Nasz przedsiębiorczy fiskus

09/05/2012

Ostatnimi czasy fiskus ewidentnie przykłada się do kontroli podatkowych tzw. Kowalskich. Najwyraźniej stan naszego budżetu powoduje, że mimo rosnących obciążeń fiskalnych, topniejących ulg i znikających „antybelek” trzeba wycisnąć z podatników, ile się da. Z drobnych ciułaczy handlujących w Internecie, z emigrantów, z małżonków, którzy we wspólnym rozliczeniu PIT nie postawią jednego krzyżyka…

Bardzo ten nasz fiskus przedsiębiorczy. Okazuje się, że nowe pole do popisu odkrył w kontroli tzw. nieujawnionych źródeł przychodów. Otóż powstała wewnętrzna instrukcja, w której skarbówka wskazuje, kogo i dlaczego mają kontrolować inspektorzy. Instrukcja z cyklu „i śmieszno, i straszno”…

Można się z niej dowiedzieć, że „dobór osób do kontroli powinien odbywać się głównie przez pryzmat zewnętrznych znamion świadczących o ich sytuacji ekonomicznej, prowadzenie wystawnego trybu życia przy równoczesnym ujawnianiu niskich dochodów”. Na pewno pod lupę trafiać powinny osoby „o wyrazistej majętności”. Z kim się państwu kojarzy wystawność i majętność? Z właścicielami prywatnych odrzutowców i rezydencji nad jeziorem Como? Błąd!

Do „luksusowych usług” instrukcja zalicza m.in…. wycieczki zagraniczne. Cóż, fiskus najwyraźniej zasiedział się na wczasach pod gruszą i nie zauważył, że od dawna przepłaca, zamiast leżeć w Egipcie. Natomiast za „luksusowe” dobra uznano m.in. wyroby jubilerskie czy wyposażenie wnętrz. Tu też najpewniej inspektorzy zatrzymali się w czasach meblościanki, gdy za jeden złoty pierścionek dało się umeblować całe mieszkanie. Niestety, to już też nieaktualne.

Zadziwiający jest też dobór podatników do kontroli. Kogóż w tej instrukcji nie ma! Oprócz bogaczy i „praczy” m.in. handlujący na bazarach, grający na giełdzie, tłumacze, ekonomiści, a nawet urzędnicy. Ci ostatni, o ile wyglądają na więcej, niż zarabiają… I, nie wiedzieć czemu, właściciele (w szczególności młodzi) nowo powstałych firm. Cóż, nie ma to jak popieranie przedsiębiorczości! A tej, komu jak komu, ale fiskusowi odmówić nie sposób.

 

Przeczytaj także artykuły: Czarna lista fiskusa i Za ukrywanie dochodów grozi drakoński podatek

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oddaj urlop nauczycielom

06/04/2012

Uważam, że dwa miesiące wakacji i ferie to stanowczo za mało wolnego dla nauczycieli. Postuluję, aby rodzice poświęcili swój urlop na poczet zwiększenia wolnego dla tych, którzy uczą ich pociechy.

Proszę więc już nie marzyć o wczasach nad morzem i zapomnieć o urlopach pod gruszą. Każdy rodzic musi pamiętać, że wykształcenie dzieci wymaga odpowiedniej dozy poświęcenia.

Zastanawiacie się państwo, po co nauczycielom jeszcze więcej wolnego? Otóż przy różnych okazjach szkoły samowolnie postanawiają, że żadnego uczenia nie będzie albo że dzieci będą w szkole godzinkę, a potem… do domu. To standard przy rozpoczęciu i zakończeniu roku szkolnego, rekolekcjach czy w czasie wiosennej i zimowej przerwy świątecznej. No i kto to widział, żeby normalnie pracować w Dzień Nauczyciela?!

Takich wolnych dni naliczyliśmy aż 20. Problem w tym, że żadne przepisy nie dają szkołom wolnego w tym czasie. Wprost przeciwnie  obligują je do zapewnienia dzieciom opieki. Niestety, skoro tradycją stało się, że nauczyciele idą w tych dniach na wagary, to dziećmi muszą się zająć rodzice.

Licząc nauczycielskie ferie i wakacje, to razem z tymi wagarami wychodzą 74 wolne dni. Urlop rodzica, który ma nieszczęście pracować w innym zawodzie, to najwyżej 26 dni. Dlatego wszystkim rodzicom malkontentom raz jeszcze przypominam o poświęceniu, jakie są winni swoim pociechom i im oddanym wychowawcom. A jak ktoś się poświęcać nie zamierza, to… musi zostać nauczycielem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd wycina prywatne uczelnie

23/03/2012

Od lat nie ma grama sprawiedliwości w rozdzielaniu publicznych pieniędzy między uczelnie państwowe i prywatne. Te ostatnie właśnie zaczynają padać.

Gra idzie o dużą stawkę  – specjalna dotacja na wsparcie wyższych uczelni wynosi ponad 11 mld złotych. Choć, prawdę powiedziawszy, trudno to nazwać grą  – państwowe uczelnie wygrywają bowiem walkowerem tylko dlatego, że prywatne zostały decyzją rządu… zdyskwalifikowane.

Od siedmiu lat (!) wiadomo, że ta dotacja przysługuje zarówno uczelniom publicznym, jak i niepublicznym. Aby jednak te ostatnie mogły z niej skorzystać, potrzebne jest rozporządzenie. Ministerstwo Nauki przez te wszystkie lata go nie wydało i wszystko wskazuje na to, że wydać nie zamierza. I to nie z powodu jakichś obiektywnych przeszkód – po prostu brakuje woli politycznej. Państwo uznało, że będzie wspierać tylko własne uczelnie i z prywatnymi dzielić się pieniędzmi nie zamierza.

To nie pierwszy przykład na to, że rząd nie realizuje obowiązków wskazanych w ustawach. Tym razem skorzystał z wariantu – nie wydamy aktu wykonawczego, i już! Problem w tym, że takimi działaniami osłabia rynkową konkurencję i promuje miernoty. Dzięki dotacji pokrywającej część opłat wnoszonych przez studentów studiów stacjonarnych będą w stanie przetrwać słabe uczelnie publiczne, podczas gdy padną dobre niepubliczne.

Ta gra rządu jest nie fair również z innego powodu – lekceważenia przedsiębiorców prowadzących, z coraz większym trudem, uczelniane biznesy. Gdyby od początku wiedzieli, że rząd ich do dotacji nie dopuści, prawdopodobnie inaczej planowaliby działalność. Nie inwestowaliby w studia stacjonarne, na które takie dofinansowanie przysługuje, lecz zmienili strategię – i rozwijali np. studia podyplomowe. Prywatne uczelnie liczyły jednak na to, że skoro jest wyraźny przepis dający im dostęp do dotacji, to zacisną jeszcze zęby, i może w końcu takie wsparcie dostaną. Po raz kolejny się przeliczyły.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Superpomysły superresortu

14/03/2012

Po niespełna trzech miesiącach okazuje się, że resort zdrowia wycofuje się ze specjalnych ubezpieczeń, które miały być cudownym lekiem na szpitalne perypetie pacjentów.

Od 1 stycznia tego roku szpitale muszą bowiem mieć dodatkowe ubezpieczenie, z którego pacjenci w ramach szybkiej ścieżki mieli uzyskiwać odszkodowania za błędy medyczne. Wcześniej wystarczało zwykłe OC, teraz doszła superpolisa.

Ubezpieczenie okazało się wyjątkowo super, bo sprzedawało je wyłącznie PZU, a stawki były, jak to w warunkach monopolu, mocno wygórowane. Szpitali nie było stać na wyłożenie 300 – 600 tys. złotych rocznie, więc taką polisę wykupiły nieliczne. Teraz resort wycofuje się z pomysłu rakiem, bo nowe ubezpieczenie ma być… dobrowolne.

Krótko mówiąc  kto działał zgodnie z prawem i kupił nowe ubezpieczenie, ten frajer  jak bez owijania w bawełnę ujął jeden ze znajomych prawników. Oczywiście polisa jest ważna i może się przydać, ale… grube pieniądze z cienkich szpitalnych budżetów nieodwołalnie wydane.

Problem w tym, że cały ten nowy system dochodzenia roszczeń oparty na superścieżce  i superpolisach wydaje się mocno kulawy. Najkrócej rzecz ujmując, w kwestii wysokości odszkodowania poszkodowany pacjent musi dogadać się albo ze szpitalem, albo z ubezpieczycielem, u którego ma dodatkową polisę. Do porozumienia raczej nie dojdzie, bo ci będą zainteresowani, aby wypłacić jak najmniej. Sprawa i tak trafi więc do sądu, a do wyegzekwowania zasądzonych kwot z powodzeniem wystarczy stare, dobre OC.

Superpolisy to nie jedyny pomysł, z którego resort musiał się w ostatnim czasie wycofać. Wystarczy choćby wspomnieć rozwiązanie, w myśl którego hospicja miały prowadzić… działalność gospodarczą, co uniemożliwiłoby im otrzymywanie darowizn. Albo ustawę refundacyjną, w której końca problemów nie widać. Mam nadzieję, że w tej ostatniej resort wycofa się z przepisów, które od lipca zablokują szpitalom kupowanie nowocześniejszych leków w terapiach onkologicznych.

Szkoda, że szpitale i pacjenci nie mogą się ubezpieczyć od ministerialnych pomysłów.

Przeczytaj także artykuł: Szpitale jednak bez dodatkowych polis

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tonery kontratakują

25/01/2012

Okazuje się, że codzienna biurokratyczna mitręga przedsiębiorców związana choćby z obowiązkami wobec ZUS czy skarbówki to nic w porównaniu z absurdalnymi wymogami związanymi z ochroną środowiska.

Nawet najmniejsze, jednoosobowe, firmy muszą bowiem składać stosy sprawozdań potwierdzających ich dbałość o środowisko. Problem w tym, że ta nowa papierologia opanowała tak kluczowe procesy w firmach, jak… wymiana tonerów czy żarówek. Wszak to odpady niebezpieczne! I myli się, kto sądzi, że to wymóg tylko dla firm, które np. coś produkują. Prawnik czy księgowa, siedzący za biurkiem, też musi obszernie dokumentować swoją ekopoprawność.

Pal licho nowe środowiskowe opłaty – więcej nerwów zżera przedsiębiorcom mitręga ich wyliczania. Nie ma tu prostych wzorów, więc zaczynają powstawać specjalne  kalkulatory!

Nie dziwię się więc, gdy znajomy radca prawny mówi, że słowo ekoterroryzm zaczyna mu się kojarzyć już tylko z tą środowiskową biurokracją. Tonery kontratakują!

Ta rozbuchana sprawozdawczość denerwuje tych bardziej światłych, którzy w ogóle kojarzą nowe obowiązki. Ale ci są raczej w mniejszości. Mniej zorientowani poznają je przy okazji kar nakładanych za brak sprawozdania. I tu kolejny absurd – bywa, że opłata środowiskowa wynosi parę złotych, podczas gdy kara może wynieść kilka tysięcy złotych.

Przepisy związane z ochroną środowiska to żadna nowość – obowiązują w Polsce od ponad 30 lat. Tyle że jeszcze niedawno związana z nimi restrykcyjna biurokracja dotyczyła większych przedsiębiorstw. Teraz w zgodzie z unijnymi trendami jednoosobowa firma zaczyna być traktowana niemal jak huta.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co jest na dnie puszki Pandory

17/01/2012

Wydawałoby się, że gigantyczne zamieszanie spowodowane nową ustawą refundacyjną powinno wyczerpać, choć na krótko, limit zdrowotnego… pecha.

Rzecz jasna – pecha pacjentów, bo to głównie oni tracą na legislacyjnych niedoróbkach. Niestety, wszystko wskazuje na to, że puszka Pandory dopiero została otwarta, bo wylatują z niej coraz to nowe nieszczęścia. Jedno po drugim, tydzień po tygodniu.

Po pacjentach zdanych na łaskę lekarzy i aptekarzy padło na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Prawnicy dopatrzyli się przepisu, przez który fundacja Jurka Owsiaka może mieć problem z przekazaniem darowizn szpitalom. Resort zdrowia obwieścił, że problemu nie ma, powołując się prawdopodobnie na stary projekt, a nie na obowiązującą ustawę.

Teraz okazuje się, że nowe regulacje – które miały uruchomić szybką procedurę wypłaty pacjentom odszkodowań za błędy medyczne – nie zadziałają. Bo na szpitale nałożono obowiązek wykupienia specjalnych ubezpieczeń, których… firmy ubezpieczeniowe nie sprzedają. A dokładnie – sprzedaje jedna, ale za drogo. Niestety, takiego scenariusza znów w resorcie zdrowia nikt nie przewidział.

Właścicielką puszki Pandory jest Ewa Kopacz, bo wszystkie problematyczne przepisy pochodzą z przygotowanego przez nią pakietu. Puszkę musiał jednak otworzyć minister Bartosz Arłukowicz. Cóż, i on ma pecha, bo teraz marszałek Sejmu mówi, że to nie jej broszka. Przepraszam – puszka. I niech sobie minister z wylatującymi kłopotami  radzi sam!

Nie zazdroszczę nieszczęśnikowi, bo są co najmniej dwie wersje mitu o Pandorze. W pierwszej – nieszczęścia ulatują, ale na dnie puszki  zostaje nadzieja. W drugiej – nadzieja zostaje uwięziona w puszce, bo Pandora zatrzaskuje wieko…

Panie ministrze, oby nie miał pan jeszcze większego pecha niż pacjenci!

Przeczytaj także artykuły:

Szybkich odszkodowań od szpitali nie będzie

Pacjent pójdzie po pieniądze do lecznicy

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zakładnicy lokatorów

11/01/2012

Czy właściciel kamienicy, który utrzymuje się z wynajmowania w niej mieszkań, ma prawo ustalić czynsz na zasadach rynkowych? Czy ma prawo tak zarządzać nieruchomością, by odzyskać środki zainwestowane w jej zakup lub remont? Każdy, kto choć raz zainwestował w cokolwiek własne pieniądze, wie – że tak. Tyle że nie na gruncie naszych przepisów.

Podwyżki czynszów często kończą się wielkim larum, że właściciel chce wykurzyć lokatorów. I to wcale nie w sytuacjach czynszu wziętego z sufitu, ale po prostu podniesionego do poziomu mającego choć trochę wspólnego ze stawkami rynkowymi. Takiego, jaki pobierają sąsiedzi z lewa i z prawa. Problem w tym, że takie podwyżki są nadal w dużym stopniu ograniczone, bo państwo przerzuciło swoje zadania na właścicieli nieruchomości. A wszystko pod ustawowym szyldem ochrony lokatorów, którym samo od lat nie jest w stanie zapewnić gminnych lokali.

Przepisy określają limity podwyżek czynszu i zwrotu nakładów poniesionych przez właściciela nieruchomości, których ten nie ma prawa przekroczyć. W dodatku często musi on przedstawiać drobiazgowe kalkulacje uzasadniające podwyżkę. I nie ma znaczenia fakt, że czynsz, który pobiera, nijak się ma do tego rynkowego. W efekcie właściciel utrzymuje, swoim kosztem, najemców, będąc w dodatku ich zakładnikiem. Bo lokatorzy w każdej chwili mogą zaskarżyć podwyżkę do sądu. Czy to jest normalne korzystanie ze swojej własności?

Szans na prawdziwe uwolnienie czynszów nie ma – Trybunał Konstytucyjny uznał wczoraj, że przepis dotyczący ograniczeń w zwrocie kapitału nie godzi w istotę własności. Od lat argumenty dotyczące ochrony lokatorów sprowadzają się de facto do konieczności zapewnienia niektórym ludziom swoistej opieki socjalnej. Państwo ją zafundowało – nie po raz pierwszy – na cudzy koszt.

Przeczytaj także artykuł: Czynsze wciąż na uwięzi

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sędziowie nie odpuszczą, rząd nie oszczędzi

23/11/2011

Organizowane przez sędziów dni bez wokandy mogą okazać się wkrótce zaledwie dobrotliwym grożeniem palcem w porównaniu z szykującymi się protestami.

Sędziowie i prokuratorzy mówią wprost – myślimy nad rozwiązaniami, które doprowadzą do zatrzymania wymiaru sprawiedliwości. Czy naprawdę mogą to zrobić? Tak, i znajdą sposoby, by odbyło się to lege artis.

Ogromne rozżalenie i złość narastają w tych grupach zawodowych od dłuższego czasu. Nie bez przyczyny. Trzeba powiedzieć wprost – ten rząd zrobił ich w konia. To właśnie ekipa Donalda Tuska najpierw zagwarantowała im coroczny system waloryzacji pensji, by teraz uposażenia zamrozić. Od 2012 r. najniższa pensja sędziowska miała wzrosnąć o ok. 250 zł netto, ale to już nieaktualne.

To jednak nie koniec niespodzianek – teraz okazuje się, że jedna ze zmian, które miałyby sprzyjać oszczędnościom, to zlikwidowanie sędziowskiego i prokuratorskiego stanu spoczynku i wysłanie tych dwóch grup na zwykłe emerytury. To dolało oliwy do ognia. Przy obecnej wysokości składek na ubezpieczenia nie ma mowy, aby emerytury sędziów i prokuratorów sięgnęły 75 proc. pensji, tak jak uposażenie, które otrzymują w stanie spoczynku.

Wszystko wskazuje na to, że rząd ryzykuje poważny konflikt z wymiarem sprawiedliwości. Co gorsza, może się okazać, że nie tylko nie zaoszczędzi na planowanych cięciach, ale jeszcze do nich dołoży. Gdyby bowiem chciał teraz przenieść do powszechnego systemu ubezpieczeń wszystkich sędziów i prokuratorów, trzeba by za nich odprowadzić składki wstecz – liczone w miliardach złotych. Jeśli będzie to dotyczyło tylko ludzi wchodzących do zawodu, to i tak zapłaci za to Skarb Państwa, bo trzeba będzie podwyższyć, o wysokość składek, obecne uposażenia. Inaczej rząd ma pewną przegraną w Trybunale Konstytucyjnym.

Oczywiste jest, że odbieranie przywilejów różnym grupom zawodowym zawsze rodzi konflikt – czy rząd, aby wyliczył, że ten mu się opłaca?

Przeczytaj także artykuł: Sędziowie bez stanu spoczynku

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Eksmisyjne lawirowanie

07/11/2011

Próby uregulowania zasad eksmisji to wcale niełatwe lawirowanie między humanitaryzmem a… fiskalizmem.

Mamy przecież zakodowane, że ludzi nie wolno wyrzucać na bruk. Ale i dobrze ugruntowany pogląd, że „mój dom jest moją twierdzą”, a za socjalne serwituty płacimy wszyscy. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy kogoś z owej twierdzy trzeba eksmitować.

Jeszcze niedawno, z powodu luki w przepisach, całkiem realny był powrót eksmisji na bruk. Teraz już wiadomo, że, na szczęście, nie będzie to możliwe. Są nowe przepisy, niestety są i stare problemy. Nadal brakuje porządnego, systemowego rozwiązania, które powinno w równym stopniu uwzględniać interesy eksmitowanych, gmin oraz właścicieli mieszkań.

Wiadomo, że gmina musi zapewnić eksmitowanemu pomieszczenie tymczasowe. Problem w tym, że gminy nie chcą, a właściwie raczej nie są w stanie tego robić – w ubiegłym roku nie zrealizowano z tego powodu 2,5 tys. wyroków eksmisyjnych. I trudno się gminom dziwić, bo to dla nich kolejne, wymierne finansowo, obciążenie, którego ich budżety często nie są już w stanie udźwignąć.

W nie lepszej sytuacji są też właściciele mieszkań, którzy w dobrej wierze je wynajęli, a potem często przez lata nie mogą się pozbyć niechcianego lokatora. Bo ten, choć nie płaci, znalazł się w grupie chronionej przed eksmisją. Właścicieli miały chronić tzw. umowy najmu okazjonalnego, ale te z powodu masy biurokratycznych obowiązków nie są zawierane.

Lista chronionych przed eksmisją to z pewnością kolejny nierozwiązany problem – są na niej np. obłożnie chorzy – tyle że od lat nie wiadomo, kogo uznawać za taką osobę… Ochrona nie jest też w żaden sposób powiązana z dochodami – eksmisja bywa więc niemożliwa, mimo że chronionego delikwenta stać np. na wynajęcie sobie mieszkania.

Fakt, że lawirują potencjalni eksmitowani, specjalnie nie dziwi. Szkoda tylko, że ustawodawca nie spieszy się z prostowaniem ścieżek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Związkowe wydmuszki – do kosza

06/10/2011

No nie wierzę. Wreszcie związki zawodowe zaproponowały coś, co nie sprzyja wyłącznie ich własnym interesom, ale jest też korzystne dla pracodawców. Piszę „wreszcie” nie bez kozery, bo wystarczy przypomnieć tylko ostatnie związkowe pomysły. Ot choćby rozciągnięcie ochrony przed zwolnieniem z pracy na działaczy zatrudnionych na czas określony. Albo idea jeszcze bardziej kuriozalna – aby układy zbiorowe negocjowane przez związki dotyczyły wyłącznie… ich członków. Broń Boże innych pracowników!

Efekty związkowego rozpasania, wspartego rzecz jasna przepisami, są takie, że nawet mała organizacja, złożona z trzech osób na krzyż, jest w stanie zablokować w firmie istotne decyzje, niezbędne do jej normalnego funkcjonowania. Decyzje poprzedzone często wielomiesięcznymi negocjacjami pracodawcy z przedstawicielami załogi. Ot choćby regulamin wynagradzania musi zostać zatwierdzony przez wszystkie działające u pracodawcy związki. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że bywa to karkołomne. Przykładowo w Poczcie Polskiej działa aż 71 związków zawodowych, podczas gdy reprezentatywne, czyli największe, są… zaledwie dwa.

Problem polega na tym, że duży związek zawodowy i mały mają de facto takie same prawa w firmie. Tak więc podwyższenie tzw. progu reprezentatywności to nic innego niż wprowadzenie zasady, że duży może więcej. Zasady słusznej, bo w kwestiach kluczowych dla firmy z pracodawcą powinna rozmawiać duża, poważna organizacja, a nie jakaś mała związkowa wydmuszka. Rzecz jasna ma to sens wówczas, gdy odpowiednio rozdzielone zostaną uprawnienia dużego i małego związku. To duży powinien się wypowiadać np. w sprawie zwolnień grupowych czy wchodzić w spór zbiorowy z pracodawcą. Mały może co najwyżej opiniować zwalnianie swoich członków. Wydmuszki – do kosza.

Czytaj: Dialog w firmie nie ze wszystkimi związkowcami

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop