Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Czy USA spełnią żądanie Kremla

5 gru 2010

Od dobrych paru lat kolejne polskie rządy usiłują namówić Amerykanów, aby ich żołnierze – choćby w symbolicznej liczbie – pojawili się nad Wisłą.

Mają być naszą polisą bezpieczeństwa w sytuacji, gdy coraz częściej podważany jest art. V traktatu atlantyckiego mówiący o pomocy militarnej w przypadku agresji na jedno z państw NATO. Niezależnie od tego, na ile autentyczne jest ocieplenie stosunków polsko-rosyjskich – które potwierdzać ma rozpoczynająca się wizyta prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w Warszawie – wciąż aktualne jest powiedzonko, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Dlatego właśnie polskie władze tak usilnie starały się o umieszczenie na terytorium Polski elementów tarczy antyrakietowej. Jednak Barack Obama z planów budowy tarczy się wycofał, przygotowując grunt pod reset stosunków amerykańsko-rosyjskich. Zdając sobie sprawę z wagi tej sprawy dla Polski, prezydent USA zaproponował umieszczenie w Polsce rakiet Patriot. Na naszym terytorium co trzy miesiące miała stacjonować ruchoma bateria tej broni. Wprawdzie nieuzbrojona, ale gdy po raz pierwszy wjechała do Polski, Moskwa i tak nie omieszkała wyrazić swego niezadowolenia.

Nasze poczucie bezpieczeństwa miała zwiększyć realizacja kolejnego pomysłu, który pojawił się przed szczytem NATO w Lizbonie: aby nad Wisłę sprowadzić także amerykańskich lotników z myśliwcami F-16 oraz samolotami transportowymi Hercules – wraz z obsługą naziemną tych maszyn. To byłby nie tylko projekt polityczny, ale też potrzebne polskiej armii wsparcie w sytuacji, gdy piętą achillesową polskiego wojska są kłopoty z przemieszczaniem się.

Mielibyśmy się więc z czego cieszyć – pod warunkiem że Amerykanie nie bawią się z nami w kotka i myszkę. Bo pojawiły się informacje, że co prawda samoloty US Air Forces trafią do Polski, ale w zamian za patrioty, które nie będą już więcej przyjeżdżać nad Wisłę. Oznaczałoby to, że amerykańska administracja zgodziła się spełnić żądania Kremla. Aż strach pomyśleć, jakie będą następne kroki. Bo może prezydent Obama, aby nie drażnić Rosji, owszem, wyśle samoloty do Polski, ale na przykład pozbawione uzbrojenia i paliwa.

Nie ma się z czego śmiać. Widać bowiem, że na każdy krok do przodu, jaki wykonują w sprawach naszego bezpieczeństwa Amerykanie, przypadają dwa kroki wstecz – wymuszone przez Rosję.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński zagraża demokracji

2 lis 2010

Prawo i Sprawiedliwość zmieniło się w ugrupowanie niezdolne do odgrywania roli pełnowartościowej opozycji. Nie jest w stanie zdobyć władzy, nie potrafiłoby też sprawować normalnych rządów – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Pisowska opozycja szkodzi budowaniu demokracji w Polsce – powtarza ostatnio filozof, znawca myśli politycznej prof. Marcin Król. – PiS chce unicestwić polską demokrację ukształtowaną po przemianach 1989 roku – dodaje Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Również Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier III Rzeczypospolitej, uważa Jarosława Kaczyńskiego za największe zagrożenie dla demokracji w Polsce.

Podobny pogląd wyraża Waldemar Kuczyński: „Kaczyński spór demokratyczny przekształcił w wojnę z ustrojem państwa i jego konstytucją” – pisał po zabójstwie w łódzkim biurze PiS. Ale i Marek Jurek – kiedyś prominentny działacz PiS i marszałek Sejmu z rekomendacji tej partii – mówił, że Kaczyński psuje demokrację.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowa wojna Tuska. Wojna z nienawiścią

21 paź 2010

Po zwycięskiej wojnie z pedofilami, hazardem i dopalaczami, premier Donald Tusk wraz z Platformą Obywatelską wypowiedział kolejną wojnę. Wojnę z agresją w polityce.

Ilekroć działy się w Polsce rzeczy wyjątkowe (afera hazardowa, fala zatruć dopalaczami, mord łódzki) premier Donald Tusk ze swymi współpracownikami natychmiast znajdywali tak złego wroga, że nawet przeciwnicy PO nie mogli go bronić. Gdy wróg zostawał dobrze zdiagnozowany, gdy społeczne emocje sięgały zenitu, premier ogłaszał wojnę. Szybkie kampanie pozwalały emocje uspokoić, premierowi zaś mienić się politykiem jeszcze skuteczniejszym i jeszcze bardziej lubianym. Bo kto nie lubi gości, którzy walczą ze złem?

Po wybuchu afery hazardowej wrogiem ogłoszono hazard i rozpoczęto szaleńczą pracę nad ustawą ograniczającą w Polsce ilość jednorękich bandytów. Równocześnie przez prasę przetoczyła się fala reportaży o ludziach uzależnionych od automatów do gry. Wspólny front walki z hazardem złączył rząd z opinią publiczną, zamykając usta opozycji. Po tamtej kampanii wszelkie próby wyjaśnienia afery hazardowej były skazane na porażkę.

Pierwsza fala emocji społecznych została osłabiona i ustalenie czy to Rycho dzwonił do Mira, czy też Grzesiek do Rycha, zupełnie przestało pasjonować opinię publiczną. Po wybuchu afery polała się krew, winni zostali ukarani (politycy wyrzuceni z rządu, właściciele automatów poskromieni). Fiasko komisji śledczej było więc nieuniknione.

Analogiczny mechanizm zastosowano przy walce z dopalaczami. Wzrost zatruć zbiegł się z debatą budżetową i oczekiwaniem opinii publicznej na ofensywę legislacyjną rządu. Natychmiast więc zdefiniowano zło: dopalacze i wypowiedziano im wojnę. W efekcie każdy, kto kto pytał o deficyt, o dług publiczny, kto pytał o obiecane reformy słowem każdy, kto nie poświęcał się wyłącznie walce z dopalaczami okazywał się ich sprzymierzeńcem.

W trybie natychmiastowym napisano ustawę i usatysfakcjonowano opinię publiczną symbolicznie krwią „handlarzy śmierci”, którzy zostali publicznie napiętnowani (również przez premiera).

Według tego samego scenariusza przebiegały wydarzenia po zamachu na biuro PiS w Łodzi. Zbrodnia wywołała wielką falę społecznych emocji. By emocje te nie zaszkodziły Platformie do akcji wkroczyli dwaj najważniejsi politycy tej formacji: Donald Tusk i Bronisław Komorowski. Wspólnie wypowiedzieli wojnę nienawiści w polskim życiu publicznym. Zaczęto więc bredzić o komisjach etycznych, o cenzurowaniu mediów i internetu, tak by nikt nie miał już czasu na pytanie, kto doprowadził odpowiada z mord w Łodzi.

Okazało się, że za tę agresję dopowiedzialna jest niemal bezosobowa agresja i nienawiść. Niemal bezosobowa, bo skoro Jarosław Kaczyński odrzucił ofertę spotkania z prezydentem, skoro PiS domaga się komisji śledczej, to znaczy, że nie chce walczyć z nienawiścią. A skoro tak, to znaczy, że stoi po stronie nienawiści i agresji, które zabiły łódzkiego działacza. Odpowiedzialność za mord spada więc na nich.

Trzeba przyznać, że doradcy Donalda Tuska doskonale diagnozują społeczne zapotrzebowanie.  I znów – jak się okazało – to PO lepiej rozumie Polaków niż PiS. Polacy deklarują niechęć do polityki w ogóle, a do agresji i nienawiści w wojnie PiS z PO w szczególności. Nikt nie chce zostać zaliczony do obozu nienawiści. Emocje i sympatie będą musiały być po stronie premiera, który nie będzie tolerował agresji w polityce.

Wojna z nienawiścią pozwoliła PO rozbroić bombę, jaką mógł się stać mord łódzki.

Tyle tylko, że ta wojna wcale nie sprawi, że polska polityka będzie lepsza. Przeciwnie, doprowadzi tylko do jej jeszcze większego zakłamania. Doprowadzi też PiS do poczucia jeszcze większej bezsilności i frustracji, który będzie spyrzjał agresji w tym środowisku. To zaś wywoła mechanizm samospełniającej się przepowiedni. PO miast walczyć z PiS będzie walczył z agresją, a wyjdzie na jedno. Demokracja nie będzie od tego lepsza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zbrodnia PiS-u czyli odwracanie kota ogonem

20 paź 2010

Autorski przegląd prasy

Wczorajszy mord w biurze PiS był wydarzeniem niezwykle istotnym. Nie tylko dlatego, że zdarzyła się po ludzku wielka tragedia, ale również dlatego, że wydarzenie to niesie wielki ładunek emocjonalny, który jest niebezpiecznym politycznym paliwem.

Dlatego ważne nie jest to, co się wydarzyło, ale to, jak wyjaśnić narodowi, jakie to miało znaczenie. Nie liczą się bowiem fakty, ale narracje. Trzeba więc zbudować taką narrację, by nikt nie wyciągnął z tej tragedii niewłaściwych wniosków. Innymi słowy trzeba udowodnić następującą dość karkołomną tezę: choć zabito działacza PiS-u, to nie PiS jest ofiarą. PiS jest agresorem, a winnym zbrodni jest właściwie Jarosław Kaczyński, choć to jego naprawdę chciał zabić morderca.

Ochoczo do udowadniania tej tezy wzięła się więc „Gazeta Wyborcza”. Na pięciu stronach (cztery razy więcej wywiadów i komentarzy niż tekstów informacyjnych, bo najważniejsze jest to, jak czytelnik sprawę zrozumie, a nie to, czy będzie znał fakty).

Na początek kilka zdań z osnowy tekstu informacyjnego na pierwszej stronie „Gazety”, na które nanizane były fakty. „Już kilkanaście minut po pierwszych informacjach o zbrodni PiS zwołał dziennikarzy na konferencję Jarosława Kaczyńskiego.” „Premier nie wszedł w zwarcie z Kaczyńskim”. „Depeszę kondolencyjną wystosował prezydent Bronisław Komorowski. ‘Łącząc się w bólu z rodzinami ofiar tragedii, apeluję o powściągliwość w ocenach. Potrzebna jest mądrość i odpowiedzialność za dobro wspólne, a nie eskalowanie napięcia’.” „Zabójstwo w Łodzi stanie się tematem w kampanii samorządowej. – Już widać próby wpisania tej tragedii w ten sam ciąg zdarzeń co katastrofę smoleńską. To próba odnowienia martyrologicznego mitu PiS – mówi ‘Gazecie’ Aleksander Smolar.”

Tuż obok tekstu komentarz na pierwszej stronie. Marek Beylin od razu wykłada zasady narracji tego mordu: „Jarosław Kaczyński i część komentatorów już przesądzili, że odpowiedzialność za tę zbrodnię ponoszą PO i inni przeciwnicy PiS. To stwierdzenie fałszywe. Nikt w Polsce nie wzywał do zabijania polityków PiS. […] PiS już wniósł wątek morderstwa do współczesnej polityki. […] To podgrzewanie nastrojów nie tylko przeciw Platformie, lecz także przeciw demokratycznej polityce opartej na krytyce i debacie.”

Na drugiej stronie do boju zaprzęgnięto znanych profesorów. Michał Głowiński, dyżurny ekspert od porównywania PiS do nazistów mówi na drugiej stronie wprost: „Stało się coś strasznego. Straszny był atak tego człowieka, ale także straszne jest to, co mówi Jarosław Kaczyński. […] Mnie bardziej przeraża to, co po tej zbrodni powiedział Jarosław Kaczyński. On nieustannie wjeżdża na pierwszy plan polityczny na trumnach. Kiedy mówi o kampanii nienawiści, mówi o sobie. […] To, co się teraz dzieje w Polsce przypomina mi rok 1933 w Niemczech, tam też się zaczęło od języka nienawiści.” By czytelnik nie musiał wątpić w polityczną bezstronność Głowińskiego, GW pyta go czy Tusk posługuje się językiem nienawiści. Profesor zaprzecza. „GW: A słowa prezesa PiS – że to rząd rozpętał tę kampanię, że teraz każde słowo może być wezwaniem do mordu – czy to jest język nienawiści? – Poniekąd tak.” No i wszystko już pozostaje jasne.

Nieco więcej wątpliwości ma wybitny polski intelektualista prof. Jerzy Szacki. Pytany, czy to jest mord polityczny od razu odpowiada: „Zdarza się, że jakaś zbrodnia wygląda na morderstwo polityczne, a powody są zupełnie inne.” Ale potem mówi, coś z czego jakoś wniosków wyciągnąć już dalej nie chce. „Mordy polityczne się zdarzają, również w Polsce, czego przykładem może być Eligiusz Niewiadomski, który zabił prezydenta Narutowicza”. No właśnie, jakoś nikt z GW nie twierdzi, że temu morderstwu był winien Narutowicz albo jego otoczenie, lecz strona przeciwna.

Kropkę nad i stawia Waldemar Kuczyński: „To, co się stało w Łodzi ma bez wątpienia związek z polityczną atmosferą, jaka istnieje u nas od kilku lat. Tyle że ta atmosfera – dzisiaj nakręcająca się już z obu stron – jest dziełem braci Kaczyńskich […] Donald Tusk ma tu coś do rzeczy, tylko nie jako sprawca, lecz ofiara. […] Być może tego zabójcę z Łodzi, chorego psychicznie czy o słabych nerwach, pobudziła do szaleńczego kroku nie nienawistna retoryka wobec PiS, lecz nienawiść PiS-owska, którą ocieka ta partia i jej zwolennicy.” Takie słowa mogą płynąć tylko spod pióra człowieka chorego. Chorego z nienawiści do PiS. Ale – by posłużyć się jego logiką – nie jest swej chorobie winien. Zapewne zatruł się nienawiścią od Jarosława Kaczyńskiego.

O co w tym wszystkim chodzi? Sprawa jest prosta. Sytuacja jest kryzysowa, więc atakujemy ze wszystkich dział na raz. Nic, to że niektóre argumenty się wzajemnie wykluczają. Miało być zupełnie inaczej. To rozhisteryzowany zwolennik PiS miał zaatakować polityka PO. Wówczas zaczęłaby się prawdziwa jatka. Odpowiedzialność byłaby jasna. No ale rzeczywistość spłatała nam psikusa, to działacz PiS został zabity, więc nie marudzić, tylko odkręcać kota ogonem.

Po pierwsze więc, trzeba zasiać w czytelniku wątpliwość, czy w ogóle polityka była tłem tego zabójstwa. Może to tylko zwykły szaleniec był?

Jeśli jednak czytelnik nie da się przekonać, że to była ot taka sobie zbrodnia, trzeba najpierw wytłumaczyć mu, że na pewno za tę zbrodnię nie odpowiadają przeciwnicy PiS. Jeszcze w poniedziałek Adam Michnik porównywał PiS do KPP (on sam dobrze wie, jak demokratycznie traktowano tę partię w II RP). Nie, zbrodni jest winien PiS. Jak to udowodnić? Wystarczy przywołać słowa Kaczyńskiego z konferencji prasowej po zabójstwie. PiS ma nieczyste sumienie bo „włączył wątek morderstwa do polityki”. Na czym polega to upolitycznienie mordu? Na tym, że w ogóle PiS śmie o tym mówić. Gdyby to oni byli ofiarą, nie powiedzieliby nic. Powinni czekać, aż szaleństwem Palikota, Niesiołowskiego i Kutza zarazi się kolejny dzielny obrońca demokracji i zabije kolejnego działacza PiS.

Powiedzmy sobie szczerze, w wojnie polsko-polskiej PiS nie jest bez winy. Ale dziś cokolwiek PiS by powiedział czy zrobił, i tak będzie oskarżony o upolitycznianie tej śmierci. Wyjdzie i tak na to, że to oni są odpowiedzialni za tę zbrodnię.

Na szczęście – i piszę to bez ironii – jest w Gazecie Paweł Wroński i jego komentarz na drugiej stronie. „Jest to niestety dzieło wspólne. Dzieło polityków głównych partii i mediów, które od kilku lat żywią się konfliktem. Od lat każdy dolewał oliwy do ognia. Odpowiedź na pytanie, kto pierwszy zaczął i czynił to bardziej jest uzależniona od politycznych sympatii.” Paweł stawia sprawę uczciwie. Większość winy zrzuca na Kaczyńskiego, ale przynajmniej przyznaje, że robi tak dlatego, że ma takie a nie inne polityczne sympatie.

A jeśli już o chwaleniu mowa, ciekawy cytat z komentarza Andrzeja Godlewskiego na drugiej stronie „Polski The Times”: „Wmawialiśmy sobie, że ta wojna polsko-polska będzie inna, taka postpolityczna. Że będzie niewinną rozgrywką. Ale ta gra zaczęła zabijać.” Tak, wmawialiśmy sobie, że to tylko happeningi. Ale te happeningi zmieniły się w zbrodnie.

Na szczęście nie cała „Gazeta” dziś składa się z tekstów o Łodzi. Nie zabrakło też troski o media publiczne. Polecam rozmowę Agnieszki Kublik z Iwoną Schymallą. Dziennikarka „GW” pyta szefową Jedynki TVP o to, kiedy wreszcie wyrzuci tego wstrętnego Jacka Karnowskiego. Ale ponieważ, zdaniem Kublik, odpowiedzi są zbyt rozmyte, to ona musi powiedzieć o co chodzi „Główny zarzut wobec ‘Wiadomości’ to brak rzetelności” – stwierdza. Ale Schymalla znów nie chce rozpocząć egzekucji, więc lekko zirytowana Kublik stwierdza: „Rzetelność to obiektywizm, nieuleganie politycznym naciskom, pokazywanie wszystkich stron sporu […] Pani się miała w zeszłym tygodniu spotkać z szefem Wiadomości Jackiem Karnowskim.” No i już się wydaje, że wszystko jest dopowiedziane, ale jednak nie. Schymalla nie chce powiedzieć, że ma już przygotowaną egzekucję Karnowskiego. Kublik więc nachalnie promuje swego ulubieńca na nowego szefa Wiadomości. „Jacek Snopkiewicz to dobra kandydatura na nowego szefa Wiadomości?” – znów bardziej stwierdza niż pyta. Wszystko jasne. Telewizja będzie obiektywna wtedy, gdy będą nią rządzić ludzie, których lubi Agnieszka Kublik. Dopóty tak się nie stanie, zawsze będzie ona upolityczniona. Proste?

Tak, pani Agnieszko, proszę się jeszcze mocniej angażować. Czekam na jakiś fajny wywiad z ministrem skarbu państwa i suflowanie, kto mógłby przyjść na nasze miejsce w Rzepie. Oczywiście w imię obiektywizmu i troski o wolność słowa.

Piękną historię znajdą czytelnicy dziś w Dzienniku Gazecie Prawnej. DGP ujawnia, że córka ministra finansów pracuje w gabinecie politycznym szefa dyplomacji. Co – prócz urody – wyróżnia Maję Rostowską, 23 letnią świeżo upieczoną absolwentkę wyższej uczelni? Staż pracy? Zero. Znajomość zagadnień dyplomatycznych? Wątpię. Otóż okazuje się, że pani Maja świetnie zna angielski. No cóż, wszak większość życia spędziła w Londynie.

To ja też mam propozycję dla ministra Sikorskiego. Większość życia przeżyłem w Krakowie. Tam się mówi trochę inaczej niż w Warszawie. Chętnie zostanę doradcą, ds. tłumaczenia wystąpień szefa MSZ na krakowski. Aj, zapomniałem? Mój ojciec nie jest ministrem w tym rządzie.

P.S. Tradycyjnie dziękuję kino-kawiarni Stacja Falenica za użyczenie gazet i świetną kawę śniadaniową.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński – niewolnik politycznego marketingu

23 wrz 2010

Gwałtownie zaostrzając retorykę po wyborach prezydenckich, prezes PiS posunął się za daleko. Tego, co się stało, nie będzie w stanie naprawić nawet najlepszy specjalista od politycznego wizerunku.

Prawo i Sprawiedliwość oraz zwolennicy tej partii bardzo źle się wypowiadają o politycznym marketingu, nazywając go kłamstwem czy propagandą. Jakiś czas temu na ten temat pisał w „Rzeczpospolitej” prof. Zdzisław Krasnodębski, wzywając nawet do „przegnania piarowców”. Warto jednak zwrócić uwagę, że takie krytyczne głosy dotyczą zazwyczaj marketingu uprawianego przez przeciwników PiS, czyli polityków PO. Gdy jednak przychodzi co do czego – a wystarczy spojrzeć na ostatnią kampanię prezydencką – Jarosław Kaczyński od uprawiania polityki wizerunkowej wcale nie stroni. Ba, wszystko jej podporządkowuje.

Narracje wyborcze

Tak więc, wbrew obawom ekspertów od wizerunku (które wyrażał w „Rz” jeden z nich Eryk Mistewicz), raczej nie stracą oni źródeł dochodów. Jarosław Kaczyński wcale nie chce wygnać piarowców z kraju. Wręcz przeciwnie – zdaje się wierzyć w absolutną, lub niemal absolutną, siłę public relations w walce o polityczne poparcie.

Przypomnijmy tu skuteczną kampanię marketingową podczas wyborów 2005 roku, przeprowadzoną na masową wręcz skalę. Wielu ekspertów uważa, że zwycięstwo PiS, którego nie zapowiadały niemal do samego końca sondaże, było efektem świetnie zaplanowanej akcji piarowskiej. Wszyscy pamiętają chwytliwe spoty wyborcze z produktami znikającymi z lodówki, wszyscy pamiętają kota, który zostaje jedyną zabawką (znika nawet łóżeczko) w dziecinnym pokoju – co miało stanowić przestrogę przed dopuszczeniem do władzy Platformy, która chce wprowadzić podatek liniowy.

To właśnie wtedy określenie spin doktor weszło do języka polskiej polityki. Tak mówiono o medialnych doradcach Kaczyńskiego – Adamie Bielanie i Michale Kamińskim. Czymże było stworzenie podziału na Polskę solidarną i liberalną, jak nie stworzeniem marketingowej narracji – łatwo zrozumiałej dla każdego wyborcy i wywołującej ogromne społeczne emocje?

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kancelaria znów nas zaskoczyła

16 wrz 2010

Poranne przeniesienie krzyża smoleńskiego z Krakowskiego Przedmieścia do kaplicy Pałacu Prezydenckiego, choć jest zwrotem w sprawie, wcale nie kończy sporu o ten symbol. Raczej otwiera nowy jego etap.

Warto przypomnieć, że krzyż przed Pałacem nie miał stać wiecznie. Przeciwnie, było to rozwiązanie czasowe — apel o godne upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej i fenomenu żałoby narodowej. Jednak krzyż ten stał się ogniskiem zapalnym potężnego sporu politycznego — ochoczo włączyły się weń wszystkie strony politycznego konfliktu. Stał się również pretekstem do haniebnych wydarzeń — takich jak choćby obrażanie symboli religijnych — na które, bez względu na pobudki — w cywilizowanym społeczeństwie nie powinno być miejsca. Dlatego prędzej czy później krzyż sprzed pałacu musiał zniknąć. Jednak budzący zastrzeżenia sposób przeniesienia tego krzyża zamiast sprawę zamknąć, jeszcze bardziej spór zaogni.

Po raz kolejny bowiem wszystko działo się z zaskoczenia. Tak jak zaskoczeniem był pierwszy po wyborach wywiad prezydenta Bronisława Komorowskiego, kiedy ten temat po raz pierwszy wszedł do debaty publicznej. Niefortunna wypowiedź prezydenta o konieczności przeniesienia krzyża wywołała polityczną burzę i natychmiastowe reakcje polityków, przede wszystkim PiS, którzy w obronie krzyża znaleźli wygodne narzędzie atakowania nowej głowy państwa.

Z zaskoczenia również wmurowano w fasadę pałacu prezydenckiego małą tablicę upamiętniającą żałobę narodową. Tablicę, która w zgodnej opinii przeciwników i zwolenników krzyża była raczej aktem kapitulacji Kancelarii Prezydenta, niż rozwiązaniem sprawy.

I takim samym zaskoczeniem było przeniesienie krzyża akurat dziś. – Ten termin był tak samo zły albo tak samo dobry, jak każdy inny – mówi szef Kancelarii minister Jacek Michałowski. To prawda, każdy termin byłby zły, każdy sposób przeniesienia tego krzyża byłby zły. Ale dlaczego wybrano najgorszy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Solidarne niszczenie świętości

1 wrz 2010

Rok 2010 przejdzie do historii jako czas, gdy podważono polskie najświętsze świętości: śmierć, krzyż czy sens zrywu „Solidarności”

Na początku obecnego roku wiele wskazywało, że tegoroczne kampanie wyborcze zmienią naszą scenę polityczną. Nikt oczywiście nie mógł przewidzieć katastrofy pod Smoleńskiej.

Jednak jak się okazało, było to wydarzenie historyczne, tyleż polityczne, co społeczne. To, co działo się po tej katastrofie – kilka krótkich dni narodowej żałoby i rozpoczynająca się szybko polityczna wojna – największy wpływ ma nawet nie na sferę polityczną, ale na kulturę właśnie. Bo historyczne i polityczne wydarzenia przyspieszyły procesy społeczne, które zaczynają dziś pustoszyć sferę naszej kultury. Warto zadać sobie dziś pytanie, jaka będzie Polska, gdy na naszych oczach rozsypuje się jej system wartości.

Pierwszą zszarganą świętością, kulturowym tabu, które zostało podeptane był majestat śmierci. Rozpędzająca się powoli kampania wyborcza sprawiła, że śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego została odarta z właściwego naszej kulturze nimbu powagi i świętości, wykorzystano ją zaś do politycznych przepychanek. Proces ten rozpoczął Andrzej Wajda (protestując przeciw pochówkowi prezydenta na Wawelu) pod rękę z Januszem Palikotem, który w swych insynuacjach nie tylko bezcześcił pamięć prezydenta, lecz posunął się do proponowania usunięcia jego sarkofagu z Wawelu. Strona przeciwna, głównie dzięki coraz bardziej nieracjonalnym działaniom Prawa i Sprawiedliwości, ochoczo w tę batalię weszła. W efekcie naśmiewanie się z czyjejś śmierci (jak choćby aluzja w reklamie „Zimnego Lecha”) przestało być synonimem chamstwa, a wyróżnikiem dobrego tonu i poczucia humoru.

To samo dotyczy świętości, jaką dla Polaków był krzyż oraz autorytetu, jakim – nawet wśród niewierzących – cieszył się Kościół Katolicki.

Pod pretekstem zarzutów o angażowanie się kampanię wyborczą po stronie PiS, rozpoczęła się niezwykła akcja rugowania kościoła z życia publicznego. Choć poseł PO z Lublina ogłosił konkurs za zgłaszanie mu przypadków łamania przez księży ciszy wyborczej i agitowania a Jarosławem Kaczyńskim, zgłosiło się do niego z całej polski raptem kilkanaście osób. Niech choćby to świadczy o skali realnego problemu, w porównaniu do prawdziwych armat, jakie wytoczono wobec Kościoła pod zarzutem wtrącania się w politykę. Jak słaby jest Kościół w rzeczywistości, widać dobrze po zupełnej bezradności w sprawie krzyża. Bo to właśnie spór o krzyż przed pałacem prezydenckim – ochoczo podsycany przez główne siły polityczne (PO, PiS i SLD) oraz wiele mediów upartujących w laicyzacji szansę na modernizacji Polski – również głęboko orze naszą kulturę. Dlaczego? Bo jedynym bodaj efektem tej wojny jest stworzenie atmosfery, w której bezczeszczenie symboli religijnego stało się czymś nie budzącym już niemal zdziwienia – rzecz rok temu w Polsce nie do pomyślenia.

Z analogicznym mechanizmem mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich trzech dni. Wszyscy dziedzice mitu „Solidarności” doprowadzili nie tylko do podważenia świętości, jaką dla wielu Polaków był mit Sierpnia 1980 roku, ale podważono w ogóle sens świętowania solidarnościowych rocznic. Podczas obchodów, pod pozorem obrony „S” przed upolitycznieniem, doszło do komedii pomyłek (jaką był w istocie poniedziałkowy zjazd związku w Gdyni), który został odebrany jako ostateczna kompromitacja mitu „S”. Oczywiście mit „Solidarności” podważano już po 1989 roku wielokrotnie, jednak po raz pierwszy na taką skalę doprowadzono do sporu, który de facto uniemożliwia świętowanie rocznic związanych z historycznym zwycięstwem „Solidarności”. Walcząc o pamięć o swej roli w Sierpniu Lech Wałęsa, Henryka Krzywonos, Jarosław Kaczyński, czy sygnatariusze wtorkowego apelu o odebranie związkowi prawa do organizowania obchodów porozumień sierpniowych, zakwestionowali w ogóle sens organizacji święta „Solidarności”.

Choć z pozoru, były to wydarzenia polityczne, ich najgłębszy sens ma jednak znaczenie kulturowe. Rozumiem, że cieszą się z niego nihiliści typu kontrowersyjnego biznesmena udającego polityka. Dlaczego jednak do nihilistycznego ruchu rozbijania wszystkich polskich świętości wzięli się w jakimś samobójczym pędzie najważniejsi polscy politycy z liderami prawicy na czele – tego zrozumieć nie potrafię. Najgorsze jest jednak to, że trudno dziś jeszcze oszacować spustoszenia, które wywoła fala kulturowej rewolucji, którą właśnie sami wywołaliśmy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PO – PiS pakt dla reform

30 sie 2010

Dodając odwagi reformatorom z PO, partia Kaczyńskiego ich rękoma dokonałaby niezbędnych zmian w polskich finansach publicznych, nie pozostawiając tego zadania na kolejne kadencje i dla kolejnych rządów.

Polska potrzebuje głębokich reform – to hasło, solidarnie głoszone przez PiS i PO dokładnie pięć lat temu, dziś jest niestety dalej aktualne. Wciąż mamy niesprawne państwo, niewydolny wymiar sprawiedliwości, publiczne finanse zaś znajdują się w opłakanym stanie. Choć na ulubionej przez rząd dwubarwnej mapie Europy zielona Polska wygląda ładnie, nawet wzrost gospodarczy bez przebudowy sposobu wydawania publicznych pieniędzy nie uchroni naszego kraju przed katastrofą.

Zapowiedź podniesienia podatku VAT, zmian w OFE czy wypowiedź wicepremiera Pawlaka o katastrofalnym stanie budżetu to nie tylko deklaracje polityczne, lecz także ważne sygnały dające nam pojęcie o rzeczywistej kondycji naszego państwa.

Suflowanie pasywności

Przez ostatnie trzy lata PO nie przeprowadzała koniecznych zmian, tłumacząc się niechęcią Lecha Kaczyńskiego. Katastrofa pod Smoleńskiem oraz zwycięstwo Bronisława Komorowskiego przyspieszyły moment, w którym PO może w końcu zabrać się za reformy. Paradoks polega jednak na tym, że choć są one konieczne, rząd Donalda Tuska z co najmniej dwóch powodów nie będzie mógł i nie będzie chciał ich realizować.

Premier wie doskonale, że wygrał wybory w 2007 roku nie dlatego, że Polacy uwierzyli w obietnicę gospodarczego cudu (łatwo się pogodzili z tym, że cudu nie ma, ba, jest kryzys, a dalej kochają Platformę), ale dlatego, że po burzliwym dwuleciu rządów PiS zamarzyli o politycznej stabilizacji. Owszem, Polacy lubią przyglądać się politycznym wojnom, ale równocześnie obawiają się, że ich skutkiem może być mniej sprawne codzienne rządzenie krajem.

Donald Tusk wydaje się też świadom, że Bronisław Komorowski wygrał rywalizację z Jarosławem Kaczyńskim nie ze względu na swoją osobistą popularność, lecz dlatego, że milion obywateli więcej wolało postawić na polityczną stabilizację niż niepewność związaną z powierzeniem prezydentury prezesowi PiS.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy lewica podzieli się mediami z Platformą

25 sie 2010

Telewizja i radio mogą trafić w ręce ludzi związanych z SLD. I to na długo – piszą Piotr Gociek i Michał Szułdrzyński

Kilka dni temu jeden z polityków PO tłumaczył partyjnemu koledze, że podczas przejmowania mediów publicznych trzeba zachować pozory, co oznacza, że nie wolno wyrzucić wszystkich dziennikarzy „Wiadomości” TVP 1 – kilku wypadałoby zostawić. Pech chciał, że wiadomość z tymi dobrymi radami trafiła także do jednego z pracowników telewizyjnej Jedynki.

Za kulisami mediów publicznych trwa jednak gra znacznie ciekawsza niż ustalanie, ilu „pisiorów” powinno zostać zwolnionych od razu, a ilu dopiero po jakimś czasie. Operacja przejmowania TVP przez Platformę Obywatelską może zostać wstrzymana.

Klucz do obsady mediów publicznych znajduje się dziś w rękach lewicy, która nie ma powodów, by dzielić się z PO.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie drażnijmy Moskwy i Berlina obchodami XXX-lecia Sierpnia 1980

25 sie 2010

„Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” – każda w oparciu o własne badania odnotowują spadek poparcia dla PiS. Według PBS od 11 lipca poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego zmalało z 31 do 24 procent. W badaniach GfK Polonia to spadek z 40 do 35 proc. I choć wyniki w szczegółach się różnią, trudno nie dostrzec tendencji – zaostrzenie języka zaszkodziło PiSowi. PiSowscy buntownicy muszą czuć gorzką satysfakcję: mieli rację, nowa strategia szkodzi ich partii. Najważniejsze pytanie jednak brzmi: co dalej, bo kierownictwo PiS jest chorobliwie impregnowane na wyniki badań sondażowych i będzie przekonywać, że poparcie nie spada a rośnie.

„Polska The Times” donosi, że Antoni Macierewicz jedzie do USA szukać wsparcia w badaniach katastrofy smoleńskiej. Pewnie patrząc na dzisiejsze sondaże liberałowie w PiS czują pokusę, by sprawić, by został tam jak najdłużej, by w międzyczasie podreperować wizerunek partii.

W „Gazecie Wyborczej” Bogdan Lis narzeka na rząd, że zlekceważył rocznicę porozumień sierpniowych. „Nie mogę zrozumieć, dlaczego rząd odpuścił organizację centralnych obchodów rocznicy.” I wylicza: brak gości zagranicznych, sprowadzenie obchodów do mszy i widowiska. I konkluduje: „Przez takie błędy organizacyjne przegrywamy walkę o pamięć, a Niemcy ugruntowują przekonanie, że obalenie muru berlińskiego było początkiem końca komunizmu.” Poseł Lis oczywiście ma racje.   Ale Platforma też ma swoją rację ignorując uroczystości. Dla niej rozumowanie jest proste: po co wspierać rocznicę sierpnia, tryumfu Solidarności, skoro dzisiejsza „S” spiskuje z PiSem. Duże obchody mogłyby jeszcze przydać się politycznym konkurentom.

Poza tym robienie konkurencyjnych obchodów wobec zeszłorocznych uroczystości berlińskich mogłoby popsuć świetne relacje pomiędzy Polską a Niemcami. W dodatku przypominanie upadku komunizmu mogłoby się nie spodobać w Moskwie. Dlatego lepiej siedzieć cicho i tę kłopotliwą rocznicę dyskretnie przemilczeć.

W zamian zaprośmy szefa rosyjskiego MSZ na doroczną odprawę ambasadorów. Niech wiedzą, jak utrwalać nowe dobre relacje z Moskwą w swej codziennej dyplomatycznej pracy.

„Polska The Times” drukuje piękną rozkładówkę ze zdjęciami z filmu Salt. Piękna Angelina Jolie, a obok Daniel Olbrychski jako rosyjski szpieg. Gdy patrzę na refleksyjne spojrzenie jednego z mych ulubionych polskich aktorów zastanawiam się, czy na planie filmowym trudno mu było się wcielić w rolę tajnego emisariusza Moskwy w USA. Wszak dwa lata temu mówił w RMF: „jestem człowiekiem Rosji w Warszawie (…) oni mnie tam kochają i mówią do mnie nasz Daniel”.

Ciekawy trop w tej sprawie podsuwa Super Express. „Film z Olbrychskim zarobił 216 mln dolarów” – donosi kolorowe pismo.

„Polacy wolą dać zarobić Polakom” – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”. „Jesteśmy konsumentami patriotycznymi: chętniej sięgamy po produkty i usługi naszych firm niż zagranicznych. Połowa z nas woli tankować na polskich stacjach, a dwie trzecie trzymać pieniądze w polskich bankach” – dodaje. Z badań SMG/KRC wynika, że 81 proc Polaków woli polską żywność, 65 proc polskie towarzystwa ubezpieczeniowe, zaś najgorętszymi patriotkami są kobiety. Widać więc, że rząd, który chce odkupić od Irlandczyków bank BZ WBK wie co robi. Lata edukacji patriotycznej LPR i PiS nie poszły na marne. Choć gdyby zostały opublikowane za czasów wicepremiera Giertycha alarmowano by, że Polacy są strasznymi ksenofobami. A tak: zwykły patriotyzm.

Ciekaw jestem skądinąd wyników badań za pięć lat, gdy w Polakach utrwalą się „nowoczesne” wzorce wpajane przez Janusza Palikota. Na przykład wtedy wszyscy będą chcieli kupić przebój sezonu: pluszowy miś ukrzyżowany.

„Polityka” zaś przestrzega przed partią pana Boga, która ma realnie rządzić Polską. To ona, zdaniem autora Adama Szostkiewicza, formalnie rządzi Polską. Szczerze mówiąc śmieszą mnie takie ostrzeżenia i dowodzą raczej słabości niż siły oddziaływań Kościoła w dzisiejszej Polsce. Kościół nie jest sobie w stanie poradzić ze sprawą krzyża, więc jak niby rządzi polskim państwem? Kościół, który z lęku przed oskarżeniem o polityczne zaangażowanie podczas kampanii wyborczej powstrzymał się od przypomnienia, że Katolikowi nie wolno mówić, że jest zwolennikiem zapłodnienia in vitro, ponieważ jest ono w rażący sposób niezgodne z Katechizmem, ten Kościół oskarża się o aktywny wpływ na Politykę? Wolne żarty. Ale oskarżenia o to, że hierarchowie trzęsą polityką właśnie dowodzą, jak słaby dziś jest Kościół.

„Super Express” donosi również o tym, jak Internet może człowieka skompromitować. „Jestem w pubie Legii. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, ze kierdy koledzy nie widza podpluwam im do piwa :-) ))” – napisał w sieci pewien 23 letni student. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów jegomość (bliski współpracownik Sławomira Nowaka) jest oficjalnym doradcą minister zdrowia Ewy Kopacz. Ciekawe w czym jej doradza… Zresztą to dobry punkt wyjścia do rozważań o tym, co różni kulturę od kultury politycznej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop