Posts Tagged „Lech”<

Do przerwy 1:0

18 lut 2011

Lech pokonał Sporting Braga po golu Rudnevsa. Wszystko rozstrzygnęło się w kilkanaście sekund. Rewanż za tydzień.

Sędzia słusznie nie odgwizdał faulu Jacka Kiełba z boku pola karnego Lecha, Portugalczycy na chwilę stanęli, nie zareagowali na wspaniałe podanie Siergieja Kriwca do Artjomsa Rudnevsa, który po kilkudziesięciometrowym biegu, zostawiając obrońców za plecami, strzelił bramkę dla mistrza Polski.

To wszystko stało się w 72. minucie meczu, który do tej pory się gospodarzom nie układał. Mówiło się, że Lech  może osiągnąć przewagę, bo częściej gra na śniegu i mrozie. Przypuszczenia się nie potwierdziły. To piłkarze Bragi dominowali od pierwszych minut.

Tylko jedna szansa

Byli szybsi, lepsi technicznie, sprawiali wrażenie, jakby ich było na boisku więcej niż 11. W dodatku wystawili aż trzech napastników. W 16. minucie strzał głową Alberta Meyonga bardzo dobrze obronił Krzysztof Kotorowski. Pięć minut później piłka po strzale Limy z rzutu wolnego przeleciała blisko słupka, na szczęście dla Lecha po zewnętrznej stronie.

Lech miał w pierwszej połowie tylko jedną szansę, ale po strzale Semira Stilicia z wolnego piłka trafiła w głowę obrońcy. Żadnej groźnej akcji gospodarze do przerwy nie przeprowadzili. Grający na prawej pomocy Jakub Wilk nie zastąpił Sławomira Peszki.

To szczęście

Trudno było się zorientować, że w ogóle jest na boisku. Bartosz Ślusarski po drugiej stronie  boiska także niczym nie zapisał się w pamięci. Jose Mari Bakero powiedział później, że w przerwie zdjął go z boiska i wprowadził Mateusza Możdżenia, żeby wzmocnić środek pola, opanowany przez Portugalczyków.

Faktem jest, że w drugiej połowie to Lech miał więcej szans – jeden strzał, po rzucie rożnym, i drugi, na pięć minut przed końcem, Stilicia, obydwa obronione przez bramkarza Artura, plus akcja bramkowa świadczyły o przewadze. Sporting szybko opadał z sił. Ale nawet wtedy trudno było mówić o jakiejś dominacji Lecha. To szczęście, że jedyna efektowna akcja zakończyła się sukcesem.

Jakkolwiek by było, Lech dokonał sztuki zdarzającej się raz na 20 lat. Polskie drużyny, które zostały w europejskich rozgrywkach po zimie, zmuszone do grania przed rozpoczęciem sezonu ligowego, zwykle ponosiły porażki. Ostatnie zwycięstwa o tej porze roku odnosiła Legia w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów, w roku 1991 (wyeliminowanie Sampdorii). Od tamtej pory żadnej drużynie się nie udało.

Poznań szaleje z radości, bo ma powód. Lech jest wizytówką miasta. Kibice portugalscy, oglądający wczoraj w południe trykające się na ratuszowej wieży poznańskie koziołki, byli zaskoczeni, że 12 uderzeń odliczały małe dzieci, ubrane w szaliki i czapeczki Lecha.

Fuszerka roku

Lech nie ma w Poznaniu konkurencji, więc kibice mogą chodzić bez ryzyka w niebiesko-białych barwach, a sprzedawcy umieszczać w witrynach sklepów proporczyki Lecha. Pięknie to wszystko z daleka wygląda. Z bliska znacznie gorzej.

Budowniczowie stadionu w Poznaniu są murowanymi kandydatami do nagrody „fuszerka roku”, specjaliści od boisk powinni zmienić zawód, a tutejsi organizatorzy imprez, ci z klubu i z zawiadującego stadionem POSiR, też powinni rozglądać się za jakimś innym zajęciem. Wczorajszy żart kibiców, którzy przebrali się na mecz w kamizelki stewardów (UEFA wytknęła w swoim raporcie m.in. to, że jest ich na stadionie za mało), był udany, ale zanosi się na to, że w sporze o Stadion Miejski to nie polska strona będzie się śmiała ostatnia.

Powiedzieli

Jose Mari Bakero, trener Lecha

Jest tak, jak chciałem. Wygraliśmy bez straty bramki, jestem zadowolony. Sporting był wymagającym przeciwnikiem, ale to do nas należała przewaga. Mieliśmy problem jedynie w pierwszych 15 minutach. Potem z każdą chwilą było lepiej. Nie interesują mnie statystyki, to, że dłużej byli przy piłce Portugalczycy, skoro nic z takiej pozornej przewagi nie wynika. Gdyby w ostatnich minutach Stilić lepiej strzelił, wygralibyśmy 2:0. Wspominam o tej sytuacji, ponieważ Braga tak dobrych nie miała. Nie zwyciężyliśmy szczęśliwie, tylko zasłużenie. Walczyliśmy o to, ani przez chwilę nie tracąc nadziei. Dla takiej widowni, dla tego stadionu chce się grać.

Domingos Paciencia, trener Sportingu

Kontrolowaliśmy mecz do chwili straty bramki. Jeden błąd zadecydował o przegranej, ale gdyby boisko i pogoda były lepsze, to pewnie wcześniej my strzelilibyśmy gola. Graliśmy dobrze, nie przejmuję się przegraną, bo jestem przekonany, że w rewanżu odrobimy tę stratę. Na razie mamy przerwę w meczu trwającą nie kwadrans, tylko tydzień. Jestem spokojny po tym, co widziałem. Do nas należała inicjatywa, dlatego w ostatnich 10 minutach straciliśmy siły i wtedy do głosu doszedł Lech. Na normalnym boisku w Bradze wykażemy swoją wyższość, choć przyznaję, że Lech to trudny przeciwnik.

Artjoms Rudnevs, napastnik Lecha

Jesteśmy szczęśliwi, bo to ważne zwycięstwo. Ja szczególnie, ponieważ znowu strzeliłem bramkę i czuję się coraz pewniej. Znakomicie rozumiem się z Siergiejem Kriwcem, mam wrażenie, że mogę zdobywać gole w każdym meczu. Marzy mi się kolejny, w starciu z Liverpoolem, ale wiemy, że do 1/8 finału jeszcze daleka droga.

Siergiej Kriwiec, pomocnik Lecha

1:0 to dobry wynik, ale w Bradze nie będziemy go bronić. Musimy strzelić tam bramkę, żeby nie patrzeć nerwowo na zegar. Na razie to Sporting ma problem.

Hugo Viana, piłkarz Sportingu

Dobry mecz na tragicznym boisku. W Bradze to my zwyciężymy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

We własnym domu

17 gru 2010

Koniec roku jest okazją do podsumowań. Tym razem jest to o tyle proste i przyjemne, że gołym okiem widać progres w infrastrukturze sportowej, a polskie kluby są coraz lepszym brandem. Wraz z nowymi stadionami wzrasta liczba eventów na nich, a zaproszenie Arsenalu na Łazienkowską okazało się celnym trafieniem w gusta targetu. Legia, Lech czy Wisła produkują coraz więcej contentów, czyli meczów na wysokim levelu, których dystrybucja między klientami prowadzi do przyjścia na trybuny frekwencji wyższej niż w latach poprzednich, kiedy trybuny świeciły absencją.

To nie bierze się z niczego. Szanujące się kluby posiadają całe sztaby absolwentów wyższych uczelni, dobrze wiedzących, że pracują w miejscu będącym takim samym modelem biznesowym jak na przykład telewizja czy browar, tyle że marketowanym w obszarze sportowym. Oni zdają sobie sprawę, że działalność klubu musi być transparentna, ponieważ jest codziennie monitorowana. Nie można więc sobie pozwolić na żaden case, który mógłby osłabić wizerunek w oczach media plannerów.

Deale, jakie zawierają kluby podczas lunchów i dinnerów, dotyczą zarówno transferów zawodników, jak i kibiców na stadionie. Wiadomo, że zachętą mogą być różnego rodzaju bonusy, ale przede wszystkim trzeba zapewnić odpowiednie warunki oglądania spektaklu. Już nie wystarczają sandwicze i hot-dogi w superbarach, klubowe shopy, merchandising i ekshibicje. Kibic będzie zawsze czekał na jakiś impact. Na boisku mają go zapewnić kupione za ciężkie pieniądze aktywa, a na trybunach dobrze zorganizowany klub.

Szczególną rolę grają stewardzi, zastępujący kwadratowych ochroniarzy bez szyi. Te czasy już minęły i dobrze, że kluby zdają sobie z tego sprawę. Jako obywatele Europy będziemy organizować czempionat kontynentu i pora zapomnieć o drewnianych ławkach, porządkowych z opaskami na rękawach, skórzanej piłce, bawełnianych koszulkach i lodach na patyku. Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Kocham cię, Polsko!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wypełnij chociaż kupon

28 lis 2010

Oglądanie lig zagranicznych w Canal+ na ogół powoduje stresy. Jest się od kogo uczyć i czego zazdrościć. Coś się jednak zmienia. Jutro do Poznania przylecą piłkarze Juventusu i trochę się zdziwią, kiedy zobaczą stadion. Większy i ładniejszy od ich Stadionu Olimpijskiego w Turynie. W Polsce już nie dojdzie do wstydliwych sytuacji, w jakich znalazła się przed 15 laty Legia, a niedawno Wisła. Mecze Legii w Lidze Mistrzów na przestarzałej Łazienkowskiej stanęły pod dużym znakiem zapytania, a spotkanie Wisły z Lazio trzeba było przełożyć. Dziś meczów nie zatrzyma nawet pierwszy śnieg.

Z poziomem gry na Zachodzie też różnie bywa. Oglądając sobotni mecz Manchesteru United z Blackburn 7:1 w najlepszej lidze świata można się było wyleczyć z kompleksów. Tak niemądrze jak obrońcy Blackburn w Polsce grają chyba tylko uczestnicy turniejów o Puchar Coca Coli i Tymbarku.

Mając przeciw sobie MU z Dymitarem Berbatowem, piłkarze Blackburn bardzo szybko stracili wiarę. A Lech nie przestraszył się Manchesteru City i w Poznaniu go pokonał.

Niby hasła o ambitnej grze do końca do banał, ale przecież w każdej kolejce ligowej się przekonujemy, że nie wszyscy rozumieją, ile to znaczy. Cracovia w tej kolejce zrozumiała. Przegrywała z Bełchatowem 0:2 do 86. minuty, a zwyciężyła 3:2. Nie tylko dlatego, że miała szczęście. Przede wszystkim dążyła do zwycięstwa. Legia, grając przez całą jesień nierówno, a czasami słabo, jest w czołówce. Zdarza się, że gole wbijają za nią jej przeciwnicy. Ale Legia walczy, zmusza do błędów, większość ważnych bramek zdobywa w ostatnich minutach.

Przypomina się stary dowcip o pretensjach człowieka do Pana Boga za brak szczęścia w totalizatorze. I odpowiedział Pan: daj mi szansę, wypełnij chociaż kupon.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podróże bez uśmiechu

21 lis 2010

W środę Franciszek Smuda prowadził Polaków w Poznaniu, w piątek obejrzał mecz Legia – Arka w Warszawie, w sobotę poleciał do Sochaux zobaczyć, jak z rywalami z Lorient radzi sobie kandydat na środek obrony kadry Damien Perquis. Wrócił i prosto z lotniska udał się na spotkanie Wisły z Zagłębiem Lubin.

Z kręgów zaprzyjaźnionych z trenerem słychać, że różni się on tym od swoich poprzedników, bo jeden z nich, zamiast oglądać mecze, patrzył, jak mu tulipany rosną, drugi biegał z fuzją po lesie, a trzeci doglądał koni na Służewcu. Aluzje do Leo Beenhakkera, Pawła Janasa i Jerzego Engela są o tyle nie na miejscu, że każdy z nich grał z reprezentacją na mistrzostwach świata lub Europy, a Smuda jeszcze nie.

Jednak jego praca jest być może trudniejsza od tej, jaką mieli oni. Ja też oglądam sporo meczów ligowych, ale wielu kandydatów do reprezentacji nie widzę. Faworyci grają słabo i nierówno. Nowych gwiazd nie widzimy, może z wyjątkiem Adriana Mierzejewskiego, najlepszego Polaka w lidze.

Pierwsze miejsce Jagiellonii to niespodzianka, jedyny promyk nadziei, ale niestety żaden zawodnik tej drużyny w zwycięskim meczu Polski z WKS nie wystąpił (Kamil Grosicki był rezerwowym). Grają za to w reprezentacjach Litwy i Czarnogóry.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione
intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozmowy w przerwie

24 paź 2010

Trzy pierwsze drużyny w tabeli przegrały swoje mecze, tracąc po cztery bramki (Jagiellonia i Korona) lub nawet pięć (Lechia). Wisła i Legia wysoko wygrały i gdyby jeszcze obudził się Lech, można by mówić o powrocie do normalności polegającej na dominacji tych trzech klubów. Ale jeszcze za wcześnie, by napisać, że Legia i Wisła wyszły z kryzysu. Jeśli w następnych spotkaniach będą równie skuteczne jak w tej kolejce, to może się nad tym zastanowię.

Z Lechem jest inny problem, bo jak wytłumaczyć to, że drużyna najlepsza w poprzednim sezonie, z tym samym trenerem, praktycznie bez jednego tylko zawodnika, ale z innymi, równoważącymi tę stratę, zajmuje trzecie miejsce od końca. A jednocześnie remisuje na stadionie Juventusu i nawiązuje przez długie minuty równorzędną grę z Manchesterem City. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Nie bardzo mogę też uwierzyć, że Korona, Lechia, Bełchatów czy Widzew, robiące dziś bardzo dobre wrażenie, są w stanie utrzymać wysoki poziom przez cały sezon. Więcej wiary pokładam w Jagiellonii, nawet mimo jej porażki w Łodzi.

Jeśli nie dojdzie do jakiegoś wstrząsu w Cracovii, jej szanse na pozostanie w ekstraklasie spadną do zera jeszcze w tym roku. Na początku rundy Cracovia też przegrywała, ale przynajmniej grała ładnie, z jakąś myślą i można było mieć nadzieję, że kiedyś zacznie zwyciężać. Dziś nic z tych nadziei nie zostało.

Konwiktorska jest innego rodzaju salonem dla stołecznych kibiców niż Łazienkowska. I bardzo dobrze, bo każdy może sobie wybrać stadion, jaki chce. W przerwie meczu Polonii z Cracovią kibice mogli posłuchać kulturalnych i rzadkich na stadionach rozmów pisarza Domana Nowakowskiego z aktorem Dominikiem Bąkiem, w trakcie których panowie zapraszali przy okazji na nowy film. To przeciwwaga dla spazmatycznych i szowinistycznych często okrzyków spikerów na wielu polskich stadionach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Błotem po oczach

20 paź 2010

Według powszechnej opinii Lech nie ma w Manchesterze szans, ale historia tego braku optymizmu nie wspiera bezdyskusyjnie.

Przed siedmioma laty na ścięcie leciał tam Groclin. Drużyna znikąd. A tu nowy stadion ze szkła i aluminium, 45 tysięcy ludzi, David Seaman w bramce, Robbie Fowler i Nicolas Anelka w ataku, na ławce trener Kevin Keegan. Ale Sebastianowi Mili wyszedł strzał życia z wolnego i Groclin zremisował 1:1.

Przed rewanżem Anglicy byli zadowoleni, że mogą potrenować na kameralnym stadionie, ale pytali, gdzie jest ten, na którym mają grać. A to był ten sam stadion. Mecz zakończył się remisem 0:0 i górą byli Polacy.

Oczywiście należałoby zacząć od tego, że Górnik Zabrze spotkał się z Manchesterem City w finale rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów w roku 1970 (przegrał 1:2). Widzew też z nim walczył.

Raz byliśmy na wozie, raz pod, ale nigdy nas MC nie rozjechał. W dodatku zabrzanie na przykładzie City przekonali się, na czym polega angielska fair play. Zwłaszcza bramkarz Hubert Kostka i obrońcy, którym przy kornerach Anglicy rzucali błotem w oczy.

Dziś to już inne czasy, nawet o błoto na boisku trudno. Nie zmienia się tylko jedno. Kiedy mówi się „Manchester”, każdy sympatyk piłki widzi coś innego. Jedni United, Bobby Charltona, George’a Besta, Matta Busby’ego, Aleksa Fergusona i katastrofę pod Monachium. Drudzy Mike’a Summerbee, Colina Bella, Francisa Lee i stary stadion Maine Road. Dla jednych United to grube karki, zbierani po świecie wyniośli bogacze, niewarci szacunku. Nie to co City, Citizens, czyli Obywatele, rodowici mieszkańcy, co zresztą też już dziś nie jest prawdą. Najlepszy w swoim czasie piłkarz Europy Szkot Denis Law bronił barw obydwu klubów. W swoim ostatnim meczu w karierze, w roku 1974, strzelił dla City bramkę, która zadecydowała o spadku United z ligi. Złapał się za głowę, chodził wokół boiska i nie wiedział, co ze sobą zrobić.

Kazimierz Deyna nie miał takich wątpliwości. Posadzony w City na ławce rezerwowych, mówił wprost: – Oni nie rozumieją, na czym polega piłka nożna.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ambicja biedniejszych

27 wrz 2010

Maciej Skorża nazwał spotkanie Legii z Lechem „pojedynkiem na szczycie” i dopiero po chwili zreflektował się, że pozycja obydwu klubów w tabeli takiego określenia nie uzasadnia. Dzisiaj szczyt to Jagiellonia, Korona, Górnik Zabrze, Bełchatów, coraz wyżej pną się Lechia i Widzew. Jak to się ma do prognoz ekspertów, mówiących od kilku sezonów, że faworyci rozgrywek to Lech, Legia i Wisła? Kto ma więcej pieniędzy i lepsze podstawy organizacyjne jak nie te trzy kluby?

Na razie wszystkie trzy w ogóle z tych przewag nie korzystają. Wisła jest dziś drużyną całkiem nową, w Legii gra kolejny nabór piłkarzy, którym aż do meczu z Lechem wydawało się, że przed koszulką tego klubu przeciwnicy będą padać na kolana, więc nie warto się wysilać.

Niedawno okazało się, że Maciej Iwański z Legii i Sławomir Peszko z Lecha, po meczu kadry z Australią balowali w najlepsze, więc w piątkowy wieczór pojawiły się głosy, że gdyby Peszko nie pił, na pewno wykorzystałby stuprocentową sytuację dla swojej drużyny.

Małe trzęsienie ziemi w Legii, w połączeniu z charakterystyczną dla tej drużyny mobilizacją w ważnych momentach, sprawiło, że mecz z Lechem oglądało się z przyjemnością, a wspomniane na wstępie określenia Macieja Skorży można było w ten wieczór uznać za uzasadnione. Tyle że co innego emocje, a co innego poziom. Mistrz Polski przyjeżdża do stolicy, szybko zdobywa prowadzenie, ma jeszcze dwie stuprocentowe okazje, ale nie wykorzystuje żadnej. Traci gola po jedynej groźnej akcji legionistów w pierwszej połowie, a w drugiej przestaje panować nad sytuacją, chociaż ma przewagę jednego zawodnika. I zespół, który zdołał zremisować z Juventusem na jego boisku, przegrywa ze znajdującą się w kryzysie Legią. Artjoms Rudnevs, zdobywca trzech goli w Turynie, w Warszawie nie oddaje ani jednego groźnego strzału, bo obrońcy Legii, o których nie da się powiedzieć wiele dobrego, skutecznie wybili mu piłkę z głowy.

Na szczycie ligi są dziś drużyny, składające się z piłkarzy nie zawsze lepszych od gwiazd Lecha, Wisły czy Legii, ale na pewno ambitniejszych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Domy spokojnej starości

23 sie 2010

Euzebiusz Smolarek i Marcin Żewłakow znowu zdobyli bramki dla swoich klubów, a Maciej Żurawski był jednym z najlepszych w meczu Wisły z Widzewem.

Tomasz Frankowski niezmiennie króluje w Jagiellonii, Andrzejowi Niedzielanowi nie robi różnicy, dla kogo strzela bramki, bo umie to robić. Zdrowy Bartosz Bosacki jest niezastąpiony na środku obrony Lecha. Radosław Sobolewski pozostaje wzorem defensywnego pomocnika. Dziesięć lat po zdobyciu w barwach Polonii tytułu mistrza Polski Mateusz Bartczak na swoim niegdyś stadionie strzela dla Zagłębia Lubin jedną z najładniejszych bramek trzeciej kolejki.

Wszyscy przekroczyli „trzydziestkę”, a Smolarek się do niej zbliża. Odwieczny dylemat trenerów: trzymać starszych, zasłużonych zawodników, czy odmładzać drużynę, jest nierozwiązywalny. Jedni twierdzą, że starzy zajmują miejsca młodym i czasami ich demoralizują, gdy już na niczym im nie zależy. Inni są zdania, że gdyby nie starsi i doświadczeni zawodnicy, młodzi nie mieliby się od kogo uczyć, bo trener nie zawsze jest autorytetem.

Fakt. Nauczycielem Włodzimierza Lubańskiego i Zygfryda Szołtysika był Ernest Pohl, dzisiejszy patron stadionu Górnika w Zabrzu. Może nie idealny wzór moralny, bo za kołnierz to on nie wylewał. Ale jak grał! A Lubański i Szołtysik przejęli od niego zalety z boiska, a nie z knajpy. Kazimierza Deynę w Legii uczyli inni wielcy piłkarze i wyjątkowe osobowości: Lucjan Brychczy, Jacek Gmoch i Bernard Blaut. Oni z kolei nie pili prawie w ogóle, a Deyna zaczął dopiero u schyłku kariery. W piłkę grał za to lepiej niż ktokolwiek inny w Polsce.

Trenerem Bełchatowa jest debiutujący w ekstraklasie 33-letni Maciej Bartoszek, nieznany szerzej jako piłkarz i szkoleniowiec. Usiadł na miejscu zajmowanym ostatnio przez asów zawodu: Oresta Lenczyka, Pawła Janasa czy Rafała Ulatowskiego. Wcześniej prowadził zespół Bełchatowa w Młodej Ekstraklasie, teraz, kiedy z klubu odeszło 12 zawodników, Bartoszka wsadzono na minę i okazało się, że po trzech kolejkach skazywany na porażki zespół z nieznanym trenerem i piłkarzami słabszymi niż w poprzednim sezonie, wyprzedza w tabeli wszystkich z wyjątkiem Polonii. A Marcin Żewłakow, starszy od Bartoszka, mający w dorobku doświadczenia z ligi polskiej, belgijskiej, francuskiej i cypryjskiej, ma w tych sukcesach Bełchatowa duży udział.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Test na cierpliwość

16 sie 2010

Wyniki 3:0 nie są niczym nadzwyczajnym, ale w meczach Polonii z Legią zdarzają się raz na dziesięć lat. Stało się więc coś nieoczekiwanego.

Mecz dwóch drużyn, uważanych po wakacyjnych zakupach piłkarzy za głównych faworytów rozgrywek, miał nieoczekiwany przebieg. W pierwszej połowie kibice zastanawiali się, kto (zwłaszcza w Legii) wydał lekką ręką około dwóch i pół miliona euro na zawodników, którzy niczym się nie wyróżniają. W drugiej stres kibiców Legii, jej piłkarzy i trenerów jeszcze się pogłębił, bo z każdą kolejną bramką Polonii legioniści, zamiast brać się do odrabiania strat, chowali się głębiej do mysiej dziury. Czegoś takiego trudno się było spodziewać.

Rozeźlony kibic Legii z kręgów prasowych powiedział, że to i tak postęp, bo w meczu z Arsenalem legioniści stracili sześć bramek, a na Konwiktorskiej tylko trzy. I że z taką linią defensywy można zapomnieć o zwycięstwach, bo obrońcy zawsze więcej stracą, niż ich koledzy z przodu zdobędą.

Nie odważyłbym się po jednym meczu ligowym, nawet najbardziej nieudanym, odbierać Legii szans, jakie dawało się jej kilkanaście dni wcześniej. Ale po prawdzie też byłem zaskoczony jej niemocą. Myślałem, że w klubie wiedzą, na kogo wydają pieniądze, i po czterech sparingach z ligowcami francuskimi, a potem z Arsenalem, można ustawić drużynę tak, żeby nie dała sobie wbić trzech bramek w pół godziny. A jeśli już, to że sama też gola strzeli. A tu nic.

To jeszcze nie jest powód do bicia na alarm, może tylko test na cierpliwość. Jest piękny stadion, na Łazienkowską wraca doping, a tu sezon trzeba zaczynać z ostatniego miejsca. Do dzisiejszego, zaległego spotkania z Cracovią drużyna będzie wychodziła na miękkich nogach i jeśli nie wygra, to zrobi się niemiło.

Polonia po dwóch zwycięstwach jest liderem, czyli zajmuje pozycję, jakiej od niej oczekiwano. Położenie obydwu stołecznych drużyn pokazuje, jak zmieniła się liga. Legia długo liczyła się w walce o mistrzostwo, a Polonia broniła się przed spadkiem. Poważny problem ma też Lech. Mistrz Polski rozpoczął sezon wcześniej niż inni, a mimo to nie może złapać właściwego rytmu, więc na czwartkowy mecz o Ligę Europejską z Dnipro Dniepropietrowsk będzie jechał w kiepskich nastrojach. Po remisie z Widzewem Lech zremisował w Poznaniu z Arką. Trener zespołu z Gdyni Dariusz Pasieka, absolwent szkoły trenerskiej w Kolonii, nie miał na zakupy piłkarzy tylu pieniędzy co Legia, Polonia, Lech i Wisła, więc wziął za darmo takich, którzy zwrócili jego uwagę i chciało im się przyjechać do egzotycznej polskiej ligi. Holendra z Tillburga, Kongijczyka z Liechtensteinu, Chorwata z Ukrainy. W porównaniu z gwiazdami Lecha to są piłkarze anonimowi. I tacy wywieźli ze stadionu mistrza Polski jeden punkt.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tym razem bez komisji

17 maj 2010

Ostatnia kolejka przypominała etap kończący Tour de France na Polach Elizejskich. Wszystko rozstrzygnęło się wcześniej i większość drużyn tylko pilnowała swoich pozycji. Z wyjątkiem trzech ostatnich, broniących się przed spadkiem.

O Wiśle jej kibice mówią, że powinna otrzymać nagrodę dla drużyny, która straciła tytuł w najbardziej frajerski sposób. Lech natomiast perfekcyjnie wykorzystał okazję. Nie mógł nie wygrać w decydującym meczu, przed swoją publicznością, na nowym, budującym się wciąż stadionie.

W przeszłości w takich sytuacjach zazwyczaj zwyciężał faworyt, chociaż okoliczności niektórych zwycięstw (Legii, Widzewa) wzbudzały wątpliwości co do fair play. Bywało tak, że piłkarze kończyli rozgrywki, a pracę zaczynały komisje ustalające kolejność w tabeli. Teraz takiego zagrożenia nie ma.

Lech wykorzystał swoje szanse, a Wisła i Legia je straciły. Zespół z Poznania poza początkiem sezonu (zaczynał wówczas pracę trener Jacek Zieliński) grał cały czas na wysokim, równym poziomie, a Wisła i Legia nie. Ruch, najuboższy w tym gronie (chociaż notowany na giełdzie), osiągnął więcej, niż się spodziewano, co jest zasługą przede wszystkim trenera Waldemara Fornalika. Przed rokiem zdobył Puchar Polski, teraz trzecie miejsce.

Zimowe wzmocnienia w Wodzisławiu nie uratowały Odry, chociaż walczyła dzielnie. To akurat można powiedzieć o wszystkich zespołach z dolnej części tabeli, które, bez wyjątku, odbierały punkty faworytom.

Lech się w lidze wyróżniał, myślimy więc znowu z nadzieją, że może ten mistrz Polski zagra wreszcie w Lidze Mistrzów, bo jego poziom sportowy i atmosfera wokół piłki w Poznaniu dają takie nadzieje. Mamy je niezmiennie od 14 lat, niezależnie od tego, czy mistrz jest z Warszawy, Krakowa czy innych miast. Może z Poznania do Europy będzie najbliżej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop