Polacy protestują, premier się martwi. O córkę

27 sty 2012

„Ludzie wściekli na rząd” pisze SuperExpress i ilustruje tekst zdjęciami protestów dziesiątków tysięcy młodych Polaków na ulicach miast. Rząd okłamał Polaków! – to tytuł artykułu o ACTA w SuperExpressie

Ale niektórzy potrafią znaleźć w dyskusji o ACTA to co rzeczywiście najważniejsze. „Polska The Times”: Poseł PiS podczas dyskusji o umowie ACTA na Komisji Innowacji powiedział o pośle PO Johnie Godosnie „Murzynek”. Godson nie czuje się urażony, Suski przeprosił, no ale przecież w sytuacji, w której rządowi wszystko wali się na głowę, trzeba też przypomnieć, że PiS jest zły.

Haker sypie hakera – informuje na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza. GW opisuje bardzo ciekawą historię grupy hakerów, którzy ujawnili dane innego hakera, który włamał się na strony rządowe. Historia ciekawa, choć dziwni są hakerzy, którzy mówią, że trzeba walczyć z przestępczością w Internecie, no ale przecież kiedyś był też dobry zbój Janosik, czy Robin Hood.

Mnie najbardziej zainteresował jednak ostatni akapit tekstu: „ABW zapoznaje się z ustaleniami hakerów, którzy ujawnili Łukasza S.” A więc cofam wszystko, co napisałem. Dobrze, że są dobrzy hakerzy, bo inaczej Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służba specjalna broniąca bezpieczeństwa państwa, również cyberbezpieczeństwa – być może nie ustaliłaby danych hakera. A tak, możemy się czuć bezpiecznie. Jeśli państwo nie poradzi sobie w przyszłości z atakami hakerów, możemy liczyć na… innych hakerów.

Ciekawe wynik sondażu OBOP w Gazecie Wyborczej. PO ma dziś 37 proc, PiS – 22. Choć sondaż przeprowadzono przed zamieszaniem Internetowym widać jedną prawidłowość. Owszem, PO może dużo zbroić, może tracić. Ale PiS-owi to nie pomaga.

Oczywiście Polacy protestują, żyją dziś Internetem, ale premier ma ważniejsze rzeczy na głowie. Fakt: Tusk chce by Kasia wyszła za mąż! I to ważny problem. ACTA aktą, protesty internautów protestami, ale dlaczego Kasia nie wychodzi za Staszka Cudnego? Według źródeł gazety, premier zaczyna się trochę niecierpliwić. No właśnie, są problemy i Problemy. Też uważam, że rodzina jest najważniejsza. Oczywiście rodzina premiera.

Ale Polacy żyją też dramatem gwiazd: Krzysztof Ibisz zmuszony jest do samotnych spacerów. Dlaczego? Bo sam pojechał do Nowego Jorku by zachwycić się tym miastem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk. Prawie jak Orban

20 sty 2012

Kto zyskał, kto stracił

Zupełnie już nic nie rozumiem ze sprawy Węgierskiej. Dlaczego? Bo prawicowy premier Viktor Orban znalazł właśnie niespodziewanego sojusznika w osobie Donalda Tuska, który orzekł, że na Węgrzech nie dzieje się nic wykraczającego poza europejskie standardy demokratyczne i gotów jest bronić Węgier przed przesadnymi atakami, jakich doświadcza on właśnie w Unii Europejskiej.

Z jednej strony to dobrze, że premier przestał się liczyć z polityczną poprawnością, że broni suwerenności państw w Unii, której granice właśnie testowane są przez część lewicy, która chce Węgrom właśnie zmieniać prawo. To sygnał, że wyglądające dość naiwnie euroentuzjastyczne wypowiedzi premiera były tylko taktyką, a nie jego prawdziwym stanowiskiem.

Z drugiej jednak strony, nie mogę oprzeć się pokusie stwierdzenia, że premier Tusk, broniąc Orbana, może myśleć o… sobie. „Gazeta Wyborcza”, by skrytykować Tuska, wyliczyła w piątek wszystkie grzechy Orbana. Posłuchajmy: „przekształcenie parlamentu w maszynkę do głosowania, gdzie z opozycją nikt się nie liczy, łamanie niezależności banku centralnego, ograniczanie wolności mediów publicznych, nieprzedłużanie koncesji opozycyjnemu Klubrádió z powodów rzekomo formalnych, ograniczenie autonomii sądów, zmiana przepisów emerytalnych dla sędziów, by pozbyć się niewygodnych ludzi z wymiaru sprawiedliwości, zastraszanie opozycyjnych socjalistów poprzez uznanie ich za spadkobierców dawnej partii komunistycznej nazwanej właśnie organizacją przestępczą – to nie drobnostki, które da się zbagatelizować” – pisali Marcin Wojciechowski i Jacek Pawlicki.

A teraz zróbmy eksperyment: zamiast Węgry dajmy Polskę, zamiast Orbana Tuska i sprawdźmy efekty. Czy Sejm ma dziś jakiekolwiek znaczenie, czy zmienił się maszynkę do głosowania? Czy z opozycją ktoś się liczy? Czy NBP jest niezależny? Tak, ale pod warunkiem, że zgodzi się na wynegocjowane przez Tuska przekazanie 6 mld euro do MFW. Czy media publiczne są wolne? Na pewno od wpływu opozycji. Nie zaś od nacisków PO. Nieprzedłużenie koncesji opozycyjnemu radiu z powodów rzekomo formalnych? A jakie są powody odmówienia miejsca do nadawania cyfrowego dla Telewizji Trwam? Zmiana przepisów emerytalnych dla sędziów? A nad czym właśnie pracuje ministerstwo sprawiedliwości? Uznanie opozycyjnych socjalistów za spadkobierców dawnej partii komunistycznej nazwanej organizacją przestępczą? A czy niedawno polski sąd nie uznał Rady Państwa, która wprowadziła stan wojenny za organizację przestępczą o charakterze zbrojnym?

Przyznacie państwo, że to pouczający eksperyment. A stosując logikę kolegów z Wyborczej, możnaby dziś zrobić w Unii raban, że Tusk wprowadza, jak Orban, „populistyczny autorkatyzm”.

Dlaczego mam problem z Orbanem? Doceniam kierunek jego zmian, lecz zastanawiam się, dlaczego nie uniknął „przegięć”, które całość jego politycznego projektu skazują na klęskę.

Równocześnie jednak nie rozumiem dużej części prawicy, która dziś broni Orbana jak niepodległości. Wszak sama często oskarża Tuska o autokratyzm, powinna więc być wdzięczna Unii za to, że po przekroczeniu pewnych granic dokręcania śruby opozycji w Polsce, być może na zasadzie analogii pochyli się nad stanem demokracji nad Wisłą. Widać brak logiki jest po równo cechą zbyt zaangażowanej prawicy jak i lewicy.

•••

W piątek premier Donald Tusk spotkał się z ekspertami  pracującymi wspólnie z byłym ministrem spraw wewnętrznych Jerzym Millerem nad wyjaśnieniem katastrofy smoleńskiej. Mieli, go poinformować, czy istnieją przesłanki do tego, by wznowić prace komisji. I znów zaproponuję Państwu eksperyment myślowy: napiszmy to wprost: Donald Tusk zaprosił do siebie ekspertów, którzy napisali raport, by powiedzieli mu, że w swej wielomiesięcznej pracy popełnili poważne błędy i dziś trzeba by zaczęli poprawiać owoc swej pracy. Jeśli tak sprawę postawimy można się spodziewać, że eksperci odpowiedzieli: pracowaliśmy świetnie, a jakieś tam nowe rewelacje o jakichś tam ustaleniach dotyczących tego, że nie zidentyfikowano głosu generała Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa, nie zmieniają nic w naszej wersji prawdy. Nic to, że napisano w nim, że „elementem presji pośredniej była obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kabinie załogi”, niczego nie trzeba poprawiać. A rzecznik rządu Paweł Graś idzie w piątek wieczorem do telewizji i mówi, że w raporcie „jest wprost powiedziane, że generał Błasik nie wywierał presji”.

Ale trudno się dziwić ekspertom i rzecznikowi rządu (a była to komisja rządowa). Czy karpie będą głosować nad przyspieszeniem świat Bożego Narodzenia? Czy eksperci, albo rząd, który ich powołał, mogą tak lekkomyślnie zdezawuować owoce własnej pracy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak zaufać państwu?

Państwo polskie zdaje egzamin – mówił w piątek rano minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, odnosząc się do tego, co się działo po katastrofie smoleńskiej.

To sformułowanie często padało z ust polityków Platformy Obywatelskiej i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zgoda, państwo sprawnie i z godnością zorganizowało 96 państwowych pogrzebów. A co było potem? Historia wyjaśniania katastrofy smoleńskiej to już niemal wyłącznie dzieje słabości polskiego państwa, a nie jego sukcesu.

Dokumentem, który miał wyjaśnić okoliczności tragedii, był raport państwowej komisji kierowanej przez ówczesnego szefa MSWiA Jerzego Millera. Stwierdzono w nim m.in., że generał Andrzej Błasik w momencie katastrofy był w kokpicie tupolewa. Jednak ujawnione tydzień temu przez „Rz” informacje, że eksperci z krakowskiego instytutu nie rozpoznali głosu generała w nagraniach, były jak wyciągnięcie małej cegiełki z wielkiego muru.

Ujawniane dziś przez „Rzeczpospolitą” nowe fakty dotyczące okoliczności, w jakich „rozpoznano” głos generała w różnych ekspertyzach, to już nie cegiełka, ale poważny wyłom w murze. Okazuje się, że jeden z kluczowych – z punktu widzenia opinii publicznej – elementów tej katastrofy (naciski generała) oparty jest nie na faktach, lecz domysłach i słabo udokumentowanych hipotezach.

Tym bardziej więc szkoda, że mimo sporej ilości nowych informacji Donald Tusk nie zdecydował się na wznowienie prac komisji Millera. Uzasadniał to, oczywiście, opinią ekspertów. – Członkowie komisji nie widzą do tego podstaw – tłumaczył rzecznik rządu Paweł Graś.

Tylko co o państwie mają myśleć obywatele, skoro w oficjalnych państwowych dokumentach (a takim jest zarówno raport Millera, jak i analiza krakowskich biegłych) znajdują się całkowicie sprzeczne wnioski? Na dodatek mimo tych sprzeczności rząd nie widzi powodów, by przyjrzeć się raportowi.

Katastrofa smoleńska od miesięcy dzieli Polaków. Wielu z nich odrzuca oficjalną wersję wydarzeń, doszukując się w tragedii działania obcych sił. W jaki sposób rząd chce ich przekonywać, by zaufali państwowej komisji i jej raportowi, skoro odrzuca samą myśl o wyjaśnieniu pojawiających się rozbieżności? W ten sposób nie tylko pogłębia podziały, nie tylko daje paliwo zwolennikom teorii o zamachu, ale zwyczajnie podważa elementarne zaufanie obywateli do państwa. Bo skoro państwo nie radzi sobie z wyjaśnianiem szczegółów tak ważnej sprawy, to jak można ufać, że poradzi sobie z czymkolwiek?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przykra niezależność prokuratury

18 sty 2012

Trudno się dziwić, że prokurator generalny Andrzej Seremet zamierza odwołać Krzysztofa Parulskiego, naczelnego prokuratora wojskowego. Po tym, gdy prokurator pułkownik Mikołaj Przybył strzelił sobie w policzek, Parulski podczas konferencji prasowej w praktyce publicznie wypowiedział posłuszeństwo Seremetowi – a więc jego dymisja powinna nastąpić nie po kilku dniach, lecz natychmiast.

Skąd przyczyna tej zwłoki? Trudno nie odnieść wrażenia, że w tej sprawie hamulcowym jest prezydent, którego sentyment do wszystkiego co wojskowe jest powszechnie znany. Także i dziś mamy prawo się obawiać, że Bronisław Komorowski wniosek o odwołanie Parulskiego odrzuci. Kancelaria Prezydenta już wczoraj poinformowała, że Komorowski przyjął informację o chęci odwołania Parulskiego „z przykrością”. Niestety, entuzjazmu do odwołania Parulskiego trudno także się dopatrzyć w słowach Donalda Tuska, który uznał, iż zmiany personalne w prokuraturze powinny być następstwem zmian ustawowych.

Niechęć dwóch najważniejszych polityków w Polsce do uwzględnienia wniosku prokuratora generalnego to w najlepszym razie niekonsekwencja. Wszak to ich partia, Platforma Obywatelska, przeforsowała oddzielenie funkcji prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości, aby zagwarantować prokuraturze niezależność. Ale jak dziś mówić o niezależności, skoro szef rządu i głowa państwa starają się opóźnić, a może wręcz zanegować, wniosek prokuratora generalnego o odwołanie jego zastępcy?

Jeśli Komorowski i Tusk rzeczywiście wybronią Krzysztofa Parulskiego, będzie to kolejny przejaw psucia państwa. Odmawiając wsparcia Seremetowi, patrząc przez palce na niesubordynację Parulskiego i krytykowanie przełożonych w wymiarze sprawiedliwości, najważniejsi politycy w Polsce pośrednio wyrażą zgodę na podobne zachowania wielu tysiącom innych śledczych. A milionom obywateli dadzą wyraźny sygnał, że ważniejsze od uporządkowanego państwa są niejasne intencje jego przywódców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdzie Platforma schowała swych słynnych fachowców

14 sty 2012

Kto zyskał, kto stracił

Reforma szkolnictwa schrzaniona. Reforma służby zdrowia – rząd wycofuje się rakiem. Prokuratura –kompromitacja. Co eksperci PO zrobili z naszym państwem.

Kolejny tydzień kryzysu refundacyjnego potwierdził to, co przeczuwali jeszcze niedawno wszyscy. Ustawa refundacyjna – zmieniana w ostatnich dniach w szaleńczym tempie w Sejmie – wcale nie jest takim cudem, jak dotychczas przekonywali premier i minister zdrowia. Ba, nawet sam Grzegorz Schetyna w wywiadzie radiowym przyznał, że rząd nie poradził sobie kompletnie z przekonaniem Polaków do tego, że ta ustawa jest świetna. Dlatego musiał się z części propozycji godzących w lekarzy i aptekarzy zacząć wycofywać. Sprawa jest powszechnie znana, mnie jednak zastanawia co innego.

Kryzys refundacyjny jest bowiem i merytoryczną i wizerunkową porażką rządu. PO starała się wszak budować wizerunek fachowców, nie ideologów, ale chłopaków od ciężkiej roboty, którzy nie chcą zatruwać życia obywateli sporami, lecz chcą wziąć na siebie trud administrowania państwem, zapewnienia nam słynnej ciepłej wody w kranie. Poległa nie tylko na kolejach czy terminowym wykonaniu autostrad. Nie tylko na reformie obniżającej wiek szkolny, tak by sześciolatki szły obligatoryjnie to pierwszej klasy. Poległa nie tylko na prezydencji i obietnicach, że tylko europejski rząd PO zapewni Polsce należne nam miejsce przy stole obrad Euro Grupy. Ale poległa też w sferze służby zdrowia: kolejki wcale się nie zmniejszają, podobnie jak i długie szpitali. Reforma refundacyjna, która miała być sukcesem okazała się niewyobrażalną klęską. Okazało się też, że PO jest pijarowsko niezdolna do przykrycia swej porażki w tej dziedzinie. To naprawdę zdumiewające, bo w czym jak w czym, ale w pozyskiwaniu sobie sympatii Polaków, Platforma była niezła.

***

Dlatego zastanawiam się gdzie się podziali ci wszyscy fachowcy Platformy. Gdzie ich schowano? Może wysłano na urlop? Może zwolniono w ramach oszczędności? Wszak jeśli przypomnieć podstawowe cele, jakie stawia się nowoczesnemu państwu, widzimy same klęski. Podstawowe usługi publiczne to infrastruktura transportowa, edukacja, służba zdrowia i wymiar sprawiedliwości.

W tym tygodniu mieliśmy możliwość zobaczenia z całą mocą przerażającego stanu, w jakim znajduje się ten ostatni. Spektakularne chybienie płk Przybyła podczas próby strzelenia sobie w głowę pozwoliło Polakom zajrzeć na chwilę za podszewkę tego, jak wygląda polska prokuratura. Widok okazał się jeszcze bardziej przerażający niż zdjęcia samego Przybyła w kałuży krwi zamieszczone na pierwszej stronie SuperExpressu.

Przerażającej słabości prokuratury mógł się domyślać każdy, kto choć pobieżnie śledził smoleńskie śledztwo. Nasi prokuratorzy odbijali się jak do ściany przy próbach wyegzekwowania czegokolwiek od swych rosyjskich partnerów. A prestiżowa porażka prokuratury to też porażka polskiego państwa. Od kilku miesięcy stało się jasne, że znacznie łatwiej niż prawdy o katastrofie prokuratorom przyszło śledzić dziennikarzy, którzy się o nią upominali. Stąd próby inwigilowania dziennikarzy, usiłowanie bezprawnego ujawnienia ich informatorów czy próba złamania tajemnicy korespondencji przez żądanie do operatorów komórkowych wglądu w treść pisanych przez reporterów smsów. I jakby tych wszystkich porażek było mało jeden z prokuratorów postanawia w przerwie konferencji prasowej strzelić sobie w usta.

Czego się nagle dowiadujemy? Że prokurator wojskowy może w swym wystąpieniu skrytykować swego cywilnego zwierzchnika i oskarżyć go o próbę skręcania śledztw, a i tak szef prokuratury wojskowej weźmie go w obronę. Że gdy naczelny prokurator wojskowy wypowiada posłuszeństwo swemu zwierzchnikowi prokuratorowi generalnemu to prezydent i premier przekonują, że… nie można zbyt pochopnie podejmować decyzji personalnych, co oznacza de facto… nic się nie stało. Na szczęście ostrzej zareagował minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, ale pobłażanie prezydenta i premiera to zgoda na to, by polskie państwo – którego częścią wszak jest prokuratura – dalej się psuło.

Oczywiście politycy Platformy Obywatelskiej przekonują, że prokuratura jest dziś niezależna od polityków i nie mogą za nią odpowiadać. Kto jednak wyłączył prokuraturę spod kontroli ministra sprawiedliwości? PO. A więc ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się w niej w tej chwili dzieje.

***

Inna rzecz, że ustawa o uniezależnieniu prokuratury od ministra sprawiedliwości, której fatalne skutki dziś dostrzegamy jest dobrym przykładem choroby trawiącej państwo polskie, polegające na dobrowolnym wyrzekaniu się przez rządzących odpowiedzialności za potencjalnie kłopotliwe dziedziny życia, przy jednoczesnym centralizowaniu spraw, z którymi mogą dla władzy wiązać się korzyści. Przykłady? Szpitale, przedszkola czy szkoły w żaden sposób nie podlegają dziś rządowi. Ich właścicielem i pracodawcą są samorządy. Rząd tylko wyznacza standardy. A że samorządy nie mają pieniędzy by je realizować to przecież już nie zmartwienie premiera. Prokuratura? Przecież jest niezależna od rządu, niech się w niej dzieje co chce.

Z kolei tam, gdzie chodzi o duże pieniądze, nagle państwo się pojawia. Wyrzucanie śmieci? Jasne – tylko gmina będzie miała prawo je organizować. Nowa ustawa śmieciowa likwiduje wolny rynek przedsiębiorstw zajmujących się wywozem śmieci, przerzucając ten obowiązek na gminę, która w przetargach wyłoni odpowiednią firmę. Już widzę te przetargi.

Wolny rynek zniknął również właściwie z branży lekowej, ponieważ nowa ustawa refundacyjna uniemożliwia np. aptekom konkurowanie, zaś ceny wielu leków ustalane będą w negocjacjach firm z rządem. Oczywiście koncerny medyczne słyną z chciwości, ale stara liberalna zasad mówi, że niższe ceny daje wolny rynek, zaś reglamentacja je podnosi.

Ale może się zatrzymałem na jakimś wcześniejszym etapie rozwoju myśli politycznej i po prostu nie potrafię dostrzec mądrości, która się za tym wszystkim kryje. Bo na moje oko to psucie państwa.

***

Czwartkowa decyzja sądu okręgowego w Warszawie uznająca Czesława Kiszczaka winnym zbrodni komunistycznej polegającej na wprowadzeniu stanu wojennego jest też kwintesencją polskiego państwa. Państwa, które nie potrafiło sobie poradzić choćby z symbolicznym ukaraniem autorów najtragiczniejszego wydarzenia ostatniego półwiecza – wprowadzonej 13 grudnia 1981 wojny polsko-polskiej. Wyłączenie ze sprawy generała Jaruzelskiego, choć motywowane względami humanitarnymi, też pokazuje jak kulawa może być satysfakcja ofiar stanu wojennego z wyroku. Czasem jednak to nasze państwo potrafi się spiąć i coś doprowadzić do końca: zbudować kawałek autostrady, zbudować narodowy stadion, port gazowy czy wydać słuszny wyrok.

Mnie jednak myślenie o wyroku zmąciło jedno wydarzenie. Otóż we czwartek rano w publicznej telewizji, w informacyjnym kanale TVP Info, o długą apologię stanu wojennego poproszono Jerzego Urbana. Mistrz PRLowskiej propagandy robił to co potrafi najlepiej – bronił racji generała Jaruzelskiego za wprowadzeniem stanu wojennego.

Nie uważam, by Urbana należało wykluczać z życia publicznego, ba, nie oburzam się, gdy ktoś robi z nim wywiady. W pewnym sensie jest on ważnym świadkiem historii.

Ale zaproszenie go do publicznej telewizji jako jedynego gościa w dniu ogłoszenia wyroku na autorów stanu wojennego, zbrodni komunistycznej, której częścią, według sądu, był działanie mechanizmu propagandy w mediach publicznych, jest czymś wyjątkowo niestosownym. Ktoś, kto stanął po stronie ZŁA, nie powinien w normalnych, demokratycznych warunkach być uznawany za pełnoprawnego komentatora. Oczywiście nie porównuję PRL do Al Kaidy, reżimu irackiego ani serbskiego, ale uważam też że Chemiczny Ali nie powinien komentować wyroku sądu ws. Saddama Husseina, Chalid Szejk Mohhamed zamachów z 11 września, ani Ratko Mladić procesu Miloszewicia.

Podobno w tej sprawie oburzył się sam prezes TVP Juliusz Braun. Szkoda nerwów panie prezesie. Donald Tusk się też często wścieka, a bardzo niewiele z tego wynika.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zgubne skutki słuchania premiera Tuska

10 sty 2012

Polacy na pierwszym miejscu w Europie? He, he, niemożliwe – rechocze w telewizyjnej reklamówce mówiący po niemiecku przedsiębiorca.

To fragment kampanii społecznej namawiającej do płacenia abonamentu. Jej lejtmotywem jest zwycięstwo Polski w rankingu narodów, które uchylają się od opłaty radiowo-telewizyjej.

Wpływy z abonamentu, z którego utrzymywane są publiczne radio i telewizja, rzeczywiście od kilku lat spadają. Nie bez powodu jednak. – Abonament radiowo-telewizyjny jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi – przekonywał w kwietniu 2008 r. premier Donald Tusk. I zapewniał, że Platforma zrobi wszystko, by obowiązek płacenia tego haraczu znieść. Obietnicę spełniono w połowie – z płacenia abonamentu zwolniono m.in. emerytów. Platforma obiecywała też odpolitycznienie mediów publicznych. Tymczasem w Polskim Radiu, TVP i KRRiT rządzi koalicja PO – PSL z udziałem SLD.

Jeśli zatem Polacy przodują w Europie w niepłaceniu abonamentu, robią to również dlatego, że posłuchali rządzących. Dlatego reklamę powinno się skierować przede wszystkim do rządzącej Platformy Obywatelskiej. Tymczasem kampania nawiązuje do najgłębszych polskich kompleksów i fobii.

Dlaczego? Gdy w Niemczech lub USA opowiadane są dowcipy o Polakach, nad Wisłą słusznie wywołują oburzenie. MSZ raz po raz – co też wydaje się słuszne – angażuje się w sytuacjach, gdy za granicą posługuje się krzywdzącymi i niesprawiedliwymi stereotypami na temat naszych rodaków. Dlatego trudno zrozumieć, dlaczego do tych stereotypów odwołują się sami Polacy. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ktoś mógł wpaść na pomysł, by wykorzystać je do tego, by przekonywać Polaków do płacenia abonamentu. W jaki sposób szyderstwo Niemca ma nakłonić Polaków, by przestrzegali prawa, skoro do jego łamania zachęcał sam pan premier?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jednak umiemy świętować

06 sty 2012

Sto tysięcy osób na ulicach polskich miast podczas święta Trzech Króli to nie tylko ogromny sukces pomysłodawców radosnych przemarszów z okazji Objawienia Pańskiego. Pomysł, rzucony kilka lat temu m.in. przez Dariusza Karłowicza z Fundacji św. Mikołaja, szybko znalazł uznanie – i naśladowców – w całej Polsce.

Obserwując orszaki Trzech Króli, maszerujące przez polskie miasta, można było dojść do wniosku, że wiele stereotypów o Polakach, powielanych w debacie publicznej, jest z gruntu fałszywych. Tropiciele polskich narodowych wad od lat dowodzą na przykład, że nad Wisłą nie wykształciła się umiejętność wesołego wspólnego świętowania. Że umiemy obchodzić jedynie klęski, a nie potrafimy się publicznie cieszyć. Bzdura. Polacy potrafią być poważni, gdy upamiętniają narodowe katastrofy, ale nie mają – jak widać – żadnych oporów, by wspólnie świętować to, co jest źródłem radości.

Malkontenci od lat się skarżą, że Polacy nie potrafią śpiewać. Tymczasem organizowane dwa razy w roku (3 maja i 11 listopada) w wielu miastach wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych pokazuje, że jest inaczej. Także w piątek tłumy na ulicach nuciły kolędy. A jeśli jeszcze ludzie dostaną do rąk śpiewniki (jak stało się to na przykład w Łodzi), by wszyscy mogli zaśpiewać bożonarodzeniowe pieśni do ostatniej zwrotki, wtedy okazuje się, że nawet nam to wychodzi.

Obchody Trzech Króli, święta, które w PRL stało się zwykłym dniem pracy i swój uroczysty charakter odzyskało dopiero w ubiegłym roku, to także memento dla tych, którzy wieszczą szybki koniec Kościoła i katolicyzmu w Polsce. Wczoraj 100 tysięcy ludzi pomaszerowało w barwnych korowodach, by dać świadectwo swojej wierze.

Gdy Janusz Palikot chce ściągać krzyż ze ściany Sejmu i wygnać religię z życia publicznego, gdy kwestie religijne coraz częściej wikłają się w polityczne spory, tysiące Polaków mimo paskudnej pogody wychodzą na ulice i miejskie place, by pokazać,  co jest dla nich naprawdę ważne.

Polacy potrafią być inni, niż się  często twierdzi. Wystarczy tylko  dać im szansę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd nie cofa się do tyłu. Zawsze do przodu

Kto zyskał, kto stracił

Do grona bezwzględnych pogromców złych koncernów farmaceutycznych, które okradają polskie państwo i polskich pacjentów, dołączył sam premier Donald Tusk.

Na środowej konferencji prasowej był niezwykle twardy. Przez godzinę groził wszystkim i podkreślał, że rząd nie wycofa się z reformy, którą wprowadza ustawa refundacyjna. Przez godzinę zapewniał, że ustawa jest super, a protestujący przeciw niej nieodpowiedzialni lekarze narażają zdrowie pacjentów.

Ale jeśli ustawa jest taka świetna, dlaczego premier dopuścił się myślozbrodni, że być może konieczna będzie nowelizacja przepisów, by np. nie karać lekarzy za wypisywanie recept na leki refundowane osobom, które nie są ubezpieczone?

Mało tego, dzień później wystąpił minister cyfryzacji Michał Boni i zapowiedział przyspieszenie prac nad systemem informatycznym umożliwiającym lekarzom sprawdzenie, czy pacjent jest ubezpieczony. A skoro prace mają przyspieszyć, oznacza to, że systemu dziś nie ma. A ustawa dziś obowiązuje. A zatem ustawa nie jest super, jest bublem, a premier głośno zapowiadając, że z niczego się nie wycofa, właśnie się zaczyna wycofywać.

Czyli robi dokładnie to, co tydzień wcześniej minister Bartosz Arłukowicz. Też deklarował, że ustawa jest świetna, podobnie jak świetna jest nowa lista refundacyjna. Zapowiadał, że się nie ugnie, że się nie cofnie, zapowiadał, groził i straszył. Ale równocześnie ogłosił, że dopisał do listy leków kilka medykamentów, o które wybuchła największa awantura. Czyli wcale się nie wycofał, ale jednak się wycofał.

Być może rząd Donlada Tuska stosuje nowoczesną metodę taktyczną: zamiast cofać się do tyłu, cofa się do przodu. A przynajmniej tak mówi. Czyżby po prostu robił nas wszystkich w balona? Czyżby na serio uważał, że wystarczy nazwać wycofanie się rakiem ze złego przepisu wielką ofensywą i nikt nie dostrzeże tego, że rządzący po prostu dali palmę? Trudno w to uwierzyć, ale też trudno znaleźć inne rozwiązanie. \

•••

Inna rzecz, że zastanawiające w całej sprawie jest stanowisko prawicowej opozycji. Po raz kolejny w kryzysowej sytuacji z ratunkiem dla znajdujących się w opresji członków rządu przychodzi Prawo i Sprawiedliwość. Niedawno w Plusie Minusie Dariusz Karłowicz postawił tezę, że PiS znajduje się w funkcjonalnej koalicji z Platformą. PO popełnia błędy, lecz krytykując je, PiS sprawia, że Polacy bardziej nie lubią tych, którzy krytykują od krytykowanych.

Dokładnie ten mechanizm działa w przypadku kolejnych wniosków o odwołanie ministrów. Bartosz Arłukowicz nie jest ulubieńcem ludu platformerskiego, nie przepadają za nim politycy jego nowej partii. Sytuacja z listą refundacyjną była dramatyczna, i jeśliby sprawy nabrały innego obrotu, jestem pewien, że Donald Tusk nie zawahałby się go wyrzucić z rządu. I oto nagle PiS zgłasza wniosek o wotum nieufności wobec ministra zdrowia. I co? I można być pewnym, że Arłukowicz na stanowisku zostanie, ba, nawet niechętni mu członkowie PO zaczną go od razu wychwalać i bronić jak niepodległości. Donald Tusk, który może po cichu wściekał się na nowego szefa resortu zdrowia, będzie teraz go bronić, chwalić, zapewniać, że bierze pełną odpowiedzialność za jego działania.

To nie pierwszy przypadek, w którym PiS zamiast szkodzić ministrom rządu Tuska, tylko im pomaga. Dość przypomnieć aferę z berlińskim wystąpieniem Radosława Sikorskiego. Z różnych sygnałów wysyłanych przez kancelarie prezydenta i premiera można było bez trudu wywnioskować, że ani Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski nie byli w pełni usatysfakcjonowani jego wystąpieniem. Rzecznik Pałacu Prezydenckiego mówiła, że dokument przyszedł do konsultacji, kilkadziesiąt minut przed wygłoszeniem, gdy głowa państwa odbywała wizytę na Ukrainie. Czy szef MSZ nie wiedział o wyjeździe Komorowskiego? Kłopot w tym, że wizyta organizowana była przez jego resort. Z kolei rzecznik rządu zawile tłumaczył, że słowa Sikorskiego były stanowiskiem ministra spraw zagranicznych, a nie całego rządu.

Jednak z kłopotów wybawił Sikorskiego PiS. Oskarżając go o zdradę i wnioskując o jego odwołanie zmusił obóz Platformy do zwarcia szeregów i natychmiastowego polubienia Sikorskiego, za któryego w PO większość polityków wcale nie chciałaby się dawać pokroić.

Czy opozycja nie ma prawa składać wniosków o odwołanie ministrów? Oczywiście, że ma. Ale od opozycji wymaga się osiągania celów a nie dawania świadectwa prawdzie. Działania PiS są po prostu przeciwskuteczne, zamiast szkodzić osobom, których dotyczą, znacznie wzmacniają ich pozycję. Ba, powiem więcej, gdyby PiS zaczął nagle chwalić Arłukowicza czy Sikorskiego, znaleźliby się oni w znacznie trudniejszej sytuacji, niż gdyby byli tylko ganieni.

•••

Na koniec nie sposób nie odnieść się do tytułu tej rubryki. Kto stracił? Jarosław Kaczyński. Co? Kartę SIM z telefonu komórkowego, na której zapisane były m.in. smsy kondolencyjne z okresu po katastrofie smoleńskiej. Kartę SIM sprzedano, jak informował Dziennik, wraz ze służbowym samochodem Jarosława Kaczyńskiego.

Wielkie musiało być zaskoczenie nabywcy auta, którym jeździł do pracy sam Jarosław Kaczyński.  Prezes PiS, skoro wiemy jakie jest jego podejście do techniki, całej sprawie nie jest winien. Zdumiewa ntomiast, że partia, która wydaje majątek na ochronę swego szefa otaczając go kordonem byłych komandosów, w ogóle nie dba o coś tak ważnego, jak karta SIM do pokładowego telefonu prezesa.

Czy partia nie potrafiąca zapewnić bezpieczeństwa karcie SIM swego prezesa, zapewni bezpieczeństwo całej Polsce, jeśli wygra wybory. Odpowiedzi na to pytanie proszę zamieszczać poniżej w formie komentarzy…

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lepiej nie czekać na realizację expose

31 gru 2011

Kto zyskał, kto stracił

Podczas expose Donald Tusk zapewniał, że priorytetem są dla niego ustawy, które przyniosą finansom wielkie oszczędności. Wiadomo już, że udało się zrealizować jedną zapowiedź – podwyższenie składki rentowej. To jednak nie dziwne: jak rząd chce nam zabrać z kieszeni parę miliardów zawsze zrobi to szybko.

Ale by nie być gołosłownym wszedłem na oficjalną stronę premiera (premier.gov.pl) i z radością odkryłem, że jest tam specjalna zakładka pt. „Realizacja Expose”. Zacząłem czytać, a uśmiech zmienił się w zdumienie. A nawet podziw. Jak oni zdążyli w półtora miesiąca tyle osiągnąć? „Wyeliminowanie barier blokujących rozwój infrastruktury” – wykonane. Kilkadziesiąt kolejny wykonane, kilka w trakcie realizacji, są nawet jakieś klęski.

Zaraz, zaraz, jaki rozwój infrastruktury – już rach ciach? I nagle wszystko stało się jasne: na oficjalnym serwisie Donlad Tusk chwali się realizacją obietnic, ale … z 2007 roku.

Czyli na raport z realizacji expose AD 2011, musimy cierpliwie poczekać, do 2015 roku.

Jak mówi stare przysłowie: co nagle to po diable.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zdrowie Ślązaków. Kto uratuje demokrację

30 gru 2011

Co oczywiste, wszystkie gazety w ostatni dzień roku zajmują się zdrowiem w kontekście wystąpienia Bartosza Arłukowicza. I nie zajmują się jego zdrowiem, ale wpływem jego decyzji na zdrowie milionów Polaków.

Własnego komentarza cytować przez skromność nie będę, ale warto zajrzeć do tego, co napisała na ten temat Elżbieta Cichocka w Gazecie Wyborczej: „Z punktu widzenia propagandy wystąpienie ministra Bartosza Arłukowicza było świetne. Oto toczy się wojna dobrych polityków ze złymi koncernami farmaceutycznymi dla dobra pacjenta. Tylko, niestety, to przekaz nie na temat.” Dokładnie o to chodzi. Propagandą nie da się uzdrowić polskiej służby zdrowia, tak jak nie dało się propagandą uzdrowić sytuacji na kolei, o czym boleśnie przekonał się były minister infrastruktury Cezary Grabarczyk. Ale ponieważ minister zdrowia ma dziś urodziny, nie będę się nad nim już dłużej znęcał.

Chętniej poznęcałbym się nad komentarzem Aleksandry Klich w GW, która wyraża wielką radość z powodu, że polski sąd zarejestrował stowarzyszenie osób narodowości śląskiej. Czytamy w komentarzu wiele zachwytów nad wielokulturowością, wieloetnicznością i w ogóle kolorową Polską. „To fantastyczna wiadomość dla wszystkich, którzy uważają, że Polska powinna być nowoczesnym europejskim krajem.” No tak, chcę by Polska była nowoczesnym krajem, ale jakoś nie uważam tego za fantastyczną wiadomość. Zdaniem Aleksandry Klich jestem z pewnością endekiem, którzy mieli rzekomo już podnieść krzyk po decyzji sądu, że jakoby to „rozbijanie jedności polskiego państwa”. I właściwie nie trzeba by było nic dodawać. Bo jeśli ktoś pisze jakieś dyrdymały o ubogacającej wszystkich różnorodności, a potencjalnych oponentów nazywaj endekami, tak naprawdę nie chce żadnej różnorodności. Odmawiając innym prawa do posiadania odmiennego stanowiska, kompletnie się w dodatku ośmiesza.

A warto moim zdaniem mieć wątpliwości nie tylko natury narodowej ale też prawnej. W myśl polskiego prawa nie istnieje narodowość śląska. Dopóki nie zmienimy prawa, nie można oficjalnie mówić o takiej narodowości. Oczywiste jest istnienie osób, które czują się Ślązakami, oczywiste jest istnienie śląskiej tożsamości, istnieje śląski dialekt, śląskie zwyczaje i kultura. Wszystko ok. Ale naród jest kategorią nie tylko subiektywną (czuję się np. Ślązakiem) ale też prawną i polityczną. Mniejszości narodowe – na przykład niemiecka, mają pewne prawa polityczne. Wbrew bzdurom pisanym przez niektórych lewicowych publicystów, nie słyszałem nigdy, by jakikolwiek prawicowy komentator domagał się odebranie mniejszości niemieckiej jej praw. Bo nie o nacjonalizm tu chodzi, ale o prawo. Dlatego warto mieć pytania i wątpliwości, dlaczego sąd uznał istnienie stowarzyszenia odwołującego się do kategorii, która nie istnieje w polskim prawie.

Ciekawe dane prezentuje dziś Gazeta Wyborcza: „Dobrze zarabiający Polacy są entuzjastami nowych technologii, ale nie porzucają tradycyjnych mediów. Chętnie czytają prasę i słuchają radia – wynika z badania przeprowadzonego przez dom mediowy Starcom”. Prawie wszyscy zamożni Polacy mają Internet, używają go do bankowości, serwisów społecznościowych i zbierania informacji. Co ich wyróżnia? Rzadziej od przeciętnej oglądają telewizję ale minimum raz w tygodniu sięgają po gazetę codzienną. Też minimum raz na tydzień czytają kolorowe magazyny.

Te dane nie są zaskakujące, ale potwierdzają pewne prawidłowości. Zamożniejsi bardziej świadomie korzystają z mediów. Od telewizyjnej papki wolą sami selekcjonować informację i rozrywkę w Internecie lub czytając dzienniki i tygodniki. Wygląda więc na to, że właśnie dzięki nim prasa codzienna nie umrze całkiem, choć pewnie zmieni się z czasem w dobro luksusowe. Tak jak istnieje moda na starocie, czy rzeczy w stylu etno, tak też modne będzie wśród pewnej grupy odbiorców czytanie szeleszczącej papierowej gazety – choć obok będzie leżał tablet.

Ale to też zła informacja – i to podwójnie. Nie jest tak, że zajmuję się tu mediami, bo jestem dziennikarzem. Chodzi raczej o coś innego – media pełnią funkcję kontrolną wobec władzy, są inicjatorem ważnych debat. Rolę tę spełniają szczególnie dzienniki. To w nich ujawniane są afery i skandale, to w nich co dzień rano znajdują się „niusy”, którymi następnie żyją inne media. Telewizje są tu bardzo odtwórcze, zaś Internet jest raczej wielkim agregatem treści wytworzonych przez inne media. Trudno więc sobie wyobrazić świat bez gazet. Choć ich tradycyjna forma nieodwracalnie będzie się zmieniać, pytanie, jak w nowych warunkach będzie wyglądała publiczna debata, kontrolna funkcja mediów i w ogóle demokracja.

Drugi niepokojący wniosek jest taki: możemy cieszyć się, że zamożniejsi odbiorcy prawdopodobnie świadomiej od reszty korzystają z mediów i lubią tradycyjne papierowe gazety i magazyny. Co jednak z resztą? Czy oni są już całkiem skazani na np telewizję? Patrząc na zmiany formatów telewizyjnych trudno być optymistą. Dlatego tak ważną rolę – i wychowawczą i polityczną mają media publiczne. Nie takie jak w Polsce – nieustanny łup polityczny kolejnych ekip – ale takie np. jak w Wielkiej Brytanii, gdzie zadaniem mediów publicznych jest Misja. Koniecznie przez duże „M”. Ale choć nie mamy mediów publicznych z prawdziwego zdarzenia, nie oznacza, że nie powinniśmy myśleć, by takie mieć. Bo to naprawdę ważne dla wspólnoty politycznej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop