Kryzys grecki: suwerenność a sprawa polska

18 maja 2012

O co chodzi Grekom, którzy nie chcą oszczędzać i odwracają się plecami do Unii? Na poziomie jednostek – o obronę poziomu życia, na poziomie państwa – o suwerenność. Groźba wyjścia Hellady z eurozony, kryzys zadłużeniowy na południu Europy oraz majaczący w tle rozpad strefy każą na nowo przyjrzeć się tej zapoznanej wartości. W dzisiejszym świecie tylko nieliczni mogą sobie na nią pozwolić, nie ma wśród nich ani Greków, ani Polaków.

Suwerenność kosztuje. By ją mieć, potrzeba porządnej armii, dynamicznej gospodarki, niezależnych elit. Grecy są na nią za słabi, nie oznacza to jednak, że już po nich. Półsuwerenność także pozwala realizować interes narodowy i rację stanu. Dotyczy to również Polski.

1.

Tradycyjnie rozumiana suwerenność zakłada, że nad państwem jest tylko Bóg, jego władze zaś mogą czynić, co zechcą, i nikomu nic do tego. Ogranicza je tylko sytuacja zewnętrzna oraz wewnętrzna albo – rzadziej – moralność i religia.

Gdyby pokusić się o wyliczenie współczesnych państw suwerennych, będzie ich jakiś tuzin lub niewiele więcej. Na pewno na naszej liście znalazłyby się Stany Zjednoczone – światowy numer jeden, jeśli idzie o gospodarkę i i siły zbrojne – oraz Chiny. Waszyngton nie musi nikogo pytać, jeśli chce zacząć wojnę. Podobnie Pekin. Co Zachód mógłby uczynić, gdyby chińska armia najechała Tajwan? Poza interwencją zbrojną – nic. Ale nawet te dwa państwa są współzależne, powiązał je handel i wykupywanie przez Chińczyków amerykańskich obligacji. Na pewno na liście znalazłyby się również Indie, Brazylia, pewnie Turcja i Izrael; oba kraje są wprawdzie zależne od amerykańskiej pomocy wojskowej, ale nie uwzględniają nacisków Waszyngtonu w swojej polityce bezpieczeństwa. Kto jeszcze? Może Indonezja, Wietnam, Singapur, pewnie paru innych.

Mniejsza o pełną listę, jest w końcu wiele państw na pograniczu suwerenności i półsuwerenności. Nie znajdzie się na niej natomiast żaden kraj europejski, w tym potężne Niemcy – są zbyt spętane zobowiązaniami w UE, by je za takie uznać. Nawet Rosja, mimo buńczucznych deklaracji, jest zanadto związana z Zachodem pępowiną rurociągów, by funkcjonować w pełni samodzielnie. Lubimy mówić o uzależnieniu energetycznym Zachodu od Moskwy, ale i tak ostatnia jest uzależniona od partnera finansowo. Jeśli nie sprzeda ropy i gazu – upadnie.

2.

Państwa suwerenne mają dwie główne cechy. Po pierwsze – są potęgą ekonomiczną lub dążą do tego stanu, względnie posiadają kapitalne znaczenie dla światowej gospodarki, po drugie – już posiadają lub tworzą znaczącą siłę militarną. Za przykład może posłużyć Singapur. To państwo suwerenne mimo mikroskopijnych rozmiarów. Jest węzłem przeładunkowym Azji Południowo-Wschodniej oraz finansowym i technologicznym tygrysem, a ponadto piątym pod względem wielkości obrotów importerem broni.  Ewentualny agresor mógłby sobie połamać zęby o tę wysepkę.

Ani Grecja, ani Polska nie spełniają kryteriów suwerenności, nie da się nas porównać z Singapurem, o Ameryce nie wspominając. Nawet najbardziej patriotyczna polityka tego nie zmieni. To nie kwestia wyboru elit, ale uwarunkowań. Skoro tak – czy żyjemy w niewoli?

Taką retorykę próbowały narzucić nam niegdyś środowiska wrogie przystąpieniu Polski do UE, a teraz radykalni krytycy postawy rządu Tuska wobec Rosji i Niemiec. Półsuwerenność nie ma jednak nic wspólnego z niewolą. Kogokolwiek Grecja by wybrała w czerwcowym głosowaniu, i tak będzie uzależniona od UE i państw-donorów, Polska zaś nigdy nie przeforsuje polityki zagranicznej ewidentnie sprzecznej z interesem Niemiec czy Francji. Możemy za to budować swoje znaczenie, niejako automatycznie przymuszać innych do uznawania naszych racji. Jak? Rozwijając gospodarkę i rozbudowując armię, a nie skąpiąc na nią grosza, jak obecnie. Żadne słowa, gesty czy miny  nie zastąpią solidnego PKB oraz wyszkolonych żołnierzy pod bronią. Im ich więcej, im większy dochód społeczeństwa i państwa, tym więcej suwerenności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czas powalczyć o nową Europę

11 maja 2012

Kiedy Grecja niemal bankrutowała, straszono rozpadem UE. Dwie transze pomocy finansowej dla Hellady, pakiet stabilizacyjny, pożyczki EBC dla banków, wreszcie pakt fiskalny uspokoiły nastroje. Na krótko. Kryzys tak łatwo się nie skończy, Unia zaś nie powróci do dawnych kształtów. Polska ma niewiele czasu, by dostosować nasze interesy w Europie do nowych warunków. Walka o budżet UE i zachowanie funduszy strukturalnych na wysokim poziomie to za mało, musimy zdefiniować, jaka Europa będzie dla nas najkorzystniejsza, i zacząć o nią walczyć.

Greccy politycy albo jawnie (radykalna lewica), albo półgębkiem (socjaliści) kwestionują reformy. We Francji Francois Hollande chce walczyć z nadciągającą recesją, zwiększając wydatki publiczne. Rozpadła się koalicja rządząca w Holandii, kto wie, czy przedterminowych wyborów nie wygrają tam izolacjoniści. Pakt fiskalny nie został ratyfikowany, a już zmienia się w martwy zapis. Plan ocalenia Europy nie wypalił. Skoro tak, silne państwa Unii zaczną ją urządzać po swojemu. Polska, nawet jeśli nie będzie chciała, zostanie wciągnięta w te tarcia.

1

UE nie przetrwa w obecnym kształcie, paradoks polega jednak na tym, że jej rozpad jest niemożliwy. Państwa europejskie powiązały się zbyt ścisłymi więzami handlowymi i prawnymi, by do niego doszło. Powrót do pełnej suwerenności byłby w dodatku ciosem w gospodarkę i poziom życia. Dlatego tylko skrajni demagodzy chcą likwidacji UE lub wyjścia z jej struktur. Reszta woli przebudować Unię, co zresztą nie leży w interesie Polski. Stara Unia z silną Komisją Europejską, parlamentem, egzekwowaniem praw wspólnotowych, koncyliacyjnością decyzji hamowała ambicje wielkich państw przed zdominowaniem mniejszych. Ale to już przeszłość.

Francja będzie zapewne budować oś wokół pobudzania gospodarki (a  tak naprawdę – torpedowania cięć wydatków). Wielka Brytania będzie parła do potanienia UE. Londyn chce mieć z Unią coraz mniej wspólnego, co jest groźne dla funduszy na pomoc strukturalną. Niemcy zaś szukają sojuszników do wdrożenia założeń paktu fiskalnego. Dyscyplina służy Bundesrepublice, bo ma ona zreformowany rynek pracy, jedną z najwyższych w Europie wydajności tejże (trzykrotnie wyższą niż w Polsce), niską rentowność obligacji, wydajną administrację, zaś jej obywatele stali się liderami w gromadzeniu domowych oszczędności. Słowem, Niemcy są przeciwnością Francji i Włoch, by wspomnieć tylko najsilniejsze gospodarki Europy kontynentalnej. Gdyby nie wspólna waluta, zaczęłyby zapewne prowadzić politykę jeszcze bardziej dystansującą się od UE niż Wielka Brytania.

2

Czego od nowej UE powinna chcieć Polska? Po pierwsze – zachowania czego się da ze wspólnotowości, w tym budżetu; pomocna będzie nam w tym Francja pod nowym prezydentem. Po drugie – utrzymania wspólnego rynku, swobody przepływu kapitału, usług i ludzi, bo radzimy sobie na nim coraz lepiej; sojusznikiem jawi się tu Wielka Brytania i Niemcy. Po trzecie – uczestnictwa w ośrodkach realnej władzy; w tym wypadku nie mamy aliantów poza innymi krajami o mniejszym znaczeniu. Niestety, suma ich chęci nie przekłada się na siłę przetargową.

Jesteśmy krajem słabym, wytwarzamy ledwie 2,8 proc. unijnego BKP, sami zatem nie dopchamy się do klubu rządzących: musimy zostać dokooptowani. Nie trzeba jednak deklarować jednoznacznego poparcia dla jakiegokolwiek kraju, np. Niemiec. Dobrym pomysłem jest trzymanie dyscypliny budżetowej, mamy już złotą regułę w konstytucji, teraz rząd chce wprowadzić równie surową regułę wydatków publicznych. To skuteczne kroki, by zaprezentować się jako państwo odpowiedzialne, które jednak nie dusi rozwoju. Zaczynamy pasować do Północy, czyli klubu oszczędnych i efektywnych, choć z tym ciągle nie najlepiej. Prędzej czy później takowy powstanie – formalnie czy nieformalnie – i to on stanie się najpewniej osią Europy. Im Niemcy mają mniej sojuszników w UE, tym stajemy się dla nich atrakcyjniejsi. Ale tylko dobre zarządzanie państwem i jego finansami oraz rozwój dają nam nadzieję, że w tym sojuszu nie staniemy się wasalami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zaświtało na Wschodzie

10 maja 2012

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy oświadczyło, że Kijów jest gotowy do zmian w prawie, co docelowo mogłoby doprowadzić do uwolnienia Julii Tymoszenko.

Wiktor Janukowycz zaś wcześniej zaprosił prezydenta Komorowskiego do Kijowa. Powiązanie tych dwóch faktów daje nadzieję. To nie sukces, ale Polska ma szansę wrócić do gry na Wschodzie. Nie wolno jej przegapić.

Groźba bojkotu, a także sankcji na ekipę Janukowycza, o czym w Brukseli mówiono coraz częściej, choć nieoficjalnie, najwyraźniej przynoszą skutek. Wcześniej cicha dyplomacja, w tym polska, próbowała nakłonić prezydenta Ukrainy do zmiany prawa i na tej podstawie zwolnienia liderki opozycji, co zresztą prezydent Ukrainy obiecał, ale nie dotrzymał słowa. Warszawa jeszcze raz powtórzyła ofertę, tym razem oficjalnym głosem prezydenta RP. Miejmy nadzieję, że teraz ustąpi pod naporem niekorzystnych dla Ukrainy faktów.

Dobrze się stało, że nie włączyliśmy się do bojkotu Euro 2012, a jednocześnie domagamy się przestrzegania przez Kijów praw człowieka  dało to nam większe pole manewru. Nie szantażowaliśmy przywódcy sąsiedniego państwa, ale podsuwaliśmy rozwiązanie, jak zachować twarz. Warszawa jest dziś dla Kijowa wiarygodnym pośrednikiem w negocjacjach z UE. Możemy wykorzystać to do podreperowania wpływów na Wschodzie, które ostatnio mocno osłabły.

Polska chciała być głosem Unii w tym regionie i miała ku temu szansę. W europejskich stolicach słuchano naszych opinii, popierano projekty. Tak było po pomarańczowej rewolucji oraz w ramach polityki pojednania z Łukaszenką w zamian za reformy, co jednak zakończyło się porażką. Na Ukrainie i Białorusi nic nie ugraliśmy, każda okazja, by odwrócić złą passę, jest więc dobra. Właśnie się nadarza.

Pomarzmy, gdyby Komorowski doprowadził do uwolnienia Tymoszenko, Polska zdobędzie uznanie na Zachodzie i silniejszą pozycję na Ukrainie. Byle nie ubiegli nas inni, jak prezydent Sarkozy podczas wojny w Gruzji, który namówił Rosjan do rozejmu, choć to nie on, a Lech Kaczyński solidarnie stał obok Saakaszwilego na wiecu w Tbilisi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bojkot Ukrainy tylko zaszkodzi

4 maja 2012

Rośnie liczba polityków wzywających do bojkotu ukraińskiej części Euro 2012 w obronie Julii Tymoszenko. Jeśli Polska poprze ich, ugodzi w siebie samą jako współorganizatora mistrzostw, nie poprze – wystawi na szwank zaangażowanie w demokratyzację wschodniego sąsiada.

To trudny dylemat, ale korzystniejsze dla nas jest udane Euro i dobre relacje z Ukrainą – kto by nią nie rządził, niż szlachetne, lecz w długofalowej perspektywie bezużyteczne gesty. Z drugiej strony, nie przesadzajmy z demonstracyjnym odrzucaniem bojkotu, bo skonfliktuje nas to z innymi krajami Unii. Po prostu róbmy swoje.

W tym wypadku Polski nie obowiązuje żadne unijne prawo, ani nawet unijna solidarność, możemy grać jak chcemy, czyli uprawiać rzeczywistą politykę. Powinniśmy skorzystać z okazji, by pokazać Janukowyczowi, że jesteśmy jedynym państwem UE, na które może liczyć i jeśli w przyszłości będzie chciał coś załatwić w Brukseli – a prędzej czy później przyjdzie po prośbie, skuteczna droga będzie wiodła przez Warszawę.

1.

Przewodniczący Komisji Europejskiej, władze Austrii i Holandii, najprawdopodobniej przewodniczący parlamentu europejskiego, może nawet kanclerz Angela Merkel oraz niemiecki rząd zbojkotują Euro 2012, w Polsce wzywa do tego PiS. Jeszcze przed rozgrywkami prezydenci Niemiec, Włoch, Estonii, Czech, Austrii, a zapewne także innych państw nie pojadą na szczyt państw Europy  środkowej planowany na 11 i 12 maja w Jałcie na Krymie.

Wiktor Janukowycz stanął przed skoordynowaną akcją, która godzi w jego wizerunek. Ciekawe czy bojkot poparłaby Julia Tymoszenko, która w przeszłości apelowała przecież, aby nie wiązać jej aresztowania z podpisania przez Unię umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą. Dokument na razie parafowano, do wejścia porozumienia  w życie jeszcze daleko, ale pierwszy krok został zrobiony. Uchyla on Ukrainie drzwi do Europy, podobnie jak w wypadku udanych mistrzostw w piłce nożnej. Skoro UE już po wyroku na liderkę opozycji poszła na parafowanie umowy, czemu miałaby bojkotować Kijów teraz? Chodzi o złe traktowanie uwięzionej? Przecież już sam proces i wyrok były mocno kontrowersyjne.

2.

Prezydent Janukowycz w sprawie Tymoszenko działa wbrew interesom Ukrainy. Jej uwięzienie, brutalne traktowanie, utrudnianie leczenia są z politycznego punktu widzenia bezsensowne. Zachód nie może wszak przejść na tym do porządku dziennego, musi zająć stanowisko niekorzystne dla Ukrainy, co psuje pozycję przetargową Kijowa w relacjach z Moskwą, a trzeba przyznać Janukowyczowi, że skutecznie broni swojego kraju i jego przemysłu przed zdominowaniem przez wielkiego sąsiada.

W polityce wewnętrznej punktem dla prezydenta byłoby wyeliminowanie Tymoszenko z wyborów, nie jej zadręczenie. Brutalnością nie zyskuje nic, a cała sprawa coraz bardziej przypomina knajacką zemstę niż rozgrywkę o władzę. Przecież jego przedstawiciele w zakulisowych rozmowach z wieloma politykami europejskimi, w tym polskimi sugerowali rozwiązanie. Tymoszenko zostaje skazana, co uniemożliwi jej start w wyborach, ale zaraz potem zwolniona z więzienia po zmianie ukraińskiego prawa, która wycofuje z kodeksu paragraf, z jakiego trafiła za kratki. Nic takiego jednak nie nastąpiło, w konsekwencji mamy poważny kryzys na linii Kijów – UE.

3.

Ukraina sama funduje sobie swój los, ale w niczym nie zmienia to geopolitycznych realiów, pozostanie naszym sąsiadem. W interesie Polski zaś jest, by była buforem między nami a Rosją. Jeśli nie chce stać się prozachodnia, a przyszłości wstąpić do struktur europejskich, niech przynajmniej będzie neutralna lawirując między wschodem  i zachodem. Mimo wszystkich wad Janukowycz pozostaje gwarantem owej neutralności. Nigdy nie zgodzi się na gospodarczą i polityczną wasalizację Ukrainy, bo godziłaby ona w żywotne interesy wspierających go oligarchów. Każdy cios w niego jest zatem ciosem w politykę balansowania.

Tymoszenko nie może być tak traktowana, Europa nie wyczerpała jednak wszystkich możliwości oddziaływania zakulisowego, bez bojkotu. Janukowycz to jednak nie Łukaszenko, a Ukraina nie jest krajem straconym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chiny wystawią Polsce rachunki

27 kwietnia 2012

Europejskie tournée chińskiego premiera stało się geopolitycznym hitem. Szczególnie dla nas. Tym razem bowiem Wen Jiabao szczególną troską otoczył dwa państwa – Niemcy i Polskę. O ile nad Renem jedynie ugruntował świetne relacje między obu krajami, o tyle w Warszawie sondował możliwości w całym regionie. Może to być pierwszy krok na drodze ekspansji, warto więc się zastanowić, czego Chiny chcą od Europy, czego od Polski.

Wzrok wielkich sterników z Pekinu padł na nadwiślańskie niziny, ciekawe, co na nich dostrzegają.  Chiny inwestują zarówno w demokracjach, jak i dyktaturach, w tym w najbardziej opresyjnych. Nie stawiają warunków: zmian ustrojowych, poparcia swojej polityki czy nawet odcięcia się od Dalajlamy czy opozycjonistów. To trzeba wyczuć samemu, a jeśli się nie wyczuje, może się przydarzyć przygoda podobna jak norweskim łososiom, które po przyznaniu w 2010 r. pokojowego Nobla Liu Xiaobo tak długo czekały w chińskiej komorze celnej, że zgniły.  Chińczycy często wchodzą na rynki bez perspektywy szybkiego zysku, byle przyzwyczaić gospodarzy do swojej stałej obecności. Mają czas, są cierpliwi. Pozornie może się wydawać, że chodzi tylko o biznes, zarabianie – jeśli nie teraz, to w odleglejszej perspektywie. Zarabianie jednak jest polityką w większym stopniu niż partyjne przepychanki. Chiny są teraz na etapie przyzwyczajania świata do siebie, nie wiemy jeszcze, jakie rachunki i komu wystawią.

1

Jiabiao odwiedził cztery kraje. To cztery różne cele, dwa w skali mikro, dwa – makro. W Islandii negocjował transfer technologii otrzymywania energii ze źródeł termalnych, ale przede wszystkim badał możliwości pozyskiwania surowców energetycznych w Arktyce. Jego kraj dzięki poparciu Rejkiawiku ma status obserwatora w Radzie Arktycznej skupiającej Kanadę, Danię, Finlandię, Islandię, Norwegię, Szwecję, Rosję i USA. W przeciwieństwie do tych państw żadne terytorium Pekinu nawet nie ociera się o północne koło polarne.

W Szwecji z kolei odwiedził zakłady Volvo, gdzie namawiał do transferu szwedzkiej technologii, tak by pojazdy tej marki były produkowane w Chinach. To cele mikro. W Niemczech przeszedł do skali makro. Wraz z kanclerz Merkel otworzył targi w Hanowerze. Oczy zabłysły mu na widok ultranowoczesnych technologii, szczególnie wydajnych i coraz tańszych tzw. drukarek trójwymiarowych, czyli maszyn wytwarzających obiekty poprzez nakładanie na siebie kolejnych warstw materiału według wzoru z plików cyfrowych. To model przyszłości i Chiny bardzo chciałyby go pozyskać, ale do tego potrzebują partnera bardziej zaawansowanego niż one.

Stany Zjednoczone restrykcyjnie pilnują transferu technologii nad Żółtą Rzekę, wolą nie zarobić, byle nie dostarczyć konkurentowi, a w przyszłości może przeciwnikowi, groźnych narzędzi. W takiej sytuacji idealnym partnerem są Niemcy. Już teraz niemiecki eksport do Państwa Środka jest większy niż do USA, a firmy znad Renu zgadzają się nie tylko na sprzedaż produktów, lecz również know-how.

2

Polska także była celem makro. Nie chodzi jednak o know-how, ale pośrednictwo w ekspansji regionalnej. Dotychczas to Węgry były gospodarczym węzłem Chin w Europie Środkowej, ale przestały być atrakcyjne. Są za małe, z marnym ich potencjałem gospodarczym, wreszcie skonfliktowały się z UE i MFW, a Pekin potrzebuje partnera solidnego, z dobrymi notowaniami w Unii i zdrową gospodarką. Pod względem jej rozmiaru Polska jest jedynym liczącym się rynkiem Nowej Europy.  Za pośrednictwo dostaniemy inwestycje, Chińczycy interesują się choćby prywatyzacją naszego sektora energetycznego. Kiedyś jednak będziemy musieli dać coś w zamian. Polska to nie Niemcy, różnica potencjału z Chinami jest zbyt wielka, byśmy byli dla nich prawdziwym partnerem.

Pekin potrzebuje pełnej normalizacji stosunków z Europą, zniesienia przez Unię embarga na broń, możliwości nieograniczonego transferu technologii i inwestowania na Starym Kontynencie, będzie lobbował za regulacjami, które to umożliwią. Potrzebni są do tego zaufani partnerzy silnie umocowani w UE. Polska nadaje się do tej roli, ale czy naprawdę chcemy ją odegrać?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostrożnie z chińskim smokiem

25 kwietnia 2012

Wizyta premiera Chin w Polsce ma pokazać, że Pekin traktuje Warszawę jako wrota do Europy Środkowej. Brzmi zachęcająco, ale taka polityka ma janusowe oblicze.

Wrota do czego  tylko handlu oraz inwestycji kapitałowych czy może do budowania strefy wpływów? Warto zachować ostrożność. Biznes i dobre relacje z Państwem Środka – jak najbardziej, ale nie kosztem osłabienia spójności Unii.

Chiny, podobnie jak inne wschodzące potęgi, choćby Rosja, stosują wobec Europy taktykę salami. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, które najchętniej załatwiałyby interesy z przedstawicielami całej Unii, stawiają na relacje bilateralne. Z każdym inne. Komitet Stały Biura Politycznego KPCh wyznaczył europejskim państwom różne role. Grecja, a ściślej port w Pireusie, ma być oknem dla chińskich towarów, Białoruś przyczółkiem politycznym, a Niemcy prawdziwym partnerem, bodaj jedynym na Starym Kontynencie, wobec którego Pekin stosuje zasadę win-win, czyli obopólnych, równych korzyści. A Polska?

Mamy się stać hubem, skąd chińskie macki będą się rozpościerać na cały region. Na razie to tylko teoria, pomimo podpisania przez prezydenta Komorowskiego strategicznego partnerstwa z Chinami. Inwestycje chińskie w Polsce są niewiele większe od inwestycji polskich nad Żółtą Rzeką, przy tak porażającej różnicy w zasobach kapitału inwestycyjnego. Oznacza to, że Chińczycy na razie raczej badają grunt, niż realizują u nas przemyślaną strategię. Od naszej reakcji teraz zależy, jak rozwiną się relacje w przyszłości. Warto zatem określić wyraźne parametry graniczne.

Zarabiajmy na biznes z Chinami, ale nie kosztem spójności UE. Taki sygnał powinien popłynąć z Warszawy do Pekinu. Nie możemy ani jednym gestem podważać żądań Unii, by Chiny otworzyły rynek, zaprzestały nieuczciwej konkurencji, zwalczały piractwo patentowe. Nigdy nie rozmawiajmy z nimi o sprzedaży broni. Pekin to wszak ledwie jeden z wielu naszych partnerów gospodarczych  ani największy, ani najbardziej rozwojowy. Do tego daleki, a Unia to już nasze środowisko naturalne. Nie dajmy się sprowadzić do roli plasterka salami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tortury a polska racja stanu

30 marca 2012

Mamy już pewność, że Amerykanie przetrzymywali w Polsce jeńców. Pytanie nie brzmi jednak: czy to zgodne z prawem, ale czy służyło to polskiej racji stanu. W 2003 r. można było sądzić, że tak – obecnie pewności już nie ma. Racja stanu kazałaby dziś powiedzieć naszemu sojusznikowi, by swoje brudy prał gdzie indziej.

Jak ujawniła „Gazeta Wyborcza”, prokuratura postawiła zarzuty Zbigniewowi Siemiątkowskiemu. Tym samym potwierdziła przetrzymywanie jeńców w Polsce. Byłoby jednak niestosowne, by eksszef Agencji Wywiadu stanął przez sądem, a Leszek Miller, ówczesny premier, czy Aleksander Kwaśniewski, ówczesny prezydent, przed Trybunałem Stanu. Służby specjalne zostały wszak powołane do strzeżenia państwa, nie prawa. Polska nie jest jedynym krajem demokratycznym, gdzie jest ono naciągane. My przynajmniej nie możemy zarzucić naszym służbom eliminowania współobywateli bez sądu, co w Ameryce, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, w przypadku, odpowiednio: radykałów islamskich, członków IRA i ETA się zdarza. Jak głosi mądre porzekadło: jeśli służby działają zgodnie z prawem, to albo prawo, albo służby są do niczego.

1

Polska, świeży członek NATO, chciała potwierdzić swoją przydatność. Liczyliśmy też na specjalne, bilateralne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, transfer technologii wojskowej, stacjonowanie u nas wojsk USA. Dziś wiemy, że były to nadzieje płonne. Nie jesteśmy potrzebni Amerykanom jako specjalny partner, nasz rejon świata stracił strategiczne znaczenie na rzecz Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz wschodniej Azji. Kwaśniewski oraz Miller prowadzili politykę zgodną z ówczesnym stanem wiedzy, chcieli związać Polskę możliwie najściślej z Ameryką, by ta czuła się zobowiązana strzec naszego bezpieczeństwa. Posłali więc wojska do Iraku i pozwolili na przetrzymywanie oraz torturowanie jeńców wojennych na polskim terytorium (to na razie hipoteza, nie ma dowodów, że decyzję wydał premier lub prezydent).

Taka postawa służyłaby polskiej racji stanu, gdyby Waszyngton nie przedefiniował priorytetów. Wprawdzie w 2003 r. było już widać jaskółki nowego, ale trzeba by było geniusza, by dekadę temu oderwać się od kanonicznej tezy „Co dobre dla Ameryki, to dobre dla Polski”. Kwaśniewski i Miller geniuszami nie byli, z czego trudno czynić im zarzut.

2

W aferze tej obserwatorom umyka sposób, w jaki potraktowali nas Amerykanie. Prawo zabrania im przetrzymywania bez wyroku, a tym bardziej torturowania jeńców na swoim terytorium, musieli więc robić to gdzie indziej. W operacji wykorzystali 42 kraje. W jakże jednak różny sposób. Pierwszą grupę tworzyli starzy członkowie NATO z silnymi tradycjami prawnymi – Niemcy, Włochy, Wielka Brytania. CIA używała w nich jedynie lotnisk do lądowania swoich samolotów, zaopatrywania w paliwo i ewentualnie przeładowywania jeńców na pokład innych jednostek: nie byli tam przetrzymywani ani torturowani. Druga grupa to nuworysze w NATO lub kandydaci z byłego bloku sowieckiego – Polska, Litwa, Rumunia. Więźniowie byli w nich przetrzymywani i torturowani zgodnie z wprowadzonymi po 11 września 2001 r. nadzwyczajnymi procedurami przesłuchań. Trzecią grupę stanowiły państwa pozaeuropejskie, gdzie jeńców przewożono, torturowano i co gorsze – oddawano w ręce lokalnych służb, które nie musiały stosować się do żadnych procedur i robiły z ludźmi, co chciały.

Miło, że nasz wywiad nie musiał razić pojmanych prądem czy zrywać im paznokci, jak w wielu państwach trzeciej grupy, ale Polska zgodziła się na dużo więcej niż starzy członkowie NATO. Nie można powiedzieć, byśmy wiele od Amerykanów uzyskali za taką uległość, a brudy zaczynają wypływać na powierzchnię, szkodząc naszej reputacji. Bilans wychodzi na minus.

3

Czasu nie cofniemy. Jedyne, co można teraz zrobić, by nie szkodzić racji stanu, to z jednej strony ukręcić śledztwu łeb, nie dopuścić do postawienia kogokolwiek przed Trybunałem Stanu, a z drugiej – nigdy więcej nie pozwolić na traktowanie Polski inaczej niż starych członków NATO. Amerykanie muszą wiedzieć, że u nas się nie torturuje, a jeśli pozwolimy im na mniej drastyczne operacje na polskim terytorium, powinni nam to hojnie zrekompensować. Afera z jeńcami uczy, że w relacjach z USA czas skończyć z kultem darmochy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na wschodzie mur, ale uderzać weń trzeba

29 marca 2012

Minister Radosław Sikorski w swoim exposé powiedział, że na Wschodzie jest znacznie gorzej, niż by się chciało, i znacznie lepiej, niż bywało i mogłoby być.

Fakt, nie mamy tam wojny, a w przeszłości była niejedna, poza tym sprawy wyglądają marnie. Polska straciła wpływ na Białoruś i Ukrainę, a wobec Rosji możemy tylko zaciskać zęby w bezsilności wobec oznak złej woli po stronie „przyjaciół Moskali”. Co nie znaczy jednak, że politycy są zwolnieni z aktywności na tym kierunku. Nie sposób mieć wszystkiego, ale próbować trzeba. A nuż się uda.

Niedługo miną dwa lata od katastrofy smoleńskiej, a wrak rządowego Tu-154, jak leżał na ziemi rosyjskiej, tak leży i nic nie zapowiada, by miał wrócić do Polski, choć należy do Rzeczypospolitej – w dodatku prezydent Miedwiediew obiecał nam wydanie szczątków samolotu. Ta sytuacja jest trudna do zaakceptowania, jak słusznie podnoszą krytycy.

Zostawmy jednak na boku podejrzenia o zamach, zacieranie śladów wybuchu itp., nie one są istotą sprawy, choć wielu pewnie oburzy się na taką konstatację. Oto państwo polskie, mimo monitów i próśb, nie potrafi odzyskać swojej własności, która ma w dodatku dla Polaków znaczenie symboliczne. Klapa.

Jakimś wytłumaczeniem dla rządzących jest to, że Polska właściwie nie ma jak zmusić Rosjan do wydania wraku. Zabrakło nam argumentów, by dopiąć swego. Jesteśmy dla Moskwy za krótcy. Przykry to wniosek z exposé ministra, ale najwyraźniej uzasadniony. Każdy krok dalej musiałby oznaczać polityczny, a może nawet gospodarczy konflikt.

Można jednak próbować umiędzynarodowić sprawę, poszukać sojuszników. Skutek wątpliwy – to prawda, ale trzeba chociaż próbować. Przynajmniej nikt nie powie, że Polska nic nie zrobiła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gazowej manny nie będzie

23 marca 2012

Rozwiały się nadzieje na gazowe eldorado, paliwo w łupkach jest, ale za mało, by budować na nim przyszłość Polski.

Szacunki podane przez Państwowy Instytut Geologiczny rozwiewają nadzieje: hojność przyrody nie uwolni nas od rosyjskich dostaw, będziemy musieli samodzielność energetyczną wywalczyć strategią oraz przemyślanymi inwestycjami. To nawet lepiej, bo przy tanim gazie moglibyśmy popaść w polityczną gnuśność. Teraz nam ona nie grozi.

Amerykanie zaostrzyli nasz apetyt.

Według ich danych w łupkach miało być aż 5,3 bln m sześc. gazu, co czyniło Polskę, wraz z Francją i Ukrainą, liderem Europy. Jeszcze przed opublikowaniem raportu PIG eksperci zredukowali szacunki do 1 – 2 bln m sześc. Instytut wspomina o zaledwie 346 – 768 mld m sześc., wlicza gaz pod dnem morza, a ten nie jest jeszcze nigdzie eksploatowany z powodu wysokich kosztów.

To, co jest, to i tak sporo; jeśli złóż jest mniej, ale są bogate, przedsięwzięcie będzie się opłacało i da Polsce oddech. Ale wydobycie nie przyniesie rewolucyjnych zmian, a na nie właśnie liczyli politycy i opinia publiczna. Przypomnijmy o spekulacjach, iż czeka nas 300 lat energetycznej niezależności, zawartej w exposé zapowiedzi premiera, że pieniądze z opodatkowania wydobycia zapewnią nam emerytury, czy wreszcie pączkującym w kręgach PiS pomyśle, by stworzyć narodowy fundusz przyszłości na wzór norweskiego. To idee szczytne, niestety nie do zrealizowania.

1

Gazowe eldorado mogło odmienić Polskę. Gdyby skuteczność wydobycia była porównywalna do amerykańskiej, czekałyby nas zmiany gospodarcze, polityczne, a nawet militarne. Łatwe w eksploatacji zasoby rzędu 5,3 bln m sześc. miałyby wpływ na geopolitykę całego regionu.

Przykład Norwegii eksploatującej złoża ropy naftowej na Morzu Północnym pokazuje, co mogą dać surowce krajowi mądrze zarządzającemu wydobyciem. Oslo postanowiło nie przejadać zysków, lecz inwestować je w niezależność państwa i jego przyszłość. Powstał wart ponad 570 mld dolarów tzw. fundusz naftowy, który lokuje wpływy surowcowe na rynkach finansowych, w tym w polskie obligacje. Zyski zostaną przekazane przyszłym pokoleniom. Bez węglowodorów Norwegia nie byłaby tak wstrzemięźliwa wobec UE i już dawno temu stałaby się jej członkiem. Stać ją wreszcie na jedne z najnowocześniej w świecie wyposażonych sił zbrojnych. Oslo kupuje fregaty nowej generacji, rakiety manewrujące NSM, zamówiło też myśliwce piątej generacji F-35. Gdyby ktoś zechciał zaatakować Norwegów, musiałby wpierw dobrze się zastanowić. Owa refleksja u potencjalnego przeciwnika to także pochodna wydobycia surowców.

Czy Polska wykazałaby się podobną roztropnością? Gdyby wszystko poszło dobrze, któryś z kolejnych rządów skusiłby się na łatwy pieniądz. Pewnie przejedlibyśmy gazowe zyski, zasilili nimi fundusz emerytalny, opłacili roszczenia sfery budżetowej podjudzanej przez związki zawodowe, dosypali szpitalom, zatrudnili jeszcze więcej urzędników, zrezygnowali z systemowych reform, bo i po co je przeprowadzać, skoro wystarczy wyciągnąć rękę. Obok surowcowych państw sukcesu, jak Norwegia, USA, mamy też surowcowe państwa klęski, gdzie łatwe zyski konserwują patologiczne struktury społeczne i gospodarcze. To choćby Rosja, Arabia Saudyjska, Wenezuela.

2

Teraz już wiemy – drugą Norwegią nie będziemy, nie obniżymy też radykalnie kosztów energii jak w Ameryce, ale i nie zgnuśniejemy na wzór rosyjski. Energetyczną niezależność, a co za tym idzie – polityczne pole manewru możemy uzyskać tylko mozołem stopniowej dywersyfikacji. Są łupki, choć w znacznie mniejszych ilościach, niż zakładano – świetnie, każdy metr sześcienny wydobycia to kolejna zmarszczka na czole szefa Gazpromu. Ale potrzeby jest też gazoport, łączniki z Niemcami i Czechami, most energetyczny z Litwą, elektrownia atomowa, a najlepiej dwie. Wreszcie – obrona polskiego węgla przed zakusami Komisji Europejskiej i ekologów. Iluzje prysły, trzeba brać się do roboty. Manny z nieba (ani z szybów) nie będzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie bawmy się w zabijanie

16 marca 2012

Sąd Najwyższy nie uprawomocnił uniewinnienia czterech żołnierzy oskarżonych o zbrodnię wojenną i odesłał ich sprawę do ponownego rozpatrzenia. Co oznacza, że mogą jeszcze zostać skazani za mord w afgańskim Nangar Khel. Niemal w tym samym czasie amerykański ranger wystrzelał 16 cywilów pod Kandaharem. Nie udało się stoczyć wojny afgańskiej w białych rękawiczkach,

NATO – w tym Polacy – umazało sobie ręce we krwi. Nie sposób jej wygrać ani powstrzymać powrotu talibów do władzy, choćby w ramach procesu pokojowego po wyjściu obcych wojsk. Nasze zadanie na teraz to wyciągnąć z Afganistanu polskich żołnierzy przy jak najmniejszych stratach. Nie dajmy ich pozabijać, nie dajmy im więcej zabijać.

NATO miało wycofać się do końca 2014 r., jednak po ostatniej rzezi Amerykanie i Brytyjczycy rozmawiają o przyspieszeniu odwrotu. Jeśli się dogadają, ich śladem podążą inni, w tym Polska. Nasi żołnierze wyjdą z Afganistanu bez chwały, trudno będzie obronić też tezę, że interweniowali tam w imię racji stanu i wypełniali sojuszniczy obowiązek, aby dowieść wiarygodności Rzeczypospolitej w NATO. Ostatnie lata zmieniły rozumienie tego terminu, a spójności sojuszu zagrażają cięcia w budżetach obronnych i narodowe egoizmy, nie zaś to, czy wszyscy jego członkowie biorą udział w interwencjach, czy też nie. Jedynym pozytywem misji afgańskiej jest przetrenowanie armii w boju, ze strategicznego punktu widzenia była niepotrzebna.

1

W 2006 r. NA­TO zde­cy­do­wa­ło o prze­ję­ciu od Ame­ry­ka­nów od­po­wie­dzial­no­ści za ca­łe te­ry­to­rium Afga­ni­sta­nu, w tym naj­bar­dziej nie­spo­koj­ne po­łu­dnie i wschód kra­ju. Po wej­ściu tam sił so­ju­szu luź­na par­ty­zant­ka prze­ro­dzi­ła się w ruch opo­ru, a w pro­win­cjach Hel­mand i Kan­da­har moż­na by­ło wręcz mó­wić o zbroj­nym po­wsta­niu. Wła­śnie wte­dy pier­wot­ne za­ło­że­nia in­ter­wen­cji – li­kwi­da­cja al Ka­idy oraz oba­le­nie sprzy­ja­ją­cych jej ta­li­bów – wzię­ły w łeb. Zde­cy­do­wa­na więk­szość re­be­lian­tów nie uczest­ni­czy­ła w ich ru­chu przed 2001 r., włą­czy­li się do wal­ki z po­wo­du obec­no­ści ob­cych wojsk. Im by­ły ak­tyw­niej­sze, tym bar­dziej opór na­ra­stał. Ta spi­ra­la zo­sta­ła ogra­ni­czo­na do­pie­ro w ostat­nich dwóch la­tach wraz z po­stę­pu­ją­cą afga­ni­za­cją woj­ny i po­ło­że­niem przez NA­TO więk­sze­go na­ci­sku na wal­kę „o ser­ca i umy­sły” Afgań­czy­ków.

Trzeba bujnej wyobraźni albo złej woli, by nazwać tę misję wojną z terrorem. NATO tłumi rebelię skierowaną przeciwko siłom okupacyjnym i zainstalowanemu przez nie rządowi Hamida Karzaja, który zresztą wybija się na coraz większą niezależność.

Ostrzelanie przez polskich żołnierzy w roku 2007 wioski Nangar Khel, gdzie ich granaty moździerzowe zabiły w sumie osiem osób (wśród ofiar były dwie kobiety, troje małych dzieci i pan młody przygotowujący się do wesela), zbrodniczy rajd amerykań- skiego rangersa czy ujawnione pod koniec 2011 r. wyczyny samozwańczego komanda egzekucyjnego, którego członkowie lubowali się w mordowaniu cywilów i odcinaniu im palców lub głów, wplatają się w metody wojny z partyzantką, a nie z terrorem. Rebelianci mają poparcie społeczne, o czym wie każdy żołnierz służący w Afganistanie, kiedy więc puszczają nerwy, celem stają się cywile. NATO potępia mordy i – trzeba przyznać – robi wiele, by ich uniknąć, ale mechanika owych zbrodni jest konsekwencją natury tej wojny. W wielu regionach Afganistanu cywil i talib są nierozróżnialni.

2

Wokół misji NATO zaczęło brzydko pachnieć, czas otrąbić odwrót. Nie ma co mydlić sobie oczu najnowszym celem do osiągnięcia, czyli wyszkoleniem armii i policji afgańskiej na tyle, by mogły przejąć od sojuszu odpowiedzialność za bezpieczeństwo. Aby skutecznie spacyfikować zbrojną opozycję, same musiałyby się stać siłą okupacyjną, a chyba nie o to chodziło. Bez względu na to, czy armia afgańska będzie mocna, czy słaba, talibowie wejdą do władz i staną się bohaterami tej wojny. A my zostaniemy z niesmakiem po Nangar Khel, niezależnie od tego, jaki będzie ostatecznie wyrok sądu. Z pamięcią o rozerwanych polskimi granatami kilkuletnich dzieciach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop