Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Drużyna bez charakteru

15 marca 2010

Wisła – mistrz Polski i lider – nie tylko nie wygrywa żadnego z trzech pierwszych meczów sezonu, ale nawet nie zdobywa w nich bramki, mimo że ma króla strzelców ostatnich dwóch lat. Odra Wodzisław – ostatnia drużyna w tabeli – nie tylko nie przegrywa żadnego z trzech spotkań, ale nie traci ani jednego gola.

Wisła misternie budowała drużynę, nie szczędząc pieniędzy, a Odra w przerwie zimowej sprowadziła kilku zawodników niechcianych w innych klubach. W dodatku prezes Odry Ireneusz Serwotka to jedyny członek zarządu PZPN, który w grudniu nie otrzymał absolutorium na zjeździe. Człowiek, do którego koledzy z branży nie mają zaufania, stoi na czele klubu na razie skutecznie odrabiającego straty. Jeśli te starania zakończą się powodzeniem (a Odra jeszcze nigdy nie spadła z ekstraklasy, choć jej to nieraz wróżono), to nieufność do prezesa wzrośnie czy stanie się on wzorem nowoczesnego menedżera pokazującego, że nie trzeba być najbogatszym, żeby odnosić sukcesy?

Im dłużej oglądam Legię, tym częściej się przekonuję, że popełnili błąd ci wszyscy, którzy oceniali jej wartość. Ja też. Przeciętni są to piłkarze, w dodatku bez charakteru.

Dla Jana Urbana to była pierwsza drużyna seniorów, jaką prowadził, i chyba naiwnie myślał, że ma do czynienia z zawodowcami, do których docierają jego uwagi, ale się pomylił.

Legia, mająca w samej Warszawie wiele tysięcy kibiców, nie czuje ich poparcia. Gwiżdżą na nią w Polsce, drwią na własnym stadionie, bo głośniejsi są tam kibice źle jej życzący od prawdziwych. Porażka w Bytomiu może nie być ostatnią.

Tak nienormalnej sytuacji jak na Łazienkowskiej nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy.

Wszystkie moje miłości

12 marca 2010

Oglądałem sobie ze spokojem i przyjemnością mecz Manchesteru z Milanem, ale do pełni szczęścia brakowało mi równie dobrego wyniku w Madrycie. Kiedy już dowiedziałem się, że Real przegrał, nadzieja na szczęśliwą środę legła w gruzach. Który to raz ukochany klub nie odwzajemnia uczuć, jakie w nim ulokowałem.

Real był moją pierwszą miłością. W drugiej połowie lat 50. uczyłem się dopiero pisać i obce były mi niuanse w rodzaju: komu kibicuje generał Franco, postać z nierealnego dla mnie świata. Różnica między tamtymi a dzisiejszymi czasy polega na tym, że wtedy o naszych uczuciach decydowała wyobraźnia, a dziś robi to telewizja. Nie wiem już, kogo bardziej lubię – Real czy Barcelonę. Młodzieńczych fascynacji nawet po kilkudziesięciu latach nie da się wykreślić i nie zamierzam tego robić. Ale zdobyta później wiedza o kolejach losu Barcelony, w połączeniu z porywającą grą dumy Katalonii też ustawia ten klub w pierwszym szeregu ulubionych.

Kto jeszcze ma w nim miejsce i dlaczego? Manchester od jego katastrofy lotniczej (1958) i zwycięskiego finału z Benfiką (1968). Santos, bo grał w nim Pele. Piłkarz z kolegami trenował na Stadionie Dziesięciolecia, mieszkał w Bristolu, w którym ojciec mojej pierwszej dziewczyny był dyrektorem odpowiedzialnym za gastronomię. Po jednym z obiadów Pele wstał od stołu, głaszcząc się po brzuchu, wyjął z klapy marynarki nietypowy znaczek Santosu – biało-czarną rybkę z literkami SFC i wręczył ją mojemu niedoszłemu teściowi. Mam ten znaczek do dziś. Dziewczyna wyszła za innego.

Parę lat później, kiedy w roku mojej matury Celtic zdobył puchar Europy, zafascynowany grą Szkotów, którzy byli taką samą grupą kolegów z Glasgow i okolic jak my z Falenicy (my, z Hutnika, w Pucharze Polski pokonaliśmy Wicher Kobyłka, a oni w Pucharze Mistrzów Inter Mediolan), wysłałem do nich w maju list z prośbą. W wakacje listonosz przyniósł mi dwie przesyłki jednego dnia. Informację z Uniwersytetu Warszawskiego o przyjęciu na studia i kopertę A4 z Glasgow. A w niej piękne kolorowe zdjęcie Celtiku z autografami wszystkich piłkarzy. Najpierw przypiąłem je pinezkami do trzcinowej ściany w moim świdermajerowskim domku w Falenicy. Teraz, oprawione, wisi w moim pokoju ursynowskiego bloku.

Kochałem się też w Legii. Grał w niej brat, a ja przez wiele lat nie opuszczałem ani jednego meczu na Łazienkowskiej. Ale brata okradli tam w szatni, a ja, kiedy zostałem dziennikarzem i poznałem dobrze klub od środka, straciłem dla niego wiele serca. Najbezpieczniej kochać się w historii, wspomnieniach oraz w tych, którzy są daleko i lepiej o nich za dużo nie wiedzieć.

Grają buty kolorowe

8 marca 2010

Czarne buty piłkarskie są wypierane przez kolorowe i zawodnicy się prześcigają, kto bardziej zaszpanuje. Czasami ta moda idzie w parze z klasą graczy, ale u nas wydaje się ją zastępować

Można zrobić długą listę futbolistów ekstraklasy (w Wiśle to choćby Patryk Małecki i Paweł Brożek), którzy gdyby nie jaskrawe buty, w ogóle nie rzucaliby się w oczy. Przypomina mi to rozmowę sprzed lat z moim kolegą, wspaniałym polskim bramkarzem, który po rozpoczęciu działalności, nazywanej przez siebie dziennikarstwem, stracił wiele z klasy. I kiedy zwróciłem mu na to uwagę, mówiąc mniej więcej, „Jasiu, co ty pleciesz”, odpowiedział: „Gdybym tak nie mówił, nikt by na mnie nie zwrócił uwagi”. Buty polskich piłkarzy też walą po oczach, ale poziomu nie podnoszą, bo jak mawiali przed laty wszyscy magazynierzy klubowi nieczuli na prośby młodych zawodników o nowe korki, „sprzęt nie gra”.

Przechodząc do spraw poważniejszych: grubą przesadą byłoby wytaczanie po dwóch, choćby nie wiem jak bolesnych, porażkach dział przeciw Wiśle, ale coś złego jednak tam się dzieje. Okopany w swoich Myślenicach Bogusław Cupiał zbyt łatwo daje wiarę rozmaitym „życzliwym”. Liczba zmian personalnych we władzach i sztabie trenerskim, jakich właściciel dokonał w ciągu 12 lat obecności w Wiśle, nie sprzyja nie tylko stabilizacji, ale i atmosferze. Tylko w ostatnich miesiącach musiał odejść Jacek Bednarz, być może najlepszy dyrektor sportowy w Polsce, rzecznik prasowy Adrian Ochalik, który znakomicie wywiązywał się ze swojej roli, a już w tym roku prezes Marek Wilczek, jeden z lepszych, jakich klub miał. W dodatku Maciej Skorża coraz rzadziej konsultuje się z bardziej doświadczonymi od siebie w sprawach szkolenia i transferów, co w przypadku trenera 38-letniego wydaje się nadmierną pewnością siebie.

Mamy więc w Wiśle myślenicki dwór, biegnących do niego na wyścigi donosicieli, zadufanych w sobie piłkarzy i trenera ambitnego, ale coraz bardziej bezradnego. Z krakowskiej perspektywy powód do optymizmu jest tylko jeden: Legia i jej beznadzieja, której końca nie widać.

Sto lat temu w Agrykoli

6 marca 2010

Kilku moich internetowych korespondentów i rozmówców, których pochodzenia nie znam, bo nie zdążyli się przedstawić, dało mi w krótkich słowach do zrozumienia, że jestem gamoń, a nawet burak.

Do takich wniosków skłoniła ich podana przeze mnie w komentarzu do meczu Polska – Bułgaria informacja, że stadion Polonii jest czwartym w Warszawie, na którym zagrała reprezentacja Polski. Prawdziwy warszawiak przecież wie, że kadra grała na Łazienkowskiej, na Stadionie Dziesięciolecia i teraz na Konwiktorskiej. Czwartego stadionu nie ma, autor się rąbnął.

Szanowni Państwo! Wbrew temu, co wielu z Was myśli, historia piłki nożnej nie zaczęła się w momencie Waszego pierwszego pójścia na mecz. Polonia istnieje od roku 1911 (a może krócej), Legia od 1916, zamknięta sportowa historia Stadionu Dziesięciolecia miała 28 lat (1955 – 1983). Ale przed nimi była Agrykola, pierwszy reprezentacyjny stadion stolicy. Park Agrykola (Sobieskiego) już w roku 1907 na kilka lat stał się miejscem mistrzostw Warszawy drużyn szkolnych. Innych wtedy nie było. Kiedy w tym samym roku na koncerty do Warszawy przybyła orkiestra Filharmonii Czeskiej, muzycy, wśród których było wielu piłkarzy, rozegrali na Agrykoli mecz ze szkolnym klubem Korona.

Rywalizowali tam również lekkoatleci, tenisiści, zimą korzystano z toru saneczkowego, pierwszy raz w stolicy zjeżdżano na nartach (spod będącego wtedy ruiną Zamku Ujazdowskiego). Jeśli w pobliskiej Dolinie Szwajcarskiej był tłok, amatorzy łyżwiarstwa przenosili się na lodowisko na stawie w Agrykoli. Nad parkiem odbywały się nawet pokazy pierwszych lotników z udziałem słynnego wtedy w całej Europie asa Francuza Adolphe’a Pegouda (kolegi Rolanda Garrosa), który samolotem Bleriot XI lądował na boisku.

W latach 20. Agrykola była domem piłkarzy Polonii i Warszawianki, a w roku 1924 rozegrano tam pierwszy w Warszawie mecz międzypaństwowy. Przeciwnikiem była wracająca z igrzysk olimpijskich w Paryżu reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Przegraliśmy 2:3, a mecz oglądało około 8 tys. kibiców. Więcej niż spotkanie z Bułgarią na Konwiktorskiej.

Agrykola jeszcze trzykrotnie gościła reprezentację mierzącą się z Finlandią, Estonią i znów z USA, w 1928 r., w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego. Dwa lata później zbudowano stadion Wojska Polskiego i pionierski okres Agrykoli odszedł do przeszłości. Ale warto o niej myśleć ciepło, idąc na Legię lub jadąc Trasą Łazienkowską. Bo to tam wszystko się zaczęło.

Stefan Szczepłek: Wiemy tyle samo

4 marca 2010

O tym, że Franciszek Smuda nie jest cudotwórcą, przekonaliśmy się już podczas jego debiutu w roli trenera reprezentacji. Nie liczą się dawne zasługi z klubów, tylko wyniki kadry, którą wybiera i przygotowuje, chociaż to słowo akurat nie oddaje sytuacji trenera. On nawet nie bardzo ma czas na przygotowanie.

Celem trenera jest zbudowanie jedenastki na mistrzostwa Europy i bardzo prawdopodobne, że z piłkarzy, których do tej pory sprawdził, do roku 2012 dotrwa niewielu.

Po meczu z Bułgarią wiemy mniej więcej tyle samo, co przed nim. Mamy jednego piłkarza klasy europejskiej – Jakuba Błaszczykowskiego. Umie z nim grać Ludovic Obraniak, Robert Lewandowski potwierdza swój talent, Radosław Majewski też. Pozostawienie w drużynie Michała Żewłakowa to dowód, że trener wie, jak pozytywny wpływ na kolegów ma gracz, który może pobić rekord występów w reprezentacji Grzegorza Laty.

To wszystko zaczyna jakoś się zazębiać, a  momentami dobra gra i piękne bramki były tego świadectwem.  Był to najlepszy mecz kadry, od kiedy Franciszek Smuda został jej trenerem, tym bardziej że nawet ulgowo traktujący grę Bułgarzy są przeciwnikiem lepszym od amatorów z Azji.

Z Bułgarami mamy stare porachunki. Nie przegraliśmy z nimi od pamiętnego spotkania w Starej Zagorze, w roku 1972. Od 38 lat, w dziewięciu meczach.

Pierwszy raz mecz reprezentacji rozegrano na boisku Polonii. To czwarty stadion w Warszawie, który gościł kadrę i żadne inne miasto nie może się pod tym względem ze stolicą równać. Radość warszawiaków byłaby może większa, jednak popsuli ją kibice, zapewne bułgarscy, skandujący podczas meczu hasła obrażające PZPN, Polonię i właściciela Legii. Skąd wiem, że to mogli być Bułgarzy? Przecież żaden normalny Polak by się tak nie zachował na meczu reprezentacji, w stolicy swojego kraju.

Nawet jeśli gra ona w strojach, niemających z barwami narodowymi nic wspólnego.

Haki z szatni

28 lutego 2010

Piłkarze jednego z najstarszych polskich klubów z bardzo dużego miasta wrócili po zimowych podróżach na swój stadion i zobaczyli w szatni, że wiszący tam zegar się spóźnia.

Młody napastnik wszedł na krzesło, chcąc znaleźć przyczynę, ale znalazł coś innego. Z zegara wystawał mały mikrofon. Zaalarmowani koledzy przerwali sznurowanie butów, zaczęli się rozglądać po szatni i po paru minutach dokonali kolejnych odkryć. Z zakamarków wyrwali jeszcze kilka innych mikrofonów i małe kamery.

Nie udało im się ustalić, kto i w jakim celu zamontował te urządzenia. Szefowie klubu się wyparli, chociaż piłkarze nie dawali im wiary, bo montaż tego rodzaju aparatury wymagał czasu i nie mógł się odbyć po cichu.

Teoretycznie potrzebę prawdziwej wiedzy o tym, co mówią piłkarze (zamiast peanów trenera drugiej klasy Jarząbka Wacława), mógł mieć prezes-właściciel.

Może sieć kamer i mikrofonów potrzebna była stacji telewizyjnej w celu rejestracji prawdziwego życia szatni? Może z inicjatywą wyszła ABW do spółki z prokuraturą, mając nadzieję na odkrycie nowej afery korupcyjnej, skoro stara jest coraz mniej medialna. A jeśli tak, to czy “wielki brat” patrzył tylko na piłkarzy jednego klubu, czy może uruchomił maszynerię także w innych?

Ta historia znakomicie ilustruje polskie obyczaje futbolowe na początku XXI wieku. Ich cechą charakterystyczną jest powszechny brak zaufania. Piłkarze nie wierzą swoim pracodawcom, a ci oskarżają zawodników o pazerność, zapominając, że sami podpisują z nimi kontrakty niewspółmiernie wysokie w stosunku do umiejętności futbolistów.

Trenerzy posądzani są o konszachty z menedżerami, a kibice wciąż nie mają pewności, czy piłkarz nie wykorzystuje stuprocentowej sytuacji dlatego, że nie potrafi, czy może dlatego, że postawił u bukmachera na zwycięstwo swojego przeciwnika.

Sezon rozpoczął się typowo, czyli nielogicznie. Legia przez 88 minut sprawiała wrażenie drużyny bez pomysłu, wystarczyło jednak wejście rezerwowego Sebastiana Szałachowskiego i jego dwie akcje w ciągu dwóch minut, żeby warszawianie zdobyli trzy punkty. To jest cała Legia. Wisła zwykle robi lepsze wrażenie od legionistów, lecz kiedy Bełchatów wbił jej gola już w drugiej minucie, i ona straciła rezon.

Ale ktokolwiek by wygrywał, i tak przy Justynie Kowalczyk cała nasza ekstraklasa to amatorszczyzna.

Spojrzenie z pałacu

7 lutego 2010

Nie pielęgnuję w sobie kompleksów, ale uczestnicząc wielokrotnie w uroczystościach losowania ważnych turniejów czy kongresach FIFA lub UEFA, myślałem sobie: Dlaczego nie u nas?

Długo byliśmy gorszą częścią Europy, nie organizowaliśmy żadnych ważniejszych turniejów, bo niby gdzie. Nawet gdy już dostaliśmy Euro 2012, powątpiewaliśmy, czy się uda. Niedzielne losowanie nie tylko było przedsmakiem turnieju, ono pokazało, że można i u nas.

Nie wiem, z jakim nastawieniem jechali do Warszawy zagraniczni delegaci i dziennikarze, ale wiem, w jakich nastrojach wyjeżdżali. Nie zobaczyli białych niedźwiedzi na ulicach, spali w hotelach równie dobrych jak zachodnie. Przekonali się, że Polacy (fakt, że wspólnie z UEFA) potrafią zorganizować imprezę na takim poziomie jak Austriacy czy Szwajcarzy. Że witający ich polski premier jest Europejczykiem, a prowadzący ceremonię dziennikarz TVP Piotr Sobczyński mówi po angielsku lepiej niż John Terry. Zobaczyli na telebimie, że Wrocław nie jest brzydszy od Brugii, że warto zwiedzić inne polskie miasta, do czego zachęcał nie tylko specjalny film, ale i dobrze dobrana muzyka Fryderyka Chopina. Polaka, a nie Francuza.

Podpisujący mi bilet z finału Ligi Mistrzów Borussia – Juventus trener Ottmar Hitzfeld, dziś prowadzący Szwajcarię, zdziwił się, że ktoś w Polsce pielęgnuje takie pamiątki. Przypomniało mi się, jak osiem lat temu oprowadzałem po wystawie futbolowej w Pałacu Kultury Seppa Blattera. Kiedy dotarliśmy na trzydzieste piętro, prezydent FIFA wziął mnie pod ramię i powiedział: – Myślałem, że to będzie wystawa jak wiele innych, które oglądam. A zobaczyłem coś, czego w Warszawie bym się nie spodziewał. Macie się czym chwalić. Tym razem goście nie wjechali na 30. piętro. Nie było czasu. Szkoda, bo zobaczyliby budujący się Stadion Narodowy, symbol zmian, miejsce meczu otwarcia mistrzostw. Po niedzielnych doświadczeniach Europa powinna na nie przyjechać dużo spokojniejsza.

Przerwana rozmowa

8 stycznia 2010

Pod koniec listopada Bogdan Tuszyński wręczał nam książkę “Bardowie sportu”. Zamieścił w niej biogramy nieżyjących już dziennikarzy sportowych oraz tych, którzy ukończyli 70 lat. Janusz Atlas, siedzący obok mnie, powiedział wtedy: – Zobacz, k…, jakiego człowiek ma pecha. Nie podpadamy pod żadną z tych kategorii, to w książce nas nie ma.

Półtora miesiąca później już nie żył. Znał wszystkich i wszyscy jego znali, od świata sportu po kulturę i politykę. Był po imieniu z braćmi Kaczyńskimi, z którymi studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, z Aleksandrem Kwaśniewskim i z Jerzym Urbanem. Musiał być tam, gdzie coś się działo. To on siedział z ministrem Jackiem Dębskim na jego ostatniej w życiu kolacji.

Prawdopodobnie miał jakieś poglądy polityczne, ale trudno się było zorientować jakie. Był inteligentny, oczytany, pisał z rzadko spotykaną lekkością. Popadał w konflikty, bo nie zawsze sprawdzał informacje i zdarzało się, że przesadzał w atakach. Narobił sobie wrogów, polemizowano z nim (to był krok dla jego adwersarzy samobójczy), wytaczano mu procesy kończące się często nie po jego myśli, ale na sali sądowej czuł się jak ryba w wodzie.

Znaliśmy się ponad 35 lat, przechodząc w tym czasie różne stadia zażyłości – od wzajemnych fascynacji po kłótnie i z powrotem. To była znajomość profesjonalno-pokoleniowa, bez bywania u siebie w domu, ale z dziesiątkami wspólnych, nie tylko sportowych, imprez. Pod koniec lat 80. graliśmy w zawodowej drużynie piłkarskiej, z którą objechaliśmy pół Polski. Janusz miał ambicję, ale żadnych atutów futbolowych. Ja rządziłem więc na boisku, a on wykłócał się o pieniądze z organizatorami. Tak, że niech się schowają najwięksi biznesmeni. W sposób niezrównany opowiadał dowcipy, zwłaszcza ten, jak Jan Himilsbach przyszedł do Aliny i Czesława Centkiewiczów.

W roku 1987, gdy przed meczem Polska – Węgry na Łazienkowskiej zerwała się taśma z hymnem węgierskim, Janusz sam uciszył trybunę krytą, dając węgierskim kibicom szansę odśpiewania hymnu.

Przez ćwierć wieku gdziekolwiek by człowiek w Warszawie nie poszedł – na stadion, na koncert, na spotkanie z pisarzem czy do knajpy – wszędzie można było spotkać Atlasa. Zawsze gotowego do rozmowy, zawsze z pasją i, do pewnego czasu, z papierosem w dłoni, przekonującego do swoich racji. Bez niego to już  będzie inne miasto.

Między piłką a zacierem

30 grudnia 2009

Sylwester i Nowy Rok to może być także futbolowe święto.

Nieprzypadkowo równo z noworocznym południowym hejnałem z wieży mariackiej na boisko przy ulicy Józefa Kałuży wybiegają od dziesięcioleci dwie jedenastki Cracovii, aby rozegrać mecz, którym żyje się tylko jeden dzień.

Opowiadali mi piłkarze z wielkiej drużyny Kazimierza Górskiego, że kiedy spotykali się na sylwestra z roku 1973 na 1974 w różnych miastach Polski, to życzyli sobie zwycięstwa choćby w jednym meczu na mistrzostwach świata. Tak, żeby nie wracać do Polski całkiem na tarczy. Pięć dni później odbywało się losowanie, które przydzieliło nam Argentynę, Haiti i Włochy. Piłkarze uznali, że życzenia większości z nich się spełnią: pokonanie Haiti nie powinno być problemem. Jak się to skończyło, starsi pamiętają, a młodsi mogą zobaczyć w telewizyjnych powtórkach: wygrali pięć meczów z rzędu i zajęli trzecie miejsce.

W latach następnych ze spełnianiem się noworocznych życzeń różnie bywało, aż w końcu doszliśmy do sytuacji, w której w przypadku polskich piłkarzy przestały one mieć jakiekolwiek znaczenie. Żeby życzenia miały szansę się spełnić, muszą być realne. Przecież nie można życzyć Józkowi zagrania w filharmonii koncertu skrzypcowego Brahmsa, skoro Józek nie umie grać na skrzypcach. Jeśli ktoś przewraca się na piłce, to raczej nie kupi go Barcelona.

Próbować jednak warto, wykazując przy tym cierpliwość. Wiem z własnego doświadczenia, że kiedy już wybije północ, a człowiek jeszcze trzyma się na nogach, już go te nogi niosą. Taniec to strata czasu. Co robią w takiej sytuacji normalni faceci w wieku produkcyjnym? Idą grać. Przynajmniej tak mi się kiedyś zdarzyło. Podczas sylwestra u mojego brata w Zalesiu w ciemną noc stanu wojennego potraktowaliśmy grę na zaśnieżonej ulicy Wita Stwosza jak jeszcze jeden dowód tęsknoty za wolnością. Grało nas kilkunastu chłopaków, którzy później stawali się posłami, ministrami. Kilku z nich z powodu różnic w poglądach dziś już ze sobą nie rozmawia.

Piłkę pożyczyliśmy od syna mojego brata. Chłopak dostał ją na Gwiazdkę i schował w szafie, gdzie miała poczekać do wiosny, a my zachowaliśmy się trochę jak bracia Wilkowie z mojej Falenicy, którzy przygotowali kiedyś bimber, ale nie mogli się doczekać, więc zjedli zacier łyżkami. Mus to mus. Wszystkiego najlepszego!

Choinka moich marzeń

23 grudnia 2009

Władze Chorzowa wystawiły na placu przed kościołem św. Józefa wielką choinkę, a chorzowska młodzież, za namową tychże władz, postanowiła ją ubrać. Ozdoby to między innymi 14 gwiazdek z datami przypominającymi 14 tytułów mistrza Polski Ruchu, który w przyszłym roku obchodzić będzie 90. rocznicę powstania. Na bombkach kibice wypisali nazwiska piłkarzy Niebieskich.

Pamiętam jedną swoją Gwiazdkę z piłkarzami Ruchu. Trener Michal Vican pozwolił mi przejść tygodniowy cykl treningów z drużyną, która była wtedy najlepsza w Polsce. Efektem moich starań na boisku było właśnie zaproszenie na klubową Gwiazdkę do kawiarni Ruchu, którą prowadziła pani Bonowa, żona Józefa Bona, jednego z najlepszych polskich pomocników lat 70.

Niestety, muszę po latach wyznać, że po tej Wigilii grający w Ruchu reprezentanci Polski Achim Marx i Piotrek Drzewiecki, do spółki z Jurkiem Wyrobkiem i Albinem Wirą, musieli odprowadzać mnie do nocnego pociągu Gliwice – Warszawa Wschodnia, polecając opiece niewiele ode mnie trzeźwiejszego konduktora. Dostałem też w prezencie parę kilo wędlin, jakich wtedy, od czasu okupacyjnej rąbanki przywożonej wąskotorówką z Karczewa przez moją Falenicę, w stolicy nie widziano.

Wspominam o tym również dlatego, że taka Wigilia na Śląsku, ze wspólnym śpiewaniem polskich kolęd, zmieniła mój stosunek do tego regionu ukształtowany na trybunach Stadionu Wojska Polskiego. Jako młodociany kibic znałem wiele piosenek, których bohaterami były hanysy z Chorzowa i Bytomia. A potem, jako dziennikarz tygodnika “Piłka Nożna”, poznałem tych ludzi osobiście i szukałem nawet okazji, żeby pojechać na Śląsk. Od tamtej pory mam tam wielu znajomych. Dziś, kiedy bezsensowne walki działaczy o władzę w PZPN stają się ważniejsze od samej gry, a kibice dźgają się nożami, marzy mi się taka choinka, na której każdy mógłby zawiesić bombkę z nazwiskiem swojego ulubionego piłkarza, nazwą klubu, życzeniem. Legia byłaby obok Widzewa, Wisła przy Cracovii, Grzegorz Lato obok Kazimierza Grenia. Żeby taka Wigilia trwała cały rok.