Michnik: naciski na pilotów to to samo, co sztuczna mgła

03 lut 2012

Autorski przegląd prasy

W „Gazecie Wyborczej” jest dziś tekst, ale tylko dla osób o stalowych nerwach. Komentarz samego Adama Michnika. Nie chce państwu tego robić, by go w całości tu omawiać. Ale warto podkreślić dwie sprawy.

„Kolejne hipotezy konfliktu rozniecanego wokół katastrofy smoleńskiej – zamach bombowy, sztuczna mgła, obecność w kokpicie osób spoza załogi – przestaje budzić emocje.” Czytam to zdanie raz, drugi i trzeci. I oczom nie wierzę. Zdaniem Redaktora twierdzenie, że w kokpicie były osoby spoza załogi nie tylko jest tyle samo warte, co teza o sztucznej mgle, ale w dodatku powstało po to, by rozniecać konflikt wokół Smoleńska. A zatem – redaktor naczelny Gazety Wyborczej stwierdza, że zwolennicy teorii zamachu, oraz jego właśni dziennikarze, którzy w ostatnich dniach robili co mogli, by dowieść, że w kokpicie było jak w parku Łazienkowskim, robili to tylko po to, by wzniecić konflikt, który, już zresztą zdaniem Michnika wygasa. Szef GW przyznaje więc, że z jednej strony była Gazeta Polska, która non stop publikowała niestworzone historie o mgłach, spiskach i udziale osób trzecich, a z drugiej – tylko działająca w przeciwną stronę – Gazeta Wyborcza, która ręka w rękę z MAK broniła tezy o obecności Błasika w kokpicie, rozmaitych naciskach i w ogóle o tym, że wszystkiemu winien był Lech Kaczyński. Panie Redaktorze – jeśli mogę się tą drogą zwrócić do samego Adama Michnika – dziękuję za to szczere wyznanie. Naprawdę zaimponował mi Pan surowością oceny własnych podwładnych. Tylko tak dalej. Ma Pan rację, może wreszcie pora zacząć w Polsce rozmawiać, a nie tylko obrzucać się obelgami. Choć ta rozmowa będzie miała istotne ograniczenia. Michnik pisze dalej m.in. o tym, że krytyka głupich poczynań Donalda Tuska to „dezawuowanie rządu wyłonionego przez demokratycznie wybraną większość parlamentarną”.

Zobaczmy więc na czym polega to dezawuowanie demokratycznie wybranej władzy. Hańba, Super Express opisuje najnowsze przygody Mira „To jest dziki kraj” Drzewieckiego. Po śledztwie CBA majątkiem byłego ministra sportu zajęła się prokuratura i właśnie wezwała go na przesłuchanie. Agenci biura odkryli, że w oświadczeniach majątkowych Drzewieckiego nie ma słowa o nieruchomości na Florydzie i innych zgromadzonych w USA dobrach. Polska to rzeczywiście dziki kraj. Nie po to minister trzymał część swego majątku w Stanach, by chwalić się nim w polskich dokumentach składanych jako poseł i minister. A tu nagle CBA pyta, dlaczego go zataił. Przecież wiadomo dlaczego. Polacy to zawistny naród, gdyby napisał ile jest warta chałupa na Florydzie i ile ma w bankach oszczędności, z pewnością robiliby mu przykrości. A tak to tylko, być może, złamał prawo. Dziki kraj. Inna rzecz, że – jeśli dobrze pamiętam – obok rezydencji Drzewieckiego stoi dom Ryszarda Sobiesiaka – kolejnej niewinnej ofiary afery hazardowej, której podobno nie było. Drzewiecki miał forsować korzystne dla hazardowych firm Sobiesiaka przepisy. Ale miał to też robić z pewnością całkiem bezinteresownie. Jestem pewien, że przekona o tym prokuratorów i CBA. Skądinąd dziwne, że obecnie z prokuraturą i biurem antykorupcyjnym kłopoty mają akurat współpracownicy Grzegorza Schetyny. Czyżby nikt poza nimi w Polsce nie był podejrzewany przez służby o różne ciemne sprawki. Tak, to dziki kraj.

Dziennik Gazeta Prawna pisze na pierwszej stronie, że w Polsce właśnie kończą swój żywot licea ogólnokształcące. Choć niektórzy – jak widziałem – zżymają się, że nius nie jest świeży, bo reforma, choć wejdzie w życie od września, została uchwalona znacznie wcześniej, Uważam, Rze sprawa warta jest opisywania. Nawet na pierwszej stronie. Ponad rok temu, gdy przyjęto kierunek zmian, przeprowadziliśmy w „Rzeczpospolitej” wielotygodniową debatę nad konsekwencjami, jakie będzie miała praktyczna likwidacja nauczania historii od 15 roku życia. Po co właściwie młodzi Polacy mają znać historię? By głosować na PiS, oddawać się narodowym sentymentom? Niedoczekanie. Po co lekcje języka polskiego, skoro młodzi mają mówić językami obcymi. Po co im geografia, skoro jest Google Maps? Przez kilkaset ostatnich lat edukacja miała podwójne znaczenie. Z jednej strony chodziło o przekazanie wiedzy, która była potrzebna w życiu. Z drugiej zaś przez edukację wprowadzało się młodego człowieka, zanurzało się go w zachodniej cywilizacji, dawało mu narzędzia do tego, by mógł uczestniczyć w kulturze. Bez przeczytania kilkunastu najważniejszych książek trudno zrozumieć narodowe etosy, zrozumieć historię, zobaczyć chwile chwały i chwile wstydu. Bez znajomości podstawowych bohaterów literackich, kulturowych toposów, ciężko jest w ogóle zrozumieć architekturę, malarstwo, muzykę itp. Ale rząd Donalda Tuska to nie jakaś tam ramota, tylko największa siła modernizacyjna. Po co mówić o jakiejś tam kulturze. Szkoła ma produkować specjalistów. Skoro nasz kraj stał się peryferium Europy, skoro mają u nas stać fabryki, w których składa się pralki czy samochody, nie potrzebujemy ludzi ogólno wykształconych, lecz specjalistów do skręcania sprzętu AGD. Jeszcze czego. Po co państwo miałoby płacić za edukacje czyli czytanie jakiegoś Pana Tadeusza. Nauczmy dziatwę tego co przydatne. Angielski, obsługa komputera, plus umiejętność zrozumienia instrukcji obsługi. Za bardzo wykształcony naród władzy tak miłującej swój lud, nie jest potrzebny. W wieku 15 lat dziecko (lub rodzice, a najbardziej jednak aktualna moda) będzie decydować, czy zostanie humanistą, inżynierem czy specem od ekonomii. Tej decyzji potem ciężko będzie zmienić, bo specjalizacja będzie następowała bardzo szybko i będzie totalna. Zamiast historii, więcej lekcji o urodzie – pisze DGP.

Jakich ludzi potrzebuje Polska? Kogo powinna kształcić polska szkoła? Tego dowiecie się państwo czytając w Gazecie Wyborczej opis awantury wokół wiceszefa Centralnego Ośrodka Sportu. Minister Joanna Mucha uczyniła nim swego fryzjera. Ale jest to fryzjer z kompetencjami. Nie dość, że pomagał w sztabie Muchy, nie dość, że ma w Lublinie salony kosmetyczno-fryzjerski, prowadził przy UMCS studencką dyskotekę. Jak zapewniała na blogu minister Mucha, ma ukończone studia podyplomowe. Podwójne. Pewnie z urody i fryzjerstwa. Ale jak mówiło się w PRL: „kadry to podstawa”. Ciekaw jestem skądinąd, kiedy przeczytamy w gazetach, że premier Donald Tusk się wściekł, usłyszawszy o nominacjach w COS.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobry sygnał ze strony prezydenta

31 sty 2012

Decyzja prezydenta Bronisława Komorowskiego, który zgodził się na powołanie płk Jerzego Artymiaka na szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, to krok w stronę rozwiązania jednego z najpoważniejszych kryzysów w polskiej prokuraturze od wielu lat.

Choć wcześniej prezydent chciał, by konflikt w prokuraturze rozstrzygnęła Krajowa Rada Prokuratury, choć deklarował, że tylko zmiany systemowe mogą doprowadzić do uzdrowienia sytuacji, choć wielu komentatorów spodziewało się, że prezydent postąpił inaczej — Komorowski w końcu jednak zapowiedział przyjęcie wniosku Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta.

W ten sposób Bronisław Komorowski dał sygnał, że przestrzeganie zasad cywilnej kontroli nad wojskiem, lojalność najważniejszych urzędników wobec przełożonych i państwa, są ważniejsze niż układy towarzyskie, a nawet znana powszechnie słabość prezydenta do munduru. To dobry sygnał.

Teraz przed rządzącymi kolejne wyzwanie. Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin zaproponował nowy kierunek zmian w prokuraturze — wcielenie śledczych wojskowych do jednostek cywilnych oraz zwiększenie demokratycznej kontroli nad prokuraturą. Po pierwszych reakcjach można się było zorientować, że środowisko prokuratorskie szczególnie tym drugim pomysłem zachwycone nie jest.

Jednak prokuratura nie jest państwem w państwie. Sejm nie powinien mieć prawa wtrącania się poszczególnych śledztw, niemniej jednak musi mieć możliwości wpływania na kierunki działań prokuratury. Pozostaje mieć nadzieję, że w tej sprawie rządzący wykażą się determinacją.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Państwo znów zawiodło rodziców

30 sty 2012

Przekładanie reformy obniżającej obowiązkowy wiek rozpoczęcia nauki w szkole stało się już tradycją. Choć z definicji wynika, iż tradycja to kultywowanie dobrych zwyczajów, a nie złych. Rząd Donalda Tuska z uporem kultywuje złe tradycje.

Po raz kolejny okazało się, że reforma reformy edukacji przyniesie fatalne skutki. Fatalne dla dzieci i dla rodziców, ponieważ nieprecyzyjny przepis, który opisujemy w „Rzeczpospolitej”, sprawia, że sześciolatki zmarnują rok nauki. Te, które w trakcie najbliższych dwóch lat będą kończyć zerówkę, na rok wypadną z systemu edukacyjnego. Co gorsza niekiedy będą musiały ten rok spędzić w domu. Rodzice tracą na tym podwójnie. Nie dość, że mogą mieć kłopot, co począć z takimi maluchami, to jeszcze będzie im bardzo trudno cokolwiek zaplanować w edukacji swych dzieci. Dlaczego? Ponieważ w roku, gdy wysłali pięciolatka do zerówki, zmienia się ustawa. A dlaczego się zmienia? Bo rząd o kolejne dwa lata odłożył reformę edukacji.

Obniżenie wieku szkolnego miało być wielkim osiągnięciem cywilizacyjnym rządu Platformy Obywatelskiej. Okazało się jednak, że jest to doskonały przykład słabości państwa i złej jakości stanowionego prawa. A także  tryumfem cywilizacji – ale nie tej zachodniej, do której dążymy – ale wschodniej, z jej bylejakością, od której od tylu lat staramy się uciec.

Przypomnijmy, reforma edukacyjna miała wejść w życie w 2009 r. Tymczasem zamiast szumnie zapowiadanego modernizacyjnego skoku, rząd Donalda Tuska zafundował sześciu rocznikom sześciolatków i ich rodzicom stan permanentnej niepewności. Rodzice od dawna alarmowali, że polska szkoła nie jest gotowa na przyjęcie sześciolatków. Dziś okazuje się, że do tej reformy nie jest przygotowana nie tylko szkoła, ale też rząd i państwo. Bo to rząd i państwo nie potrafią przygotować ustawy odsuwającej reformę tak, by nie wywołać jeszcze większego chaosu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent już nigdy nie przeczyta ACTA

28 sty 2012

Kto zyskał, kto stracił

Liczba rozbojów w Polskich szkołach wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat dwukrotnie – pisaliśmy w poniedziałek w Rzeczpospolitej. W piątek opublikowaliśmy inne ciekawe dane – tylko pięć procent rodziców jest zainteresowanych współpracą ze szkołą podczas wychowywania dzieci. Pozostali oczekują od szkoły edukacji na najwyższym poziomie oraz tego, że szkoła sama wychowa ich dzieci.

Czy te dwie sprawy mają związek? Tak i to wielki. Bo jeśli rodzice nie chcą zajmować się wychowaniem swoich własnych dzieci, a szkoła nie ma żadnych narzędzi, by uczniów wychowywać, nie wychowuje ich nikt. Efekt? Gwałtownie rośnie przestępczość. Ironią losu jest to, że o dyscyplinie w szkole mówił znienawidzony przez liberalną lewicę minister edukacji narodowej Roman Giertych. Tak, ten sam, który dziś często występuje w mediach jako gwiazda. Szkoda, że wraz ze wzrostem sympatii do Giertycha nikt jeszcze nie przypomniał jego pomysłów edukacyjnych. Bo spora część była słuszna.

***

Co Pan myśli na temat ACTA? – zapytała Telewizja Polska prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Nie znam jeszcze umowy ACTA, ona do mnie dotrze gdy będzie uruchomiony proces ratyfikacji – odparł prezydent.

Można by szydzić, że prezydent nie czytał dokumentu, przeciw któremu na ulice wyszło 100 tys. jego rodaków. Ale sprawa jest poważniejsza. Bo wygląda na to, że prezydent umowy nigdy nie przeczyta i nie wyrobi sobie o niej zdania. Dlaczego? Bo rząd, który jeszcze niedawno zapewniał, że nie ugnie się przed cyberterrorystami i podpisze ACTA, się nie ugiął. I podpisał. Po czym zaczął w piątek mówić, że choć podpisał, wcale nie zamierza ratyfikować.

A więc ukuta przeze mnie kilka tygodni temu teza, że gabinet Donalda Tuska cofa się wyłącznie do przodu a nie do tyłu, znów znalazła potwierdzenie. Bo rząd twardo zapewniał, że się nie ugnie. Ale ostatecznie się ugina.

Zgoda, państwo nie powinno się uginać przed działaniem terrorystów, a włamanie na stronę rządu jest aktem terrorystycznym. Jednak to znów argument do zastanowienia się, w jakiej kondycji znajduje się polskie państwo. Jeśli grupa licealistów i studentów była w stanie na kilka dni unieruchomić strony rządu, coś jest nie tak. Wszak do prowadzenia stron internetowych urzędy zobowiązuje prawo, ogłasza się przetargi, nominacje czy konsultacje społeczne. Ale jak to z konsultacjami społecznymi bywa, najlepiej widzieliśmy w sprawie ACTA właśnie.

***

A jak już mowa o kondycji państwa, warto przypomnieć raport NIK o katastrofie smoleńskiej. Według kontrolerów, niedopełnianie obowiązków to specjalność wszystkich urzędników – od KPRM po BOR. Kłopot w tym, że słabość państwa jest – dosłownie – zabójcza dla obywateli.

***

W poniedziałek rozstrzygnie się, czy Polska będzie siedziała przy unijnym stole. Prezydencki doradca prof. Roman Kuźniar w piątek w radio uznał, że rząd grożąc, że nie podpisze tego dokumentu zastawia na siebie pułapkę. Jak widać, zdaniem pana profesora, najlepiej od razu sobie odpuścić i w ogóle nie walczyć o swoje. A w tej sytuacji walczyć można jedynie groźbami.

Prócz gróźb pomóc ma wsparcie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, która w wywiadzie udzielonym kilku europejskim gazetom potwierdziła, że popiera polskie postulaty. Niemniej jednak ciekawą sprawę w tym wywiadzie odkrył były wiceszef MSZ prof. Krzysztof Szczerski. Otóż w pięciu wersjach językowych wywiad wygląda tak samo. Inaczej jednak w wersji Polskiej. Zapytana o to, jak ocenia wystąpienie ministra Radosława Sikorskiego w Berlinie odpowiedziała: „Cieszy mnie przede wszystkim, że te słowa polskiego ministra wyrażają duże zaufanie. To pokazuje, jak pozytywnie rozwinęły się nasze stosunki.” Ale Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie i Brytyjczycy mogli przeczytać dalszą część tej wypowiedzi. „Podkreślam generalnie, że Niemcy są wielkim europejskim krajem i poczuwają się do odpowiedzialności z tym związanej. Z drugiej strony – podkreślam, że nie mówię tu konkretnie o Polsce – zdarza się, iż ktoś wzywa innego do przewodzenia, dlatego, że sam nie chce brać odpowiedzialności, a to dlatego, że przywództwo jest zawsze synonimem ryzyka.” Dlaczego „Gazeta Wyborcza” uznała, że Polacy nie powinni przeczytać tego zdania Angeli Merkel? Czyżby Polacy nie powinni czytać, że niemiecka kanclerz uważa, że Polacy proszą Niemców o przywództwo w UE, bo sami boją się odpowiedzialności?

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tuskowi brakuje pomysłu na odzyskanie politycznej inicjatywy

27 sty 2012

Premier chce zdyscyplinować posłów własnej partii. Ale jeśli nie znajdzie sposobu na odwrócenie złej passy, z następnego kryzysu może się już nie podnieść.

Donald Tusk w piątek wieczorem zabrał Klub Parlamentarny Platformy Obywatelskiej na specjalne posiedzenie do Jachranki. Cel spotkania? Mobilizacja partii przed wprowadzeniem najtrudniejszych reform.

Kilka tygodni temu komentatorzy, którzy orzekli, że kryzys refundacyjny to największa od czterech lat pułapka, w jakiej znalazł się Donald Tusk, nie mogli przypuszczać, że było to jak trzęsienie ziemi u Hitchcocka. Napięcie dopiero wtedy zaczęło rosnąć. Premier nie mógł chyba wyobrazić sobie gorszego początku drugiej kadencji. Po osiągnięciu historycznego sukcesu: pierwszego po 1989 roku ponownego zwycięstwa partii rządzącej, ogłosił program bolesnych cięć i oszczędności. Jednak zanim się zabrał do ich realizacji, świat zaczął mu się walić na głowę. W grudniu wybuchł niespodziewany dla Tuska kryzys związany z wejściem w życie ustawy refundacyjnej. Później, po postrzeleniu się przez płk. Mikołaja Przybyła, ujawnił się konflikt w prokuraturze, wobec którego PO nie miała jednolitego stanowiska. Następnym ciosem była upubliczniona opinia krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, która podważyła wiarygodność kilku tez rządowego raportu o katastrofie smoleńskiej.

W zeszły weekend rozpoczał się spór o ACTA, którym zaskoczony był nawet rząd. Dziesiątki tysięcy osób wyszły na ulice protestować przeciw władzy, która – w ich mniemaniu – chce ograniczać wolność Internetu.

A najgorsze jeszcze przed Platformą. W poniedziałek na Tuska może spaść kolejny cios – szczyt UE przyjmie niekorzystną dla Polski wersję paktu fiskalnego.

Potem przyjdzie czas na pracę nad podniesieniem wieku emerytalnego, co wywoła wielki społeczny opór. Związki zawodowe już zbierają podpisy przeciw tej reformie („Solidarność” ma ich już 700 tys.). Jeśli Tusk nie wyciszy wcześniejszych sporów, debata emerytalna może być początkiem zjazdu PO w sondażach, który Tuskowi trudno będzie odwrócić. Wszystkie dotychczasowe kryzysy nie dotykały Platformy, bo wizreunek partii ratował w ostatniej chwili lubiany lider. Jednak zaufanie do Tuska zaczyna pikować, przegonili go nie tylko prezydent i minister spraw zagranicznych, ale nawet wicepremier i szef PSL Waldemar Pawlak. Z tym ostatnim zresztą Tuska czeka zresztą również trudna przeprawa. Ludowcy wszak co rusz zgłaszają propozycje mające osłodzić Polakom ostrze reform i oszczędności, w efekcie jednak zminiejszyć kwoty, które rząd musi uciułać, by ograniczyć dług publiczny.

Tusk zaczął więc od porządkowania własnych szeregów, w których tlą się już zalążki buntu. Posłowie PO winę za kryzys lekowy zrzucają na Ewę Kopacz i Bartosza Arłukowicza, za spór z internautami – Bogdana Zdrojewskiego.

Tego ostatniego – jak dowiaduje się „Rz” – premier wezwał z kalendarzem. Po co kalendarz? By udowodnił, jak wyglądały konsultacje społeczne w sprawie ACTA.

Ale uspokojenie własnych posłów i PSL nie wystarczy. Nawet jeśli partia i koalicjant pomogą rozpocząć reformy, odwraca się od niego sympatia opinii publicznej.

Jeśli Tusk – jak robił to we wcześniejszych kryzysach – nie wpadnie na pomysł, który pozwoli mu odzyskać polityczną inicjatywę i zaufanie wyborców, z kolejnych kryzysów może się nie podnieść. Tylko czy ścięcie głów ministrów w tej chwili wystarczy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy protestują, premier się martwi. O córkę

„Ludzie wściekli na rząd” pisze SuperExpress i ilustruje tekst zdjęciami protestów dziesiątków tysięcy młodych Polaków na ulicach miast. Rząd okłamał Polaków! – to tytuł artykułu o ACTA w SuperExpressie

Ale niektórzy potrafią znaleźć w dyskusji o ACTA to co rzeczywiście najważniejsze. „Polska The Times”: Poseł PiS podczas dyskusji o umowie ACTA na Komisji Innowacji powiedział o pośle PO Johnie Godosnie „Murzynek”. Godson nie czuje się urażony, Suski przeprosił, no ale przecież w sytuacji, w której rządowi wszystko wali się na głowę, trzeba też przypomnieć, że PiS jest zły.

Haker sypie hakera – informuje na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza. GW opisuje bardzo ciekawą historię grupy hakerów, którzy ujawnili dane innego hakera, który włamał się na strony rządowe. Historia ciekawa, choć dziwni są hakerzy, którzy mówią, że trzeba walczyć z przestępczością w Internecie, no ale przecież kiedyś był też dobry zbój Janosik, czy Robin Hood.

Mnie najbardziej zainteresował jednak ostatni akapit tekstu: „ABW zapoznaje się z ustaleniami hakerów, którzy ujawnili Łukasza S.” A więc cofam wszystko, co napisałem. Dobrze, że są dobrzy hakerzy, bo inaczej Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służba specjalna broniąca bezpieczeństwa państwa, również cyberbezpieczeństwa – być może nie ustaliłaby danych hakera. A tak, możemy się czuć bezpiecznie. Jeśli państwo nie poradzi sobie w przyszłości z atakami hakerów, możemy liczyć na… innych hakerów.

Ciekawe wynik sondażu OBOP w Gazecie Wyborczej. PO ma dziś 37 proc, PiS – 22. Choć sondaż przeprowadzono przed zamieszaniem Internetowym widać jedną prawidłowość. Owszem, PO może dużo zbroić, może tracić. Ale PiS-owi to nie pomaga.

Oczywiście Polacy protestują, żyją dziś Internetem, ale premier ma ważniejsze rzeczy na głowie. Fakt: Tusk chce by Kasia wyszła za mąż! I to ważny problem. ACTA aktą, protesty internautów protestami, ale dlaczego Kasia nie wychodzi za Staszka Cudnego? Według źródeł gazety, premier zaczyna się trochę niecierpliwić. No właśnie, są problemy i Problemy. Też uważam, że rodzina jest najważniejsza. Oczywiście rodzina premiera.

Ale Polacy żyją też dramatem gwiazd: Krzysztof Ibisz zmuszony jest do samotnych spacerów. Dlaczego? Bo sam pojechał do Nowego Jorku by zachwycić się tym miastem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk. Prawie jak Orban

20 sty 2012

Kto zyskał, kto stracił

Zupełnie już nic nie rozumiem ze sprawy Węgierskiej. Dlaczego? Bo prawicowy premier Viktor Orban znalazł właśnie niespodziewanego sojusznika w osobie Donalda Tuska, który orzekł, że na Węgrzech nie dzieje się nic wykraczającego poza europejskie standardy demokratyczne i gotów jest bronić Węgier przed przesadnymi atakami, jakich doświadcza on właśnie w Unii Europejskiej.

Z jednej strony to dobrze, że premier przestał się liczyć z polityczną poprawnością, że broni suwerenności państw w Unii, której granice właśnie testowane są przez część lewicy, która chce Węgrom właśnie zmieniać prawo. To sygnał, że wyglądające dość naiwnie euroentuzjastyczne wypowiedzi premiera były tylko taktyką, a nie jego prawdziwym stanowiskiem.

Z drugiej jednak strony, nie mogę oprzeć się pokusie stwierdzenia, że premier Tusk, broniąc Orbana, może myśleć o… sobie. „Gazeta Wyborcza”, by skrytykować Tuska, wyliczyła w piątek wszystkie grzechy Orbana. Posłuchajmy: „przekształcenie parlamentu w maszynkę do głosowania, gdzie z opozycją nikt się nie liczy, łamanie niezależności banku centralnego, ograniczanie wolności mediów publicznych, nieprzedłużanie koncesji opozycyjnemu Klubrádió z powodów rzekomo formalnych, ograniczenie autonomii sądów, zmiana przepisów emerytalnych dla sędziów, by pozbyć się niewygodnych ludzi z wymiaru sprawiedliwości, zastraszanie opozycyjnych socjalistów poprzez uznanie ich za spadkobierców dawnej partii komunistycznej nazwanej właśnie organizacją przestępczą – to nie drobnostki, które da się zbagatelizować” – pisali Marcin Wojciechowski i Jacek Pawlicki.

A teraz zróbmy eksperyment: zamiast Węgry dajmy Polskę, zamiast Orbana Tuska i sprawdźmy efekty. Czy Sejm ma dziś jakiekolwiek znaczenie, czy zmienił się maszynkę do głosowania? Czy z opozycją ktoś się liczy? Czy NBP jest niezależny? Tak, ale pod warunkiem, że zgodzi się na wynegocjowane przez Tuska przekazanie 6 mld euro do MFW. Czy media publiczne są wolne? Na pewno od wpływu opozycji. Nie zaś od nacisków PO. Nieprzedłużenie koncesji opozycyjnemu radiu z powodów rzekomo formalnych? A jakie są powody odmówienia miejsca do nadawania cyfrowego dla Telewizji Trwam? Zmiana przepisów emerytalnych dla sędziów? A nad czym właśnie pracuje ministerstwo sprawiedliwości? Uznanie opozycyjnych socjalistów za spadkobierców dawnej partii komunistycznej nazwanej organizacją przestępczą? A czy niedawno polski sąd nie uznał Rady Państwa, która wprowadziła stan wojenny za organizację przestępczą o charakterze zbrojnym?

Przyznacie państwo, że to pouczający eksperyment. A stosując logikę kolegów z Wyborczej, możnaby dziś zrobić w Unii raban, że Tusk wprowadza, jak Orban, „populistyczny autorkatyzm”.

Dlaczego mam problem z Orbanem? Doceniam kierunek jego zmian, lecz zastanawiam się, dlaczego nie uniknął „przegięć”, które całość jego politycznego projektu skazują na klęskę.

Równocześnie jednak nie rozumiem dużej części prawicy, która dziś broni Orbana jak niepodległości. Wszak sama często oskarża Tuska o autokratyzm, powinna więc być wdzięczna Unii za to, że po przekroczeniu pewnych granic dokręcania śruby opozycji w Polsce, być może na zasadzie analogii pochyli się nad stanem demokracji nad Wisłą. Widać brak logiki jest po równo cechą zbyt zaangażowanej prawicy jak i lewicy.

•••

W piątek premier Donald Tusk spotkał się z ekspertami  pracującymi wspólnie z byłym ministrem spraw wewnętrznych Jerzym Millerem nad wyjaśnieniem katastrofy smoleńskiej. Mieli, go poinformować, czy istnieją przesłanki do tego, by wznowić prace komisji. I znów zaproponuję Państwu eksperyment myślowy: napiszmy to wprost: Donald Tusk zaprosił do siebie ekspertów, którzy napisali raport, by powiedzieli mu, że w swej wielomiesięcznej pracy popełnili poważne błędy i dziś trzeba by zaczęli poprawiać owoc swej pracy. Jeśli tak sprawę postawimy można się spodziewać, że eksperci odpowiedzieli: pracowaliśmy świetnie, a jakieś tam nowe rewelacje o jakichś tam ustaleniach dotyczących tego, że nie zidentyfikowano głosu generała Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa, nie zmieniają nic w naszej wersji prawdy. Nic to, że napisano w nim, że „elementem presji pośredniej była obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kabinie załogi”, niczego nie trzeba poprawiać. A rzecznik rządu Paweł Graś idzie w piątek wieczorem do telewizji i mówi, że w raporcie „jest wprost powiedziane, że generał Błasik nie wywierał presji”.

Ale trudno się dziwić ekspertom i rzecznikowi rządu (a była to komisja rządowa). Czy karpie będą głosować nad przyspieszeniem świat Bożego Narodzenia? Czy eksperci, albo rząd, który ich powołał, mogą tak lekkomyślnie zdezawuować owoce własnej pracy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak zaufać państwu?

Państwo polskie zdaje egzamin – mówił w piątek rano minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, odnosząc się do tego, co się działo po katastrofie smoleńskiej.

To sformułowanie często padało z ust polityków Platformy Obywatelskiej i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zgoda, państwo sprawnie i z godnością zorganizowało 96 państwowych pogrzebów. A co było potem? Historia wyjaśniania katastrofy smoleńskiej to już niemal wyłącznie dzieje słabości polskiego państwa, a nie jego sukcesu.

Dokumentem, który miał wyjaśnić okoliczności tragedii, był raport państwowej komisji kierowanej przez ówczesnego szefa MSWiA Jerzego Millera. Stwierdzono w nim m.in., że generał Andrzej Błasik w momencie katastrofy był w kokpicie tupolewa. Jednak ujawnione tydzień temu przez „Rz” informacje, że eksperci z krakowskiego instytutu nie rozpoznali głosu generała w nagraniach, były jak wyciągnięcie małej cegiełki z wielkiego muru.

Ujawniane dziś przez „Rzeczpospolitą” nowe fakty dotyczące okoliczności, w jakich „rozpoznano” głos generała w różnych ekspertyzach, to już nie cegiełka, ale poważny wyłom w murze. Okazuje się, że jeden z kluczowych – z punktu widzenia opinii publicznej – elementów tej katastrofy (naciski generała) oparty jest nie na faktach, lecz domysłach i słabo udokumentowanych hipotezach.

Tym bardziej więc szkoda, że mimo sporej ilości nowych informacji Donald Tusk nie zdecydował się na wznowienie prac komisji Millera. Uzasadniał to, oczywiście, opinią ekspertów. – Członkowie komisji nie widzą do tego podstaw – tłumaczył rzecznik rządu Paweł Graś.

Tylko co o państwie mają myśleć obywatele, skoro w oficjalnych państwowych dokumentach (a takim jest zarówno raport Millera, jak i analiza krakowskich biegłych) znajdują się całkowicie sprzeczne wnioski? Na dodatek mimo tych sprzeczności rząd nie widzi powodów, by przyjrzeć się raportowi.

Katastrofa smoleńska od miesięcy dzieli Polaków. Wielu z nich odrzuca oficjalną wersję wydarzeń, doszukując się w tragedii działania obcych sił. W jaki sposób rząd chce ich przekonywać, by zaufali państwowej komisji i jej raportowi, skoro odrzuca samą myśl o wyjaśnieniu pojawiających się rozbieżności? W ten sposób nie tylko pogłębia podziały, nie tylko daje paliwo zwolennikom teorii o zamachu, ale zwyczajnie podważa elementarne zaufanie obywateli do państwa. Bo skoro państwo nie radzi sobie z wyjaśnianiem szczegółów tak ważnej sprawy, to jak można ufać, że poradzi sobie z czymkolwiek?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przykra niezależność prokuratury

18 sty 2012

Trudno się dziwić, że prokurator generalny Andrzej Seremet zamierza odwołać Krzysztofa Parulskiego, naczelnego prokuratora wojskowego. Po tym, gdy prokurator pułkownik Mikołaj Przybył strzelił sobie w policzek, Parulski podczas konferencji prasowej w praktyce publicznie wypowiedział posłuszeństwo Seremetowi – a więc jego dymisja powinna nastąpić nie po kilku dniach, lecz natychmiast.

Skąd przyczyna tej zwłoki? Trudno nie odnieść wrażenia, że w tej sprawie hamulcowym jest prezydent, którego sentyment do wszystkiego co wojskowe jest powszechnie znany. Także i dziś mamy prawo się obawiać, że Bronisław Komorowski wniosek o odwołanie Parulskiego odrzuci. Kancelaria Prezydenta już wczoraj poinformowała, że Komorowski przyjął informację o chęci odwołania Parulskiego „z przykrością”. Niestety, entuzjazmu do odwołania Parulskiego trudno także się dopatrzyć w słowach Donalda Tuska, który uznał, iż zmiany personalne w prokuraturze powinny być następstwem zmian ustawowych.

Niechęć dwóch najważniejszych polityków w Polsce do uwzględnienia wniosku prokuratora generalnego to w najlepszym razie niekonsekwencja. Wszak to ich partia, Platforma Obywatelska, przeforsowała oddzielenie funkcji prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości, aby zagwarantować prokuraturze niezależność. Ale jak dziś mówić o niezależności, skoro szef rządu i głowa państwa starają się opóźnić, a może wręcz zanegować, wniosek prokuratora generalnego o odwołanie jego zastępcy?

Jeśli Komorowski i Tusk rzeczywiście wybronią Krzysztofa Parulskiego, będzie to kolejny przejaw psucia państwa. Odmawiając wsparcia Seremetowi, patrząc przez palce na niesubordynację Parulskiego i krytykowanie przełożonych w wymiarze sprawiedliwości, najważniejsi politycy w Polsce pośrednio wyrażą zgodę na podobne zachowania wielu tysiącom innych śledczych. A milionom obywateli dadzą wyraźny sygnał, że ważniejsze od uporządkowanego państwa są niejasne intencje jego przywódców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdzie Platforma schowała swych słynnych fachowców

14 sty 2012

Kto zyskał, kto stracił

Reforma szkolnictwa schrzaniona. Reforma służby zdrowia – rząd wycofuje się rakiem. Prokuratura –kompromitacja. Co eksperci PO zrobili z naszym państwem.

Kolejny tydzień kryzysu refundacyjnego potwierdził to, co przeczuwali jeszcze niedawno wszyscy. Ustawa refundacyjna – zmieniana w ostatnich dniach w szaleńczym tempie w Sejmie – wcale nie jest takim cudem, jak dotychczas przekonywali premier i minister zdrowia. Ba, nawet sam Grzegorz Schetyna w wywiadzie radiowym przyznał, że rząd nie poradził sobie kompletnie z przekonaniem Polaków do tego, że ta ustawa jest świetna. Dlatego musiał się z części propozycji godzących w lekarzy i aptekarzy zacząć wycofywać. Sprawa jest powszechnie znana, mnie jednak zastanawia co innego.

Kryzys refundacyjny jest bowiem i merytoryczną i wizerunkową porażką rządu. PO starała się wszak budować wizerunek fachowców, nie ideologów, ale chłopaków od ciężkiej roboty, którzy nie chcą zatruwać życia obywateli sporami, lecz chcą wziąć na siebie trud administrowania państwem, zapewnienia nam słynnej ciepłej wody w kranie. Poległa nie tylko na kolejach czy terminowym wykonaniu autostrad. Nie tylko na reformie obniżającej wiek szkolny, tak by sześciolatki szły obligatoryjnie to pierwszej klasy. Poległa nie tylko na prezydencji i obietnicach, że tylko europejski rząd PO zapewni Polsce należne nam miejsce przy stole obrad Euro Grupy. Ale poległa też w sferze służby zdrowia: kolejki wcale się nie zmniejszają, podobnie jak i długie szpitali. Reforma refundacyjna, która miała być sukcesem okazała się niewyobrażalną klęską. Okazało się też, że PO jest pijarowsko niezdolna do przykrycia swej porażki w tej dziedzinie. To naprawdę zdumiewające, bo w czym jak w czym, ale w pozyskiwaniu sobie sympatii Polaków, Platforma była niezła.

***

Dlatego zastanawiam się gdzie się podziali ci wszyscy fachowcy Platformy. Gdzie ich schowano? Może wysłano na urlop? Może zwolniono w ramach oszczędności? Wszak jeśli przypomnieć podstawowe cele, jakie stawia się nowoczesnemu państwu, widzimy same klęski. Podstawowe usługi publiczne to infrastruktura transportowa, edukacja, służba zdrowia i wymiar sprawiedliwości.

W tym tygodniu mieliśmy możliwość zobaczenia z całą mocą przerażającego stanu, w jakim znajduje się ten ostatni. Spektakularne chybienie płk Przybyła podczas próby strzelenia sobie w głowę pozwoliło Polakom zajrzeć na chwilę za podszewkę tego, jak wygląda polska prokuratura. Widok okazał się jeszcze bardziej przerażający niż zdjęcia samego Przybyła w kałuży krwi zamieszczone na pierwszej stronie SuperExpressu.

Przerażającej słabości prokuratury mógł się domyślać każdy, kto choć pobieżnie śledził smoleńskie śledztwo. Nasi prokuratorzy odbijali się jak do ściany przy próbach wyegzekwowania czegokolwiek od swych rosyjskich partnerów. A prestiżowa porażka prokuratury to też porażka polskiego państwa. Od kilku miesięcy stało się jasne, że znacznie łatwiej niż prawdy o katastrofie prokuratorom przyszło śledzić dziennikarzy, którzy się o nią upominali. Stąd próby inwigilowania dziennikarzy, usiłowanie bezprawnego ujawnienia ich informatorów czy próba złamania tajemnicy korespondencji przez żądanie do operatorów komórkowych wglądu w treść pisanych przez reporterów smsów. I jakby tych wszystkich porażek było mało jeden z prokuratorów postanawia w przerwie konferencji prasowej strzelić sobie w usta.

Czego się nagle dowiadujemy? Że prokurator wojskowy może w swym wystąpieniu skrytykować swego cywilnego zwierzchnika i oskarżyć go o próbę skręcania śledztw, a i tak szef prokuratury wojskowej weźmie go w obronę. Że gdy naczelny prokurator wojskowy wypowiada posłuszeństwo swemu zwierzchnikowi prokuratorowi generalnemu to prezydent i premier przekonują, że… nie można zbyt pochopnie podejmować decyzji personalnych, co oznacza de facto… nic się nie stało. Na szczęście ostrzej zareagował minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, ale pobłażanie prezydenta i premiera to zgoda na to, by polskie państwo – którego częścią wszak jest prokuratura – dalej się psuło.

Oczywiście politycy Platformy Obywatelskiej przekonują, że prokuratura jest dziś niezależna od polityków i nie mogą za nią odpowiadać. Kto jednak wyłączył prokuraturę spod kontroli ministra sprawiedliwości? PO. A więc ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się w niej w tej chwili dzieje.

***

Inna rzecz, że ustawa o uniezależnieniu prokuratury od ministra sprawiedliwości, której fatalne skutki dziś dostrzegamy jest dobrym przykładem choroby trawiącej państwo polskie, polegające na dobrowolnym wyrzekaniu się przez rządzących odpowiedzialności za potencjalnie kłopotliwe dziedziny życia, przy jednoczesnym centralizowaniu spraw, z którymi mogą dla władzy wiązać się korzyści. Przykłady? Szpitale, przedszkola czy szkoły w żaden sposób nie podlegają dziś rządowi. Ich właścicielem i pracodawcą są samorządy. Rząd tylko wyznacza standardy. A że samorządy nie mają pieniędzy by je realizować to przecież już nie zmartwienie premiera. Prokuratura? Przecież jest niezależna od rządu, niech się w niej dzieje co chce.

Z kolei tam, gdzie chodzi o duże pieniądze, nagle państwo się pojawia. Wyrzucanie śmieci? Jasne – tylko gmina będzie miała prawo je organizować. Nowa ustawa śmieciowa likwiduje wolny rynek przedsiębiorstw zajmujących się wywozem śmieci, przerzucając ten obowiązek na gminę, która w przetargach wyłoni odpowiednią firmę. Już widzę te przetargi.

Wolny rynek zniknął również właściwie z branży lekowej, ponieważ nowa ustawa refundacyjna uniemożliwia np. aptekom konkurowanie, zaś ceny wielu leków ustalane będą w negocjacjach firm z rządem. Oczywiście koncerny medyczne słyną z chciwości, ale stara liberalna zasad mówi, że niższe ceny daje wolny rynek, zaś reglamentacja je podnosi.

Ale może się zatrzymałem na jakimś wcześniejszym etapie rozwoju myśli politycznej i po prostu nie potrafię dostrzec mądrości, która się za tym wszystkim kryje. Bo na moje oko to psucie państwa.

***

Czwartkowa decyzja sądu okręgowego w Warszawie uznająca Czesława Kiszczaka winnym zbrodni komunistycznej polegającej na wprowadzeniu stanu wojennego jest też kwintesencją polskiego państwa. Państwa, które nie potrafiło sobie poradzić choćby z symbolicznym ukaraniem autorów najtragiczniejszego wydarzenia ostatniego półwiecza – wprowadzonej 13 grudnia 1981 wojny polsko-polskiej. Wyłączenie ze sprawy generała Jaruzelskiego, choć motywowane względami humanitarnymi, też pokazuje jak kulawa może być satysfakcja ofiar stanu wojennego z wyroku. Czasem jednak to nasze państwo potrafi się spiąć i coś doprowadzić do końca: zbudować kawałek autostrady, zbudować narodowy stadion, port gazowy czy wydać słuszny wyrok.

Mnie jednak myślenie o wyroku zmąciło jedno wydarzenie. Otóż we czwartek rano w publicznej telewizji, w informacyjnym kanale TVP Info, o długą apologię stanu wojennego poproszono Jerzego Urbana. Mistrz PRLowskiej propagandy robił to co potrafi najlepiej – bronił racji generała Jaruzelskiego za wprowadzeniem stanu wojennego.

Nie uważam, by Urbana należało wykluczać z życia publicznego, ba, nie oburzam się, gdy ktoś robi z nim wywiady. W pewnym sensie jest on ważnym świadkiem historii.

Ale zaproszenie go do publicznej telewizji jako jedynego gościa w dniu ogłoszenia wyroku na autorów stanu wojennego, zbrodni komunistycznej, której częścią, według sądu, był działanie mechanizmu propagandy w mediach publicznych, jest czymś wyjątkowo niestosownym. Ktoś, kto stanął po stronie ZŁA, nie powinien w normalnych, demokratycznych warunkach być uznawany za pełnoprawnego komentatora. Oczywiście nie porównuję PRL do Al Kaidy, reżimu irackiego ani serbskiego, ale uważam też że Chemiczny Ali nie powinien komentować wyroku sądu ws. Saddama Husseina, Chalid Szejk Mohhamed zamachów z 11 września, ani Ratko Mladić procesu Miloszewicia.

Podobno w tej sprawie oburzył się sam prezes TVP Juliusz Braun. Szkoda nerwów panie prezesie. Donald Tusk się też często wścieka, a bardzo niewiele z tego wynika.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop