Tragiczna śmierć Roberta Enkego pokazuje, jak mało wiemy o sportowcach, dla których przychodzimy na stadiony.
Oceniamy ich po strzałach, paradach i rekordach, nie zdając sobie sprawy, co się za nimi kryje. Oto 32-letni bramkarz reprezentacji Niemiec, z którą ma szanse jechać na mistrzostwa świata, rzuca się pod pociąg. Dopiero po jego śmierci dowiadujemy się, że ta reprezentacja, wiwaty i sympatia kibiców Hanoweru nie mają znaczenia wobec jego osobistych spraw, z którymi nie daje sobie rady.
Nauczyłem się ważyć słowa, oceniając sportowców, wiedząc, jaką krzywdę może im wyrządzić zbyt ostra krytyka. Pastwienie się nad napastnikiem, że nie trafił w pustą bramkę, lub nad bramkarzem za to, że puścił szmatę, ma niewidoczne granice. Nieudane mecze nie są wyłącznie efektem zawodowej słabości, zbyt małych umiejętności i nadmiernie dobrego mniemania o sobie. Czasami sportowiec przegrywa, bo jego myśli są w domu: przy chorym dziecku, niewiernej żonie, złych wynikach badań, nałogach, problemach, na które nie ma wpływu. Przecież nie wyjdzie na boisko w koszulce z napisem: bądźcie dla mnie łaskawi, mam kłopoty.
Spytałem niedawno jednego z piłkarzy Legii, czy kiedy skończy mu się kontrakt, pozostanie w stolicy, czy wróci na Śląsk. – Muszę wrócić – odpowiedział. – Przecież po śmierci siostry opiekuję się też jej dziećmi. Siostra piłkarza zmarła na raka, nie dożywszy trzydziestki. Choćby ten piłkarz przegrał mecz o mistrzostwo Polski, ja go nie skrytykuję, a przynajmniej znajdę sto okoliczności łagodzących.
Słyszałem o zawodniku wiecznie rezerwowym w swoim klubie z małego miasteczka. Aż któregoś dnia los się do niego uśmiechnął. Trener zaczął wystawiać go w pierwszej jedenastce mimo braku widocznych postępów. Początkowo zawodnik sądził, że trener docenił jego wysiłki na treningach. Zmienił zdanie, kiedy zobaczył nad swoim miejscem w szatni wymalowane rogi. Żona kochała go tak bardzo, że chcąc mu pomóc, przespała się z trenerem. Od tej pory mąż grał, ale kiedy się zorientował, że koszt jest zbyt duży, zaczął świadomie strzelać bramki samobójcze. Ostatecznie stracił miejsce, odszedł od żony, a ponieważ w miasteczku wytykano go palcami jako nieudacznika i rogacza, wyjechał na drugi koniec Polski. Zaczął życie od nowa, ale już bez piłki. Jest mu łatwiej, bo nikt go nie zna.








Sport to gladiatorstwo w ramach komercji. A na arenie wygrywa tylko jeden słabych dobija się lub czynią to po zawodach. Tak sobie myślę o olimpijskiej szlachetności uprawiania sportu dla zdrowia i kondycji fizycznej.
I co, mamy plakac nad S.p. Robertem, czy smiac sie z rogacza?
Pnie, ja nie znam prywatnego zycia mojego mechanika samochodowego, ktory przeglada hamulce w moim wozie… Nie znam prywatnego zycia pilota „jumbo-jet”, ktorym lece przez Atlantyk… Nie znam prywatnego zycia mojego lekarza (na szczescie nie praktykowal psychiatrii w USA)…
piekny komentarz. dzeikuje
Czy ten trener nie zastosowal czasami nagannego
przymusu … karalnego? Czy to nie on powinien być
obiektem pańskiego zainteresowania ? i po nazwisku
redaktorze,po nazwisku !
piekny tekst panie Stefanie, nie samym futbolem czlowiek zyje
Kiedy mechanik samochodowy czy kominiarz popelni samobojstwo
nie interesuje to nikogo.
Kiedy pilkarz, gladiator, zarabiajacy miliony rzuci sie pod pociag,
jest to tematem dla prasy, komisji rzadowych i zawodowych „rozumiejacych”.
Moze tak wrocic do normalnych wartosci?
Pisze sie teraz duzo o nieludzkim systemie w Bundeslidze, o mobingu.
Ludzie! Jak mi sie ten system nie podoba to ide do domu, jak chce zarabiac miliony to akceptuje ten system.
Biedny chlopak, nie wytrzymal napiecia! Czy ktos mu kazal byc pod napieciem, czy to raczej szmal? Nie jest mi niczego zal, podobnie wariaci w Formula 1, jak zginie w wypadku, to prawie zaloba narodowa.
Ludzie opamietajcie sie, kazdy jest kowalem swojego zycia.
Poza tym ci nowoczesni gladiatorzy nie robia tego aby uratowac zycie,
chca szmalu i tylko tego, wiec nie mam wspolczucia.
niepo
Mądry tekst. Widząc kogoś, widzimy jedynie pewną powierzchowność. Przyklejamy pewne etykietki ludziom, by mieć wszystko pod „kontrolą.”.A rzeczywistość może być zgoła inna od tej stworzonej na potrzeby mediów czy innych ludzi.
Dlatego zawód dziennikarza(choć nie tylko ten) to odpowiedzialność. Możemy i powinniśmy nawet krytykować sportowców, ale myślę, że to powinno być po 1 rzeczowe, a po 2 pisane „po coś”. Powinny stać za tym pewne wartości. A można odnieść wrażenie, że we współczesnej dyskusji chodzi raczej o pewien rodzaj autopromocji piszącego, a nie o dotarcie do prawdy..
Drodzy dyskutanci jakby nie zauważyli że autor felietonu nie mówi o karierze zawodników, ich awansach czy degradacjach, a jedynie (czy aż) o naszym stosunku do nich jako ludzi. Mówiąc bardziej wprost chodzi o to że czasami trzeba się trochę zastanowić zanim się rozewrze gębę do obelg (a najczęściej było by lepiej gdyby się jej wogóle nie otwierało).