Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Komisja hazardowa przydała się państwu

5 sie 2010

Choć przyjęcie raportu końcowego zamyka prace komisji śledczej, wcale nie kończy afery hazardowej. Ostatnie godziny posiedzeń komisji były raczej pokazem siły ze strony przewodniczącego Mirosława Sekuły, a nie próbą porozumienia. Komisja kończy więc tak, jak zaczęła: w pośpiechu, chaosie i bez troski o prawdę.

Politycy PO od początku realizowali strategię, która polegała na tym, by przekonywać wszystkich, że nie było żadnej afery, a cała sprawa była pułapką zastawioną przez PiS na premiera Tuska.

W dużej mierze udało się osiągnąć ten cel: posiedzenia komisji były spektaklami z Mirosławem Sekułą i Beatą Kempą w rolach głównych. Dlatego często komisję przedstawiano jako teatr wojny odwiecznie zwaśnionych sił: PO i PiS. Wojny, z której nic nie wynika.

A to nieprawda. Bo gra się toczyła także o zdolność naszego państwa do samonaprawy. Dlatego w pewnej mierze komisja odniosła sukces: pomogła wyciągnąć na światło dzienne patologiczny styk polityki i biznesu w Polsce.

Choć czasem wydawało się, że tylko posłowi Lewicy Bartoszowi Arłukowiczowi zależy na odkryciu prawdy, komisja spełniła swoją misję: przez ostatnie dziewięć miesięcy Polacy mogli zajrzeć pod podszewkę polskiej polityki.

W raporcie można napisać wszystko, papier jest cierpliwy. Niemniej miliony Polaków mogły słuchać zeznań Marcina Rosoła, Mirosława Drzewieckiego, Zbigniewa Chlebowskiego czy Ryszarda Sobiesiaka i przekonać się na własne oczy, jak traktowali oni państwo.

Dzięki temu teraz politycy dziesięć razy się zastanowią, nim obiecają biznesmenowi legalizację wycinki lasu, mówiąc: „Na 90 procent, Rysiu, że załatwimy”. Zastanowią się, nim umówią się z lobbystą na cmentarzu lub gdy będą załatwiali w państwowej spółce pracę dla córki znajomego. Może też zawstydzą się, nim zapewnią, że blokują od roku jakąś ustawę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk się głupkom nie kłania, Pawlak boi się duchów

5 sie 2010

Autorski przegląd prasy

„Rząd nie mając w opozycji partnera do dyskusji, wystawiony jest na pokusę zupełnego nieliczenia się ze zdaniem innym niż własne. Premier i minister finansów przedstawił wczoraj zaledwie zarys planu finansowego na najbliższe lata, który budzi poważne zastrzeżenia ekonomistów. Są one znacznie poważniejsze i lepiej udokumentowane niż te, które prezentują posłowie PiS i SLD. Rząd, któremu brakuje w Sejmie merytorycznej opozycji, powinien te głosy potraktować poważnie” – to komentarz Witolda Gadomskiego z „Gazety Wyborczej” do wczorajszej debaty na temat finansów państwa. To zastanawiające: całkowicie się z redaktorem Gadomskim zgadzam.

Z punktu widzenia Platformy sytuacja jest idealna: opozycja, a szczególnie PiS, zajęte krzyżem i zespołem Antoniego Macierewicza, nie ma ani czasu, ani ochoty na merytoryczną debatę na temat kryzysu, więc w Sejmie mogą wciskać posłom dowolny kit, a opozycja i tak będzie krzyczeć.

Z punktu widzenia Polski to jednak fatalna wiadomość – słabość opozycji sprawia, że w Sejmie nie ma kto punktować błędów lub niekonsekwencji rządzących. Teoretycznie zostają eksperci, ale premier zapowiedział wczoraj, że nie będzie ich słuchał. Mówił, że nie będzie słuchał „pseudoekspertyz”, ponieważ nie sprawdziły się „doktryny i ideologie”. Kryzys to sytuacja poważna, niemniej miejsce, w którym premier uznaje opozycję i ekonomistów za głupców znajduje się tylko o krok od miejsca, w którym uznaje się Polaków za głupich.

Ze mną chyba bardzo źle, ale zgadzam się całkiem też z komentarzem Wojciecha Czuchnowskiego w GW do głosowania ws. raportu z prac hazardowej komisji śledczej. „Posłowie Platformy przy raz biernym, raz czynnym wsparciu sojuszniczego PSL przeforsowali swoją wersję raportu. Niezwykle łagodnie traktuje on naganne zachowania polityków PO i ma zamykać sprawę, która jesienią 2009 r. wstrząsnęła polską sceną polityczną i spowodowała dymisje w rządzie. Stało się jak zawsze – większość przeforsowała swoje. I jak zawsze zostały po tym niesmak i uczucie zażenowania.”

Święte słowa. Demokracja to ponoć najgorszy ustrój, ale lepszego nie wymyślono. Jeśli będziemy poddawać pod głosowanie prawdę, to przy takim układzie sił politycznym, jaki mamy teraz w Sejmie, niedługo przejdzie ustawa o tym, że Zbigniew Chlebowski zostanie uznany za najuczciwszego człowieka w Polsce, który nigdy nie był na żadnym cmentarzu.

Ciekawe, kto pierwszy zgłosi uchwałę uznającą Donalda Tuska za najlepszego historyka tysiąclecia. Bo, że taka uchwała przejdzie, można być absolutnie pewnym.

Ale to już koniec pochwał dla kolegów z Wyborczej. „Jest nowa KRRIT. Bez PiS” – odnotowuje z satysfakcją Agnieszka Kublik w „GW”. W tekście dużo uwag na temat tego, jaka trudna misja przed nową radą, by pozamiatać z mediów publicznych ludzi rzekomo związanych z Prawem i Sprawiedliwością. O tym, że uchwalono wczoraj ustawę, która jeszcze bardziej upolitycznia media, w tekście dwa zdania. Każdy widzi to, co chce zobaczyć, trudno.

„Poeci Nowej Fali mieli po latach spotkać się w piątek w krakowskim Klubie Pod Jaszczurami. Adam Zagajewski zrezygnowali z udziału w Nocy Poetów, gdy dowiedzieli się, że jej współorganizatorem jest IPN” – donosi z dumą GW. A mi jest przykro. Bo widać, że talent literacki nie idzie z w parze rozsądkiem i umiarem.

GW najpierw wykreowała histerię antyipenenowską, a teraz radośnie donosi o jej żniwach.  „Tusk nastraszył Pawlaka reformą. Podatki o mały włos nie pogrzebałyby koalicji – ujawnia minister PO” – czytamy w dzisiejszej „Polsce The Times” na pierwszej stronie. Reformy? Jakie reformy, to Pawlak boi się duchów?

Na dole pierwszej strony smutna wiadomość. SLD sprzedaje siedzibę na ul. Rozbrat w Warszawie. Czy po siedzibie sprzedają również duszę idąc do rządowej koalicji z liberalną Platformą, która podnosi podatki? Nie wiem, ale dalej nie czytam, bo na trzeciej stronie wywiad z Palikotem.

„Polskie komedie: albo hit, albo spektakularna klapa” – pisze dziś „Dziennik Gazeta Prawna”. Zgadzam się w całej rozciągłości. Rzeczywiście jest tak, że część komedii jest śmieszna, a część nie.

A jak już o aktorstwie mowa, zajrzyjmy do „Super Expressu”. Jacek Kurski troszczy się o aktorkę Annę Cugier-Kotkę – alarmuje pismo. To samo, które jeszcze wczoraj zamieszczało zdjęcia posła Kurskiego czule całującego żonę w Wenecji. Jednak z Cugier-Kotką sprawa jest poważna, podobno poseł obiecał, że aktorka zostanie posłanką. Esemesem. Rok temu, gdy PiS walczył z PO przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i przekupił aktorkę, pracującą w 2007 r. dla Platformy.

A szkoda, bo pokazując jak zła jest Platforma i jak oszukała Polaków, Anna Cugier Kotka była bardzo przekonująca. A teraz się tylko potwierdza, że to tylko aktorstwo i kuglarstwo. Czyli, co pani Aniu, Platforma jest jednak w porządku? Czy płaciła mniej niż PiS?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na co zasługuje Polska?

2 sie 2010

Premier Tusk w obecności dziennikarzy złożył w 2007 roku podpis pod zestawem dziesięciu obietnic pod wspólnym tytułem „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. Do dziś w pełni zrealizował tylko jedną – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Do gabinetu Donalda Tuska wchodzi piarowiec. – Mam, panie premierze! – woła od samych drzwi. – Przypomnijmy hasło wyborcze Platformy z 2005 r. Pamięta pan? 3×15! Proszę policzyć: 3×15=45. Ustalmy najwyższą stawkę PIT na 45 proc., w budżecie będzie więcej pieniędzy, a my będziemy się mogli pochwalić, że spełniamy przedwyborcze obietnice – kwituje zadowolony.

Ta krążąca ostatnio w Internecie anegdota doskonale oddaje sytuację, w jakiej znalazła się po wyborach Platforma Obywatelska. Opinii publicznej nie będą wciąż ekscytować kolejne wyskoki Janusza Palikota – w końcu i wyborcy, i media przypomną sobie, że Bronisław Komorowski i jego partia zapowiedziały w ciągu 500 dni realizację swoich obietnic wyborczych. I tych nowszych, i tych starszych – sprzed wyborów 2007 roku.

Plan cudu gospodarczego

Zastanówmy się więc, co już zrealizowano, czego nie ruszono w ogóle, a co zablokował Lech Kaczyński. Rozważmy, jakie reformy teraz – posiadając już pełnię władzy – Donald Tusk gotów będzie przeprowadzić.

Warto przypomnieć, że w 2007 roku premier – w obecności dziennikarzy – złożył podpis pod zestawem dziesięciu obietnic pod wspólnym tytułem „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. Jednak pierwszy rok swoich rządów – podczas którego każdej nowej ekipie zazwyczaj najłatwiej zabrać się za reformy – Platforma całkowicie zmarnowała. I trudno tu zrzucać winę na Lecha Kaczyńskiego, bo śp. prezydentowi nie dano okazji do częstego korzystania z weta.

Kaczyński zatrzymał tylko trzy ustawy: medialną, o ustroju sądów powszechnych oraz o komercjalizacji i prywatyzacji (m.in. zmieniającą ustawę kominową). A co konkretnie stało się z dziesięcioma obietnicami sygnowanymi osobiście przez Tuska?

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Aby rozmawiać o wojnie, musimy znać prawdę

1 sie 2010

Od początku wojny w Afganistanie rannych zostało 40 polskich żołnierzy. To oficjalne dane wojskowej służby zdrowia z ubiegłego tygodnia. Biorąc pod uwagę to, że Polacy walczą tam od siedmiu lat, mogłoby się wydawać, iż to dość bezpieczna misja.

Tyle tylko, że tych 40 rannych to liczba nieprawdziwa. Tak naprawdę tylko przez ostatnie trzy miesiące rannych zostało ponad 100 polskich żołnierzy, a ilu raniono od początku misji, trudno nawet oszacować. Dlaczego tak jest? Okazuje się, że wojskowa służba zdrowia za rannego uznaje nie takiego żołnierza, który odniósł rany, lecz tylko takiego, którego odesłano z terenu działań wojennych do Polski.

To jest niebezpieczne przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim chodzi o los wojskowych. Żołnierzom uznanym przez wojskową służbę zdrowia za rannych łatwiej jest ubiegać się o leczenie, rehabilitację czy wreszcie odszkodowania oraz renty. Ci, którzy według statystyk nie byli ranni, choć ponieśli uszczerbek na zdrowiu, owszem, mają szanse na pomoc, lecz muszą o nią walczyć sami.

Przy okazji dokonuje się gwałtu na języku polskim. Słowo „ranny” traci swój pierwotny sens, zawęża się jego znaczenie po to, aby – na co wiele wskazuje – lepiej wyglądały statystyki. A skutkiem – i to skutkiem wysoce niepokojącym – jest to, że nie wiemy, jak naprawdę wygląda sytuacja polskich oddziałów w Afganistanie.

Jednym z dogmatów wiary liberalnej demokracji jest powtarzane do złudzenia zdanie, że państwa demokratyczne nie prowadzą wojen. To prawda, współczesne państwa demokratyczne nie prowadzą wojen między sobą, co jednak nie oznacza, że nie prowadzą wojen wcale. Czasami w imię wyższych wartości – choćby praw człowieka i własnego bezpieczeństwa – muszą się niestety w nie angażować. Mają jednak z tym wiele kłopotów, bo skuteczne działania wojenne wymagają dyskrecji, demokracja zaś domaga się jawności. Nawet jeśli jej skutkiem jest prowadzona przez przeciwników wojen demagogiczna gra krwią, cierpieniem i śmiercią.

Dlatego, jeśli chcemy prowadzić rzetelną debatę na temat naszej obecności w Afganistanie, jeśli mamy sprawiedliwie oceniać decyzję o wycofaniu bądź pozostawieniu tam naszych żołnierzy, potrzebne są nam informacje. Prawdziwe informacje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie zrównujmy Palikota z Macierewiczem

31 lip 2010

W ostatnich dniach Platforma Obywatelska dostała do ręki bardzo wygodne
usprawiedliwienie dla tolerowania wyskoków posła Janusza Palikota. Na
wszelką krytykę pod jego adresem Platforma odpowiada: „Janusz przesadza
w formie, ale ma rację w treści. Przecież tylko zadaje pytania, które
trzeba zadawać publicznie, które rodzą się w głowach Polaków. To prawda,
forma bywa czasem brutalna, ale czym to się różni od wystąpień polityków
PiSu, Jarosława Kaczyńskiego, Joachima Brudzińskiego a przede wszystkim
Antoniego Macierewicza.”

Szkoda czasu na obronę nowej linii, jaką PiS przyjął po wyborach, bo
moim zdaniem jest fatalna. Nie aprobuję metod, które już 4 lipca
wieczorem zaczęli stosować politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie podoba
mi się ani nowe oblicze PiS, ani zachowanie Janusza Palikota i dlatego
uważam, że zrównywanie ich nie tylko jest umywaniem rąk, ale również
jest głęboko nieuczciwe.

Przyjrzyjmy się temu, co mówią jego obrońcy. To nieprawda, że Palikot
tylko zadaje pytania. Nie, on nieustannie insynuuje. Warto przypomnieć
czym jest insynuacja: insynuacja to przekazywanie niewprost treści
obraźliwej dla kogoś, poniżającej go, odbierającej mu godność i powagę.
Zadawanie insynuacyjnych pytań, polega na stawianiu pytania, na które
nie ma dobrej odpowiedzi, pytania, które zawiera tezę. Klasycznym
przykładem jest pytanie: kiedy przestanie bić pan swoją żonę. Pytający
nie chce się niczego dowiedzieć, on stawia pytanie, które zawiera treść:
on bije swoją żonę. Oczywiście przyparty do muru powie: ja nic nie
twierdzę, ja tylko pytam. Ale publiczne stawianie takiego pytania
wprowadza do sfery publicznej oskarżenie, że ktoś postępuje niegodnie. Z
prawdą nie ma to żadnego związku.

Dokładnie tak samo jest z Palikotem. Celem stawianych przez niego pytań
nie jest dowiedzenie się czegokolwiek, lecz tylko przekazanie opinii
publicznej pewnych informacji.

Przyjrzyjmy się jednemu z pytań, które Janusz Palikot zadał zespołowi
parlamentarnemu ds. katastrofy pod Smoleńskiem: „Czy Jarosław Kaczyński
jest gotów ujawnić o czym rozmawiał ze swoim bratem na chwilę przed jego
tragiczną i bezsensowną śmiercią przez telefon satelitarny? Czy prawdą
jest, jak twierdzi uparcie krążąca po Warszawie plotka, że nalegał na
wylądowanie w Smoleńsku mimo deklarowanych trudnych warunków pogodowy?”.
Mamy tu więc wszystko najlepsze z Janusza Palikota: po pierwsze szpila w
Lecha Kaczyńskiego – jego śmierć, choć tragiczna była bezsensowna. Nie
była katastrofą lecz, jak mówił w TVN 24 wynikiem jego pychy, głupoty i
uporu. Ale skoro Lech Kaczyński nie żyje, trzeba też uderzyć w jego
brata, i stąd insynuacja wobec jego brata, który miał rzekomo kazać mu
lądować.

Publiczne stawianie pytań o to, czy prawdą jest plotka, którą się samemu
kolportuje, jest szczytem perfidii.

Janusz Palikot zaczął insynuować tuż po katastrofie pod Smoleńskiem, gdy
pytał, czy to prawda, że Marta Kaczyńska zarobiła na śmierci swych
rodziców 3 mln złotych, nie chciał się niczego dowiedzieć. Warszawska
plotka głosie, że mógł wiedzieć o tym, od swego przyjaciela,
wypełniającego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego, który miał
wgląd w rachunki kancelarii prezydenta. Tak samo zadając pytanie, czy
prezydent był trzeźwy wchodząc na pokład Tu-154 nie chciał się niczego
dowiedzieć, chciał powiedzieć Polakom: pewnie się spóźnił na samolot, bo
znowu zapił. Choć badanie krwi prezydenta nie wykazało obecności
alkoholu w ciele Lecha Kaczyńskiego, Palikot ma również dobry argument:
Patrzcie, ci którzy mówią, że Rosjanie kręcą i oszukują Polaków, teraz
wierzą w wyniki rosyjskiej sekcji zwłok.

Druga część obrony Palikota jest nie mniej fałszywa: że jego działania
równoważą się z działaniami polityków PiS. Zajrzyjmy do Gazety
Wyborczej, która od kilku tygodni zaangażowała się w obronę Janusza
Palikota, drukując listy artystów lub tak zwanych autorytetów, którzy
bronią prawa posła z Lublina do stawiania niewygodnych pytań (Kora,
Kamil Sipowicz, artyści teatru ósmego dnia itp.). Równocześnie zaś
publicyści GW lubią pisać, że język Palikota to tylko odpowiedź na
brutalność posłów PiS (choćby stała felietonistka GW Katarzyna Kolenda
Zaleska). Skoro Palikot ma prawo robić to co robi, skoro to tylko
odpowiedź na zaczepki PiSu, dlaczego Gazeta nie publikuje listów w
obronie Jarosława Kaczyńskiego i Joachima Brudzińskiego, którzy rzekomo
robią to samo, co poseł z Lublina. Jemu wolno – bo to happening, a im
nie, bo to już brzydka polityczna nawalanka? Hipokryzja obrońców
Palikota nie zna granic. Jest niemal tak wielka jak zawartość złej woli
w wypowiedziach samego Palikota.

Ostry język posła z Lublina nie jest odpowiedzią na działania PiS, lecz
celowym działaniem przeciwko tej partii. Wręcz duża część fatalnych
wypowiedzi polityków PiS po wyborach prezydenckich była sprowokowana
właśnie zaczepkami Janusza. On bezpardonowo atakował i wyśmiewał PiS i
Lecha Kaczyńskiego nieustannie prowokując polityków Prawa i
Sprawiedliwości do ostrych wypowiedzi.

W efekcie tematem numer jeden ostatnich tygodni była „ruska trumna”
Joachima Brudzińskiego, czy „zbrodnia” Antoniego Macierewicza, a także
kolejne zaczepki i wpisy na blogu Palikota.

Warto też zwrócić uwagę, że działania Macierewicza i Palikota mają
zupełnie inny cel. Można lubić lub nienawidzić Macierewicza ale nikt nie
podejrzewa go o brak ideowości. Były likwidator WSI naprawdę wierzy w
to, co robi, chce osiągnąć jakiś cel, choć nie wszyscy muszą podzielać
zdanie, że ten cel jest dobry. W przypadku Palikota jest inaczej, on
jest – sam zresztą przyznaje się do tego w swej książce -
dekonstruktotem. Zależy mu na tym, by rozbijać, przebijać, obnażać,
ośmieszać. Pozytywnego celu nie ma w tym żadnego.

Na koniec zaś warto podkreślić jedną różnicę pomiędzy politykami PiSu i
Januszem Palikotem. Ostatnie zaostrzenie języka PiS szkodzi tej partii,
większość tego, co ostatnio robią Antonii Macierewicz i Jarosław
Kaczyński, szkodzi Prawu i Sprawiedliwości. W tym sensie to spontaniczny
objaw jakiegoś uniesienia, który doprowadzi tę partię do upadku. Janusz
Palikot jest wyrachowany, wszystko co robi, robi dla swego środowiska
politycznego, każdy jego cios w PiS wzmacnia Platformę.

Dlaczego to wszystko piszę? Bo trudno mi się pogodzić z myślą, że
polityka w naszym kraju sprowadzi się do debaty PiSu z Palikotem.
Zupełnie nie interesuje mnie, kto zaczął. Czy metody Palikota są
odpowiedzią na ostre słowa Jarosława Kaczyńskiego czy na odwrót.
Zrównywanie Palikota z Brudzińskim i Macierewiczem tylko zaciemnia sprawę.

Czy polska polityka musi sprowadzać się do sporu Brudzińskiego z
Palikotem? Czy nie lepiej podyskutować o deficycie budżetowym, długu
publicznym i problemie podatków?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawda ofiarą pacyfizmu Mirosława Sekuły?

28 lip 2010

Szef komisji hazardowej mówi, że chce zakończyć wojnę polsko-polską. Czy za szumnymi słowami kryje się zwykła chęć zamiecenia afery hazardowej pod dywan

Mirosław Sekuła (PO) zapowiedział wczoraj, że w piątek, na najbliższym posiedzeniu komisji, złoży poprawki do swego raportu z jej prac. Posłowie będą musieli od razu zapoznać się z nimi i zgłosić swoje. Również w piątek Sekuła chce głosowania nad ostateczną wersją raportu. Na zgłoszenie zdań odrębnych posłowie będą mieli tylko 24 godziny.

– To zamach na komisję – mówił wczoraj wiceszef komisji poseł Bartosz Arłukowicz (Lewica). – Przestrzegam, żeby pan Sekuła aż tak się nie spieszył, bo już tyle razy się potknął, że w końcu może się przewrócić.

– To skandal – ocenia Beata Kempa (PiS) i mówi o „poniewieraniu prawdą”.

Choć Sejm dał komisji czas na prace do końca września, to poseł PO chce zrobić to jeszcze w sierpniu. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wcale nie chodzi tu o ustalenie prawdy w aferze hazardowej, ale o to, by poseł Sekuła jak najszybciej mógł zamiast szefowaniem komisji zająć się przygotowaniami do kampanii wyborczej w Zabrzu. Nie ukrywa bowiem, że chce startować na prezydenta tego miasta.

Jak oficjalnie swój pośpiech uzasadniał Sekuła? Dość nieoczekiwanie. Mówił, że musi jak najszybciej zakończyć prace komisji, by w polityce zapanował spokój. Dlaczego? – Komisja stała się jednym z frontów wojny polsko-polskiej, a chciałbym, żeby takich frontów było jak najmniej – mówił. To niepokojący sygnał. Zadaniem szefa komisji śledczej jest dochodzenie do prawdy, a nie zasypywanie podziałów politycznych. Chyba że według Sekuły próba poznania prawdy o kontaktach polityków PO z biznesmenami branży hazardowej to już wyraz „wojny polsko-polskiej”. Jeśli tak, polityczny pacyfizm Sekuły miałby bardzo wysoką cenę: aferę hazardową trzeba zamieść pod dywan.

Czy Sekuła naprawdę wierzy w tę retorykę czy po prostu wykonuje polecenia kierownictwa partii? Warto przypomnieć słowa premiera Donalda Tuska z października 2009 r. Po ujawnieniu przez „Rz” kulisów afery hazardowej zapowiedział w Sejmie wielki „bój” o wiarygodność PO podczas „wojny” z opozycją.

Tę wojnę wypowiedział Donald Tusk i tylko on może ją zakończyć. Nie Mirosław Sekuła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy harcerze dali się okpić w sprawie krzyża

23 lip 2010

Liczyli na pomnik w miejscu krzyża. Ale Kancelaria Prezydenta może zasłonić się brakiem zgody konserwatora zabytków

Po wtorkowym porozumieniu między Kościołem, Kancelarią Prezydenta i harcerzami wydawało się, że spór o krzyż został zażegnany. Zdecydowano, że symbol smoleńskiej tragedii postawiony w dniach żałoby przed Pałacem Prezydenckim zostanie przeniesiony do kościoła św. Anny.

Warto przypomnieć, że harcerze nie domagali się, by krzyż przed Pałacem pozostał. Przeciwnie, opatrzyli go napisem: „Ten krzyż to apel harcerek i harcerzy do władz i społeczeństwa o zbudowanie tutaj pomnika w hołdzie tragicznie zmarłym [...] oraz dla upamiętnienia dni żałoby narodowej”.

W zamian za zgodę na przeniesienie krzyża harcerze dostali obietnicę, że Kancelaria Prezydenta podejmie wszelkie działania mające na celu „godne upamiętnienie” ofiar katastrofy i dni żałoby narodowej. Harcerze liczyli na pomnik lub tablicę pamiątkową.

Ale pojawił się problem, o którym wcześniej nie tylko opinia publiczna nie wiedziała. Kancelaria Prezydenta potwierdziła „Rz”, że wpłynęło do niej pismo z zastrzeżeniami od stołecznego konserwatora zabytków. „Wprowadzenie na stałe w przestrzeń zabytkową nowych elementów nie jest uzasadnione względami konserwatorskimi” – czytamy w nim. Co więcej, konserwator zaznacza też: „W przypadku podjęcia decyzji o przeniesieniu pamiątkowego krzyża do obiektu będącego zabytkiem wpisanym do rejestru zabytków konieczne będzie również uzyskanie wspomnianego wyżej pozwolenia konserwatorskiego”.

Problem w tym, że – według informacji „Rz” – harcerze zawierając porozumienie, nie zostali poinformowani przez Kancelarię o liście konserwatora. W efekcie, gdy będą prosić o upamiętnienie, Kancelaria może odpowiedzieć, że nic od niej nie zależy. Losy pomnika spoczną w rękach konserwatora, a politycy pozbędą się gorącego kartofla.

Po wtorkowym porozumieniu trudno będzie się dopominać o pomnik przed Pałacem Prezydenckim. Nikt nie będzie pytał, czy ustalenia dokonane, gdy jedna ze stron nie została poinformowana o zastrzeżeniach konserwatora, są ważne. Wątpiących nazwie się obrońcami krzyża, szantażując moralnie. – Uważam, że jeśli ktoś się zdecyduje na obronę krzyża wbrew decyzji Kościoła, to będziemy mieli do czynienia z działalnością sekty czy ze schizmą, a nie obrońcami – mówił wczoraj w radiowej Trójce rzecznik rządu Paweł Graś. Ciekawe, czy zwrot „wyszedł jak Zabłocki na mydle”, zostanie zastąpiony przez „wyszedł jak harcerze na krzyżu”?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PiS rusza na wojnę. Domową. A Palikot jest rzecznikiem Polaków. Prawdziwych

21 lip 2010

Autorski przegląd prasy

Ciekawy tekst w „Polsce”: „Talibowie” atakują, młodziaki czekają na pierwsze sondaże”. Rozmówca „Polski” twierdzi, że dochodzi do wewnętrznych sporów, bo Kaczyński osiągnął dobry wynik bez zabiegania o poparcie z Torunia. „Taliban” czuje się więc zagrożony, bo to właśnie liberałowie przyciągnęli do prezesa PiS więcej sympatyków niż ostra retoryka.

Zastanawiam się, czy to rzeczywiście walka frakcyjna, czy też już zupełna anarchia. Bo różnica między tymi dwoma stanami w partiach bywa bardzo płynna. Mam jednak wrażenie, że jeśli politycy PiS nie zrozumieją, że tym, co przyciągnąć może wyborców, jest stworzenie wielonurtowej i wieloskrzydłowej partii politycznej, będą grzęźli w wewnętrznych bojach w poszukiwaniu jednomyślności.

Od kilku dni mówi się, że PiS poszedł na wojnę. Ale to chyba wojna domowa.

Gej z orędzia Lecha Kaczyńskiego modlił się na Wawelu – donosi „Polska”. Słynny Brendan Fay odwiedził prezydencką kryptę. – Modliłem się za prezydenta, ofiary katastrofy oraz społeczność gejów i lesbijek, która w Polsce jest całkiem spora – opowiadał z dumą. Skąd taka sympatia do prezydenta? „Orędzie Lecha Kaczyńskiego sprzed dwóch lat paradoksalnie przyniosło parze wiele niezamierzonego dobra.” Ciekawe słowa, o teologicznym znaczeniu. Niezbadane są ścieżki, którymi chadza dobro po świecie.

„Cokolwiek bym teraz zrobił (…) to i tak będę miał przyprawioną gębę – cytując polityków Platformy – czarnego pisiora” – mówi „Dziennikowi” prezes TVP Romuald Orzeł. Fakt faktem, dzięki oszczędnościom telewizja publiczna, choć już stała na krawędzi przepaści, ma się dziś całkiem nieźle. Problem polega jednak na tym, że w Polsce szefów mediów publicznych nie rozlicza się z wyników, lecz z tego, jaka siła polityczna ich powoływała. Sprawy merytoryczne są tylko pretekstem. To samo będzie dotyczyć również następców pana Orła, powołanych przez PO.

Palikot zostanie bezkarny, bo mówi to, co inni myślą – pisze w Fakcie Katarzyna Kolenda-Zaleska. Jej zdaniem problemem byłaby forma, ale przecież i Palikot, i Brudziński, i Kaczyński mówią tym samym, złym językiem. Czyżby Janusz Palikot mówił również to, co myśli pani Kasia, tylko jej nie wypada tego powiedzieć? Mam nadzieję, że nie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komu zaszkodzi Antoni Macierewicz

21 lip 2010

Nikt nie powinien odmawiać PiS prawa do zajmowania się wyjaśnianiem tragedii smoleńskiej. Ale jak ktoś zaczyna od słowa „zbrodnia”, to na czym skończy?

Od miesięcy sprawa tragedii prezydenckiego samolotu to temat numer jeden w mediach i polityce. Mimo mnogości faktów i domysłów Polacy robią wrażenie wciąż niedoinformowanych, ale żądnych wiedzy o Smoleńsku. Trudno im się dziwić.

Powołanie sejmowego zespołu do wyjaśnienia katastrofy mogło być dla Prawa i Sprawiedliwości wielką szansą. Patrzenie rządowi na ręce, pilnowanie przebiegu śledztwa, punktowanie błędów ekipy Tuska – jak lepiej opozycja może pokazać, że jest potrzebna i kompetentna?

Co więcej, PiS wydaje się mieć moralne prawo do zajmowania się tą katastrofą. Owszem, dotknęła ona wszystkich ugrupowań politycznych i wiele środowisk społecznych, ale dla partii Jarosława Kaczyńskiego był to prawdziwy kataklizm. Zginął prezydent – brat prezesa PiS, zginęło wielu posłów i senatorów (w tym szefowa Klubu Parlamentarnego PiS) oraz urzędników mniej lub bardziej związanych z tą partią.

Jednak powołanie akurat Antoniego Macierewicza na szefa parlamentarnego zespołu ds. katastrofy pod Smoleńskiem może zamienić dobry pomysł PiS w spektakularną klęskę.

Można bowiem szanować Antoniego Macierewicza za kompetencje, upór i nieugiętość, ale trudno jednocześnie nie zauważyć, że zdarza mu się formułować nazbyt daleko idące opinie, rzucać oskarżenia, które czasem trudno udowodnić, i używać ostrych słów, których można uniknąć bez szkody dla meritum.

Antoni Macierewicz wiele razy publicznie dawał wyraz przekonaniu o nadmiernej roli, jaką w polskim życiu politycznym i społecznym odgrywają tajne służby. Jedni nazwą to wiarą w teorie spiskowe, inni przyjmą jako celną diagnozę patologii przeniesionej do III RP z PRL przez część aparatu bezpieczeństwa. Ale Polacy nie są w tej kwestii jednomyślni i spora część z nich nie ma zaufania do Macierewicza.

Stawianie go na czele komisji smoleńskiej może wywoływać podejrzenia, że ten zespół ma już z góry ustaloną tezę dotyczącą przyczyn tragedii. Że wcale nie chodzi o sprawy merytoryczne, tylko o powtarzanie oskarżeń. Zwłaszcza że na wczorajszej konferencji, mówiąc o katastrofie prezydenckiego samolotu, Macierewicz użył słowa “zbrodnia”, choć nie chciał wyjaśnić, dlaczego.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skuteczne gierki pana P.

19 lip 2010

Ze wszystkich polityków PO Palikot najszybciej zrozumiał niebezpieczeństwo, jakie dla tej formacji niosła tragedia smoleńska

Wielu polityków PiS na określenie tego, co robi poseł Janusz Palikot, ma tylko jedno słowo: „podłość”. To przejaw bezsilności. Podłość bowiem to działanie niemoralne, w którym odwracana jest hierarchia tego, co moralnie wyższe, od tego co niższe. Posłowie PiS zżymają się, że Palikot to polityczny cham i chuligan, jednak jego metoda jest dla PiS znacznie niebezpieczniejsza niż zwykłe chuligaństwo.

Palikot nie atakuje na oślep. Po prostu zdaje się dobrze rozumieć zarówno mentalność członków PiS, jak i dusze dużej części Polaków. A ponieważ rozumie także grę, którą prowadzi PiS, znajduje przeciw niej skuteczną broń. Poseł z Lublina zadaje więc politykom Prawa i Sprawiedliwości nie tylko bolesne razy. Do debaty publicznej wprowadza też pytania, których już samo zadanie uderza w to, na czym PiS buduje swój polityczny przekaz.

Dlaczego były producent wina musującego jest tak skuteczną bronią przeciw PiS? Ponieważ jego celem od początku było konsekwentne niszczenie najcenniejszego zasobu, jakim dysponowało PiS – Lecha Kaczyńskiego.Za życia prezydent Kaczyński był dla PiS wielkim atutem. Choć w partii nie brakowało radykałów, prezydent jawił się jako osoba umiarkowana. Nie można go było oskarżyć o ksenofobię, antysemityzm czy antyinteligenckość, z powodzeniem mógł więc pełnić rolę łącznika z licznymi środowiskami: zarówno z liberalną inteligencją spod znaku Unii Wolności, jak i na przykład ze środowiskami żydowskimi.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop