Tonery kontratakują

25/01/2012

Okazuje się, że codzienna biurokratyczna mitręga przedsiębiorców związana choćby z obowiązkami wobec ZUS czy skarbówki to nic w porównaniu z absurdalnymi wymogami związanymi z ochroną środowiska.

Nawet najmniejsze, jednoosobowe, firmy muszą bowiem składać stosy sprawozdań potwierdzających ich dbałość o środowisko. Problem w tym, że ta nowa papierologia opanowała tak kluczowe procesy w firmach, jak… wymiana tonerów czy żarówek. Wszak to odpady niebezpieczne! I myli się, kto sądzi, że to wymóg tylko dla firm, które np. coś produkują. Prawnik czy księgowa, siedzący za biurkiem, też musi obszernie dokumentować swoją ekopoprawność.

Pal licho nowe środowiskowe opłaty – więcej nerwów zżera przedsiębiorcom mitręga ich wyliczania. Nie ma tu prostych wzorów, więc zaczynają powstawać specjalne  kalkulatory!

Nie dziwię się więc, gdy znajomy radca prawny mówi, że słowo ekoterroryzm zaczyna mu się kojarzyć już tylko z tą środowiskową biurokracją. Tonery kontratakują!

Ta rozbuchana sprawozdawczość denerwuje tych bardziej światłych, którzy w ogóle kojarzą nowe obowiązki. Ale ci są raczej w mniejszości. Mniej zorientowani poznają je przy okazji kar nakładanych za brak sprawozdania. I tu kolejny absurd – bywa, że opłata środowiskowa wynosi parę złotych, podczas gdy kara może wynieść kilka tysięcy złotych.

Przepisy związane z ochroną środowiska to żadna nowość – obowiązują w Polsce od ponad 30 lat. Tyle że jeszcze niedawno związana z nimi restrykcyjna biurokracja dotyczyła większych przedsiębiorstw. Teraz w zgodzie z unijnymi trendami jednoosobowa firma zaczyna być traktowana niemal jak huta.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co jest na dnie puszki Pandory

17/01/2012

Wydawałoby się, że gigantyczne zamieszanie spowodowane nową ustawą refundacyjną powinno wyczerpać, choć na krótko, limit zdrowotnego… pecha.

Rzecz jasna – pecha pacjentów, bo to głównie oni tracą na legislacyjnych niedoróbkach. Niestety, wszystko wskazuje na to, że puszka Pandory dopiero została otwarta, bo wylatują z niej coraz to nowe nieszczęścia. Jedno po drugim, tydzień po tygodniu.

Po pacjentach zdanych na łaskę lekarzy i aptekarzy padło na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Prawnicy dopatrzyli się przepisu, przez który fundacja Jurka Owsiaka może mieć problem z przekazaniem darowizn szpitalom. Resort zdrowia obwieścił, że problemu nie ma, powołując się prawdopodobnie na stary projekt, a nie na obowiązującą ustawę.

Teraz okazuje się, że nowe regulacje – które miały uruchomić szybką procedurę wypłaty pacjentom odszkodowań za błędy medyczne – nie zadziałają. Bo na szpitale nałożono obowiązek wykupienia specjalnych ubezpieczeń, których… firmy ubezpieczeniowe nie sprzedają. A dokładnie – sprzedaje jedna, ale za drogo. Niestety, takiego scenariusza znów w resorcie zdrowia nikt nie przewidział.

Właścicielką puszki Pandory jest Ewa Kopacz, bo wszystkie problematyczne przepisy pochodzą z przygotowanego przez nią pakietu. Puszkę musiał jednak otworzyć minister Bartosz Arłukowicz. Cóż, i on ma pecha, bo teraz marszałek Sejmu mówi, że to nie jej broszka. Przepraszam – puszka. I niech sobie minister z wylatującymi kłopotami  radzi sam!

Nie zazdroszczę nieszczęśnikowi, bo są co najmniej dwie wersje mitu o Pandorze. W pierwszej – nieszczęścia ulatują, ale na dnie puszki  zostaje nadzieja. W drugiej – nadzieja zostaje uwięziona w puszce, bo Pandora zatrzaskuje wieko…

Panie ministrze, oby nie miał pan jeszcze większego pecha niż pacjenci!

Przeczytaj także artykuły:

Szybkich odszkodowań od szpitali nie będzie

Pacjent pójdzie po pieniądze do lecznicy

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zakładnicy lokatorów

11/01/2012

Czy właściciel kamienicy, który utrzymuje się z wynajmowania w niej mieszkań, ma prawo ustalić czynsz na zasadach rynkowych? Czy ma prawo tak zarządzać nieruchomością, by odzyskać środki zainwestowane w jej zakup lub remont? Każdy, kto choć raz zainwestował w cokolwiek własne pieniądze, wie – że tak. Tyle że nie na gruncie naszych przepisów.

Podwyżki czynszów często kończą się wielkim larum, że właściciel chce wykurzyć lokatorów. I to wcale nie w sytuacjach czynszu wziętego z sufitu, ale po prostu podniesionego do poziomu mającego choć trochę wspólnego ze stawkami rynkowymi. Takiego, jaki pobierają sąsiedzi z lewa i z prawa. Problem w tym, że takie podwyżki są nadal w dużym stopniu ograniczone, bo państwo przerzuciło swoje zadania na właścicieli nieruchomości. A wszystko pod ustawowym szyldem ochrony lokatorów, którym samo od lat nie jest w stanie zapewnić gminnych lokali.

Przepisy określają limity podwyżek czynszu i zwrotu nakładów poniesionych przez właściciela nieruchomości, których ten nie ma prawa przekroczyć. W dodatku często musi on przedstawiać drobiazgowe kalkulacje uzasadniające podwyżkę. I nie ma znaczenia fakt, że czynsz, który pobiera, nijak się ma do tego rynkowego. W efekcie właściciel utrzymuje, swoim kosztem, najemców, będąc w dodatku ich zakładnikiem. Bo lokatorzy w każdej chwili mogą zaskarżyć podwyżkę do sądu. Czy to jest normalne korzystanie ze swojej własności?

Szans na prawdziwe uwolnienie czynszów nie ma – Trybunał Konstytucyjny uznał wczoraj, że przepis dotyczący ograniczeń w zwrocie kapitału nie godzi w istotę własności. Od lat argumenty dotyczące ochrony lokatorów sprowadzają się de facto do konieczności zapewnienia niektórym ludziom swoistej opieki socjalnej. Państwo ją zafundowało – nie po raz pierwszy – na cudzy koszt.

Przeczytaj także artykuł: Czynsze wciąż na uwięzi

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sędziowie nie odpuszczą, rząd nie oszczędzi

23/11/2011

Organizowane przez sędziów dni bez wokandy mogą okazać się wkrótce zaledwie dobrotliwym grożeniem palcem w porównaniu z szykującymi się protestami.

Sędziowie i prokuratorzy mówią wprost – myślimy nad rozwiązaniami, które doprowadzą do zatrzymania wymiaru sprawiedliwości. Czy naprawdę mogą to zrobić? Tak, i znajdą sposoby, by odbyło się to lege artis.

Ogromne rozżalenie i złość narastają w tych grupach zawodowych od dłuższego czasu. Nie bez przyczyny. Trzeba powiedzieć wprost – ten rząd zrobił ich w konia. To właśnie ekipa Donalda Tuska najpierw zagwarantowała im coroczny system waloryzacji pensji, by teraz uposażenia zamrozić. Od 2012 r. najniższa pensja sędziowska miała wzrosnąć o ok. 250 zł netto, ale to już nieaktualne.

To jednak nie koniec niespodzianek – teraz okazuje się, że jedna ze zmian, które miałyby sprzyjać oszczędnościom, to zlikwidowanie sędziowskiego i prokuratorskiego stanu spoczynku i wysłanie tych dwóch grup na zwykłe emerytury. To dolało oliwy do ognia. Przy obecnej wysokości składek na ubezpieczenia nie ma mowy, aby emerytury sędziów i prokuratorów sięgnęły 75 proc. pensji, tak jak uposażenie, które otrzymują w stanie spoczynku.

Wszystko wskazuje na to, że rząd ryzykuje poważny konflikt z wymiarem sprawiedliwości. Co gorsza, może się okazać, że nie tylko nie zaoszczędzi na planowanych cięciach, ale jeszcze do nich dołoży. Gdyby bowiem chciał teraz przenieść do powszechnego systemu ubezpieczeń wszystkich sędziów i prokuratorów, trzeba by za nich odprowadzić składki wstecz – liczone w miliardach złotych. Jeśli będzie to dotyczyło tylko ludzi wchodzących do zawodu, to i tak zapłaci za to Skarb Państwa, bo trzeba będzie podwyższyć, o wysokość składek, obecne uposażenia. Inaczej rząd ma pewną przegraną w Trybunale Konstytucyjnym.

Oczywiste jest, że odbieranie przywilejów różnym grupom zawodowym zawsze rodzi konflikt – czy rząd, aby wyliczył, że ten mu się opłaca?

Przeczytaj także artykuł: Sędziowie bez stanu spoczynku

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Eksmisyjne lawirowanie

07/11/2011

Próby uregulowania zasad eksmisji to wcale niełatwe lawirowanie między humanitaryzmem a… fiskalizmem.

Mamy przecież zakodowane, że ludzi nie wolno wyrzucać na bruk. Ale i dobrze ugruntowany pogląd, że „mój dom jest moją twierdzą”, a za socjalne serwituty płacimy wszyscy. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy kogoś z owej twierdzy trzeba eksmitować.

Jeszcze niedawno, z powodu luki w przepisach, całkiem realny był powrót eksmisji na bruk. Teraz już wiadomo, że, na szczęście, nie będzie to możliwe. Są nowe przepisy, niestety są i stare problemy. Nadal brakuje porządnego, systemowego rozwiązania, które powinno w równym stopniu uwzględniać interesy eksmitowanych, gmin oraz właścicieli mieszkań.

Wiadomo, że gmina musi zapewnić eksmitowanemu pomieszczenie tymczasowe. Problem w tym, że gminy nie chcą, a właściwie raczej nie są w stanie tego robić – w ubiegłym roku nie zrealizowano z tego powodu 2,5 tys. wyroków eksmisyjnych. I trudno się gminom dziwić, bo to dla nich kolejne, wymierne finansowo, obciążenie, którego ich budżety często nie są już w stanie udźwignąć.

W nie lepszej sytuacji są też właściciele mieszkań, którzy w dobrej wierze je wynajęli, a potem często przez lata nie mogą się pozbyć niechcianego lokatora. Bo ten, choć nie płaci, znalazł się w grupie chronionej przed eksmisją. Właścicieli miały chronić tzw. umowy najmu okazjonalnego, ale te z powodu masy biurokratycznych obowiązków nie są zawierane.

Lista chronionych przed eksmisją to z pewnością kolejny nierozwiązany problem – są na niej np. obłożnie chorzy – tyle że od lat nie wiadomo, kogo uznawać za taką osobę… Ochrona nie jest też w żaden sposób powiązana z dochodami – eksmisja bywa więc niemożliwa, mimo że chronionego delikwenta stać np. na wynajęcie sobie mieszkania.

Fakt, że lawirują potencjalni eksmitowani, specjalnie nie dziwi. Szkoda tylko, że ustawodawca nie spieszy się z prostowaniem ścieżek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Związkowe wydmuszki – do kosza

06/10/2011

No nie wierzę. Wreszcie związki zawodowe zaproponowały coś, co nie sprzyja wyłącznie ich własnym interesom, ale jest też korzystne dla pracodawców. Piszę „wreszcie” nie bez kozery, bo wystarczy przypomnieć tylko ostatnie związkowe pomysły. Ot choćby rozciągnięcie ochrony przed zwolnieniem z pracy na działaczy zatrudnionych na czas określony. Albo idea jeszcze bardziej kuriozalna – aby układy zbiorowe negocjowane przez związki dotyczyły wyłącznie… ich członków. Broń Boże innych pracowników!

Efekty związkowego rozpasania, wspartego rzecz jasna przepisami, są takie, że nawet mała organizacja, złożona z trzech osób na krzyż, jest w stanie zablokować w firmie istotne decyzje, niezbędne do jej normalnego funkcjonowania. Decyzje poprzedzone często wielomiesięcznymi negocjacjami pracodawcy z przedstawicielami załogi. Ot choćby regulamin wynagradzania musi zostać zatwierdzony przez wszystkie działające u pracodawcy związki. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że bywa to karkołomne. Przykładowo w Poczcie Polskiej działa aż 71 związków zawodowych, podczas gdy reprezentatywne, czyli największe, są… zaledwie dwa.

Problem polega na tym, że duży związek zawodowy i mały mają de facto takie same prawa w firmie. Tak więc podwyższenie tzw. progu reprezentatywności to nic innego niż wprowadzenie zasady, że duży może więcej. Zasady słusznej, bo w kwestiach kluczowych dla firmy z pracodawcą powinna rozmawiać duża, poważna organizacja, a nie jakaś mała związkowa wydmuszka. Rzecz jasna ma to sens wówczas, gdy odpowiednio rozdzielone zostaną uprawnienia dużego i małego związku. To duży powinien się wypowiadać np. w sprawie zwolnień grupowych czy wchodzić w spór zbiorowy z pracodawcą. Mały może co najwyżej opiniować zwalnianie swoich członków. Wydmuszki – do kosza.

Czytaj: Dialog w firmie nie ze wszystkimi związkowcami

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niech mnie feministki spalą na stosie

11/08/2011

Tak się składa, że moi najbliżsi współpracownicy to sami mężczyźni – zarówno moi bezpośredni podwładni, jak i koledzy pracujący na równorzędnych stanowiskach. No i mam szefa, a nie szefową. Czy wolałabym nie być rodzynkiem w tym męskim gronie? Nie, a już na pewno nie dlatego, że taki wymóg narzuca państwo.

Komisja Europejska zapytała niedawno kraje UE o to, czy i w jaki sposób uregulować udział kobiet we władzach spółek giełdowych. Prowadzi bowiem konsultacje w sprawie wprowadzenia 40-proc. parytetu, który obowiązywałby w całej Unii.

To absurdalny pomysł, niezmiennie wprawiający w zachwyt środowiska feministyczne. Niezmiernie bawi mnie, że argumentem przemawiającym za takim parytetem miałaby być tzw. dywidenda patriarchalna. Okazuje się, że mężczyźni wyłącznie z uwagi na swoją płeć otrzymywali przez lata specjalne przywileje – to właśnie owa „dywidenda”, którą teraz powinni kobietom spłacić. Na przykład w formie zagwarantowanych ustawowo miejsc w zarządach i radach nadzorczych.

Szkoda, że w publicznym dyskursie na temat udziału kobiet we władzach spółek jakoś słabiej przebijają się argumenty gospodarcze i prawne. Wprowadzenie ustawowych parytetów to przecież nic innego jak podeptanie prawa własności i ograniczanie wolności gospodarczej.  Państwo próbuje bowiem ingerować w decyzje biznesowe firmy, a taką właśnie decyzją jest dobór ludzi, od których zależy kondycja spółki i zyski. Państwo, które nie ponosi żadnego ekonomicznego ryzyka działania spółki,  chce narzucać jej właścicielom zasady działania. Zmusić do obsadzenia kluczowych stanowisk nie tylko według klucza kompetencji, ale dodatkowo – płci.

Większość podległych mi kolegów sama przyjęłam do pracy. Fakt, że to sami mężczyźni, nie wynika z tego, że nie chcę pracować z kobietami. Po prostu okazali się lepsi. Szlag by mnie trafił, gdybym z powodu ustawowych wymogów musiała szukać na te stanowiska kobiet, choć żadnej właściwej nie spotkałam!

I jeszcze jedno. Lubię pracować z mężczyznami. Lubię w nich konkret, prostolinijność przekazu i nierozdzielanie włosa na czworo. I niech mnie feministki spalą na stosie!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stadionowa czkawka

09/06/2011

Wszystko wskazuje na to, że majowa krucjata rządu przeciwko pseudokibicom odbije się wkrótce czkawką. Gdzie? W sądzie.

Pisaliśmy ostatnio o tym, że rząd wytoczył przeciwko stadionowym chuliganom wyjątkowo ciężkie działa, które, jak choćby w kwestii sądów stadionowych, nie mają szansy strzelać celnie. Nasze wątpliwości budziło też zastosowanie ostrej amunicji w sytuacji, gdy tego rodzaju przestępczość z roku na rok spada. Teraz okazuje się jeszcze, że użyto państwowych armat bez jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia.

Chodzi o ostatnie decyzje administracyjne w sprawie zamykanych stadionów. Wydawali je wojewodowie w ramach majowej krucjaty. Już wtedy było jasne, że to akcja czysto polityczna, a nie przejaw troski o bezpieczeństwo Polaków. Przejrzeliśmy właśnie w redakcji decyzje, na podstawie których zamknięto piłkarskie areny, i nie mamy wątpliwości, że ich wydanie to hucpa. Naprędce sporządzono świstki, ośmieszające polską administrację. Dlaczego?

Bo porządna decyzja powinna mieć rzetelne uzasadnienie – zarówno faktyczne, jak i prawne. Tymczasem w tej sprawie albo tego uzasadnienia de facto nie ma, bo sformułowano je tak ogólnikowo, że kompletnie nie wiadomo, kto i jak zakłócał porządek oraz co mogło zagrażać bezpieczeństwu. Albo uzasadnienia są kuriozalne – powołujące się na imprezy sprzed kilku miesięcy – albo ignorujące pozytywne opinie policji.

Nie jestem kibicem, ale… w tej sprawie kibicuję klubom, które się od tych fatalnych decyzji odwołały. Mają duże szanse na wygrane przed sądami administracyjnymi, co z kolei otworzy im drogę do dochodzenia odszkodowań. Cztery kluby ekstraklasy wyceniły straty na ponad dwa miliony złotych. Szkoda tylko, że tak naprawdę zapłacą za to wszyscy podatnicy – również ci niewpuszczeni ostatnio na stadiony. Bo to przecież roszczenia przeciwko Skarbowi Państwa.

Zamykając stadiony, rząd postanowił użyć sposobu: dajcie mi człowieka, znajdzie się paragraf. Tyle że ten ostatni, poszukiwany w pośpiechu i na polityczne zamówienie, jakoś się nie znalazł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nauka robienia w konia

30/05/2011

Resort nauki zagrał wobec studentów wyjątkowo nie fair. Właśnie kończy się rok akademicki i może się okazać, że w kolejnym wielu z nich nie będzie miało za co studiować.

Tysiące tych, którzy zapracowali sobie na wysoką średnią ocen, a w konsekwencji – na stypendium naukowe, może nie dostać pieniędzy. Dlaczego? Bo w trakcie gry zmieniono zasady.

1 października, czyli wraz z początkiem nowego roku akademickiego, wchodzi w życie nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym. Okaże się ona zapewne niewesołą niespodzianką dla wielu studentów. Stypendiów naukowych będzie mniej niż dotychczas i nawet ci, którzy wypracowali sobie wysoką średnią (zwykle ok. 4,5) za ten rok, mogą się na nie nie załapać. Tylko 10 proc. żaków na każdym kierunku będzie bowiem mogło otrzymać tego rodzaju gratyfikację.

Nowe regulacje są z całą pewnością mniej korzystne od tych obowiązujących. Tym bardziej powinny więc wejść w życie po odpowiednio długim czasie od dnia ich ogłoszenia. W tym przypadku uczciwe byłoby roczne vacatio legis. Rzecz w tym, aby zmienione przepisy nie godziły w tych, którzy właśnie rok akademicki zakończyli i osiągnęli dobre wyniki. Bo studentom, którzy na stypendia w tym roku zapracowali, nie powinno się ich odbierać. Szkoda, że resort nauki postanowił inaczej.

Powiedzmy sobie jasno – stypendium to dla rzeszy studentów nie jest kieszonkowe przeznaczone na przepicie, ale środki niezbędne do codziennego utrzymania. Szczególnie dla tych pochodzących z uboższych rodzin i spoza ośrodków akademickich. Kwoty rzędu 300 – 400 zł (najwyższe stypendium to 650 zł) stanowią dla wielu z nich połowę miesięcznego budżetu. A w zasadzie każde tego rodzaju wsparcie jest istotną częścią studenckich finansów.

Czego Ministerstwo Nauki chce tymi kiepskimi zmianami nauczyć studentów? Niechlujnego ustawodawstwa? Czy raczej sztuki robienia w konia?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na kogo wypadnie, na tego bęc

24/05/2011

Dokładnie tydzień temu weszły w życie przepisy wprowadzające odpowiedzialność majątkową urzędników za popełnione przez nich błędy. Na pierwszy rzut oka – słuszna idea. Wszyscy znamy przecież historie jak ta Romana Kluski, którego firmę zniszczyły błędne decyzje skarbówki. Wreszcie koniec z urzędniczym niechlujstwem – cieszą się apologeci nowej ustawy. Też chciałabym się cieszyć, ale nie bardzo mam z czego. Już na pierwszy rzut oka widać, że nowe przepisy to bubel. Albo w ogóle nie zadziałają – i to by było przysłowiowe szczęście w nieszczęściu, albo, co gorsza, będą stosowane w myśl zasady: na kogo wypadnie, na tego bęc!

Miałkość tej nowej regulacji jest doskonale widoczna choćby na tle naszej administracji skarbowej.

O odpowiedzialności finansowej urzędnika można mówić wówczas, gdy doszło do rażącego naruszenia prawa. Tutaj zaczynają się schody: jakie naruszenie jest rażące? Fakt, że na skutek decyzji skarbówki upada świetnie prosperująca firma albo Skarb Państwa traci miliony, często wcale nie oznacza rażącego naruszenia prawa. Wystarczy bowiem, że urzędnik wykaże, iż podjął decyzję na podstawie niejasnego przepisu, który jest różnie interpretowany przez sądy czy organy podatkowe. A taki przepis to sprawka ustawodawcy, a nie jego. Na marginesie – w prawie podatkowym niejasnych przepisów mamy zatrzęsienie.

Problemy będą nie tylko z tym, z jakiego powodu karać, ale również, a właściwie przede wszystkim – kogo? Nie jest bowiem tak, że nad jedną decyzją pracuje zawsze tylko jedna osoba. Jej wydanie poprzedza często praca wielu urzędników i nie zawsze uda się ustalić, kto dokładnie popełnił błąd. Bywa też, że pod decyzją wcale nie podpisuje się ten, kto w rzeczywistości nad nią pracował, ale np. szef danej jednostki.

A w tej ustawie nie chodziło, zdaje się, ani o odpowiedzialność zbiorową, ani o zastępczą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop