Posts Tagged „mundial”<

Powrót do Szawli

17 lip 2010

Jabulani latała w powietrzu, jak chciała. Gdyby żył profesor Uniwersytetu Warszawskiego Krzysztof Ernst, wybitny naukowiec i wielki kibic zajmujący się fizyką w sporcie, musiałby zrewidować swoje teorie o parabolach lotu piłki futbolowej 1800 metrów nad poziomem morza.

Plastikowe trąbki wuwuzele, wymysł zuluskiego szatana, wyły przez półtorej godziny (plus 30 minut dogrywki), wystawiając na ciężką próbę każdego normalnego kibica, zwłaszcza jeśli jest muzykalny. Powinno się zakazać wnoszenia na stadiony instrumentów muzycznych, z wyjątkiem harf i fortepianów.

Sędzia Howard Webb, którego słabość do odgrywania na boisku roli ważniejszej niż piłkarze znają wszyscy poza FIFA, ukrywał swoją prawdziwą naturę niczym kandydat na prezydenta. A kiedy już mu dali posędziować finał, to gwizdał jak ślepy muzyk z Dworca Centralnego.

Trener Diego Maradona w garniturze ze starszego brata trwonił swoją piłkarską wielkość, Anglicy bez wsparcia z zagranicy, do którego są przyzwyczajeni w lidze, grali jak 60 lat temu. Fabio Capello miał w nich tchnąć ducha europejskiego futbolu, a sam przesiąkł angielską konserwą lub innym black puddingiem. Włosi – wiadomo. Jak nie oszukają, nie naciągną, nie sprowokują – to nie wygrają. Francuzi zwyciężają tylko za pomocą rąk, a potem kłócą się między sobą i ubliżają trenerowi.

Brazylijczycy są mistrzami jeszcze przed wyjściem na boisko. Ale jeśli ktoś, jak Holendrzy, nie przyjmuje tego do wiadomości, płaczą, bo nie rozumieją, dlaczego stracili bramki. Holendrzy, powszechnie lubiani, po pokonaniu Brazylii z większą pewnością siebie przystępują do finału, a tam zachowują się jak proste chłopy agresywne po piwie.

Nie tylko przegrywają, ale i tracą wiele sympatii zdobywanej latami. Hiszpanie – nudni, byli faworytami i wygrali.

90 procent gwiazd zawiodło. Diego Forlan, który zasłużenie zdobył Złotą Piłkę dla najlepszego zawodnika, kiedyś został wyrzucony z Manchesteru Utd. Nie nadawał się na Old Trafford. Nie zobaczyliśmy ani jednej nowinki taktycznej, więc trenerzy nie będą się mieli na czym wzorować. Do bani z takimi mistrzostwami.

I Bogu dzięki, łatwiej wrócić z Lechem do Baku i z Wisłą do Szawli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Drużyna jak rodzina

12 lip 2010

Na drugich mistrzostwach świata z rzędu wygrywają reprezentacje z Europy. Przed czterema laty całą czwórkę półfinalistów tworzyli Europejczycy. Teraz w tym gronie znalazł się Urugwaj, ale medale zostały na naszym kontynencie.

To informacja nie tylko na temat geograficzno-futbolowego podziału kuli ziemskiej. Piłka jest grą prostą, ale dochodzenie do sukcesów bywa skomplikowane. Mistrzowie świata Hiszpanie zbudowali reprezentację złożoną z zawodników występujących niemal wyłącznie w ich lidze krajowej.  Trener Niemców nie powołał do kadry ani jednego piłkarza spoza Bundesligi, więc też można mówić o szkole niemieckiej.

Holendrzy nie mogli przyjąć takiej zasady, ponieważ ich liga jest słabsza. Postawili więc na eksport, ale od lat wypuszczają w świat zawodników z celującymi wynikami na maturze. Holenderski piłkarz jest wszędzie tak samo chętnie zatrudniany jak holenderski trener.

To Europa wytyczała przez dziesięciolecia najważniejsze kierunki rozwoju futbolu, a Ameryka Południowa, przejmując wiele z taktycznych zasad, ulepszała je, doprawiając szczyptą techniki. Nie byłoby piłki bez europejskich schematów, ale i bez Pelego oraz Maradony kiedyś, a Kaki i Leo Messiego teraz. Futbol bardziej przecież kojarzy się z żonglerami z Copacabany niż z profesorami szkół trenerskich Europy.

Jedno z drugim musi jednak współdziałać i jeśli któryś z elementów zostanie zaniedbany, rezultatem jest porażka. Ameryka przegrała, bo trenerzy Argentyny i Brazylii, Diego Maradona i Carlos Dunga, zaufali grającym w Europie gwiazdom, często zmęczonym lub niezbyt ambitnym, zamiast zbudować zespoły. Nawet Messi – najlepszy piłkarz świata – nie wygra meczu sam. Hiszpanie zwyciężyli po brzydkim finale, ale zasłużenie. W ich wykonaniu piłka była grą zespołową.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kubek z Alcatraz

9 lip 2010

Jako żółtodziób z półrocznym stażem w tygodniku „Piłka Nożna” o akredytacji na mistrzostwa świata 1974 mogłem pomarzyć. Ale redakcja zapewniła mi miejsce na wycieczce, za którą zapłaciłem, zresztą niedużo. Za towarzyszy podróży wśród fajnych ludzi miałem również aktywistów SZSP i na pewno funkcjonariuszy nie tylko tej organizacji z całej Polski. Nie wszyscy byli zainteresowani piłką nożną. Niektórzy nigdy do Polski nie wrócili.

Kiedy w pierwszej minucie finału Johan Neeskens strzelił bramkę dla Holandii, wyłem z radości. Kiedy po dwóch golach Niemców kibice rozwinęli tysiące czarno-czerwono-złotych flag, posmutniałem, bo w dzieciństwie straszono mnie zdjęciami kanclerza Konrada Adenauera w krzyżackim płaszczu, a nas przed wyjazdem przestrzegano, że możemy się spotkać z wrogością i próbami przekonania nas do ideologii imperialistycznej. Ja spotkałem się wyłącznie z życzliwością. Z tamtych mistrzostw przywiozłem sobie T-shirt z napisem Adidas i coca-colę w litrowej szklanej butelce.

W roku 1986, na moich drugich mistrzostwach świata, w Meksyku czułem się jak w domu. Jako Polak byłem rodakiem papieża, a to otwierało wszystkie drzwi. I jeszcze do tego Diego Maradona z Jorge Valdano i Jorge Burruchagą pokonali Niemców w południowoamerykańskim stylu. Z Meksyku przywiozłem sombrero i gliniane figurki w azteckim stylu kupione pod piramidami Teotihuacan.

W roku 1994 (mundial w USA) w Pasadenie spełniło się moje  marzenie: zobaczyłem na własne oczy, jak mistrzostwo zdobywa Brazylia. Niestety karnymi, tak nie po brazylijsku. Nawet Włochów żal mi się zrobiło. Przywiozłem kubek z wycieczki do Alcatraz.  Z Francji (1998) mam zdjęcia z grobów Jima Morrisona i Fryderyka Chopina. Oprócz tego oryginalną kartkę ze składami na finał bez nazwiska Ronaldo.

Z Yokohamy (2002) zapamiętałem spaghetti z ośmiornicą, po którym nie mogłem domyć czarnych zębów. I błąd Olivera Kahna, w efekcie którego Ronaldo strzelił pierwszą bramkę. Teraz żal mi było niemieckiego bramkarza. Jednak nie tak jak Zinedine Zidane’a po finale w Berlinie (2006). Z Yokohamy mam samurajski miecz, z Lipska lampkę z kościoła Świętego Tomasza z napisem Bach.

W niedzielę usiądę przed telewizorem w takim samym podnieceniu jak w roku 1974, kiedy leciałem na mistrzostwa do Niemiec, pierwszy raz na Zachód, i to samolotem. Tyle że teraz wszystko mi jedno, kto wygra. No, prawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hotel Jubilat

8 lip 2010

Pierwsze nazwisko z wielkiego futbolowego świata, jakie, będąc dzieckiem, poznałem, to Ricardo Zamora, jeden z najlepszych bramkarzy.

Trofeum jego imienia do dziś otrzymuje po sezonie najlepszy bramkarz ligi hiszpańskiej. Kazimierz Wierzyński poświęcił mu wiersz, w którym Zamora jest „wsparty o szczyt Pirenejów” i „piękniejszy niż Don Juan”.

Hiszpania to dwa słynne mecze z Włochami podczas mundialu w roku 1934. W pierwszym piłkarze tak się kopali, że do drugiego hiszpański trener musiał wstawić siedmiu nowych zawodników (w tym zastępcę Zamory). Hiszpanie przegrali 0:1, ponieważ sędzia uznał bramkę dla Włochów ze spalonego. Italia Mussoliniego musiała zwyciężać.

W roku 1964, kiedy w finale mistrzostw Europy razem z Hiszpanią znalazł się Związek Radziecki, Telewizja Polska podjęła ryzykowną decyzję o transmisji meczu z Madrytu. Po ośmiu minutach było 1:1. Wtedy naszym bohaterem został Marcelino, który strzałem w 84. minucie (a bronił Lew Jaszyn) zapewnił Hiszpanii zwycięstwo.

Nigdy nie mogliśmy pojąć, jak kraj Realu i Barcelony nie może zbudować reprezentacji zdolnej do największych zwycięstw. To zmienia się dopiero teraz.

Vicente del Bosque był dobrym pomocnikiem, ale trafił na słabszy okres Realu. Przyjechał z nim w roku 1976 do Mielca na mecz pucharowy ze Stalą (Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak na boisku, 40 tys. ludzi na trybunach). W Mielcu był wtedy jeden hotel o nazwie Jubilat, w którym zatrzymywali się wszyscy przeciwnicy Stali. Charakteryzował się pokojami z piętrowymi łóżkami. Na takich spałem kiedyś z Kazimierzem Górskim („Stefanek, pan na górze”) i na tych samych odpoczywał del Bosque z Jose Antonio Camacho. A potem wbił Zygmuntowi Kukli bramkę i Real wygrał 2:1.

Czułem zawsze jakąś słabość do del Bosque za to, że był piłkarzem Realu, ma kontakt z zawodnikami, zawsze godnie zachowuje się na ławce i szanuje przeciwników. Moja sympatia wzrosła po meczu z Polską w Murcji. Kiedy na konferencji prasowej zadałem mu pytanie, jak na mundialu Hiszpania da sobie radę z presją, skoro wygrywa wszystko, jak chce, odpowiadając, patrzył mi prosto w twarz, jakby rozmawiał tylko ze mną. A odpowiedź brzmiała: „Oni muszą sobie z tym poradzić”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skórka pomarańczowa

7 lip 2010

Hiszpania i Holandia to dwie ostatnie wielkie kultury futbolowe, które w dorobku nie mają jeszcze Pucharu Świata. Holendrzy i Hiszpanie znaleźli się wśród założycieli FIFA, Carl Anton Wilhelm Hirschmann odegrał nawet w kilkuletnim procesie tworzenia tej organizacji główną rolę. Real i Barcelona powstały z grubsza w tym samym okresie co Ajax Amsterdam i Feyenoord Rotterdam. A Sparta Rotterdam jeszcze wcześniej, w tym samym roku, co Celtic Glasgow (1888).

O ile jednak Real i Barcelona stały się wkrótce symbolami wielkiego futbolu, o tyle kluby holenderskie poza swoim krajem były znane średnio. A i reprezentacja nie odnosiła sukcesów. Podobnie jak Polska zagrała w mistrzostwach świata w roku 1938, jednak na następny występ czekała do roku 1974.

Na początku lat 60. Holendrzy byli tak zdesperowani, że o pomoc w budowie swojego futbolu poprosili Polaka. Wybitny polski trener i teoretyk futbolu Ryszard Koncewicz otrzymał propozycję poprowadzenia reprezentacji Holandii. Ale ofertę odrzucił, bo nie chciało mu się ruszać z Warszawy. Powiedział, że dość się w życiu najeździł po tym, jak go wyrzucili z rodzinnego Lwowa. Wkrótce do Holandii wyjechał okrężną drogą bardzo zdolny skrzydłowy Janusz Kowalik z Cracovii.

Zrobił nawet pewną karierę w Sparcie Rotterdam. To było w czasach, w których atrakcyjność Holandii wzrosła, a angielski trener Ajaksu Vic Buckingham położył podwaliny pod futbol totalny. Wkrótce jego myśli rozwinął Rinus Michels i Ajax z Johanem Cruyffem stał się najlepszym klubem Europy początku lat 70. Po Michelsie zespół trenował Rumun Stefan Kovacs. Mistrza Europy z Feyenoordu uczynił Austriak Ernst Happel (później zespół prowadził Polak Antoni Brzeżańczyk).

Obydwa kluby stały się fundamentem budowy reprezentacji, która dwa razy z rzędu dochodziła do finału mistrzostw świata.

To wszystko przypominało trochę sytuację w ówczesnej Polsce. Legia i Górnik grały taką rolę jak Ajax i Feyenoord. My też mieliśmy swojego Michelsa – Kazimierza Górskiego, swojego Cruyffa – Kazimierza Deynę, a na mundialu w Niemczech zajęliśmy miejsce tuż za Holandią.

Po latach Włodzimierz Smolarek będzie zdobywał gole dla Feyenoordu i Utrechtu, a jego syn Ebi wraz z Tomaszem Rząsą pomoże Feyenoordowi wywalczyć Puchar UEFA. Andrzej Rudy zagra w Ajaksie. W drugą stronę ruchu nie było, bo Holendrów ciągnęło do Polski tak samo, jak ćwierć wieku wcześniej Koncewicza do Amsterdamu.

W latach 70. nasze mecze z Holendrami (pamiętne 4:1 w Chorzowie) elektryzowały świat, bo grała czołówka. Teraz oni grają w finale, a my zostaliśmy ze wspomnieniami. I nawet Leo Beenhakker nie pomógł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Balast wielkości

7 lip 2010

Niemcy przeżywają wielkie dni, ale jeden z nich, chociaż trzyma fason, do najszczęśliwszych nie należy. To Michael Ballack wspierający swoich kolegów z trybun stadionów. Wolałby grać. Grać jednak nie może, bo w meczu pucharowym Chelsea z Portsmouth Ghańczyk Kevin Prince Boateng w chamskim stylu omal nie połamał mu nóg.

Nie wiem, czy zdrowy 34-letni Ballack zdobyłby miejsce w reprezentacji, ale zapewne trener Joachim Loew miałby problem. Ballack jest ikoną niemieckiej kadry, był jej kapitanem, jednak jego potrzeba podkreślania swojej pozycji na każdym kroku stawała się przeszkodą. Ballack nie biega, nie podaje i nie myśli już tak szybko jak Mesut Oezil czy Sami Khedira. Jego nieobecność sprawiła, że Lukas Podolski nie musi się stresować (bo dał mu po twarzy), a i Bastian Schweinsteiger bez wyniosłego Ballacka obok stał się dużo lepszym piłkarzem.

Historia futbolu pełna jest zdarzeń, które miały być nieszczęściem a okazywały się dla drużyn i trenerów szczęśliwym zrządzeniem losu. Tak było w roku 1974 z polską reprezentacją. Po kontuzji Włodzimierza Lubańskiego jego miejsce zajął Andrzej Szarmach i stał się dla mundialu w Niemczech tym, kim jest dziś dla Hiszpanii David Villa.

Lubański był w tamtym okresie jedynym polskim piłkarzem, którego kojarzył świat. Deyna jeszcze nie miał takiej pozycji. Ale gra reprezentacji z Lubańskim na środku ataku była dość schematyczna i przewidywalna. Wiadomo było, że wcześniej czy później piłka trafi do niego. Wszyscy obrońcy to wiedzieli i jeśli Lubański swoim niewątpliwym mistrzostwem nie wywiódł ich w pole, to zdobycie gola było trudne. Szarmach wniósł do reprezentacji Górskiego nowy powiew, idealnie współpracował ze skrzydłowymi – Grzegorzem Latą i Robertem Gadochą, dzięki czemu polski atak stał się sensacją mundialu i wszyscy się na nim wzorowali.

Lubański został w domu, mistrzostwa oglądał w telewizji, ale miał w sobie tyle przyzwoitości, że zdobył się na wyznanie, które zrobiło furorę: ”Andrzej wkłada głowę tam, gdzie ja bałbym się włożyć nogę”.

Kontuzja superstrzelca Anglii Jimmy’ego Greavesa otworzyła drogę Geoffowi Hurstowi, który, też wcześniej mało znany, został bohaterem Wembley w roku 1966.

Luis Aragones nie zabrał na mistrzostwa Europy Raula, bo miał już Fernando Torresa, Davida Villę oraz Davida Silvę. I Hiszpania wygrała.

Moment, w którym gwiazda staje się dla wszystkich ciężarem, jest trudny do uchwycenia. Decyduje o tym trener, a czasami brutalny przeciwnik.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziadek, syn i wnuk

6 lip 2010

Ojciec Diega Forlana – Pablo – był obrońcą Penarolu Montevideo, z którym wywalczył Copa Libertadores, brazylijskiego FC Sao Paulo, i grał na mistrzostwach świata w roku 1974.

Dziadek nazywał się Juan Carlos Corazzo, w latach 30. był pomocnikiem Independiente Buenos Aires. Trenował później m.in. reprezentację Urugwaju (z zięciem Pablem Forlanem), z którą w roku 1967 zdobył Copa America, czyli mistrzostwo Ameryki Południowej. Zmarł, kiedy Diego miał siedem lat.

To nie jest tylko futbolowa historia jednej rodziny. To niekończąca się opowieść o piłce nożnej w Urugwaju, sięgającej korzeniami w wiek XIX. Derby Montevideo Penarol – Nacional rozgrywane są od 110 lat. Starsze od nich są tylko te między Celtikiem a Rangersami w Glasgow.

W roku 1901 Montevideo było miejscem pierwszego poza Wyspami Brytyjskimi meczu międzypaństwowego. Urugwaj zmierzył się z Argentyną, a ponieważ spotkania te stały się sąsiedzką tradycją, nagrodą dla zwycięzcy był puchar ufundowany przez barona herbacianego sir Thomasa Liptona.

Gdyby nie Urugwaj, historia mistrzostw świata wyglądałaby zapewne inaczej. Kiedy prezydent FIFA Jules Rimet szukał pod koniec lat 20. organizatora pierwszych mistrzostw, mógł wybierać między czterema krajami: Hiszpanią, Włochami, Węgrami i Urugwajem. Wybrał Urugwaj. Rząd tego kraju wybudował w ciągu roku stadion Centenario na 80 tys. miejsc.

Urugwajczycy mieli wtedy najlepszą drużynę na świecie. Na dwóch igrzyskach olimpijskich (1924 w Paryżu i 1928 w Amsterdamie) zdobywali złote medale. I właśnie mistrzowie olimpijscy zostali pierwszymi mistrzami świata, co się już później nie zdarzyło.

Po 20 latach Urugwajczycy dokonali niezwykłego wyczynu, który przeszedł do legendy: w finale MŚ 1950 na Maracanie w Rio pokonali Brazylię 2:1. Najlepszy piłkarz tego meczu Juan Alberto Schaffino został gwiazdą AC Milan.

Po latach furorę na boiskach Argentyny, Francji i Włoch robił inny Urugwajczyk Enzo Francescoli. Zinedine Zidane tak był nim zafascynowany, że imię Enzo nadał synowi.

Dziś Urugwaj, niemający nawet czterech milionów mieszkańców, gra o finał z Holandią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Boga nie ma

5 lip 2010

Jerzy Pilch się cieszy, bo przewidział na naszych łamach zwycięstwo Niemców. Wraz z nim, jak zdążyłem się zorientować, sporo Polaków.

Astor Piazzolla przewraca się w grobie, Evita płacze po Argentynie, a Argentyna ma problem. To już nie chodzi tylko o porażkę z Niemcami poniesioną w okolicznościach uwłaczających argentyńskiej godności. Chodzi o to, że wraz z piłkarzami przegrał bóg stojący na ich czele.

Kiedy Diego Maradona został trenerem reprezentacji Argentyny, niewielu jego rodakom zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza. Panowała raczej powszechna euforia wynikająca z prostego założenia, że skoro Maradona był geniuszem futbolu i został mistrzem świata, to powtórzy sukces jako trener. Tym bardziej że w drużynie ma najlepszego piłkarza świata Leo Messiego i paru innych artystów podziwianych od Patagonii po Kamczatkę.

Ale Argentyna w jeszcze boleśniejszy sposób niż Brazylia przekonała się, że sama obecność gwiazd i liczenie na błysk geniuszu nie wystarcza w takiej grze jak piłka nożna, zwłaszcza na mistrzostwach świata.

To nie przypadek, że nie ma już w turnieju Fabia Cannavaro, Wayne’a Rooneya, Didiera Drogby, Cristiano Ronaldo, Kaki, Robinho, Messiego, czyli spiżowych bohaterów reklam Nike i lokomotyw Adidasa. To są twarze futbolu, ale oni w pojedynkę meczów nie wygrywają. Musi być zgrany, nieskonfliktowany zespół i mądry trener. Argentyna okazała się grupą kolegów z podwórka, odpowiedników Paragona i Perełki, mających dobrego ojca Don Diego, który piłkarzem był lepszym niż Wacek Stefanek z powieści Adama Bahdaja, całuje każdego przed wyjściem na boisko, mówiąc: grajcie, jak umiecie najlepiej, ale o trenowaniu pojęcia nie ma.

Chłopcy grać potrafią, jednak trafili na lepszych od siebie, z niemieckiej szkółki pełnej trenerów, lekarzy, opiekunów. Nie żonglują piłką tak jak ci z Buenos Aires i Rosario, ale mają wszystko rozpisane, poukładane i wiedzą, jak sobie z takimi żonglerami dać radę. I kiedy okazało się, że Niemcy pierwsi strzelili bramkę, powstał problem, jakiego jeszcze na argentyńskiej ławce i w jej okolicach nie było. Ojciec załamał ręce, a wraz z nim cały naród. Bo to był bóg ojciec, jego ręka była boska (chociaż z Che Guevarą na bicepsie), myśli były boskie, tylko prawdziwy Pan Bóg nic o tym nie wiedział i nie przyszedł mu z pomocą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czapki z głów

3 lip 2010

To prawda, jestem wyznania brazylijskiego i się tej wiary nie wyrzeknę. Ale wojen religijnych z protestantami prowadził nie będę, bo mam szacunek dla pracy, jaką wykonali holenderscy piłkarze. To był mecz! Nikt z nas obecnych w studiu TVP, na wizji i poza nią, nie miał w przerwie żadnych wątpliwości, że druga połowa może być dla Holandii jeszcze gorsza. No, może z wyjątkiem Jacka Gmocha, ale on posiadł rzadką sztukę interpretacji samego siebie w taki sposób, aby jego było zawsze na wierzchu.

Brazylia robiła wszystko, jak trzeba. Wreszcie zaczęła grać z polotem, którego jej do tej pory brakowało, nie zapominając o koniecznej w takim turnieju dbałości o obronę. To było absolutnie wzorcowe i nawet myślałem sobie, że wspaniały Arjen Robben wcale nie jest tak dobry, jak się myśli, bo wystarczy kilku sprawnych obrońców, żeby wyeliminować jego lewą nogę, jak bardzo nie po polsku by to zabrzmiało. Brazylia panowała, Holandia straciła bramkę po pięknej akcji rywali i nie bardzo wiedziała, jak sobie dać radę z naporem.

Ale w drugiej połowie to Holendrzy nacisnęli, Robben z Wesleyem Sneijderem i Dirkiem Kuytem rozgrywali mecz życia i Brazylijczycy, czujący się już zwycięzcami, stracili rezon. Nie tylko zaczęli popełniać coraz więcej błędów w obronie, ale nie potrafili skonstruować takich akcji jak przed przerwą.

Jak to się skończyło – wszyscy wiedzą. W osobie Felipe Melo skumulowały się wszystkie ludzkie nastroje – najpierw wspaniałe podanie przy bramce Robinho, potem samobójczy gol, a na koniec czerwona kartka. To jest dramat.

W roku 1982, kiedy Brazylia grała z Włochami, traciła bramki po głupich błędach obrońców i bramkarza, aż przegrała 2:3, nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Teraz jest inaczej. Holandia dokonała wielkiej rzeczy. Kto zwycięża Brazylijczyków, jest mistrzem. Nawet jeśli nie zdobędzie Pucharu Świata. Czapki z głów.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Koniec historii

28 cze 2010

Dawniej sprawa była prosta, ponieważ nasze sportowe sympatie określała historia. Nie kibicowało się Niemcom za okupację i Ruskim za całokształt. Dotyczyło to zarówno piłki nożnej, jak boksu, kolarstwa i każdego innego sportu. Wiadomo, że w naszym imieniu Kazimierz Deyna strzelał gole Niemcom i Ruskim, Stanisław Królak naparzał ich pompką w tunelu Stadionu Dziesięciolecia, a Zbigniew Pietrzykowski trafiał w splot słoneczny na ringu.

Oczywiście przy starciu Niemców z Anglikami sympatie były po stronie Anglików, mimo że Winston Churchill nas oszukał, a niemieccy piłkarze miewali polskie nazwiska.

Gdy w finale mistrzostw świata Geoff Hurst strzelił tę bramkę, co to jej raczej nie było, uważaliśmy, że sędzia z ZSRR, uznając ją, dobrze zrobił.

Dziś te historyczne zaszłości zupełnie przestały mieć znaczenie. Pozostaje tylko czysta piłka – kibicujemy tym, którzy ładnie grają albo są mniejsi i biedniejsi. Tomasz Kuszczak powiedział w studiu telewizyjnym, że będzie kibicował Anglikom, ponieważ gra w Manchesterze United. W tej sytuacji, siedząc obok, nie miałem już sumienia powiedzieć, że ja raczej nie, bo dość już mam angielskiej pychy i futbolowego konserwatyzmu.

Maciej Szczęsny (syn w Arsenalu) nie miał takich oporów.

Kiedy Niemcy strzelili dwie bramki i mecz zrobił się dobry, a potem niewidomy sędzia z Urugwaju nie dostrzegł gola Franka Lamparda, sprawy trochę się skomplikowały. Anglików żałowałem, ich krzywda była ewidentna, ale tym meczem Niemcy zdobyli niejedno serce, bo grali pięknie. Moje też.

A co do historii: ich ojcowie urodzili się już po wojnie, zresztą nie wszyscy w Niemczech. Następny test dla kibicowskich dusz i sumień już w sobotę. Młodzi zdolni Niemcy przeciw artystom z Argentyny, których lubimy, bo nie dość, że pięknie grają, to jeszcze ich przodkowie nigdy żadnej krzywdy nam nie wyrządzili. No, może jedną: Gombrowicz u nich biedę klepał.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop