Mieć swój rozum

03 kwi 2012

Transparent z przekreślonym sierpem i młotem oraz napisem „Precz z komuną” stał się przebojem ostatniej kolejki ligowej.

Pewnie wisiałby sobie na trybunie Kamiennej stadionu Polonii, nie wzbudzając większych emocji, gdyby nie apel spikera o jego usunięcie. Spiker by się nie odezwał, gdyby mu nie kazano. Kazał mu kierownik bezpieczeństwa stadionu na wniosek delegata PZPN. On z kolei kierował się regulaminem związkowym, który mówi, że na trybunach nie wolno eksponować w formie flag, transparentów itp. niczego, co nie jest związane z meczem. Gdyby więc delegat zobaczył transparent o treści „Precz z faszyzmem”, powinien zareagować tak samo.

Ciąg dalszy wydarzeń, z bezsensowną ingerencją służb porządkowych, które zagazowały trybunę, to już tylko konsekwencja wcześniejszych błędnych decyzji. Te incydenty, choć bulwersujące, może nie odbiłyby się echem, gdyby nie osoba delegata PZPN. Okazało się, że jest to 65-letni absolwent Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, były działacz partyjny na wysokim stanowisku w Słupsku. Czy gdyby delegat był działaczem „Solidarności”, to udawałby, że transparentu nie ma?

Ta sytuacja rozpoczęła dyskusję na dwa tematy: kim są delegaci PZPN i czy stadiony przestały być ostatnim bastionem wolności. Z delegatami sprawa dość prosta. Są to zwykle doświadczeni działacze piłkarscy, wywodzący się z klubów, okręgów lub samej centrali. Skoro są doświadczeni, to nie mogą być młodzi. I wielu z nich ma za sobą działalność partyjną. Najważniejsze jest to, aby w tym co robią, byli uczciwi.

Stadiony były oazą wolności wtedy, kiedy o wolność walczyło się w stoczniach, kopalniach i na ulicach, a wspólnym wrogiem była komunistyczna władza. Wtedy Lechia Gdańsk, klub „Solidarności”, Lecha Wałęsy i przyszłych premierów miał kibiców w całej Polsce. Na jej stadionie skandowaliśmy słowo „Solidarność” i układaliśmy palce w literę V. Kiedy w kraju trwał stan wojenny, a Polska grała na mundialu w Hiszpanii ze Związkiem Radzieckim, widok przyniesionych na trybuny transparentów „Solidarności” przyjmowaliśmy przed telewizorami z entuzjazmem.

Ale dziś Polska jest wolna, komuny też już nie ma i tego rodzaju demonstracje, akurat na stadionie, tracą sens. Andrzej Bińkowski, szef Wydziału Bezpieczeństwa PZPN był delegatem na meczu Legia – Polonia. Widział ten sam transparent, zwrócił na niego uwagę kierownikowi bezpieczeństwa na Łazienkowskiej, a ten zgodnie z procedurą poprosił kibiców Polonii o schowanie transparentu. Oni, zgodnie ze swoimi zasadami, prośbę odrzucili. I nic się nie stało. Bińkowski opisał zdarzenie, co skończy się karą dla klubu. Bo, jak powiedział – przepisy przepisami, ale każdy z nas ma swój rozum.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O Jutrzence i Turystach

01 kwi 2012

85 lat temu, 3 kwietnia 1927 roku, rozegrano w Polsce pierwsze mecze ligowe.

Miałem nadzieję, że z okazji jubileuszu Ekstraklasa SA zobowiąże kluby do umieszczenia na koszulkach stosownego napisu, spikerzy na stadionach coś powiedzą, a obradujący w ubiegłym tygodniu zarząd PZPN wyda jakiś komunikat. Tak się nie stało i specjalnie mnie to nie dziwi. Nazwisko nowego prezesa Ekstraklasy SA nic mi nie mówi i nawet go nie pamiętam. A działacze PZPN koncentrowali się na odsunięciu lub utrzymaniu u władzy prezesa.

Liga Polska powstała z inicjatywy klubów, które zaczęły wpadać w długi i przestała im się podobać polityka PZPN. A ponieważ prezes związku dr Edward Cetnarowski pełnił jednocześnie funkcję prezesa Cracovii, ona idei ligi nie poparła. To wszystko działo się po przewrocie majowym, rola wojska wzrosła i nic dziwnego, że na czele Ligi stanął generał Roman Górecki, prezes Legii, zastępca szefa Administracji Armii, zarazem prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

W pierwszych rozgrywkach wzięło udział 14 drużyn. W niedzielę, 3 kwietnia 1927 roku, padły następujące wyniki: Warszawianka – Legia 4:1, 1.FC Katowice – Ruch Wielkie Hajduki 7:0, Jutrzenka Kraków – Wisła Kraków 0:4, Hasmonea Lwów – Pogoń Lwów 1:7, Toruński KS – Polonia Warszawa 4:3, ŁKS – Turyści Łódź 2:0, Czarni Lwów – Warta Poznań 3:0.

Warszawianka nie ma dziś sekcji piłkarskiej. FC Katowice był klubem mniejszości niemieckiej na Śląsku. Został reaktywowany w roku 2007, identyfikują się z nim m.in. członkowie Ruchu Autonomii Śląska. Jutrzenka i Hasmonea były klubami żydowskimi. Wojna zakończyła działalność Pogoni i Czarnych. Pogoń odrodziła się w roku 2009, w tym samym mieście, ale w innym kraju. Nie ma śladu po Toruńskim KS i Turystach.

W pierwszym sezonie Pogoń pokonała we Lwowie Legię 11:2 i to jest do dziś najwyższa porażka legionistów. W meczu z Wisłą w poczuciu krzywdy wyrządzanej przez sędziego, drużyna Katowic zeszła z boiska. Miała realne szanse na tytuł mistrza Polski, co psułoby wizerunek nowych rozgrywek. Prawdopodobnie więc mecz został przez arbitra z Łodzi „wydrukowany” na korzyść Wisły, która została pierwszym zwycięzcą ligi. Z tego wniosek, że w polskim futbolu wszystko już było.

Dzięki nowym rozgrywkom zwiększyła się frekwencja i poprawiła sytuacja materialna klubów. Cracovia przeprosiła się z ligą już po roku, zasłużonego dla polskiej piłki Edwarda Cetnarowskiego zastąpił w PZPN generał Władysław Bończa-Uzdowski, a siedzibę PZPN przeniesiono z Krakowa do Warszawy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Słabość pieniędzy

29 mar 2012

Czy można być właścicielem klubu piłkarskiego, mając mgliste pojęcie o futbolu? Twierdząco na to pytanie swoimi decyzjami odpowiada Józef Wojciechowski

Inwestuje w Polonię swoje prywatne pieniądze, więc nie powinno nas obchodzić, w jaki sposób je traci. Ale to, co robi, nie służy ani Polonii, ani piłce w ogóle.

Częste zmiany trenerów nie zapobiegają porażkom, a raczej je pomnażają. Jedne z najwyższych pensji w Polsce, jakie mają piłkarze Polonii, są demoralizujące, a powierzenie funkcji trenera Czesławowi Michniewiczowi, którego telefoniczne kontakty z „Fryzjerem” były nazbyt intensywne, pogorszy wizerunek i klubu, i właściciela.

Wojciechowski chciałby w futbolu osiągać sukcesy podobne do tych, jakie ma na koncie w branży budowlanej, ale wybrał złą drogę. Zatrudniał trenerów, dyrektorów sportowych i doradców o znanych nazwiskach, pokazując, że może mieć każdego, bo go na to stać. Ale w bardzo wielu przypadkach za tymi nazwiskami była pustka. Kiedy Polonia przegrywała, zatrudniał następnych. A ci proponowali swoich, których łatwowierny właściciel akceptował, ufając ludziom ponad miarę.

Nie było ciągłości ani szkolenia, ani organizacji pracy klubu. Dyrektorzy zmieniali się niewiele rzadziej niż trenerzy. Niektórzy odchodzili z własnej woli.

Tak nie postępował ani Mariusz Walter w Legii, ani Bogusław Cupiał w Wiśle, ani Jacek Rutkowski w Lechu.

Te kluby odnoszą w ostatnich latach największe sukcesy.

Może mieli więcej cierpliwości, może szczęścia, a może zdawali sobie sprawę, że w futbolu im mniej rewolucji, tym lepiej.

W przypadku Józefa Wojciechowskiego pieniądze to nie siła, lecz słabość. Nie dają ani szczęścia, ani sukcesów. Wprost przeciwnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trybuna zajęta sobą

17 mar 2012

Legia nie straciła bramki w piątym meczu z kolei, ale też sama jej nie strzeliła.

Mecz nie stał na wysokim poziomie. Obyło się bez złośliwych fauli, piłkarze obydwu drużyn mieli dla siebie więcej szacunku niż ich kibice.

Apel prezesów Legii i Polonii, trenerów i kapitanów o wzajemny szacunek nie dotarł do wszystkich, być może dlatego, że niektórzy kibice robią wrażenie niepiśmiennych. Mój „ekumeniczny” z natury tekst zapowiadający wielki mecz dwóch klubów wyjątkowo zasłużonych dla Warszawy i Polski, ostatecznie ugruntował moją pozycję naiwnego, niedzisiejszego dziennikarza, który nic nie rozumie. Dano mi to wyraźnie do zrozumienia z okolic Łazienkowskiej, i Konwiktorskiej.

Podczas meczu przez półtorej godziny słychać było jeden wielki bluzg. Pan Zdzisław Sosnowski, ostatni żyjący zawodnik mistrzowskiej drużyny Polonii z roku 1946 (ale grał też dla Legii), najpierw dobierał słowa, aby wyrazić swój zachwyt nad stadionem a potem powiedział to, czego wiele osób, z niektórymi piłkarzami Legii włącznie, nie ma odwagi powiedzieć: – Ta trybuna za bramką wcale nie dopinguje Legii. Co z tego, że kibice żyją przez 90 minut, skoro są zajęci wyłącznie sobą?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bernabeu nie dojechał

11 mar 2012

W sobotę pożegnaliśmy Włodzimierza Smolarka. Wszystko inne było tym razem mniej ważne. Legia, w barwach której debiutował w lidze, nie przygotowała nawet czarnych opasek dla swoich piłkarzy na mecz z Podbeskidziem.

Kiedy Kancelaria Prezydenta RP zwróciła się do PZPN z prośbą o informacje o zmarłym piłkarzu, potrzebne do wniosku o nadanie pośmiertnego odznaczenia, okazało się, że związek nie ma bazy danych o reprezentantach Polski. Mało kto w klubach i PZPN dba o takie rzeczy. Kogo obchodzi przeszłość, kiedy liczy się wynik.

Mam wrażenie, że jedyną metodą na poprawę wyników jest w klubach ekstraklasy zmiana trenera. Kiedy dowiaduję się o zamianie Dariusza Pasieki na Tomasza Kafarskiego, utwierdza mnie to w przekonaniu, że w Cracovii przydałyby się głębsze zmiany. Jeśli w ostatnich sześciu latach zespół ten prowadziło siedmiu trenerów i niemal każdy bronił się przed spadkiem, to być może przyczyna słabości jest gdzie indziej.

Gdy w PRL prezesami klubów byli funkcjonariusze partyjni, marzyliśmy o naszym Santiago Bernabeu. Nowe czasy przyszły, ale niestety Bernabeu nie dojechał. Dawniej decydowali ludzie z legitymacjami partyjnymi, a teraz z pieniędzmi. Polski futbol przy jednych i drugich ma się średnio.

Na szczęście kibice Widzewa pamiętali o tym, co było w ten weekend najważniejsze. Pięknie żegnali Włodzimierza Smolarka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co by było, gdyby

05 mar 2012

W finale Ligi Mistrzów roku 1999 Bayern prowadził z Manchesterem Utd. 1:0 aż do 90. minuty. Trener Ottmar Hitzfeld, pewny zwycięstwa, zdjął z boiska kilka minut przed końcem meczu Lothara Matthaeusa. Może gdyby Niemiec został, przytrzymałby piłkę, aby jak najkrócej mieli ją Anglicy. Tak się nie stało, ludzie Aleksa Fergusona ruszyli dwa razy do ataku, strzelili dwie bramki w doliczonym czasie i zwyciężyli. Podczas mundialu w Meksyku (1970) podobny błąd w meczu z Niemcami popełnił trener Anglii Alf Ramsey. On z kolei chciał oszczędzić siły Bobby’ego Charltona. Anglia pozbawiona lidera przegrała i odpadła z turnieju.

Kiedy Orest Lenczyk na minutę przed końcem meczu Widzew – Śląsk zdejmował z boiska Sebastiana Milę, przypomniały mi się tamte przykłady sprzed lat. Może Mila w ciągu 90 sekund w ogóle nie dostałby piłki, ale może, gdyby ją miał przy nodze, pozbawiłby Widzew szansy na kontratak.

Historia futbolu pełna jest takich sytuacji, które, jeśli nawet nie wpływają na wynik, powodują u trenerów bezsenne noce. Co by było, gdyby. Śląsk w dwóch tegorocznych meczach zdobył tylko jeden punkt, Legia – sześć i to ona teraz prowadzi.

Chyba już do końca o pierwsze miejsce walczyć będą właśnie te drużyny. Nie bardzo wierzę w kolejne zwycięstwa Korony i Polonii. Już prędzej w odrodzenie Wisły z nowym trenerem Michałem Probierzem i w Ruch z Waldemarem Fornalikiem.

W ŁKS w meczu z Legią grało ośmiu byłych reprezentantów Polski (Bogusław Wyparło, Wojciech Łobodziński, Marek Saganowski, Maciej Iwański, Marcin Mięciel, Grzegorz Bonin, Seweryn Gancarczyk, Antoni Łukasiewicz) i trzech uczestników mistrzostw Europy (Łobodziński, Saganowski oraz Austriak albańskiego pochodzenia Ronald Gercaliu). Na papierze to jest więc całkiem niezła drużyna, na boisku już tak dobrze nie jest.

Kibicuję ŁKS w jego walce o pozostanie w lidze, ale robię to z mieszanymi uczuciami. Ten klub to od miesięcy jedna wielka prowizorka. Bardziej KS Amatorzy Łódź niż ŁKS ze stuletnimi tradycjami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niegdysiejsze śniegi

20 lut 2012

ŁKS to klub, którego byt jest poważnie zagrożony.

Nie płaci zawodnikom, zimą zmienił trenera, a przygotowywał się do sezonu mniej profesjonalnie niż niejedna drużyna klasy okręgowej. Nie miał prawa pokonać Polonii, gdzie w porównaniu z ŁKS wszystko działa, jak należy.

O porażce Lecha z Bełchatowem można by mówić jak o pechu, gdyby nie to, że spotyka on poznańską drużynę zbyt często. Lech od wielu miesięcy nie jest już tym zespołem, który skutecznie stawiał czoło Juventusowi i Manchesterowi City, mimo że ma wielu tych samych zawodników. Oczywiście można przyjąć tezę, że kontuzja Rafała Murawskiego to największe zimowe nieszczęście Lecha. Ale Murawski to nie jest Justyna Kowalczyk. Oprócz niego gra w poznańskiej drużynie paru innych, całkiem niezłych piłkarzy. Może więc problem tkwi gdzie indziej.

Jose Mari Bakero rozpoczął pracę w Poznaniu od zwycięstwa nad Manchesterem City, ale już spowszedniał. Przyjeżdżał do Polski jako wielki, szanowany gracz Barcelony, jednak w nowej roli okazuje się znacznie mniej skuteczny.

Trudno oceniać ludzi wyłącznie na podstawie dawnych zasług, choć oczywiście nie można też ich pomijać. Gdyby Grzegorz Lato nie został prezesem PZPN i rzadziej się odzywał, pozostałby w świadomości Polaków wielkim piłkarzem, królem strzelców mistrzostw świata. Niestety, wybrał inną drogę.

Jeszcze jedna porażka Lecha i poznańscy kibice nie będą pamiętać, skąd Bakero przyszedł i jak kiedyś grał. Już pomału o tym zapominają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niegdysiejsze śniegi

19 lut 2012

ŁKS to klub, którego byt jest poważnie zagrożony. Nie płaci zawodnikom, zimą zmienił trenera, a przygotowywał się do sezonu mniej profesjonalnie niż niejedna drużyna klasy okręgowej. Nie miał prawa pokonać Polonii, gdzie w porównaniu z ŁKS wszystko działa jak należy.

O porażce Lecha z Bełchatowem można by mówić jak o pechu, gdyby nie to, że spotyka on poznańską drużynę zbyt często. Lech od wielu miesięcy nie jest już tym zespołem, który skutecznie stawiał czoło Juventusowi i Manchesterowi City, mimo że ma wielu tych samych zawodników. Oczywiście można przyjąć tezę, że kontuzja Rafała Murawskiego to największe zimowe nieszczęście Lecha. Ale Murawski to nie jest Justyna Kowalczyk. Oprócz niego gra w poznańskiej drużynie paru innych, całkiem niezłych piłkarzy. Może więc problem tkwi gdzie indziej.

Jose Mari Bakero rozpoczął pracę w Poznaniu od zwycięstwa nad Manchesterem City, ale już spowszedniał. Przyjeżdżał do Polski jako wielki, szanowany gracz Barcelony, jednak w nowej roli okazuje się znacznie mniej skuteczny.

Trudno oceniać ludzi wyłącznie na podstawie dawnych zasług, choć oczywiście nie można też ich pomijać. Gdyby Grzegorz Lato nie został prezesem PZPN i rzadziej się odzywał, pozostałby w świadomości Polaków wielkim piłkarzem, królem strzelców mistrzostw świata. Niestety, wybrał inną drogę.

Jeszcze jedna porażka Lecha i poznańscy kibice nie będą pamiętać, skąd Bakero przyszedł i jak kiedyś grał. Już pomału o tym zapominają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nasi bliscy dalecy sąsiedzi

03 lut 2012

Ukraińskie media dworują sobie z nas w związku z problemami Stadionu Narodowego w Warszawie.

Choć określenia „ledwo  zdążyli”, „stadion nie jest gotowy, bo nie ma na nim jeszcze murawy” padają  i w polskiej prasie, w Kijowie używa się ich z poczuciem wyższości. Zamiast obaw,  że partnerowi w interesie  coś się nie udaje, jest satysfakcja. Tym większa,  że „u nas na otwarcie stadionu w Kijowie śpiewała Shakira, w Doniecku  Beyonce, a w Warszawie  zespoły polskie, nieznane  za granicą”.

Gdzie jest dwóch gospodarzy ważnej imprezy, tam nietrudno o konflikty. W przypadku Polski i Ukrainy sytuacja jest bardziej skomplikowana,  bo dochodzi jeszcze Związek Radziecki, który nam zabrał całe Kresy ze Lwowem,  a Ukraina po uzyskaniu niepodległości wymazuje  z pamięci wszystkiego  co polskie. Domów postawionych przez Polaków zburzyć się nie da, więc do ich przeszłości dorabia się właściwą ideologię. Kościół św. Elżbiety, w którym ochrzczono Kazimierza Górskiego,  był przez wiele lat magazynem soli, a kościół Dominikanów na lwowskim Starym Mieście dopiero  kilka lat temu przestał być muzeum ateizmu.

W przedwojennym Lwowie 19 ulic nosiło imiona królów polskich, a nazwy 61  były związane z religią i świętymi (Witold Szolginia „Tamten Lwów”. Tom 2).

Nie burzę się przeciw temu, że dziś jest inaczej,  tylko przeciw temu, że robi się wszystko, aby nikt  we Lwowie i na Ukrainie nie pamiętał, jak było kiedyś.

Krok następny to robienie  sobie żartów z Polaków,  którzy nawet stadionu  nie potrafią zbudować tak, aby nie było z nim problemów. To prawda,  że Ukraina wymyśliła  te mistrzostwa, a ponieważ sama by ich nie otrzymała  i nie podołała organizacji,  poprosiła o współpracę  Polskę.

Zbliżamy się do szczęśliwego końca i nie warto pogarszać wzajemnych stosunków pytaniami, dlaczego 13 z 16 finalistów postanowiło mieszkać  w Polsce, nawet jeśli grają  na Ukrainie.

Wybieram się na mecz do Lwowa, jeszcze nie bardzo wiem jak i nie robię z tego problemu. Jeśli samochodem, to będę musiał wykupić dodatkowe ubezpieczenie  i nie mam pewności,  czy na tamtejszych drogach nie zgubię podwozia.  Pewnie więc zostawię auto  w Tomaszowie Lubelskim,  a dalej pojadę autobusem.

Może spotkam w nim miłą Ukrainkę, która będzie  wracała do domu po pracy  w Polsce. Tak jak przed laty na zachodniej granicy można było spotkać miłe Polki wracające z pracy w RFN. Historia przez ostatnie 30 lat zatoczyła koło. I o tym powinni pamiętać i Polacy,  i Ukraińcy, organizując razem Euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od ponad wieku ludzie giną na stadionach

02 lut 2012

Licznik śmierci włączony został 5 kwietnia 1902 roku. W wyniku zawalenia się trybuny na stadionie Ibrox Park w Glasgow zginęło 25 kibiców.

Teoretycznie im bardziej nowoczesny stadion i cywilizowany kraj, groźba tego rodzaju tragedii jest mniejsza. Ale przecież w roku 1985 hordy angielskich chuliganów stratowały i doprowadziły do śmierci 39 kibiców, głównie włoskich. Działo się to na stadionie Heysel w Brukseli, na oczach całej Europy, czekającej przed telewizorami na mecz o Puchar Europy Juventus – Liverpool. W tym samym roku na stadionie w Bradford spłonęło żywcem 56 osób. Cztery lata później 96 kibiców poniosło śmierć na stadionie w Hillsborough. Większość została uduszona w tłumie, który nie mógł znaleźć drogi ucieczki, bo bramy były zamknięte.

To wszystko w Anglii, kraju o najstarszej cywilizacji futbolowej na świecie. Na stadionie Łużniki w Moskwie kibice pogodzili się z porażką Spartaka z holenderskim FC Haarlem (1982) i zaczęli opuszczać trybuny. Ale Spartak strzelił w ostatniej minucie gola i tłum chciał wrócić na swoje miejsca. 340 osób zostało stratowanych.

Emocje, przepełnione trybuny, zamknięte bramy, zastawione drogi ewakuacyjne, panika wywołana interwencjami policji, pożary, awarie światła – to najczęstsze przyczyny tragedii na stadionach. W Afryce jest ich proporcjonalnie więcej niż na innych kontynentach. Służby porządkowe zwykle nie są przygotowane do zapewnienia spokoju, a często same przyczyniają się do paniki.

W roku 1974 w Kairze 48 osób poniosło śmierć w walkach z policją przed meczem Zamalek – Dukla Praga. W 1979 roku w Lagos zginęło 24 kibiców, którzy wpadli w panikę po awarii oświetlenia na trybunach. W 1988 roku, w wyniku bitwy między kibicami, w Trypolisie zginęło 30 osób. 42 kibiców w podobnych okolicznościach poniosło śmierć w mieście Orkney w RPA (1991), podczas  meczu Kaizer Chiefs – Orlando Pirates. Powodem starć było nieuznanie bramki przez sędziego. W Abidżanie (1993) kibice nie czekali nawet na rozpoczęcie gry. Od ciosów nożami, maczetami i pałkami zginęło 20 osób. W Harare (2000) do tragedii doprowadziła policja, która przy zamkniętych bramach stadionu użyła wobec widzów gazu łzawiącego. Śmierć poniosło 13 osób.

Wnioski z każdej takiej tragedii mają zapobiec następnym. Ale to się nie udaje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop