Wiara w to, że samo wprowadzenie dwudniowe wyborów, przez podniesienie frekwencji, poprawi jakość polskiej demokracji, dowodzi niezrozumienia przyczyn niskiej frekwencji. Tu mamy do czynienia ze swoistym paradoksem. Z jednej strony Polacy są niezwykle zainteresowani polityką, rodzinne rozmowy przy stołach bardzo często zmieniają się w polityczne kłótnie, o polityce dyskutuje taksówkarze, dziennikarze, uczniowie i studenci, klienci w kawiarni i osoby czekające w kolejce do lekarza. A równocześnie frekwencja w wyborach jest niska. Czy zbyt trudno jest głosować? Ilość zaświadczeń uprawniających do głosowania pobranych przez obywateli w ostatnich wyborach prezydenckich, które wypadały w okresie urlopowym przeczy tej tezie.
Niska frekwencja, to banalne, ale warto czasem przypomnieć oczywistość, wynika ze zniechęcenia Polaków do jakości polityki. Prowadzimy dyskusje o polityce, ale wiemy, że to, co się będzie działo w kraju, w małym stopniu będzie zależało od nas.
Politycy powinni o tym pamiętać przez całą kadencję. Przez cztery lata zdają się zniechęcać Polaków do polityki, zaś nagle przy okazji wyborów zaczynają debatować nad jakością demokracji, którą solidarnie psują w codziennych sporach.
W dyskusji o dwudniowych wyborach uderza również hipokryzja niemal wszystkich jej uczestników. PiS i SLD, które są przeciwnikami takiego rozwiązania, powołują się na oszczędności, choć jeszcze kilka tygodni temu sprzeciwiały się obniżeniu dotacji. Z drugiej strony PJN i PO zgodnie twierdzą, że na demokracji nie należy oszczędzać. A jeśli tak, dlaczego wspólnie przegłosowały cięcie subwencji budżetowej?
Każda partia w sprawie długości jesiennych wyborów ma swój interes. Wynik wyborów będzie bowiem zależał w dużej mierze od frekwencji. Platformie i PJN-owi zależy na wysokiej. Elektorat PiS zaś jest bardziej zdyscyplinowany – za wszelką cenę pójdzie do wyborów więc przy niskiej frekwencji wynik PiS może być procentowo lepszy.
Platforma oskarża wprost PiS, że boi się dwudniowych wyborów. Od niemal stu lat od odzyskania niepodległości w 1918 roku w Polsce wybory odbywały się jednego dnia. Jeśli ktoś chce to dziś zmienić powinien umieć udowodnić, że będzie to dobre dla wszystkich, nie zaś przerzucą ciężar dowodu na przeciwników zmian.
Tym bardziej, że to, w tym sporze to, co najważniejsze, odgrywa najmniejszą rolę. Poważne analizy mówią, że użycie w ustawie zasadniczej sformułowania „dzień” wyborów, wyklucza głosowanie dwudniowe. Jeśli więc politycy tak bardzo troszczą się o jakość demokracji powinni poprosić najpierw Trybunał Konstytucyjny o jednoznaczne rozstrzygnięcie tej kwestii. W tak poważnej sprawie nie wystarczy, że ktoś będzie miał „głębokie przeświadczenie”, że takie rozwiązanie będzie zgodne lub nie z ustawą zasadniczą. Warto by sprawa została rozstrzygnięta raz na zawsze, nie zaś stała się kolejny elementem politycznej wojny, która może doprowadzić nawet do nieuznania wyniku wyborów przez którąś ze stron. Głosowanie nazywane bywa świętem demokracji. Czy jednak można kogoś zmuszać do świętowania? Bo pomysł przeprowadzenia dwudniowych wyborów coraz przypomina trochę zmuszanie obywateli poprzedniego reżimu do spontanicznego udziału w Święcie Pracy czy rocznicy rewolucji październikowej.