Nieodwracalne błędy rządu

10 kwi 2012

O tym, że za­ini­cjo­wa­na przez Ka­ta­rzy­nę Hall re­for­ma ob­ni­ża­ją­ca wiek szkol­ny jest nie­wy­pa­łem, wia­do­mo od daw­na.

Pro­blem w tym, że co i rusz na jaw wy­cho­dzą po­nu­re kon­se­kwen­cje nie­ustan­ne­go prze­su­wa­nia wej­ścia w ży­cie zmia­ny prze­pi­sów. Najnow­szy przy­kład – jak spraw­dzi­ła „Rz” – co­raz mniej ro­dzi­ców po­sy­ła swo­je sze­ścio­let­nie dzie­ci do szkół.

Czyż to nie pa­ra­doks? Pań­stwo za­chę­ca ro­dzi­ców, by jak naj­wcze­śniej wy­sy­ła­li dzie­ci do szko­ły, ale rów­no­cze­śnie o ko­lej­ne dwa la­ta od­wle­ka sfi­na­li­zo­wa­nie re­for­my. Do ro­dzi­ców idzie więc czy­tel­ny sy­gnał: szko­ły nie są przy­go­to­wa­ne na przy­ję­cie wa­szych po­ciech. Czy moż­na się więc dzi­wić, że sze­ścio­lat­ki zo­sta­ją w przed­szko­lach? Ale gdy sze­ścio­let­nie dzie­ci nie pój­dą do szkół, to w przed­szko­lach za­brak­nie miej­sc dla trzy­lat­ków.

Gdy je­sie­nią ze­szłe­go ro­ku Kry­sty­na Szu­mi­las obej­mo­wa­ła re­sort edu­ka­cji, ob­ser­wa­to­rzy by­li prze­ko­na­ni, że zro­bi ona po­rzą­dek po swej eks­cen­trycz­nej po­przed­nicz­ce. Kło­pot w tym, że no­wa sze­fo­wa MEN w swym re­sor­cie po pro­stu znik­nę­ła. Nie re­agu­je na nie­mal żad­ne sy­gna­ły świad­czą­ce o tym, że w oświa­cie dzie­je się źle.

Stra­te­gia mi­ni­ster edu­ka­cji, ale też ca­łe­go rzą­du Do­nal­da Tu­ska, spra­wia wra­że­nie, jak­by oświa­ta by­ła dla nich pro­ble­mem czwartorzęd­nym. To gi­gan­tycz­ny błąd. Bo dzi­siej­sze eks­pe­ry­men­ty z edu­ka­cją ze­msz­czą się już za kil­ka­na­ście lat. Z tym że ne­ga­tyw­ne konsekwen­cje nie­uda­nej re­for­my bę­dą nie­od­wra­cal­ne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kobieta musi mieć szansę wybrać pracę lub dom

06 kwi 2012

Choć liczba osób, które nie pracują i pracy podjąć nie chcą, od kilku lat spada, jest niebezpieczny wyjątek. Okazuje się, że rośnie liczba kobiet, które zostają w domu, ponieważ zajmują się bliskimi. Większość tych kobiet została do podjęcia takiej decyzji zmuszona przez warunki ekonomiczne.

Teoretycznie państwo zapewnia dostęp do żłobków, przedszkoli i domów opieki. W praktyce jest on jednak bardzo ograniczony i pozostaje rozwiązanie komercyjne.

Wiele osób dokonuje prostego rachunku – wynajęcie opiekunki kosztuje tyle samo lub nawet więcej, niż kobieta zarobiłaby, pracując. Dlatego dla rodziny lepiej, aby matka/córka/żona została w domu.

Na tym zjawisku cierpi nie tylko gospodarka, ale też społeczeństwo. Bo prawo kobiet do aktywności zawodowej to nie wymysł feministek,  ale nieuchronna konsekwencja współczesnych czasów.

Większy dostęp do żłobków, przedszkoli czy domów opieki to więc nie fanaberia, ale kwestia elementarnej sprawiedliwości. Tym bardziej że demografia jest nieubłagana  będzie coraz więcej osób starszych i wymagających opieki.

Jednak państwo, pomagając, powinno pamiętać, by nie ulegać ideologicznym skrzywieniom. Chodzi o to, by uszanować wybór kobiet, gdy chodzi o model życia. Bo sprawiedliwość nie na tym polega, że teraz dla odmiany zmusi się je (choćby za pomocą społecznej presji) do pracy, a ciężar opieki i wychowania państwo weźmie na siebie.

Państwo bowiem powinno obywatelom ułatwiać życie, stwarzać możliwości, a nie wyręczać ich.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wyznania narkofoba

12 mar 2012

Surowe wobec osób posiadających narkotyki przepisy czynią przestępcę z każdego, kto korzysta ze środków odurzających – to ulubiony argument liberalnej lewicy.

Zwolennicy łagodzenia prawa antynarkotykowego utrzymują, że więzienia są pełne uzależnionych, którzy zamiast podlegać leczeniu, demoralizują się w otoczeniu przestępców.

Tyle że to nie fakty, ale ideologia. Rzeczywistość wygląda jednak trochę inaczej. Prokuratury od trzech miesięcy mają prawo umarzać sprawy, w których przyłapano osoby posiadające bardzo małą ilość narkotyku. Z ankiety przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą” wynika, że śledczy z tych uprawnień korzystają bardzo rzadko. I nie wynika to z ich konserwatywnego podejścia, czy tym bardziej z nieznajomości prawa. Przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej – po prostu większość z zatrzymanych to nie ludzie, których złapano z jednym skrętem, ale narkotykowi dilerzy.

To mocny dowód, że możliwość karania za posiadanie narkotyków nie jest formą represji wobec osób uzależnionych, ale narzędziem w walce z przestępczością. I to narzędziem, jak się okazuje, bardzo skutecznym.

A warto pamiętać, że są dziś w Polsce partie polityczne, które z legalizacji narkotyków uczyniły jeden z głównych swych postulatów.

Co więcej, znajdują one wsparcie licznych celebrytów. Tak jak w przypadku wielu innych rewolucji, ta zaczęła się od walki o język.

Na przykład przeciwników legalizacji nazywa się narkofobami. To sprytny wybieg, bo sugeruje, że przekonanie o szkodliwości stosowania narkotyków czy też o konieczności ścigania narkotykowych gangów to fobia, czyli nieuzasadniony lęk, podobny do ksenofobii, lęku przed obcymi.

Zdecydowana walka z narkomanią ma być zaś efektem zwykłych uprzedzeń, a może nawet niechęci do swobód obywatelskich. W ten sposób zwolennicy legalizacji narkotyków z przeciwników narkomanii robią agresorów.

Liczby i fakty, które wymieniamy dziś w „Rzeczpospolitej”, wytrącają zwolennikom szerokiego dostępu do środków odurzających jeden z ważnych argumentów.

Kłopot w tym, że lobby narkotykowe fakty traktuje dość swobodnie – jeśli nie pasują one do tezy, to tym gorzej dla faktów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawda, święta prawda i dziennikarze lewicowi

09 mar 2012

Błądzić jest rzeczą ludzką. Pomyłki zdarzają się każdemu. Ale takiej nie spodziewałem się przeczytać na pierwszej stronie Gazety Wyborczej.

233 posłów — tyle zdaniem GW liczy sejmowa większość koalicji, po odejściu posła Łukasza Gibały. Zaraz zaraz, policzmy, przed odejściem Gibały w PO było 207 posłów, w PSL 28, to razem daje 235. Odejmijmy od tego jeden i… za nic na świecie nie chce wyjść 233. No, chyba że Gibała dysponuje dwoma głosami, tylko że nikt o tym jeszcze nie wie.

Ale tak na serio spora część mainstrimowych mediów lubi dzielić osoby piszące na dziennikarzy i dziennikarzy prawicowych. To samo zresztą dotyczy publicystów — są publicyści i publicyści prawicowi. Myślę, że bez kłopotu można od dziś odwrócić tę prawidłowość. Są bowiem dziennikarze i dziennikarze lewicowi. Dziennikarze to tacy, którzy szukają prawdy, opisują i tłumaczą rzeczywistość. I dziennikarze lewicowi, dla których słuszność ideologiczna jest ważniejsza od prawdy. A przynajmniej od liczb…

Polskie obligacje to przedmiot pożądania — pisze Dziennik Gazeta Prawna. Cóż, to nie pierwszy dowód na to, że finansiści żywią się perwersją.

W Fakcie ciekawy wywiad z prof.  Aleksandrem Smolarem.  Szef Fundacji Batorego skupia się na polskiej nieufności. Stawia tezę, że Polacy nie ufają sobie wzajemnie. Sporo mówi o kłopotach z przywództwem, sporo wzajemnej nieufności, o niewykorzystanych szansach. Wszystko prawda. Mam jednak wrażenie, że zapanowała teraz dziwna moda na mówienie o państwie (np. w kontekście katastrofy pod Szczekocinami), o rządzie, o kolei, zupełnie tak, jakby nikt za nie odpowiadał, jakby nie było premiera, który wygrywając wybory bierze na siebie odpowiedzialność za państwo. Tego samego premiera, który obiecywał, że przywróci Polakom zaufanie. Przypomnę, że nieufność to była ulubiona pałka, którą bito rząd PiS-u. Gdy jednak ono pod rządami nie wzrosło, eksperci znów mówią o abstrakcjach. A jak tu ufać państwu, które nie było w stanie ocalić swego prezydenta przed katastrofą lotniczą, które nie jest w stanie utrzymać porządku na kolei, które stosuje największą w Europie ilość podsłuchów, którego służby zatrzymują szydzących z prezydenta internautów, policjanci szydzących z premiera kibiców? Jak tu ufać komukolwiek?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Korupcja na skalę przemysłową

07 mar 2012

Na początku pierwszej kadencji Platformy Obywatelskiej Donald Tusk ku przestrodze pokazał nowo wybranym posłom materiały CBA z zatrzymania byłej parlamentarzystki Beaty Sawickiej. Gdy dwa lata później „Rz” opisała kulisy afery hazardowej, w Platformie żartowano, że jej bohaterowie popadli w niejasne kontakty z biznesmenami, bo nie oglądali uważnie tego filmu – jako ważni politycy PO siedzieli za stołem prezydialnym, tyłem do ekranu. Ale nie tylko oni nie przyswoili sobie tamtej lekcji.

W poniedziałek Instytut Spraw Publicznych wraz z Transparency International przedstawił raport o korupcji w Polsce. Jego wnioski są surowe. „Brakuje systematycznych i konsekwentnych działań rządu w zakresie ograniczania korupcji” – czytamy. Niestety, wiele lat wcześniej dostrzegli to już przestępcy w ministerstwach, urzędach oraz firmach i wykorzystali do stworzenia skutecznego mechanizmu korupcyjnego.

Opisywana dziś przez „Rzeczpospolitą” korupcja przy procesach informatycznych nie dotyczy ustawienia jednego czy kilku przetargów. To historia potężnej patologii, która obejmowała dziesiątki inwestycji, resortów i urzędników. To korupcyjny system działający na skalę niemal przemysłową, przez który państwo traciło miliardy złotych.

To prawda, rząd Donalda Tuska nie ponosi wyłącznej odpowiedzialności za tę infoaferę. Jej korzenie tkwią jeszcze w czasach SLD. Przestępczego mechanizmu nie udało się wyplenić nawet PiS, który hasło walki z korupcją wyniósł na sztandary. Tyle że odpowiedzialność za państwo spoczywa dziś na Tusku. Ta sprawa zaś będzie dla niego testem. Chodzi bowiem nie tylko o miliardy złotych publicznych środków, lecz również o wiarygodność przed Unią Europejską, która w dużej mierze finansuje projekty informatyzacji państwa.

Powołanie na kolejne cztery lata ministra do spraw walki z korupcją niczego nie zmieni. Rząd musi udzielić wsparcia CBA i prokuraturze w wyjaśnieniu sprawy i osądzeniu sprawców niezależnie od tego, jak wysoko byli oni postawieni. Musi pokazać, że w Polsce nie ma przyzwolenia na korupcję. Zwłaszcza że w piątym roku rządów Platformy okazało się, iż korupcja wcale nie znika, tylko dlatego, że się o niej nie mówi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jaki dziennik czytają sympatycy Putina i wrogowie Pana Boga?

24 lut 2012

Rząd się tłumaczy – zaczyna się tytuł na pierwszej stronie Dziennika Gazety Prawnej. Z czego? Ano z tego, że miało być 300 miliardów złotych.

A będzie 300 milionów euro. Jak w tym dowcipie o rozdawaniu samochodów na Placu Czerwonym w Moskiwie. Okazało się w sumie, że nie rozdają itp. itd ale kradną i to rowery. W Leningradzie. Co z tymi 300 milionami euro? Tyle właśnie unijnej kasy zablokowała właśnie Komisja Europejska z powodu błędów w rozliczaniu unijnych projektów.

Wiedziałem, że za ustawą refundacyjną, pękaniem autostrad, podpisem pod ACTA stoi opozycja, a PiS w szczególności. Nie wiedziałem jednak, że macki partii Kaczyńskiego sięgają aż do komisji Europejskiej, która sypie rządowi Tuska piasek w szprychy.

„Kościół wziął. I sąd” – to czołówka „Gazety Wyborczej”. „Rok po rozwiązaniu Komisji Majątkowej Kościół nadal jest w ofensywie” – czytamy. A ja mam wrażenie, że w ofensywie jest Gazeta Wyborcza. W ciągu dwóch tygodni, na froncie, lub na otwarciu działu Kraj kilka razy czytaliśmy o tym, jaki straszny i zły jest Kościół Katolicki. Rozumiem, wszystkim gazetom spada sprzedaż egemplarzowa. Rozumiem, że „GW” przejęła od Janusza Palikota metodę zdobywania popularności. Ostry antyklerykalizm metodą na biznesowy sukces? Ech, wrogowie Pana Boga na tym świecie mają się świetnie. (A propos na stronie szóstej rozwinięcie tematu, na siódmej tekst o dobrym komorniku, który ściga złego o. Rydzyka.)

Na czwartej stronie „GW” ciekawy materiał. Nie redakcyjny, ale reklamowy. Chodzi o ogłoszenie (bukwami pisane) ambasady FR dla wszystkich Rosjan zainteresowanych udziałem w wyborach prezydenckich. Są adresy, gdzie będzie można oddać głosy. Sondaże wskazują, że Władimir Putin może liczyć nawet na 60 proc poparcia. A zatem to ogłoszenie musi być jakąś pomyłką. Kto mógł wpaść na pomysł, że sympatycy Putina czytają akurat Gazetę Wyborczą? Podła insynuacja.

Na czwartej stronie „Faktu” zdjęcie uśmiechniętego Tuska. Ale uśmiech premiera pewnie szybko zniknie, gdy przeczyta, że znów ta kolorowa gazeta z niego szydzi. Zupełnie bezczelnie wylicza, ile kosztuje jego powietrzna taksówka na Wybrzeże, którą lata raz w tygodniu.

Jarosław Kaczyński w „SuperExpressie” zdradza wielką tajemnicę. „Nie chcę być prezydentem” – mówi gazecie. Szczerość godna pochwały. Ja też nie chcę nobla z fizyki. A szanse na to miałbym tylko ciut mniejsze niż szef PiS na prezydenturę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Legislacyjny potwór zżera służbę zdrowia

19 lut 2012

Zgodnie z nowymi przepisami chorzy po chemioterapii otrzymują leki zapobiegające spadkowi odporności tylko wtedy, gdy… spadnie ich odporność. Opisywany dziś w „Rzeczpospolitej” absurd ustawy refundacyjnej to kolejny dowód na to, że – wbrew zapewnieniom premiera, byłej minister zdrowia i obecnego ministra – prawo o refundowaniu leków okazało się legislacyjnym potworem.

Nawet najlepsze intencje jego pomysłodawców nie usprawiedliwiają chaosu, jaki w służbie zdrowia obserwujemy od ponad dwóch miesięcy. I choć dramat pacjentów nie trafia już codziennie – jak było ledwie kilka tygodni temu – na czołówki gazet i serwisów informacyjnych, choć Sejm raz już poprawił dziurawe przepisy, to sytuacja wcale nie jest opanowana. Lekarze zapowiadają kolejne protesty, ponieważ nowelizacja ich nie satysfakcjonuje.

A ustawa refundacyjna to przecież niejedyny problem służby zdrowia. Piszemy dziś w „Rz”, jak dramatycznie wzrosło obciążenie szpitali. Podniesienie płacy minimalnej, wzrost składki rentowej, obowiązkowe ubezpieczenie OC szpitala, nie mówiąc już o galopujących opłatach za prąd, gaz i wodę, sprawiają, że wydatki placówek medycznych rosną w zastraszającym tempie. Znacznie szybciej, niż finansowanie szpitali przez NFZ.

A tu przed nami kolejna poważna operacja – proces przekształcenia własnościowego szpitali. Placówki, które zamkną ten rok stratą, będą się musiały przekształcić w spółki. To będzie oznaczało systemową rewolucję – dla państwa, samorządów i pacjentów.

Ostatnie tygodnie dla Donalda Tuska i jego ministrów były fatalne. Rząd co chwilę popełniał błędy bądź ponosił konsekwencje błędów popełnionych wcześniej. Za każdym razem w błędzie trwał tak długo, jak długo było to możliwe. Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiada dziś na łamach „Rz”, że procesu przekształcania szpitali nie przesunie. W podobny sposób upierał się przy ustawie refundacyjnej. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jego upór nie przyniesie tym razem równie katastrofalnych skutków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezesi od Euro 2012 dostaną 2 mln zł nagród

17 lut 2012

Prezesi od Euro 2012 dostaną 2 mln zł nagród – oburza się „Super Express”. Gazeta dotarła do szczegółów umów zawieranych w spółkach NCS i PL2012, w których zapisane są tak wysokie kwoty.

Prezesi od Euro 2012 dostaną 2 mln zł nagród – oburza się „Super Express”. Gazeta dotarła do szczegółów umów zawieranych w spółkach NCS i PL2012, w których zapisane są tak wysokie kwoty.

Nie rozumiem oburzenia. Przecież to pieniądze podatników, o których wydaniu zdecydowali politycy. A tych polityków wybrali właśnie ci sami podatnicy. Sami są sobie winni. Ale nie, chyba jednak jest coś na rzeczy. Wszak do wyborów można nie iść legalnie. Zaś unikanie płacenia podatków to przestępstwo.

„Skrywany raport rządu” – to nadtytuł tekstu na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej”. Tytuł? „Kościołowi ile się da”. Gazeta dotarła do podsumowania prac komisji majątkowej, którą rok temu zamknęła Platforma. Wynika z niego, że komisja nawet nie rejestrowała wniosków, w efekcie niektóre rozpatrywane były kilka razy i za tą samą odebraną w PRL ziemię zwracano więcej niż raz.

„Nie chciałam się zabić, zaszczuli mnie. Chciałam tylko zaczerpnąć świeżego powietrza” – tłumaczy w „Fakcie” siostra Luiza, narzeczona Krzysztofa Rutkowskiego. A zatem samobójstwo nie było samobójstwem. Hmm, bardzo dobrze, że nie doszło do nieszczęścia. Aż strach pomyśleć, co teraz wymyślą państwo Rutkowscy, by zwrócić na siebie uwagę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kompleks prymusa

16 lut 2012

Dobry uczeń od prymusa różni się tym, że nie usiłuje wszystkim udowodnić, iż jest najlepszy. Dobry uczeń stara się zrozumieć skomplikowaną materię, ale i tłumaczy trudne zadania kolegom. Prymus chce się koniecznie wyróżnić, być doceniony przez nauczycieli, może nawet przez dyrektora szkoły. Niezbyt przejmuje się tym, czy się czegoś nauczy. Ważne, że zrobi wrażenie.

Rząd Donalda Tuska w Unii Europejskiej od kilku lat cieszy się pozycją prymusa.

Na początku grudnia minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ogłosił w Berlinie program integracji Unii – bardziej śmiały niż najbardziej federalistyczne plany najskrajniejszych eurooptymistów. Cel prymusa został osiągnięty – pochwalono go w kilku gazetach na Starym Kontynencie, a nawet za Atlantykiem. Pod koniec ubiegłego roku polski rząd  zachęcał wszystkich, by nie wetować ustaleń szczytu z  9 grudnia. Ale gdy się okazało, że projekt paktu fiskalnego wyrzucił Polskę poza stół, przy którym będą zapadać najważniejsze unijne decyzje, polski rząd sam musiał straszyć wetem, by mieć choć jeden argument w negocjacjach. Mało dla nas korzystny kształt paktu fiskalnego był konsekwencją przyjęcia postawy prymusa. Pod koniec stycznia premier Tusk ogłosił, że Polska podpisze umowę ACTA. Koronny argument był taki, że zrobią to wszystkie państwa Unii. Ale okazało się, że pięć państw UE, m.in. Holandia i Niemcy, nie złożyło podpisów, bo bardziej niż o dobrą opinię dbają o przestrzeganie prawa i bezpieczeństwo swych obywateli.

Dziś opisujemy w „Rz” wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie podobnej do tych, które mogą być w przyszłości regulowane przez ACTA. ETS uznał, że takie regulacje są sprzeczne z podstawowymi wartościami UE. W sprawie ACTA Polska też zachowała się jak prymus.

Sęk w tym, że prymus jest prymusem nie dlatego, iż ma poczucie swej wartości. Jest nim, bo ma potężne kompleksy wobec wszystkich naokoło.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto ochrania BOR a komu spadło

10 lut 2012

Platformie spadło – taki płynie wniosek z czołówki „Gazety Wyborczej”. Kurczy się poparcie dla partii rządzącej i na wsi, i wśród najmłodszych wyborców. Kurczy się i wszystko w ogóle spada. PiSowi rośnie odrobinę, trochę SLD i Palikotowcom.

Od razu jednak chciałbym ostrzec wszystkich przeciwników rządu, że nie ma się z czego cieszyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć do kalendarza. Po pierwsze Platforma zaliczyła poważny spadek, ale po wyborach a nie przed nimi. Co świadczy jednak o wciąż wielkiej umiejętności zarządzania społecznymi emocjami.

Po drugie do kolejnych wyborów zostało aż 3,5 roku. Jeśli Tusk nie postawi wszystkiego na jedną kartę, mimo spadającego poparcia będzie jeszcze długo rządzić. A nie ma nic gorszego niż miotanie się tracącego popularność rządu. Koniec rządów Leszka Millera jest tego najlepszym przykładem. W dodatku kryzys nie jest dobrym okresem na rządy słabego gabinetu.

A jaki mamy teraz? Przerzućmy kilka kartek „Wyborczej” i skoczmy na stronę siódmą.

„Płatne studiowanie odroczone” – czytamy. Rząd chciał poszerzyć dostęp do studiów bezpłatnych poprzez odpłatność za drugi kierunek kursów, powtarzanie itp. Ale, jak pisze dziś „GW” nawet poszerzenie bezpłatności przez wprowadzenie opłat rządowi się nie udało. Nowe zasady wchodzą w życie od nowego roku akademickiego. Ale tylko teoretycznie, bo przez błąd w ustawie,  zaczną działać rok później. Na szczęście dla studentów, na pohybel budżetom polskich uczelni.

Na stronie ósmej „GW” czytamy tekst Wojciecha Czuchnowskiego o złym ppłk Kaczyńskim, byłym funkcjonariuszu BOR. Dopiero wczytawszy się w ten tekst, czytelnik dowie się, że wczoraj stanowisko stracił zastępca szefa Biura gen. Paweł Bielawny. A stało się to po postawieniu zarzutów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Ponieważ „GW” od początku utrzymuje, że wydarzeniom spod Smoleńska winien jest Lech Kaczyński i gen. Andrzej Błasik, rusza do obrony BORu i Bielawnego. Tekst zaczyna się tak: „Na podstawie opinii współautorstwa ppłk Kaczyńskiego Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga postawiła wczoraj zarzuty wiceszefowi BOR…”. A wcześniej w lidzie, i dalej w tekście czytamy o wszystkich zbrodniach ppłk. Kaczyńskiego, m.in. tym, że procesuje się z BOR o służbowe mieszkanie. A więc jest nieobiektywny. A więc jego opinia jako biegłego powstała tylko po to, by pogrążyć obecne szefostwo BOR. Ciekawa logika.

Warto przypomnieć jednak, że gen. Bielawny dostał zarzut niedopełnienia obowiązków i poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Nawet jeśli teza o niedopełnieniu obowiązków została napisana przez nieżyczliwego BOR jej byłego funkcjonariusza powstają dwa pytania, które są kłopotliwe dla linii obrony „Wyborczej”. Po pierwsze istnieje raport NIK, który jest zbieżny z ustaleniami biegłych prokuratury. A po drugie, Bielawnego prokuratura podejrzewa o fałszerstwo dokumentów. Czy w obu tych sprawach maczał palce ppłk Kaczyński?

Skądinąd ciekawe dlaczego koledzy z „Wyborczej” tak zaangażowali się w ochronę Biura Ochrony Rządu. Może ochrania ono coś jeszcze?

A jeśli już o popularności premiera Tuska – warto zajrzeć do „Faktu”. Rozkładówka na stronach 8-9 pokazuje, że sport nie zawsze wychodzi na zdrowie. Widzimy szereg zdjęć szefa rządu ze swoimi współpracownikami grającymi w tenisa – w połowie tygodnia w południe. Nie rozumiem oburzenia „Faktu”. Tenis to znacznie bardziej kulturalny sport niż futbol. I dzięki temu premier też nam trochę wyszlachetniał…

Ciekawa informacja też w SuperExpressie. Roman Giertych, nie ten były szef prawicowo-narodowej Ligi Polskich Rodzin, tylko ten europejski mecenas, został pełnomocnikiem czarnoskórego posła PO Killiona Munzele Munayamy. Broni go przed nazistami, którzy w Polsce straszą pana posła i jego rodzinę.

Dla rasistowskich ataków nie ma wytłumaczenia, i nie dziwie się, że poseł szuka w prawie ochrony dla siebie i najbliższych. Mam nadzieję, że policja i inne odpowiednie służby zapewnią bezpieczeństwo Munayamie a sądy ukarzą winnych.

Dziwi mnie jednak osoba obrońcy. Tamten Roman Giertych był w sejmie przywódcą stadka, które nie stroniło od wypowiedzi nawet antysemickich, ksenofobicznych i homofobicznych. Dziś znamy zupełnie innego – pomagającemu walczyć z antysemityzmem w sieci, ostrzegającego przed faszystowskimi zakusami Jarosława Kaczyńskiego. Dziś widzimy w telewizjach Giertycha – przyjaciela samego Radosława Sikorskiego.

Ale mam wrażenie, że szlachetna chęć nawrócenia u Romana Giertycha będzie nic nie warta, jeśli nie zmieni… nazwiska. Można próbować zmienić swój wizerunek, ale już nic nie zmieni faktu, że jego dziad był wybitnym przedstawicielem ruchu narodowego. Ojca też trudno mu się będzie wyprzeć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop