świetnie prosperująca firma albo Skarb Państwa traci miliony, często wcale nie oznacza rażącego naruszenia prawa. Wystarczy bowiem, że urzędnik wykaże, iż podjął decyzję na podstawie niejasnego przepisu, który jest różnie interpretowany przez sądy czy organy podatkowe. A taki przepis to sprawka ustawodawcy, a nie jego. Na marginesie – w prawie podatkowym niejasnych przepisów mamy zatrzęsienie.

Problemy będą nie tylko z tym, z jakiego powodu karać, ale również, a właściwie przede wszystkim – kogo? Nie jest bowiem tak, że nad jedną decyzją pracuje zawsze tylko jedna osoba. Jej wydanie poprzedza często praca wielu urzędników i nie zawsze uda się ustalić, kto dokładnie popełnił błąd. Bywa też, że pod decyzją wcale nie podpisuje się ten, kto w rzeczywistości nad nią pracował, ale np. szef danej jednostki.

A w tej ustawie nie chodziło, zdaje się, ani o odpowiedzialność zbiorową, ani o zastępczą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Temida zbiera kwiatki

24/03/2011

Po raz kolejny publikujemy ranking stron internetowych sądów i – muszę to przyznać – jestem trochę rozczarowana. Pierwsza edycja to było coś! Ileż tam było ciekawych kwiatków! A to prognoza pogody na sądowej stronie WWW, a to przekierowanie do strony rządowej Federacji Rosyjskiej albo dziwna grafika, w której obok herbu Polski skakała… zielona żabka. A w tym roku to już nudy, panie, nudy. Sądy ranking przeczytały i strony popoprawiały. Trzeba przyznać, że niektóre tak się wzięły do roboty, że w naszym zestawieniu awansowały spektakularnie. Jak choćby apelacja krakowska, która po ostatnim miejscu w tym roku wskoczyła aż na trzecie.

Jakkolwiek by patrzeć, sądy okręgowe i apelacyjne radzą sobie nie najgorzej i ich klient jest w stanie znaleźć na ich stronach sporo użytecznych informacji. Choć oczywiście nadal zdarzają się takie, w których nazwiska sędziów, godziny urzędowania czy aktualne orzecznictwo są ściśle tajne. I te, które na pytanie przesłane e-mailem nie odpowiedzą za żadne skarby!

Okazuje się, że duży problem dotyczy sądu, który powinien świecić przykładem – portal Sądu Najwyższego okazał się bowiem nie najwyższych lotów. A mówiąc wprost – jest beznadziejnie słaby. Pal licho trudną nawigację po serwisie czy mało czytelne menu. Najgorsze jest to, że baza tego najważniejszego orzecznictwa jest bardzo uboga. Nie sposób znaleźć starszych wyroków, a bieżące publikowane są wybiórczo. Co ciekawe, pracownicy SN mają własną wewnętrzną bazę Omnia, która jest pełna, ale… dostępna tylko dla nich. Uff… Non omnis moriar!

Drobnostką przy tym wydaje się fakt, że na stronie SN zawieszono nieaktualną ustawę o tym sądzie, nieuwzględniającą zmian z czterech ostatnich lat.

Narzekam na brak kwiatków, ale okazuje się, że są! Redakcyjny kolega wypatrzył niedawno na stronie jednego z wojewódzkich sądów administracyjnych wyrok podatkowy, którego sentencja składała się częściowo z… przepisu na zapiekankę ziemniaczaną. Rozsądnie uznał, że skoro orzeczenie się nie przyda, to może chociaż dobry przepis zostanie! Nic z tego – ten również okazał się niepełny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skazany po amerykańsku

26/02/2011

Zewsząd słychać narzekania na amerykanizację życia: kultury, obyczajów, języka. Okazuje się, że do tej listy można dopisać prawo, tyle że akurat na tę zmianę narzekać nie zamierzam. Bez obaw. Do ławy przysięgłych orzekającej, „jak jej w sercu zagra”, nadal nam, na szczęście, daleko.

Rzecz w rewolucyjnych zmianach w procedurze karnej, przygotowanych przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Karnego. A te, słusznie według mnie, odchodzą dość mocno od zasady, że proces karny musi oznaczać spór między oskarżycielem publicznym a oskarżonym lub jego obrońcą. Wprost przeciwnie – negocjacje i próba osiągnięcia porozumienia mogą być korzystne zarówno dla oskarżonego, jak i dla samego wymiaru sprawiedliwości. Bo pierwszy ma szansę na łagodniejszą karę, a drugi – na oszczędność czasu i kosztów procesu. Amerykanie wiedzą o tym od dawna, bo w trybie takich właśnie negocjacji, zakończonych układem z prokuratorem, rozstrzyga się u nich podobno aż 90 proc. spraw karnych.

Czy my w takim razie tkwimy w jakimś ciemnogrodzie? Nie, bo od ośmiu lat istnieje w polskim prawie możliwość skazania bez rozprawy. Tyle że dotyczy ona tylko przestępstw zagrożonych karą najwyżej dziesięciu lat pozbawienia wolności. Ta granica ma zostać przesunięta na kary 12-letnie. Działa też dobrowolne poddanie się karze, ale po zmianach ma być możliwe dla wszystkich typów przestępstw, w tym najcięższych zbrodni.

Pozytywnych rozwiązań mających przyspieszyć postępowanie zaplanowano więcej: np. prokurator nie będzie musiał odczytywać podczas rozprawy całego aktu oskarżenia, tylko zarzuty.

Czy przez takie uproszczenia ucierpi sprawiedliwość? Jestem przekonana, że nie. Bo od kary surowej zawsze lepsza będzie ta szybko wymierzona i nieuchronna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Regulaminowy masochizm

02/02/2011

Muszę wyznać coś wstydliwego. Należę do masochistów czytających wszystko, co podpisują – wszelakie umowy i regulaminy. Ot, takie zawodowe zboczenie. Stąd wiem, że przebrnięcie przez papiery od dostawców telewizji czy Internetu to droga przez mękę.

Normalni ludzie raczej nie zgłębiają tych elaboratów. A jeśli nawet, to niewiele z nich rozumieją. Ciężki prawniczy język przeplatany jest branżowym słownictwem. Klient jest odsyłany do innych dokumentów (cenników, warunków technicznych…) i przepisów (np. do ustawy o VAT). Summa summarum nie dziwię się, że ludziom się nie chce czytać. Nie dziwię się też, że operatorzy to skwapliwie wykorzystują, zawierając w regulaminach niekorzystne zapisy. Efekt bywa taki, że wściekły klient miesiącami, a nawet latami boksuje się z usługodawcą o zmianę umowy lub jej rozwiązanie.

Pani z biura obsługi klienta, która z uśmiechem mówi mu, że „chyba widział, co podpisuje”, odpowiada, że żałuje, iż dawno zniesiono karę chłosty. Co robić? Dokonać trudnego wyboru między masochizmem a sadyzmem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Emerytury: 10 w skali Beauforta

28/12/2010

Czy rząd mógłby w końcu obrać jakiś jeden, stały kurs w kwestii dorabiania do emerytury? To raczej wątpliwe – rządowa łódka ciągle zmienia kurs, a i burza rozpętała się solidna – we wtorek wiało 10 w skali Beauforta. W dodatku okręt prezydenta płynie dokładnie w przeciwnym kierunku.

W czym rzecz? Ci, którzy nie dalej jak dwa lata temu uzyskali prawo do emerytury, mogą pobierać to świadczenie i dalej pracować. Ministrom z krótką pamięcią przypomnę, że takie rozwiązanie było motywowane tym, aby aktywizować dojrzałych ludzi i nie spychać ich w szarą strefę. Żadną tajemnicą nie było bowiem, że wielu emerytów i tak dorabia na czarno. Więc niech już lepiej pracują legalnie i płacą podatki – niech i państwo coś z tego ma. Rozumowanie to głupie z pewnością nie było, ale… się zmieniło. Nastąpił zwrot kursu o 180 stopni – trzeba wybierać: praca albo emerytura. Trzeba zwalniać miejsca dla młodych!

Wyszło na to, że korzystnymi rozwiązaniami emeryci długo się nie nacieszyli – wpadli bowiem na rafę zwaną deficytem budżetowym. W dodatku w miejscu, w którym się jej kompletnie nie spodziewali, bo w nowo uchwalonej ustawie o finansach publicznych. A tam między podatkowymi sposobami na oszczędności znalazły się też przepisy zakazujące łączenia pracy z emeryturą. Zważywszy na fakt, że straci na tym ok. 60 tysięcy obecnych emerytów, o przyszłych nie wspominając, dziwna jest krótkowzroczność rządu. Należało się bowiem spodziewać solidnej burzy, i to nie w szklance wody.

Prezydent nie miał wyjścia – „oszczędnościową” ustawę musiał podpisać, bo przecież budżet nade wszystko. Nie dziw więc, że emerytalne gromy uderzyły i w niego. Głowa państwa zapowiedziała więc nowelizację, która umożliwiłaby zapewne powrót do korzystnych rozwiązań. Na razie płynie więc w przeciwnym do rządowego kierunku. Dokąd? – nie wiadomo, dopóki nie będzie ustawowych konkretów. Aby jednak dopłynąć bezpiecznie, musi się pospieszyć. Oprócz tych 60 tysięcy wściekłych emerytów ma za plecami tysiące tych, którzy się wkrótce na emerytury wybierają. A ci nie tylko nie chcieliby tracić możliwości dorabiania do emerytury, ale przede wszystkim chcieliby wiedzieć – co dalej robić?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Finansowe machinacje

10/12/2010

Co by tu zrobić, żeby nie zapłacić albo mniej zapłacić – kto choć raz się nad tym nie głowił, niech pierwszy rzuci kamieniem. Pomysłowość Polaków jest w tej mierze nieograniczona, szczególnie jeśli chodzi o rozmaite daniny publiczne. Mamy tu wieloletnią tradycję, ugruntowaną mocno tam, gdzie w grę wchodzą skarbówka i ZUS. Na nic podstępne zmiany w ustawach – zmieni się przepis, zmieni się i pomysł. Wszak potrzeba matką wynalazku.

Najnowszy wynalazek to fikcyjne zatrudnienie za granicą. Wyłącznie po to, aby płacić niższe składki na ubezpieczenie społeczne. Bywa, że delikwent nie płaci tam nawet połowy równowartości polskiego ZUS, pracując niby to za granicą, choć w rzeczywistości – w Polsce. Choć proceder to nielegalny, to niewątpliwie dochodowy. Nie dość, że w kieszeni zostaje więcej pieniędzy, to również wcale nie musi oznaczać straty na przyszłej emeryturze. Do tego można się nim bezkarnie parać. Fikcyjnego zatrudnienia w innym kraju UE nie obejmują bowiem żadne specjalne kontrole, a naszego ZUS nie interesuje, dlaczego ktoś się z niego nagle wyrejestrowuje.

Finansowych machinacji przy zatrudnieniu jest, rzecz jasna, więcej. Ot, choćby zatrudnienie na część etatu albo na zaniżonej pensji, podczas gdy reszta jest wypłacana pod stołem. O ile jednak te ostatnie są trudne do udowodnienia, bo słowo staje w sądzie przeciwko słowu, o tyle z fikcyjnym zatrudnieniem za granicą jest inaczej. Łatwiej je namierzyć, bo wiąże się przecież z wymogami rejestracyjnymi.

Ale po co nasze państwo ma tropić takie praktyki? Jak nam się budżet nie dopina, zawsze przecież łatwiej podnieść składki i podatki…


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Składkowa mieszanka wybuchowa

26/10/2010

Całkiem niedawno jeden z moich kolegów prowadzących własną firmę narzekał na wysokość składek ZUS. Drugi szybko mu doradził – zostań rolnikiem. Trzeci skwitował: A bo chłop i ma coś z Piasta, chłop potęgą jest i basta!

Okazuje się, że ten ostatni trochę się jednak pomylił – owa potęga została bowiem poważnie nadwątlona przed Trybunałem Konstytucyjnym. Potwierdził on fakt, że uprzywilejowanie rolników w zakresie płacenia, a właściwie niepłacenia, składek zdrowotnych jest nieuzasadnione.

Od lat mówi się o tym, że obowiązujące przepisy do sprawiedliwych nie należą. Składki zdrowotne opłaca za rolników budżet państwa, podczas gdy inne osoby osiągające przychód z pracy, z działalności gospodarczej czy też emeryci i renciści – muszą je zapłacić same. Efekt jest taki, że właściciel wielkiego, dochodowego gospodarstwa, zarabiający krocie, jest traktowany tak samo jak… bezrobotny. Za obu składkę płaci Skarb Państwa, czyli de facto my wszyscy. Niezależnie od tego, ile kto zarabia. To błąd – stwierdził Trybunał, wskazując, że to właśnie kryterium dochodowe powinno decydować o tym, czy ktoś jest w stanie, i ile, zapłacić za swoje ubezpieczenie zdrowotne.

Dawno nie było przed Trybunałem takiej zgodności – wniosek rzecznika praw obywatelskich poparł zarówno przedstawiciel prokuratora generalnego, jak i Sejmu. Sądzę, że zarówno ta jednomyślność, jak i dziura budżetowa mogą spowodować dalej idące zmiany – np. zastosowanie kryterium dochodowego do… rolniczych składek emerytalno-rentowych.

Tu również rolnicy są faworyzowani, podczas gdy dla innych nie ma zmiłuj. Właściciel warzywniaka płaci miesięcznie kilkukrotnie więcej niż właściciel gospodarstwa rolnego. To się oczywiście ubezpieczonym w KRUS opłaca – stąd rosnąca w siłę rzesza „rolników z Marszałkowskiej”. Wystarczy kawałek ziemi za miastem, zwykle dzierżawiony przez lata komuś innemu, by korzystać z taryfy ulgowej.

Już słyszę te gromy ciskane przez niepocieszonych apologetów KRUS. Mogą też trafić w posłów PSL – wtorkowy wyrok i zbliżające się wybory samorządowe to niezła mieszanka wybuchowa.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop