Platformie spada, więc Jan Krzysztof Bielecki na szefa TVP

10 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Platforma płaci za Palikota – donosi “Gazeta Wyborcza”. Nie chodzi jednak o rachunki za kampanię wyborczą w 2005 roku, podczas której na plakaty milionera-ekscentryka zrzucali się studenci i emeryci.

Chodzi o najnowsze sondaże preferencji politycznych, według których poparcie dla Platformy w ciągu dwóch tygodni spadło o 7 punktów procentowych. Bądźmy precyzyjni, nie tyle spadło, co wzrosło, bo choć pół miesiąca temu podskoczyło aż do 58 procent, to miesiąc temu wynosiło 48 procent. Mówiąc wprost: należy pogratulować Platformie pomysłu prawyborów, który zapewnił jej skok popularności. Dziś wszyscy dyskutują o Sikorskim i Komorowskim, a na przykład niewyjaśniona afera hazardowa znalazła się w czyśćcu opinii publicznej. Pytanie co PR-owcy PO mają jeszcze w zanadrzu?

Bielecki będzie wiceszefem PO – donosi Michał Karnowski w “Polsce”. Powołanie Rady Gospodarczej przy premierze Tusku, której szefem został Bielecki, ucina spekulacje o jego powrocie do polityki, bo oznacza, że do polityki właśnie wrócił. “Polska” przypomina wielką rolę, jaką Bielecki odegrał podczas kryzysu rządowego wywołanego aferą hazardową. To on miał namawiać Tuska do radykalnych posunięć. To on miał radzić rozstanie się z dotychczasowymi współpracownikami. – Z nimi daleko nie zajedziesz – miał powiedzieć premierowi były premier. Dlaczego? – Bo oni myślą o sobie, nie o interesie premiera.

Zdumiewające słowa, pokazujące czym jest dzisiejsza polityka. Bielecki podburzał Tuska przeciw Drzewieckiemu i Chlebowskiemu nie dlatego, że nie myśleli o Polsce, nie dlatego, że złamali wszelkie standardy. Myśleli o sobie, a nie o Tusku, swoim działaniem zaszkodzili liderowi PO i za to muszą ponieść karę. Biorąc pod uwagę fakt, że również w PiS większą zbrodnią jest zdrada prezesa niż zdrada zdrowego rozsądku, potwierdza się przeczucie wielu komentatorów, że oto nasz kraj padł łupem dwóch bezwzględnych hord, kierowanych przez szaleńczo-genialne postacie, którym dobro Polski całkiem pomyliło się z sukcesem własnych ugrupowań politycznych.

Osobom o silnych nerwach polecam wywiad z Andrzejem Olechowskim w Fakcie. “Bójmy się PO jak cholera” – mówi założyciel Platformy. I przestrzega: – Dziś nie grozi nam ponowny wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta, ale monopol Platformy Obywatelskiej.

Czyżby weekendowy kongres PiS był aż takim sukcesem? Czyżby Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się przekonać nawet Olechowskiego, że Polsce grozi nie Rosja, nie Niemcy, nawet nie kryzys, ale Donald Tusk?

“GW” donosi również o oburzeniu, jakim pałają biskupi z powodu upolitycznienia mediów publicznych. – Doszło do tego, że poszczególne oddziały telewizji są dzielone między lewą i prawą nogę, między PiS i SLD – zżyma się abp Sławoj Głódź.

Dziwne, że hierarchowie zaczęli się oburzać na upolitycznienie mediów dopiero po dwudziestu latach. Oczywiście nie śmiem podejrzewać, że ich reakcja ma jakikolwiek związek z tym, że z oszczędności likwidowane są programy katolickie w publicznym radiu i telewizji. Bo gdyby to miało związek z programami katolickimi, biskupi powinni się oburzać na tych, którzy doprowadzili media do finansowej zapaści, czyli polityków PO wzywających do niepłacenia abonamentu. No ale trudniej krytykuje się władzę, niż opozycyjną koalicję w mediach publicznych, której krytyka nic nie kosztuje. Ale też i niewiele daje.

Mam pomysł, może w ramach pluralizmu, szefem TVP powinien zostać Jan Krzysztof Bielecki. Niech się sprawdzi i ekspercko odpolityczni publiczne media.

Wyborcza ujawnia haki na Lecha Kaczyńskiego

24 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Co kryją lochy Lecha – pyta “Gazeta Wyborcza”. I od razu spieszy z odpowiedzią: “Wiemy co urzędnicy prezydenta Lecha Kaczyńskiego ukrywają w czeluściach jego kancelarii. To nagrania zeznań oficerów WSI, polityków i innych osób składane przed komisją weryfikacyjną Macierewicza” – donosi dziennik. Co zawierają te zeznania? – zapyta każdy trzeźwy czytelnik. “Nie wiadomo” – pod koniec tekstu przyznają jego autorzy, znani niezależni dziennikarze Wojciech Czuchnowski i Agnieszka Kublik.

Pewne jest jedno: “Osoba pomówiona nie będzie miała żadnej możliwości obrony”. Gazeta dotarła nawet do dwóch przesłuchanych przez Macierewicza osób, marszałka Jerzego Szmajdzińskiego i gen. Marka Dukaczewskiego. Choć nie mówią, co zeznali, źle wspominają swój kontakt z Macierewiczem. Wydaje mi się, że złe wspomnienia Dukaczewskiego i Szmajdzińskiego to słaby dowód haków, którymi rzekomo ma dysponować Lech Kaczyński. Ale używanie na pierwszej stronie GW słów “lochy Lecha”, “czeluści kancelarii prezydenta”, ma przede wszystkim wywołać w czytelnikach efekt psychologiczny – niechęć do jednego z kandydatów. Okazuje się więc, że każdy sposób dobry, by włączyć się do kampanii prezydenckiej. Do kampanii na haki, bo czym innym jest tekst w GW jak nie hakiem na Kaczyńskiego?

Przypomina mi to jednak sytuację sprzed pięciu lat, gdy GW straszyła “UBecka lista krąży po Polsce”. Chodziło o rejestr IPN upubliczniony przez Bronisława Wildsteina. Nie była to ani “ubecka lista”, ani też “lista agentów”, lecz raczej skorowidz archiwów IPN. Ale dzięki tekstowi w GW wywołano tak wielkie oburzenie, że dziś już nikt nie pamięta co to była “lista Wildsteina”, a dla wielu stała się ona – niesłusznie – symbolem dzikiej lustracji. Zgadnijcie państwo, kto był autorem tamtego tekstu w GW…

Na dalszych stronach GW ciekawa informacja o przyroście liczby członków Platformy Obywatelskiej. “W ciągu dwóch lat liczba członków wzrosła ponad połowę. Co ciekawe, nie jest partią ludzi młodych, za jaką uchodzi. Najwięcej jest osób w wieku +50, najmniej -20, 30-latków.”. Choć działacze tłumaczą ten fakt… starzeniem się społeczeństwa, warto zauważyć pewne pomieszanie. Ci młodzi, którzy w 2007 roku poparli PO, wcale nie garną się do polityki. Zostali postraszeni strasznymi Kaczorami więc poszli zagłosować. Najważniejsze pytanie, które dziś stoi przed oboma walczącymi partiami brzmi – kto pójdzie do wyborów w tym i przyszłym roku. Czy fala społecznego wzburzenia znów podniesie frekwencje, czy też będzie tak, jak przy wyborach do parlamentu europejskiego. Wynik wyborów zależy bowiem w znacznej mierze od frekwencji.

“Dziennik Gazeta Prawna” ujawnia kulisy śledztwa w sprawie korupcji przy zakupie kolejek do warszawskiego metra i tramwajów. Głównie za czasów prezydentów Święcickiego, Piskorskiego i w pierwszym miesiącu rządów Kaczyńskiego urzędnicy mieli dostawać gigantyczne łapówki, za kontrakty z jedną fabryką wagonów. Śledztwo ruszyło po zeznaniach Petera Vogla, bankiera słynnego Coutts banku, w którym mieli mieć konta wpływowi Polacy. Vogel twierdził, że obsługiwał czołowych polityków SLD, stąd zwano go właśnie kasjerem lewicy.

Dzięki współpracy prokuratorów z Polski, Szwajcarii i Hiszpanii, wielka akcja doprowadziła do zatrzymań i czynności operacyjnych. Interweniować miał sam minister sprawiedliwości.

Hmm, ciekawe, czemu śledztwo w sprawie kont lewicy ślimaczy się już wiele lat, a wątek, w którym śledczy mogą “dorwać” znienawidzonego przez PO Piskorskiego, dziwnym trafem ruszył z kopyta? Ja tylko pytam, niczego nie insynuuję.

“SLD za Sikorskim, PiS woli marszałka” – obwieszcza na froncie “Polska The Times”. O jej, a ja myślałem, że PiS chce wystawić Kaczyńskiego, zaś SLD Szmajdzińskiego. No widać przegapiłem chwilę, w którym do prawyborów dopuszczono nie tylko członków PiS i SLD. Swoją drogą pomysł nie byłby zły. Dlaczego w prawyborach nie wezmą udział w ogóle wszyscy Polacy? Przecież cztery tury wyborów prezydenckich to byłaby świetna zabawa. Najpierw wybory kandydata partii rządzącej, potem partii opozycyjnej, potem jako trzecia pierwsza tura, a jako czwarta – druga. Ale na serio wróćmy do tekstu w “Polsce”. “Ze zleconego przez Sojusz sondażu wynika, że Komorowski dobrze wypada wśród wyborców lewicowych.” Wolą więc Sikorskiego. PiS stawia na Komorowskiego, bo “ma mniejsze szanse w starciu z Lechem Kaczyńskim”.

Hmm, w takim razie zapraszam do sondażu “Rz”, gdzie marszałek sejmu gromi obecnego prezydenta. Czy to oznacza, że gdyby w sondażu zamiast Komorowskiego występował Sikorski, wynik Kaczyńskiego byłby jeszcze gorszy? Czy on może być w ogóle gorszy?

Diabelska koalicja

22 lutego 2010 autor rp

Czy PiS gotów jest już zawrzeć sojusz z SLD? Jeśli Jarosław Kaczyński, dążąc za wszelką cenę do władzy, tak zdecyduje, będzie to zabójcze dla jego partii

Jeżeli nawet młodzi koledzy z PiS mówią coś o koalicji z SLD, to jest to różnica pokoleniowa. Ale ja takiej koalicji nie będę zawierać, bo byłoby to zakwestionowanie całego mojego życia” – mówił w wywiadzie dla “Newsweeka” Jarosław Kaczyński. Dla wielu działaczy jego partii te słowa były ważniejsze niż słynne już sugestie o hakach na Radosława Sikorskiego.

Deklaracja prezesa PiS miała uciąć coraz częstsze w szeregach Prawa i Sprawiedliwości spekulacje dotyczące przyszłości partii. Wśród jej członków można bowiem usłyszeć, że wiele wpływowych osób w partii przestało wierzyć w to, że kiedykolwiek samodzielnie przejmie ona władzę w Polsce. Pora rozejrzeć się więc za potencjalnym partnerem. Już nie tylko anonimowi politycy PiS pytają w prywatnych rozmowach: “Napieralski, Olejniczak, Arłukowicz? Jacy to postkomuniści. Nowa generacja w SLD to normalni politycy, z którymi można szukać dróg porozumienia”. O współpracy z lewicą kilka tygodni temu mówił nawet spin doktor braci Kaczyńskich Michał Kamiński.PiS w minionych miesiącach miał już okazję przetrzeć kanały komunikacyjne z lewicą, współpracując z nią w mediach publicznych – a w ostatnich dniach, dając ludziom SLD przyzwolenie na odwołanie wicedyrektor TVP 1 Anity Gargas. Dobrze też układa się współpraca pomiędzy tymi partiami w hazardowej komisji śledczej. Kilka istotnych punktów łączy je również pod względem ideowym – często PiS nazywany jest wszak przez liberałów partią socjalizującą, wrażliwą społecznie.

Przeczytaj cały tekst

Machiavelli przed komisją śledczą w pięknej garsonce

6 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Tusk jest jak Machiavelli, z tą ekipą 400 lat temu trup słałby się gęsto – to nie tytuł seminarium z historii myśli politycznej, ale wywiadu z Maciejem Płażyńskim w Polsce The Times.

„Tusk dąży do zmonopolizowania władzy i to dużym kosztem.” „PO to dziś wojsko Donalda Tuska. Jeden wódz, który trzyma w ręku wszystkie decyzje, nie ma oponentów. Ta logika wycinania doprowadziła do ściany. Wódz jest sam.”

Niby to wszystko już od dawna wiemy. Ale po raz kolejny zaskakuje mnie to, że o Tusku gorzej nawet niż politycy konkurencyjnego PiS mówią jego dawni bliscy współpracownicy. Wszak oni go dobrze znają. I wcale nie osłabia to ostrości ich tez.

Ron Asmus znów dostarcza wielkich emocji. Tym razem międzynarodowych. I nie chodzi o słynne już pytanie, które Lech Kaczyński Radosławowi Sikorskiemu. (Czy zna Pan Rona Asmus? Tak? Zaprotokołować, powiedział, że zna Rona Asmusa.)

Teraz pewnie pan prezydent chciałby, aby znielubiany przez niego Sikroski poznał go z tym całym Asmusem. Dlaczego? Wszystkiemu winna nowa książka Asmusa „Mała wojna, która wstrząsnęła światem”. Asmus opisuje w niej wiele nieznanych dotąd szczegółów wojny Rosji z Gruzją w 2008 roku, w której bądź co bądź „walczył” Lech Kaczyński. Jak pisze Gazeta Wyborcza, Asmus ujawnia, że Bush rozważał nawet zbombardowanie atakujących Gruzinów Rosjan. Asmus stawia też miłą Kaczyńskiemu tezę: „Nie tylko Rosja ponosi odpowiedzialnośc za wojnę z Gruzją. Ponosi ją również Zachód.”

Ale tak naprawdę w opiniotwórczych gazetach dziś mało sensacyjnych wiadomości. Wyjątkiem jest oczywiście „Rz” i zaskaujące zeznania Ryszarda Sobiesiaka. Dlatego warto sięgnąć do dzienników kolorowych, które prezentują wysoce oryginalne podejście do prac komisji śledczej.

- Jeśli pan prezes zdecyduje się rozpocząć przygodę z golfem, to chętnie przyjmiemy go do naszego grona – zapewnia aktor Robert Rozmus w Super Expressie w artykule pod tytułem „Nauczą Kaczyńskiego grać w golfa!” To oczywiście pokłosie piątkowych zeznań prezesa Prawa i Sprawiedliwości, który przyznał w odpowiedzi na pytanie Franciszka Stefaniuka (PSL), że nie grywa w golfa. A więc to koronny dowód, że nie zna rekina hazardu Ryszarda Sobiesiaka.

Równie wstrząsająca informacja z życia komisji w Fakcie. Okazuje się, że posłanka PiS Beata Kempa ubrała najpiękniejszą garsonkę na przesłuchanie Donalda Tuska. Tak, tak, nie dla swego szefa Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie dla byłego wicepremiera Grzegorza Schetyny. – Przy Donaldzie Tusku to jakaś chemia między nimi momentami była – zdradza Faktowi Sławomir Neumann z PO. Dobrze, że pani poseł jest w demokratycznym PiS a nie quasi-totalitarnym PO, bo z pewnością jej krew lała by się po posadzce…

No a na deser początek tekstu dla osób o silnych nerwach, którzy lubią, jak tzw. kontrowersyjni intelektualiści chcąc szokować swymi odkryciami wyważają otwarte drzwi. Europa nie tylko chrześcijańska. W teologii istnieje nurt odkrywania żydowskości Jezusa. Ale takie stanowisko budzi opory – pisze w Gazecie Wyborczej Tadeusz Bartoś.

Wygląda na to, że dla Bartosia jest oczywiste, że Polacy-antysemici nie uznają faktu, że Jezus był Żydem. Ach jakie to obrazoburcze i odkrywcze, szkoda gadać…

Afera hazardowa: jednak doszło do przestępstwa?

4 lutego 2010 autor rp

Przeszukanie u Marcina Rosoła, byłego szefa gabinetu ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, rzuca nowe światło na aferę hazardową.

Politycy PO lubili podkreślać, że przecież żadnej afery nie było. Dlaczego? Bo rzekomo nikt w tej sprawie nikt prawa nie złamał. Owszem były naganne rozmowy polityków z biznesmenami, ale gdzie tu przestępstwo?

Powołując się na słowa ministra Jacka Cichockiego przypominano, że nawet Mariusz Kamiński miał mówić premierowi Donaldowi Tuskowi, że do przestępstwa nie doszło. Choć sam Kamiński twierdził, że sprawę Tuskowi przedstawił inaczej.

Ale nagle zaszła wielka zmiana. CBA na polecenie warszawskiej prokuratury przeszukała mieszkanie Rosoła i zabezpieczyła jego komputery. Skoro prokurator wysyła służbę specjalną do domu bohatera afery hazardowej, który miał nakłaniać Mirosława Drzewickiego do wycofania się z dopłat, nie robi tego z powodu pomówień ani plotek. Chyba nadzorowana przez polityków PO prokuratura i CBA musiały mieć przesłanki, że do przestępstwa doszło. A skoro tak, to jednak afera była. Był więc pewnie i przeciek.

Posłuchajmy więc, co dziś powie o sprawie Donald Tusk!

Nowe zagadki w komisji hazardowej

2 lutego 2010 autor rp

Dopiero po przesłuchaniu Donalda Tuska posłowie będą wyjaśniać sprzeczności w zeznaniach kluczowych świadków

 

Tylko kilku świadków spośród 28 przesłuchanych dotąd przez komisję hazardową można nazwać kluczowymi dla wyjaśnienia afery. Ale to właśnie w ich słowach jest najwięcej sprzeczności.

 1. Mirosław Drzewiecki

Jak może wynikać z podsłuchów CBA, były minister sportu wskutek nacisku lobbystów miał się wycofać z tzw. dopłat do automatów pismem z 30 czerwca 2009 r.

Drzewiecki tłumaczył, że nie chciał pieniędzy z dopłat, bo nie były przeznaczone na organizację Euro 2012. Jednak z uzasadnienia ustawy hazardowej wynika, że jej celem jest pozyskanie “dodatkowych środków dla Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej na budowę obiektów Euro 2012″.

Mówił też, że biorąc dopłaty, straciłby pieniądze budżetowe. Nie ma zaś żadnego dowodu, że pismo Ministerstwa Sportu z 30 czerwca było wynikiem jakichś nacisków ze strony resortu finansów dążącego do zastąpienia dochodami z dopłat finansowania budżetowego. Tym bardziej że Drzewiecki 2 września – bez deklarowanej w czasie zeznań obawy o utratę finansowania budżetowego – znów chciał dopłat.

Były minister przedstawił też komisji wyjaśnienia urzędników resortu, z których wynikało, że pismo z 30 czerwca było urzędniczą pomyłką. Z wyjaśnień dyrektor generalnej resortu sportu Moniki Rolnik wynika, że do sporządzenia pisma przekonywała szefa wraz z dyrektorem jego gabinetu politycznego Marcinem Rosołem. Tymczasem Drzewiecki pytany, czy Rosół uczestniczył w pracach nad dopłatami, zdecydowanie zaprzeczył.

Przed komisją były minister przyznał, że biznesmen Ryszard Sobiesiak prosił o znalezienie pracy dla córki. Pilotowanie tej sprawy Drzewiecki zlecił Rosołowi. Ale w wywiadzie dla “Newsweeka” z 3 października 2009 r. twierdził, że o sprawie nic nie wiedział i winę zrzucił na Rosoła: “Wkurzyłem się, kiedy się o tym dowiedziałem. (…) Rosół przesadził”.

Po wybuchu afery hazardowej Drzewiecki twierdził, że od kilku miesięcy nie spotykał się z Sobiesiakiem. Jak jednak ujawniła “Rz”, obaj widzieli się 22 września w warszawskim hotelu Radisson. Drzewiecki zeznał przed komisją, że spotkanie było przypadkowe i miało związek z odbywającym się dzień później turniejem golfowym w Jabłonnie. Jak jednak ustalił “Dziennik Gazeta Prawna”, 23 września żaden turniej golfowy się tam nie odbywał.

przeczytaj całty tekst

Rząd permanentnych obietnic

31 stycznia 2010 autor rp

Dlaczego Donald Tusk tak lubi składanie obietnicy? Bo dzięki kolejnym, nie musi się rozliczać z poprzednich.

W piątek Donald Tusk ogłosił plan gruntownej reformy finansów państwa. Dzień wcześniej zapowiedział, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich. Co łączy obie te deklaracje? Sam premier wyjaśnił, że chce pozostać premierem ale musi też wyjaśnić Polakom, do czego potrzebna jest mu władza.

Jak na polityka, który rządzi już trzeci rok, jest to wypowiedź zaskakująca. Ale równocześnie niezwykle konsekwentna. Udział w prezydenckiej kampanii wyborczej oznaczałby konieczność przedstawienia Polakom bilansu trzech lat rządów PO.

Tymczasem największym dotąd sukcesem PO było utrzymywanie bardzo wysokiego poparcia dzięki tworzeniu kolejnych planów, dokonywaniu kolejnych otwarć, zapowiadaniu kolejnych zmian.

Wybory w 2007 roku PO wygrała między innymi dzięki dziesięciu prostym hasłom, zapowiadającym cud gospodarczy i powszechny dobrobyt. (Z tego planu zrealizowano wyłącznie jeden – wyjście z Iraku).

Expose Tuska było najdłuższe w historii 20 lat wolnej Polski i zawierało kilkadziesiąt nowych obietnic. Po stu dniach rządów PO zamiast podsumowania zaproponowała… plan na 300, 100 i 3000 dni rządów Tuska. (Z tamtych zapowiedzi również zrealizowano wyłącznie jeden punkt czyli wysłanie sześciolatków do szkół).

Zamiast rozliczenia realizacji planu 300 dni rządu, Donald Tusk rzucił zapowiedź wejścia do strefy Euro w 2012. W kwietniu 2009 PO świętowała 500 dni rządów i chciała zorganizować 500 spotkań z wyborcami, by pochwalić się sukcesami. Ale głównym tematem tych spotkań był zaprezentowany wiosną (bardzo chwalony skądinąd) raport Polska 2030 – czyli scenariusz rozwoju Rzeczpospolitej na kolejne dwie dekady. Dwulecie rządu Donald Tusk uczcił konferencją, na której zapowiedział konieczność zmiany konstytucji.

Z rzucanych dotychczas haseł zrealizowano bardzo niewiele, szkoda, bo sporo pomysłów PO było pożytecznych. Język ministrów i samego premiera wciąż zna tylko jedną formę gramatyczną – czas przyszły. Szef rządu nieustannie mówi co musi zrobić, by Polakom żyło się lepiej, nigdy zaś mówi w czasie przeszłym – zrobiliśmy, osiągnęliśmy itp.

W podobnym tonie utrzymana była również piątkowa konferencja. Obietnice, projekty, plany oraz czas przyszły, zupełnie, jakby premier został zaprzysiężony wczoraj, a nie dwa i pół roku temu.

Nie mam wątpliwości, że Tusk nie miał innego wyjścia niż zrezygnować ze startu. Dzięki temu zamiast rozliczać się ze swych osiągnięć, mógł znów uciec do przodu wykorzystując wciąż dobre sondaże i cud, jakim jest fakt, że polską gospodarkę ominął kryzys. Dzięki temu, może prowadzić grę na swoich warunkach, już nie tylko zmienić Lecha Kaczyńskiego w potwora, ale przekonywać Polaków, że sama prezydentura jest czymś strasznym.

W efekcie wszystkie niewygodne tematy, zeznania Mira, Zbycha i Grzesia, problem wewnętrznej dekompozycji Platformy, granie nam na nosie przez Niemców w sprawie gazociągu bałtyckiego, nie będą dla nikogo ważnym tematem. Zagadnieniem numer jeden będzie teraz pytanie, kogo PO wystawi na pokusę zgnuśnienia w pałacu prezydenckim i kolejne śmiałe pomysły reform, które pozostaną na papierze.

Tylko „szkoda Polski” – by zacytować marszałka sejmu Bronisława Komorowskiego.

Sekuła i Pędzący Królik, czyli dalsze odpolitycznienie CBA

27 stycznia 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Chwalę posła Mirosława Sekułę — oświadcza dziś w Gazecie Wyborczej Waldemar Kuczyński. Za co chwali szefa komisji hazardowej? „Niemal wszystkie interwencje posła Sekuły odpowiadały dokładnie zakazom i ograniczeniom nałożonym przez Trybunał Konstytucyjny”. Zdaniem Kuczyńskiego, tylko Sekuła przestrzega prawa. „Czego nie można powiedzięc o przynajmniej kilku innych «śledczych» tej komisji, którzy chętnie pohulaliby”.

Mamy tu zatem kolejne ważne rozróżnienie teoretyczne dotyczące dzisiejszej polityki. Szef komisji, który robi wszystko, by posłom nie udało się zadać zbyt dociekliwych pytań, jest po prostu obiektywny. Szef komisji, który przerywa niewygodnym dla jego partii świadkom (np. Mariuszowi Kamińskiemu), a pozwala się bez ograniczeń wypowiadać partyjnym kolegom (np. Zbigniew Chlebowski), po prostu przestrzega reguł.

Tezy Kuczyńskiego są zaskakujące tym bardziej, że nawet posłowie Platformy są zażenowani postępowaniem Sekuły. To, co było absolutnym skandalem, czyli zakończenie przesłuchania Chlebowskiego stwierdzeniem: “nie widzę dalszych pytań” — gdy minęła dopiero połowa z czasu przeznaczonego na przerwę — Kuczyński nazywa „dowcipem”.

Specjalnie dla Państwa zapisałem wczoraj w sejmie złotą myśl Mirosława Sekuły. Gdy śledczy zbyt dociskali Michała Boniego przewodniczący przerwał, mówiąc: — Pani ministrze, przypominam, że świadek ma prawo zwrócić się do przewodniczącego komisji o uchylenie pytania. Zachęcam, by pan minister z tego prawa korzystał.

Nie ma najmniejszych wątpliwości. Chodziło wyłącznie o ochronę praw świadka.
Felieton Kuczyńskiego byłby może i zabawny, lub nieistotny, gdyby nie fakt, że jest symptomem poważnej choroby, która toczy część komentatorów sceny politycznej. Dla Waldemara Kuczyńskiego — czego dowiódł w wielu tekstach — najważniejsze jest to, by do władzy w Polsce nie wróciła partia znienawidzonych przez niego Kaczyńskich. A zatem nieistotne jest jak było naprawdę, czego chciał Rysio od Mira i Zbycha. Przeciwnie, jeśli komisja ujawni coś niewygodnego dla PO, nie daj Boże poparcie dla PO spadnie, a PiSowi wzrośnie.

Priorytetem dla Kuczyńskiego jest więc to samo, co dla Sekuły. Trudno się więc dziwić, że wychwala pod niebiosa szefa komisji.

Identyczne lęki znaleźć można również w nowej „Polityce”. Najpierw Janina Paradowska opisuje, że komisja to szansa PiS na dokopanie Platformie, i twierdzi, że cała komisja działa pod znakiem Pędzącego Królika. Dlaczego? Bo nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go — przypomina Paradowska. A stronę dalej Mariusz Janicki i Wiesław Władyka przypominają, że PiS jest wciąż potwornym zagrożenim dla Polski. Demaskując siedem mitów o partii Jarosława Kaczyńskiego. Polecam zdania w stylu: Być może PiS nie łamało kodeksu karnego, ale nie o to tu chodzi i zrozumienie tego faktu to podstawa, bez której prawdziwa dyskusja o tej partii jest niemożliwa.

Ale pragnę wszystkich uspokoić. Jak na razie PiS robi wszystko, by z potknięć Platformy nie skorzystać. Nie zdziwię się, jeśli efektem prac komisji będzie rozczarowanie do PO i niska frekwencja w kolejnych wyborach. Nadzieja, że sympatycy Tuska nagle zagłosują na PiS wydaje mi się czczą.

Wyborcza opisuje również, jak bezpartyjni fachowcy z CBŚ awansują w CBA. Autor nie może się wprost nachwalić dobrych konsekwencji zmian. „Po zmianach można się więc spodziewać większego profesjonalizmu w działaniach Biura”. Szkoda tylko, że nikt nie napisał wyraźniej, jak profesjonalna i apolityczna był akcja przeszukania u Pawła Piskorskiego…

Ja jednak chciałbym, by fachowcy z CBŚ, którzy przejęli CBA, wyjaśnili to, o czym poinformował wczoraj wieczorem w programie Bronisława Wildsteina Mariusz Kamiński. Jego byli współpracownicy są nieustannie przesłuchiwani przez nowe kierownictwo, wszczynane są wobec nich postępowania dyscyplinarne itp. No tak, rzeczywiście, przecież dobijanie ludzi Kamińskiego jest przejawem apolitycznego profesjonalizmu…

Brońmy Platformę przed mediami

13 stycznia 2010 autor rp

W gazetach najciekawsze są dziś rozmowy. Politycy PO i PiS komentują sondaże. Sondaże, jak to sondaże, każdy jest trochę inny, ale wnioski są podobne. Platformie raczej spada (w żadnym sondażu nie urosło). Rośnie za to SLD — w każdym badaniu.

„Nic strasznego się nie wydarzyło” — zapewnia w Fakcie Sławomir Nowak. A jego wywiad w Dzienniku przypomina podręcznik propagandy: „musimy wytłumaczyć” „musimy skuteczniej docierać” „musimy wrócić do komunikowania”. Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest coraz gorzej? Ano winne są… brawo, odgadli Państwo! Winne są media! „koncentrują się na wyłapywaniu naszych potknięć czy błędów”. Żal mi się zrobiło Sławomira Nowaka, niegdyś najbliższego zausznika premiera Tuska.

Na media wskazuje też Sławomir Nitras w „Polsce”. Schetyna chciał surowiej niż Tusk potraktować szefa NFZ a „w internecie czytam wielkie nagłówki: Schetyna bardzo ostro o Tusku”, a dalej o „podgrzewaniu sprawy” przez media. Apeluję więc do wszystkich kolegów i koleżanek dziennikarzy — bądźmy łagodniejsi dla Platformy bo posłowie Nitras i Nowak gotowi są jeszcze się obrazić i odejdą z polityki. I dopiero będzie!

Zamiast narzekać, konkretnie o sondażach mówi poseł PO Jarosław Gowin. “Zabrakło nam politycznej dalekowzroczności” – przyznaje w rozmowie z “Gazetą Wyborczą”. W przeciwieństwie do cytowanych wyżej kolegów, nie proponuje kolejnych działań PR-owskich, lecz namawia swą partie, by zaczęła realizować wyborcze obietnice. No chyba się Pan, Panie pośle, zagalopował! – aj, przepraszam, mieliśmy być mniej krytyczni. No dobra, a więc, Panie pośle, trzymamy kciuki!

Za to Aleksander Kwaśniewski niepokoi się o Donalda Tuska – informuje “Fakt”. Nie, tym razem nie chodzi o sondaże. Otóż pan premier “mimo usilnych próśb” byłego prezydenta, jeździ na nartach bez kasku! Coż za brak rozwagi. Na szczęście, jak czytamy w Fakcie, o samopoczucie pana premiera dbają żona, córka, syn, synowa i narzeczony córki. Tylko wnuczek – ten, któremu pan premier w kolorowych tygodnikach niósł wigilijny barszczyk pod koniec listopada – musiał niestety zostać w Polsce.

Biedny wnuczek, pewnie opiekuje się nim teraz poseł Sławomir Nowak. Mam nadzieję, że radzi sobie lepiej niż odpowiednie służby z zimą…

Oszczędzać też trzeba mądrze

8 stycznia 2010 autor rp

W ciągu trzech ostatnich dni mogliśmy się przekonać, kto odpowiada za zdrowie Polaków. Nikt.

Gdy media ujawniły informację o skutkach zarządzenia NFZ niebezpiecznego dla wielu pacjentów z chorobą nowotworową, wszyscy oczekiwali na reakcję rządu. Odpowiedzią najpierw było milczenie, a potem Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia zaczęły przerzucać się odpowiedzialnością.

Aż do momentu, gdy głos zabrał Donald Tusk. Wydawać się mogło, że naszym zdrowiem potrafi się skutecznie zająć jedynie się sam premier, bo dopiero po jego stanowczej, choć spóźnionej interwencji, urzędnicy przeprosili pacjentów za zamieszanie i zaczęli szybko naprawiać swój błąd.

Kto zawinił? W myśl obecnych przepisów Ministerstwo Zdrowia gwarantuje chorym zakres świadczeń leczniczych. Natomiast oszczędne wydawanie pieniędzy na ten cel odpowiada NFZ. Efekt takiego podziału obowiązków właściwie można było przewidzieć. Urzędnicy, jak zazwyczaj bywa, nie mieli wystarczająco wyobraźni i w dodatku nie potrafili się między sobą dogadać, a skutkiem tego obywatele – niestety ci ciężko chorzy – zostali na lodzie.

Wciąż trwa kryzys. Nic nie wskazuje, by w najbliższych miesiącach miało być lepiej, więc i pieniędzy w systemie ochrony zdrowia nie będzie więcej. Oczywiste jest więc, że groszem szastać nie wolno. Ale oszczędzać też trzeba mądrze – to jeden z głównych obowiązków ludzi władzy. Tym razem tej mądrości zabrakło.

Kompetencji ministra zdrowia nie ocenia się w sytuacjach codziennych, lecz nadzwyczajnych. Łatwiej na pewno być dobrym ministrem w czasach gospodarczego wzrostu. Gorzej, gdy przychodzi kryzys, i okazuje się, że jedyną osobą zdolną do podjęcia decyzji jest szef rządu. Bo mogą przyjść dni, gdy Donald Tusk zajmie się czymś innym, niż problemy chorych. Na przykład będzie zeznawał przed komisją hazadrową lub prowadził kampanię prezydencką. Albo, nie daj Boże, sam zachoruje.

I co wtedy?