W ostatnich dniach Platforma Obywatelska dostała do ręki bardzo wygodne
usprawiedliwienie dla tolerowania wyskoków posła Janusza Palikota. Na
wszelką krytykę pod jego adresem Platforma odpowiada: „Janusz przesadza
w formie, ale ma rację w treści. Przecież tylko zadaje pytania, które
trzeba zadawać publicznie, które rodzą się w głowach Polaków. To prawda,
forma bywa czasem brutalna, ale czym to się różni od wystąpień polityków
PiSu, Jarosława Kaczyńskiego, Joachima Brudzińskiego a przede wszystkim
Antoniego Macierewicza.”
Szkoda czasu na obronę nowej linii, jaką PiS przyjął po wyborach, bo
moim zdaniem jest fatalna. Nie aprobuję metod, które już 4 lipca
wieczorem zaczęli stosować politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie podoba
mi się ani nowe oblicze PiS, ani zachowanie Janusza Palikota i dlatego
uważam, że zrównywanie ich nie tylko jest umywaniem rąk, ale również
jest głęboko nieuczciwe.
Przyjrzyjmy się temu, co mówią jego obrońcy. To nieprawda, że Palikot
tylko zadaje pytania. Nie, on nieustannie insynuuje. Warto przypomnieć
czym jest insynuacja: insynuacja to przekazywanie niewprost treści
obraźliwej dla kogoś, poniżającej go, odbierającej mu godność i powagę.
Zadawanie insynuacyjnych pytań, polega na stawianiu pytania, na które
nie ma dobrej odpowiedzi, pytania, które zawiera tezę. Klasycznym
przykładem jest pytanie: kiedy przestanie bić pan swoją żonę. Pytający
nie chce się niczego dowiedzieć, on stawia pytanie, które zawiera treść:
on bije swoją żonę. Oczywiście przyparty do muru powie: ja nic nie
twierdzę, ja tylko pytam. Ale publiczne stawianie takiego pytania
wprowadza do sfery publicznej oskarżenie, że ktoś postępuje niegodnie. Z
prawdą nie ma to żadnego związku.
Dokładnie tak samo jest z Palikotem. Celem stawianych przez niego pytań
nie jest dowiedzenie się czegokolwiek, lecz tylko przekazanie opinii
publicznej pewnych informacji.
Przyjrzyjmy się jednemu z pytań, które Janusz Palikot zadał zespołowi
parlamentarnemu ds. katastrofy pod Smoleńskiem: „Czy Jarosław Kaczyński
jest gotów ujawnić o czym rozmawiał ze swoim bratem na chwilę przed jego
tragiczną i bezsensowną śmiercią przez telefon satelitarny? Czy prawdą
jest, jak twierdzi uparcie krążąca po Warszawie plotka, że nalegał na
wylądowanie w Smoleńsku mimo deklarowanych trudnych warunków pogodowy?”.
Mamy tu więc wszystko najlepsze z Janusza Palikota: po pierwsze szpila w
Lecha Kaczyńskiego – jego śmierć, choć tragiczna była bezsensowna. Nie
była katastrofą lecz, jak mówił w TVN 24 wynikiem jego pychy, głupoty i
uporu. Ale skoro Lech Kaczyński nie żyje, trzeba też uderzyć w jego
brata, i stąd insynuacja wobec jego brata, który miał rzekomo kazać mu
lądować.
Publiczne stawianie pytań o to, czy prawdą jest plotka, którą się samemu
kolportuje, jest szczytem perfidii.
Janusz Palikot zaczął insynuować tuż po katastrofie pod Smoleńskiem, gdy
pytał, czy to prawda, że Marta Kaczyńska zarobiła na śmierci swych
rodziców 3 mln złotych, nie chciał się niczego dowiedzieć. Warszawska
plotka głosie, że mógł wiedzieć o tym, od swego przyjaciela,
wypełniającego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego, który miał
wgląd w rachunki kancelarii prezydenta. Tak samo zadając pytanie, czy
prezydent był trzeźwy wchodząc na pokład Tu-154 nie chciał się niczego
dowiedzieć, chciał powiedzieć Polakom: pewnie się spóźnił na samolot, bo
znowu zapił. Choć badanie krwi prezydenta nie wykazało obecności
alkoholu w ciele Lecha Kaczyńskiego, Palikot ma również dobry argument:
Patrzcie, ci którzy mówią, że Rosjanie kręcą i oszukują Polaków, teraz
wierzą w wyniki rosyjskiej sekcji zwłok.
Druga część obrony Palikota jest nie mniej fałszywa: że jego działania
równoważą się z działaniami polityków PiS. Zajrzyjmy do Gazety
Wyborczej, która od kilku tygodni zaangażowała się w obronę Janusza
Palikota, drukując listy artystów lub tak zwanych autorytetów, którzy
bronią prawa posła z Lublina do stawiania niewygodnych pytań (Kora,
Kamil Sipowicz, artyści teatru ósmego dnia itp.). Równocześnie zaś
publicyści GW lubią pisać, że język Palikota to tylko odpowiedź na
brutalność posłów PiS (choćby stała felietonistka GW Katarzyna Kolenda
Zaleska). Skoro Palikot ma prawo robić to co robi, skoro to tylko
odpowiedź na zaczepki PiSu, dlaczego Gazeta nie publikuje listów w
obronie Jarosława Kaczyńskiego i Joachima Brudzińskiego, którzy rzekomo
robią to samo, co poseł z Lublina. Jemu wolno – bo to happening, a im
nie, bo to już brzydka polityczna nawalanka? Hipokryzja obrońców
Palikota nie zna granic. Jest niemal tak wielka jak zawartość złej woli
w wypowiedziach samego Palikota.
Ostry język posła z Lublina nie jest odpowiedzią na działania PiS, lecz
celowym działaniem przeciwko tej partii. Wręcz duża część fatalnych
wypowiedzi polityków PiS po wyborach prezydenckich była sprowokowana
właśnie zaczepkami Janusza. On bezpardonowo atakował i wyśmiewał PiS i
Lecha Kaczyńskiego nieustannie prowokując polityków Prawa i
Sprawiedliwości do ostrych wypowiedzi.
W efekcie tematem numer jeden ostatnich tygodni była „ruska trumna”
Joachima Brudzińskiego, czy „zbrodnia” Antoniego Macierewicza, a także
kolejne zaczepki i wpisy na blogu Palikota.
Warto też zwrócić uwagę, że działania Macierewicza i Palikota mają
zupełnie inny cel. Można lubić lub nienawidzić Macierewicza ale nikt nie
podejrzewa go o brak ideowości. Były likwidator WSI naprawdę wierzy w
to, co robi, chce osiągnąć jakiś cel, choć nie wszyscy muszą podzielać
zdanie, że ten cel jest dobry. W przypadku Palikota jest inaczej, on
jest – sam zresztą przyznaje się do tego w swej książce -
dekonstruktotem. Zależy mu na tym, by rozbijać, przebijać, obnażać,
ośmieszać. Pozytywnego celu nie ma w tym żadnego.
Na koniec zaś warto podkreślić jedną różnicę pomiędzy politykami PiSu i
Januszem Palikotem. Ostatnie zaostrzenie języka PiS szkodzi tej partii,
większość tego, co ostatnio robią Antonii Macierewicz i Jarosław
Kaczyński, szkodzi Prawu i Sprawiedliwości. W tym sensie to spontaniczny
objaw jakiegoś uniesienia, który doprowadzi tę partię do upadku. Janusz
Palikot jest wyrachowany, wszystko co robi, robi dla swego środowiska
politycznego, każdy jego cios w PiS wzmacnia Platformę.
Dlaczego to wszystko piszę? Bo trudno mi się pogodzić z myślą, że
polityka w naszym kraju sprowadzi się do debaty PiSu z Palikotem.
Zupełnie nie interesuje mnie, kto zaczął. Czy metody Palikota są
odpowiedzią na ostre słowa Jarosława Kaczyńskiego czy na odwrót.
Zrównywanie Palikota z Brudzińskim i Macierewiczem tylko zaciemnia sprawę.
Czy polska polityka musi sprowadzać się do sporu Brudzińskiego z
Palikotem? Czy nie lepiej podyskutować o deficycie budżetowym, długu
publicznym i problemie podatków?