Wpisy w kategorii „Stefan Szczepłek”

Sprowadzeni na ziemię

12 lis 2011

Jeśli ktoś myślał, że reprezentacja Polski wpadła już we właściwe koleiny i jadąc na Euro, będzie tylko szlifowała formę, po piątkowym meczu będzie musiał zmienić zdanie. Ja też.

Z bardzo dobrymi Niemcami szło nieźle, z równie dobrymi Włochami – tylko przez pół godziny. Wojciech Szczęsny popełnił błąd, który ma prawo zdarzyć się młodemu bramkarzowi, ale to nie on przegrał mecz. Agresywny przeciwnik, w dodatku umiejętnie faulujący i złośliwy, sprowadził nas na ziemię. Wiadomo, że do umiejętności piłkarskich Włosi dodają właśnie takie cechy, dobrze na tym od dziesięcioleci wychodzą i pod tym względem pewnie nigdy im nie dorównamy. Niestety, pod względem techniki i umiejętności wychodzenia na czyste pozycje po kilku podaniach – także nie.

Dlatego poza pierwszą połową, w której Polacy grali składnie i szybko, a Włosi, trochę zaskoczeni, tylko się przyglądali, w dalszej części meczu reprezentacja Polski znalazła się w roli widzów.

Co dalej? Nowych zawodników już raczej nie będzie. Trzeba tak pokierować tymi, których Franciszek Smuda wybrał, żeby grali znacznie lepiej niż z Włochami, i to jest możliwe.

Gorzej, że mecz odbywał się w niemiłej atmosferze. Stadion we Wrocławiu pod względem organizacyjnym jeszcze nie jest przygotowany na takie wieczory. Publiczność, zresztą niedzielna, niepotrafiąca zorganizować dopingu (to, niestety, staje się ostatnio regułą na meczach reprezentacji), domagała się powrotu orła na koszulkę i mówiła chórem, co myśli o PZPN. Zawsze kiedy kibice zaczynali wylewać swe żale, włączał się spiker, aby ich zagłuszyć. W ten sposób PZPN nie ułoży sobie stosunków z kibicami, a cierpieć będzie reprezentacja.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z tęsknoty za białym orłem

11 lis 2011

W 1918 roku sport był jednym z ważnych spoiw podzielonego przez zaborców kraju i narodu. Kluby często w swoich nazwach lub barwach nawiązywały do polskości. Związki sportowe, oprócz tego, że miały w nazwie przymiotnik „polski”, wykorzystywały w swoich herbach godło narodowe, czyli białego orła.

Tęskniono za nim przez 123 lata i teraz umieszczano na koszulkach reprezentantów Polski. Ludzie, którzy budowali wtedy polski sport byli naukowcami, dziennikarzami, wojskowymi, przedsiębiorcami. Pracowali a wolny czas przeznaczali na działalność społeczną, a właściwie, w pionierskim okresie pierwszego dwudziestolecia XX wieku, niemal misyjną. Byli tacy we Lwowie, Krakowie, Warszawie, na Śląsku. Wraz z nastaniem po roku 1945 nowego porządku zostali zapomniani.

Jednym z takich ludzi był Edmund Szyc (spolszczył sobie nazwisko z Schuetz) z Poznania, patriota, uczestnik Powstania Wielkopolskiego. Założył trzy kluby sportowe. W roku 1912 – Wartę w Poznaniu i Polonię w Lesznie, a w 1920 – Polonię w Bydgoszczy (pisze o tym Sławomir Wojciechowski, w monografii „Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949″). Obydwu Poloniom nadano biało-czerwone barwy i tak jest do dziś. W Poznaniu Polacy musieli grać w niemieckich klubach, do czasu powstania Warty polskich nie było.

W niemieckiej Normanii 90 procent sportowców stanowili Polacy, ale za używanie języka polskiego na boisku byli karani przez sędziów. Wystąpili więc z klubu i założyli swój – Posnanię. Razem z Wartą i Ostrovią Ostrów Wielkopolski powołali do życia Związek Polskich Towarzystw Sportowych w Wielkopolsce, którego sekretarzem został właśnie Edmund Szyc. Kiedy w święta Bożego Narodzenia 1918 roku do Poznania przybywał Ignacy Jan Paderewski, Szyc znalazł się w tłumie witającym go na dworcu. Był też pionierem dziennikarstwa sportowego w Poznaniu, przez niemal cały okres międzywojenny korespondentem „Przeglądu Sportowego”.

W tej roli, w grudniu 1921 roku znalazł się w Budapeszcie, na pierwszym meczu reprezentacji Polski. Kiedy wybuchła wojna, o jego działalności na rzecz polskiego sportu przypomnieli sobie Niemcy. Spędził kilka lat w Dachau i Mauthausen. Przeżył, ale po wojnie już mało kto słuchał jego wspomnień lub rady. Umierał w roku 1987, w ciszy, bez honorów. Dopiero po przełomie ustrojowym można było nadać jego imię stadionowi Warty i zadbać o zapomniany grób na Junikowie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sir Lucjan Brychczy

6 lis 2011

25 lat pracy Aleksa Fergusona w Manchesterze United nie da się z niczym porównać. Guy Roux wierny był AJ Auxerre przez 40 lat, ale gdzie Auxerre do Manchesteru.

Z 16 klubów ekstraklasy pięć (Cracovia, Bełchatów, Jagiellonia, ŁKS, Zagłębie) zmieniło trenera w trakcie rozgrywek. Najdłużej na stanowisku utrzymuje się trójka: Adam Nawałka w Górniku, Tomasz Kafarski w Lechii i Waldemar Fornalik w Ruchu. Dla każdego to jest trzeci rok pracy w tym samym klubie. Nawałka nie może  być pewny dnia ani godziny, Kafarskiego w sobotę kibice żegnali białymi chusteczkami i tylko Fornalik jak zwykle i prawie wszędzie daje  sobie radę.

A trzeba pamiętać, że Ferguson zdobył pierwszy tytuł mistrza Anglii z Manchesterem dopiero sześć lat po przyjściu na Old Trafford, a wcześniej niewiele brakowało, a spadłby z ligi. Dopiero potem się zaczęło i końca nie ma. Ktoś mu zaufał, kolejne pokolenia piłkarzy rozumiały, czego od nich chce, akceptowano jego trudny charakter. Wszyscy wiedzieli, że wspólnie mogą zdobyć szczyt.

Legia odnosi największe sukcesy od 15 lat z trenerem, którego miało nie być.  Maciej Skorża został w klubie tylko dlatego, że Vladimir Weiss nie dogadał się w sprawie pracy.

Podziwiając Fergusona pamiętajmy też o Lucjanie Brychczym. Przyszedł do Legii w roku 1954 (sir Alex miał wtedy 13 lat), grał do 1972 i od tamtej pory jest trenerem. Pracuje więc na Łazienkowskiej bez przerwy od 57 lat. Dokładnie tyle, ile sir Bobby Charlton w Manchesterze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Po obu stronach Wisły

4 lis 2011

Dmuchawy z Okęcia, trociny na boisku, mycie jupiterów i przerażenie pułkownika Artura Mazurka – taka była Legia 15 lat temu, gdy ostatni raz grała wiosną w europejskich pucharach.

Zderzyła się wówczas z innym światem. Wymagania UEFA w Lidze Mistrzów nie należały do wyrafinowanych, ale Legia nie mogła im sprostać. UEFA przysłała swoich ludzi, innych wynajęła w Polsce. Utworzyła biuro w dwóch pokoikach baraku koło pozostałości basenu, gdzie zresztą mieściły się szatnie Legii. Na boisko piłkarze wychodzili tunelem, wydrążonym pod ziemną trybuną. Prezesem klubu był wspomniany pułkownik Mazurek, ostatni przedstawiciel wojska. Porządny człowiek. I bezradny.

Na początek UEFA spytała, czy oprócz stadionu przy Łazienkowskiej jest w pobliżu jakiś inny, bardziej nowoczesny, na którym Legia mogłaby rozgrywać mecze. – Słyszeliśmy, że po drugiej stronie Wisły macie duży stadion – powiedzieli ludzie z UEFA. – Tak, ale jest tam jarmark – odpowiedziała Legia. Okazało się, że najbliższy stadion spełniający kryteria był w Berlinie. UEFA złagodziła więc warunki i zgodziła się na Łazienkowską, ale wtedy pojawił się problem oświetlenia. Było za słabe jak na potrzeby telewizji kolorowej. Umyto więc jupitery, wymieniono przepalone żarówki, a zapewnienie o odpowiedniej sile światła poparła ekspertyza z Politechniki Warszawskiej z zamazanym podpisem. Szwajcarski delegat UEFA wykazywał duże zrozumienie dla zapału Polaków, ale po pierwszej wspólnej kolacji poprosił, aby na następnych nie podawano już wódki.

Ze Spartakiem Moskwa Legia grała na zmrożonym boisku, a z Panathinaikosem Ateny na błocie, w którym dzień wcześniej sędzia utopił pantofel. Żeby doprowadzić boisko do stanu używalności zastosowano dmuchawy z lotniska i jakieś chemikalia, które wyżarły resztki trawy.

Maciej Skorża był wtedy trenerem juniorów Legii. Pierwszą drużynę prowadził Paweł Janas. Jego syn Rafał grał w drugim zespole. Piotr Strejlau pracował dla UEFA. Jacek Magiera dwa lata wcześniej został mistrzem Europy juniorów i grał w Rakowie Częstochowa. Dziś wszyscy, w różnych rolach, zapracowali na sukces Legii w Lidze Europejskiej. Mecz z Rapidem Bukareszt rozgrywany był w futbolowym salonie, po meczu piłkarze Legii przyszli do dziennikarzy w eleganckich garniturach, a po drugiej stronie Wisły, tam gdzie był jarmark, kończy się budowa jednego z najnowocześniejszych stadionów Europy.

Czekaliśmy długo, ale było warto.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Teczka ze świńskiej skóry

31 paź 2011

42 771 widzów na meczu Śląska z Lechią to prawdopodobnie nowy rekord frekwencji w polskiej lidze. Prawdopodobnie, bo kiedy na stadionach były tylko drewniane ławki, mogło się upchać więcej ludzi. Zwłaszcza na Śląsku i w Poznaniu. Ale i we Wrocławiu zebrało się już kiedyś więcej kibiców. W roku 1935, kiedy Niemcy grały w Breslau z Polską, doliczono się podobno 45 tysięcy widzów.

Holender Johan Voskamp został pierwszym piłkarzem, który strzelił bramkę na nowym stadionie.

Kiedy w roku 1930 otwierano Stadion Wojska Polskiego, historię bramek rozpoczął reprezentant Polski Henryk Martyna. Pierwszym strzelcem gola na Stadionie Dziesięciolecia był w roku 1955 repatriant z Francji Czesław Ciupa, wówczas reprezentujący miasto Stalinogród, w meczu z Warszawą. Otrzymał za to na pamiątkę teczkę ze świńskiej skóry. Dodatkową „nagrodą” było powołanie do wojska, czyli gra w Legii, na czym zresztą Ciupa źle nie wyszedł. Zaprzyjaźnił się z Lucjanem Brychczym, pozostał w stolicy i przez kilka lat był kierownikiem drużyny Legii.

Rok później na otwarcie Stadionu Śląskiego zaproszono reprezentację Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Ponieważ otwarcie połączone było z obchodami rocznicy uchwalenia dekretu PKWN, czyli 22 lipca, nadano mu uroczystą oprawę. Dla strzelca pierwszej bramki przygotowano kryształowy puchar. Tyle że strzelcem został obrońca reprezentacji Polski Jerzy Woźniak, od którego pechowo odbiła się piłka i wpadła do naszej bramki. Oczywiście Niemcy, żeby dodać sobie zasług, przypisali gola swojemu napastnikowi Willy’emu Troegerowi. Jakkolwiek było, puchar został w Chorzowie, a stadion uchodził przez lata za szczęśliwy. Stadion we Wrocławiu będzie miejscem trzeciego meczu Polaków na Euro 2012.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sprawiedliwość musi być

24 paź 2011

W tygodniu Kolegium Sędziów PZPN stanęło przed problemem, jakich arbitrów wybrać na mecze, aby uniknąć kompromitacji z poprzedniej kolejki.

Sprawa nie jest prosta, bo sędziów w ekstraklasie ubywa. Niedawno CBA zatrzymało pod zarzutem korupcji dwóch z nich, a szef KS Janusz Eksztajn mocą swojego urzędu zatrzymał dwóch innych. Nie za korupcję, tylko rażące błędy. Najpierw przyjął ich do ekstraklasy, a teraz uznał, że co do Wojciecha Krztonia to się pomylił, a Adam Lyczmański powinien się pozbierać, jeśli trochę odpocznie. Mamy więc już czterech mniej.

Atmosfera wśród poetów gwizdka nie jest więc najlepsza, a presja na pewno nie wpływa korzystnie na ich pracę. Wbrew powszechnej opinii nie uważam, że połowa arbitrów w lidze to nieudacznicy, a druga połowa jest umoczona w korupcję. Myślę nawet, że błędy wypaczające wyniki doprowadzą do zmian (na początek personalnych, najlepiej wśród sędziowskich władz), które sprawią, że do ekstraklasy i I ligi będą się dostawać najzdolniejsi młodzi kandydaci, a nie ci, którzy mają najlepsze plecy.

Szymon Marciniak jest dobrym sędzią, ale i on nie wytrzymał presji. W meczu Jagiellonii z Bełchatowem nie przyznał gościom rzutu karnego za faul Rafała Grzyba na Kamilu Kosowskim, uznał natomiast bramkę Tomasza Frankowskiego ze spalonego. Oddał więc Jagiellonii to, co zabrał jej tydzień temu sędzia Adam Lyczmański. Jeśli będziemy trzymać się tej zasady sprawiedliwości, można się spodziewać, że w następnej kolejce Bełchatów też dostanie od arbitra jakiś prezent.

Niezależnie od tej niewesołej refleksji jest i druga. Tomasz Frankowski i tak dałby sobie radę, bo w naszej ekstraklasie jest to jeden z niewielu prawdziwych mistrzów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nasz Łukaszenko

17 paź 2011

Niestety, trzeba znów pisać o sędziach.

W meczu Wisły z Jagiellonią Adam Lyczmański nie przyznał białostocczanom rzutu karnego, a następnie uznał bramkę dla gospodarzy po faulu na bramkarzu. Wisła zwyciężyła 3:1. W ostatniej minucie meczu Polonia – Górnik Prejuce Nakoulma przyjął piłkę ręką i dzięki temu strzelił wyrównującą bramkę dla Górnika. Sędzia Wojciech Krztoń ją uznał. Obydwie decyzje wypaczyły wyniki meczów, ktoś pieniądze stracił, ktoś zyskał, sędziowie swoje zarobili. Panowie Lyczmański i Krztoń zainkasowali po 3600 złotych, bo taka jest stawka za mecz w ekstraklasie.To niejedyny skandal.

Obserwatorem sędziego Krztonia z ramienia Kolegium Sędziów był Janusz Hańderek. Jest on przewodniczącym Komisji Rewizyjnej PZPN, więc zachodzi tu konflikt interesów. Dziś szef Kolegium Sędziów Janusz Eksztajn wyznacza Hańderka jako obserwatora konkretnego meczu, a przed zjazdem PZPN Hańderek oceni w sprawozdaniu działalność Eksztajna. Można sobie wyobrazić, jak ta ocena będzie wyglądała. Tak się też dziwnie składa, że Hańderek ocenia sędziów z różnych powodów wyjątkowych. Wiosną stawiał ocenę synowi wiceprezesa PZPN Jana Bednarka – Łukaszowi, który awansował do I ligi. Krztoń to protegowany Alojzego Jarguza, szefa Kolegium Sędziów Okręgu Warmińsko- Mazurskiego.

Można by to wszystko traktować jako plotki środowiska sędziów, w którym jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Tyle że to już nie są plotki. Do ekstraklasy awansują „mierni, ale wierni” i donosiciele, a przeciwników się tępi. Jak ostatnio Rafała Rostkowskiego, najlepszego sędziego asystenta w Polsce, jednego z nielicznych, którego znają w UEFA. Rostkowski złożył doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez przewodniczącego KS Janusza Eksztajna, więc ten w odwecie usunął go z grona sędziów międzynarodowych.

Eksztajn jest jak Aleksander Łukaszenko. Musi przegrać, ale jeszcze trzyma się pazurami. Jeśli PZPN zależy na dobrym wizerunku i uniknięciu skandali w kolejnych meczach, niech zacznie od zmian personalnych w Kolegium Sędziów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W telewizji nie pokazali

12 paź 2011

Poza jednym zwycięskim meczem z Białorusią, za kadencji Jerzego Engela, źle nam się grało z tą drużyną.

Bywało, że w Mińsku i Grodzisku Wielkopolskim Białorusini wbijali nam po kilka bramek, a ich reprezentacja młodzieżowa boleśnie przećwiczyła nas kiedyś we Wronkach. Ale wczoraj to Polacy wystąpili w roli nauczycieli. Oni nie mają już braci Hlebów, my mamy Jakuba Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego.

Regularność, z jaką zdobywają bramki, świadczy o ich klasie i coraz lepszym zgraniu drużyny. Kiedy obydwaj są na boisku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że wcześniej czy później padnie bramka. Próba z nową parą środkowych obrońców Damien Perquis – Marcin Wasilewski zakończyła się niewiadomą, bo Białorusini nie zmusili ich do  wysiłku. Ale nawet w takiej sytuacji lepsze wrażenie robił Perquis. Piszczek znów był pewnym punktem drużyny, podobnie jak Łukasz Fabiański w bramce.

Chciałbym podzielić się jeszcze jakąś głęboką myślą, ale nie mogę, ponieważ oglądałem mecz w telewizji, a to znaczy, że niewiele widziałem. Jeżeli już kadra musi czasami grać na neutralnym boisku, to PZPN lub SportFive powinni zadbać, by mecz odbywał się na stadionie, gdzie można normalnie ustawić kamery, i by transmisji nie realizowała najtańsza ekipa specjalizująca się chyba w obsłudze wesel w niemieckich remizach.

Ale skoro czepiam się takich rzeczy, to znaczy, że z reprezentacją jest coraz lepiej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Żeń-szeń i inne plotki

11 paź 2011

Jakiś niemiecki historyk sportu dokopał się do informacji, że podczas mistrzostw świata w roku 1966 trzej niemieccy piłkarze stosowali środki dopingujące. Miała to być efedryna a wiadomość otrzymał Serb Mihailo Andrejević, ówczesny szef komisji medycznej FIFA i nic z tym nie zrobił.

Ja też nie bardzo wiem co z tym zrobić. Profesor Andrejević był wieloletnim działaczem FIFA, członkiem Komitetu Wykonawczego przez 45 lat! Cieszącym się szacunkiem za niezwykłe kompetencje w dziedzinie medycyny, ale i bezstronność w sytuacjach konfliktowych. To on ocenił bardzo krytycznie pracę sędziego rumuńskiego Victora Padureanu, który w meczu eliminacyjnym do igrzysk olimpijskich Bułgaria – Polska krzywdził naszych piłkarzy i wyrzucił z boiska Włodzimierza Lubańskiego.

Podczas mistrzostw świata w Anglii Andrejević był szefem komisji antydopingowej. W 9. tomie „Encyklopedii piłkarskiej Fuji” Andrzej Gowarzewski powołuje się na wydaną w roku 1986 książkę Andrejevicia (zmarł trzy lata później w wieku 91 lat), w której autor pisze o niedozwolonych środkach stosowanych przez piłkarzy z Korei Północnej. FIFA była tak zaskoczona, że nie bardzo wiedziała jak zareagować i ostatecznie skandal zatuszowała. Niemiecki historyk futbolu Hardy Grüne wspomina o tym w swojej „Fussball WM Enzyklopädie 1930 – 2010″, ale łączy ze stosowaniem przez Koreańczyków wyciągiem z korzenia żeń-szeń. Słynny angielski dziennikarz Brian Glanville w wielokrotnie wznawianej książce „The Story of the World Cup” w ogóle o tym nie pisze. Wyraża jedynie swój podziw dla niezwykle ambitnie i mądrze grających Koreańczyków. O rzekomym dopingu niemieckich piłkarzy  nie ma słowa.

Pierwszy przypadek stosowania dopingu zanotowano osiem lat później. Podczas mundialu w Niemczech wynik pozytywny miał Haitańczyk Ernst Jean-Joseph. Na mundialu w Argentynie ukarano Szkota Willie Johnstona a najgłośniejszy przypadek dotyczył Diego Maradony na mistrzostwach w USA.

Czy grzebanie się w historii sprzed blisko pół wieku ma sens? Jak najbardziej. Pod warunkiem, że prowadzi do sensownych wniosków a nie służy jedynie taniej sensacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Górniak nie śpiewała

7 paź 2011

Prawie dziesięć lat temu usiadłem w loży prasowej stadionu w Busan zmobilizowany przed meczem tak samo jak piłkarze. Graliśmy z gospodarzami mundialu, Koreańczykami, którzy nigdy wcześniej nie zwyciężyli w żadnym z 14 meczów na mistrzostwach świata. My mieliśmy reprezentację, która jako pierwsza zakwalifikowała się do mundialu, nie było więc powodów do obaw. I kiedy tak czekaliśmy na premierowe zwycięstwo, ja przy pulpicie, a piłkarze na boisku, Edyta Górniak przedstawiła swoją interpretację Mazurka Dąbrowskiego. Na mnie zdechły wszystkie pchły, polscy piłkarze przysnęli i Koreańczycy wbili im dwie bramki, nie tracąc żadnej.

Teraz Polacy polecieli do Seulu bez żadnych przygotowań i w dodatku w dwóch grupach. Przeprowadzili tam jeden trening w parku i jeden na stadionie. Spóźniony Jakub Błaszczykowski po wyjściu z samolotu ledwie rozprostował kości, ale na boisku był najlepszy. Polacy pierwsi strzelili bramkę, jak zwykle przewagę stracili, ale walczyli do końca i skutecznie.

Po tym meczu wiemy tyle samo co do tej pory. Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski to piłkarze klasy światowej, obrony nie ma, a pomocnicy grają w kratkę. Ale jest z czego budować.

Był to ważny mecz dla Łukasza Fabiańskiego. Sprowadzony do roli rezerwowego w Arsenalu, niemal zapomniany, a przez to mający prawo do stresów, wrócił i zagrał bardzo dobrze. Franciszek Smuda ma wybór na większości pozycji, ale na żadnej tak dobrych zawodników jak w bramce.

W związku z wyborami Sejmu i Senatu RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.
Publikacje komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(87 ustawy z dnia 12 kwietnia 2001 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej – t.j. Dz. U. 2007 nr 190 poz. 1360 z późn. zm.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop