Nasi bliscy dalecy sąsiedzi

03 lut 2012

Ukraińskie media dworują sobie z nas w związku z problemami Stadionu Narodowego w Warszawie.

Choć określenia „ledwo  zdążyli”, „stadion nie jest gotowy, bo nie ma na nim jeszcze murawy” padają  i w polskiej prasie, w Kijowie używa się ich z poczuciem wyższości. Zamiast obaw,  że partnerowi w interesie  coś się nie udaje, jest satysfakcja. Tym większa,  że „u nas na otwarcie stadionu w Kijowie śpiewała Shakira, w Doniecku  Beyonce, a w Warszawie  zespoły polskie, nieznane  za granicą”.

Gdzie jest dwóch gospodarzy ważnej imprezy, tam nietrudno o konflikty. W przypadku Polski i Ukrainy sytuacja jest bardziej skomplikowana,  bo dochodzi jeszcze Związek Radziecki, który nam zabrał całe Kresy ze Lwowem,  a Ukraina po uzyskaniu niepodległości wymazuje  z pamięci wszystkiego  co polskie. Domów postawionych przez Polaków zburzyć się nie da, więc do ich przeszłości dorabia się właściwą ideologię. Kościół św. Elżbiety, w którym ochrzczono Kazimierza Górskiego,  był przez wiele lat magazynem soli, a kościół Dominikanów na lwowskim Starym Mieście dopiero  kilka lat temu przestał być muzeum ateizmu.

W przedwojennym Lwowie 19 ulic nosiło imiona królów polskich, a nazwy 61  były związane z religią i świętymi (Witold Szolginia „Tamten Lwów”. Tom 2).

Nie burzę się przeciw temu, że dziś jest inaczej,  tylko przeciw temu, że robi się wszystko, aby nikt  we Lwowie i na Ukrainie nie pamiętał, jak było kiedyś.

Krok następny to robienie  sobie żartów z Polaków,  którzy nawet stadionu  nie potrafią zbudować tak, aby nie było z nim problemów. To prawda,  że Ukraina wymyśliła  te mistrzostwa, a ponieważ sama by ich nie otrzymała  i nie podołała organizacji,  poprosiła o współpracę  Polskę.

Zbliżamy się do szczęśliwego końca i nie warto pogarszać wzajemnych stosunków pytaniami, dlaczego 13 z 16 finalistów postanowiło mieszkać  w Polsce, nawet jeśli grają  na Ukrainie.

Wybieram się na mecz do Lwowa, jeszcze nie bardzo wiem jak i nie robię z tego problemu. Jeśli samochodem, to będę musiał wykupić dodatkowe ubezpieczenie  i nie mam pewności,  czy na tamtejszych drogach nie zgubię podwozia.  Pewnie więc zostawię auto  w Tomaszowie Lubelskim,  a dalej pojadę autobusem.

Może spotkam w nim miłą Ukrainkę, która będzie  wracała do domu po pracy  w Polsce. Tak jak przed laty na zachodniej granicy można było spotkać miłe Polki wracające z pracy w RFN. Historia przez ostatnie 30 lat zatoczyła koło. I o tym powinni pamiętać i Polacy,  i Ukraińcy, organizując razem Euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od ponad wieku ludzie giną na stadionach

02 lut 2012

Licznik śmierci włączony został 5 kwietnia 1902 roku. W wyniku zawalenia się trybuny na stadionie Ibrox Park w Glasgow zginęło 25 kibiców.

Teoretycznie im bardziej nowoczesny stadion i cywilizowany kraj, groźba tego rodzaju tragedii jest mniejsza. Ale przecież w roku 1985 hordy angielskich chuliganów stratowały i doprowadziły do śmierci 39 kibiców, głównie włoskich. Działo się to na stadionie Heysel w Brukseli, na oczach całej Europy, czekającej przed telewizorami na mecz o Puchar Europy Juventus – Liverpool. W tym samym roku na stadionie w Bradford spłonęło żywcem 56 osób. Cztery lata później 96 kibiców poniosło śmierć na stadionie w Hillsborough. Większość została uduszona w tłumie, który nie mógł znaleźć drogi ucieczki, bo bramy były zamknięte.

To wszystko w Anglii, kraju o najstarszej cywilizacji futbolowej na świecie. Na stadionie Łużniki w Moskwie kibice pogodzili się z porażką Spartaka z holenderskim FC Haarlem (1982) i zaczęli opuszczać trybuny. Ale Spartak strzelił w ostatniej minucie gola i tłum chciał wrócić na swoje miejsca. 340 osób zostało stratowanych.

Emocje, przepełnione trybuny, zamknięte bramy, zastawione drogi ewakuacyjne, panika wywołana interwencjami policji, pożary, awarie światła – to najczęstsze przyczyny tragedii na stadionach. W Afryce jest ich proporcjonalnie więcej niż na innych kontynentach. Służby porządkowe zwykle nie są przygotowane do zapewnienia spokoju, a często same przyczyniają się do paniki.

W roku 1974 w Kairze 48 osób poniosło śmierć w walkach z policją przed meczem Zamalek – Dukla Praga. W 1979 roku w Lagos zginęło 24 kibiców, którzy wpadli w panikę po awarii oświetlenia na trybunach. W 1988 roku, w wyniku bitwy między kibicami, w Trypolisie zginęło 30 osób. 42 kibiców w podobnych okolicznościach poniosło śmierć w mieście Orkney w RPA (1991), podczas  meczu Kaizer Chiefs – Orlando Pirates. Powodem starć było nieuznanie bramki przez sędziego. W Abidżanie (1993) kibice nie czekali nawet na rozpoczęcie gry. Od ciosów nożami, maczetami i pałkami zginęło 20 osób. W Harare (2000) do tragedii doprowadziła policja, która przy zamkniętych bramach stadionu użyła wobec widzów gazu łzawiącego. Śmierć poniosło 13 osób.

Wnioski z każdej takiej tragedii mają zapobiec następnym. Ale to się nie udaje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mama może się wzruszyć

09 sty 2012

Jacek Wszoła zauważył, że na bale sportowców wrócili sportowcy. Były takie lata, gdy na balach „Przeglądu Sportowego” liczebną przewagę mieli biznesmeni w białych skarpetkach i tylko Jerzy Kulej trwał na posterunku, jako dziekan korpusu mistrzów. Bywało, że goście szukali się pod stolikami w Kamieniołomach Hotelu Europejskiego lub zażywali  kąpieli w fontannie restauracji Kongresowa, nie zdejmując garniturów. Wyciągał ich wtedy Władek Komar i suszył na wieszakach w szatni.

W porównaniu z takimi atrakcjami na balu w Hiltonie było nudno. Wyraźnie zmieniła się tzw. struktura spożycia, co powoduje brak jakichkolwiek ekscesów.

Przyjemne na balu „Przeglądu Sportowego” jest to, że sportowcy przychodzą z żonami, mężami, sympatiami. Mało jest takich okazji. A ponieważ coraz częściej laureaci w tym samym czasie startują za granicą, nagrody

w ich imieniu odbierają rodzice. I kiedy mama Justyny Kowalczyk mówi o radości, jaką dają biało-czerwone flagi towarzyszące na trasie biegu jej córce, to przecież czujemy wszyscy to samo, tylko jakoś nie wypada się wzruszać. Matka może, a wszyscy się cieszą, że to mówi. Kamil Stoch przyjechał na bal prosto z Bischofshofen. Wyszedł skromnie na scenę po odbiór nagrody za dziesiąte miejsce, podziękował wszystkim, a na balu cały czas trzymał za rękę żonę. Tłumaczył mi, że dopiero po ślubie znalazł sens życia i być może dlatego lepiej skacze.

Redaktor Maciej Petruczenko, spec od lekkiej atletyki, piszący w „PS” od 40 lat, przyszedł na bal ze starszym, dystyngowanym panem. Coś mi świtało, ale nie do końca. Dopiero Wojtek Gąssowski, autentyczny, a nie farbowany przyjaciel sportowców, powiedział: Widziałeś? To przecież Włodek Sokołowski.

Włodek Sokołowski, pierwszy Polak, który skoczył o tyczce 5 metrów. Ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej, mieszka w USA.

To są bale mistrzów, którzy pozostają bohaterami jednego sezonu, i takich, którzy stają się legendami. Ale wszyscy sprawiali nam radość. I tak od roku 1926, kiedy „PS” zorganizował pierwszy plebiscyt.

W przyszłym roku Jerzy Kulej powinien otrzymać nagrodę Superchampion za kolejne zwycięstwo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nasze orły

30 gru 2011

17 października 1973 roku Kazimierz Górski, kończąc odprawę przed meczem Anglii z Polską, powiedział do zawodników: „A teraz wychodźcie na ten Wimblendon i grajcie tak, żeby wygrać”.

Piłkarze, którzy do tej pory siedzieli w szatni ze spuszczonymi głowami, nagle się ożywili: „Panie trenerze – powiedział któryś z nich. – To nie jest Wimblendon tylko Wembley”. „A co to za różnica – odparł Górski. – To trawa, i to trawa”. No to chłopaki wyszli i wygrali. To znaczy, zremisowali, ale to był „zwycięski remis”. A kilka miesięcy później poszło im jeszcze lepiej.

Wtedy cała Polska stała murem za reprezentacją. Piłkarze grali z białym orłem, bez korony wprawdzie, ale to był nasz orzeł. Nie mówiliśmy, że zaczniemy kibicować reprezentacji, kiedy wróci orzeł z koroną. Nikogo nie interesowało, jak się nazywa prezes PZPN i sekretarz generalny, chociaż to byli urzędnicy z partyjnego klucza. Liczyło się tylko to, jak zawodnicy zagrają. Jeśli nawet toczyły się jakieś zakulisowe rozgrywki, kibica to nie interesowało, a dziennikarze nie robili z igieł wideł.

Dziś, kiedy za niecałe pół roku rozpocznie się w Polsce impreza naszego życia, troska o jej powodzenie przybiera formy trudne do zaakceptowania. Franciszek Smuda już się przyzwyczaił, że zwalnia się go parę razy w miesiącu. Ludzie chcieliby mieć trenera, który mówi jak profesor Jerzy Bralczyk. Ale przecież Smuda został trenerem z woli narodu, jako ten, którego kibice uznali za najbardziej odpowiedniego do tego zadania. Namaścił go Grzegorz Lato, o którym 35 lat temu nigdy bym nie powiedział, że może kiedykolwiek zostać prezesem PZPN. Ale jest, nikt mu nie pomaga, bo PZPN jest wewnętrznie skłócony, strach się tam odezwać, żeby nie zostać nagranym. Komuś zależy, żeby skompromitować Latę jeszcze bardziej, niż się kompromituje z własnej inicjatywy, więc wyemitowano jego orędzie urbi et orbi, które w trosce o wizerunek prezesa i związku, na czele którego stoi, powinno być głęboko schowane.

Zadzwoniło do mnie radio z prośbą o skomentowanie skandalu, jakim jest brak trawy na Stadionie Narodowym. Nie wiedziałem, o co chodzi. Przyjdzie pora, to położą trawę. Już przynajmniej wiadomo, że nam UEFA nie zabierze Euro. Został jeszcze problem autostrad. Szukanie dziury w całym stanowi narodowe hobby.

Ja się cieszę, że powstały nowe stadiony, gołym okiem widać, że dzięki mistrzostwom zmienia się Polska. Martwię się, że reprezentacja nie gra tak, jak ta z czasów Kazimierza Górskiego, ale będę ją wspierał. Bo to jest reprezentacja mojego kraju, a nie PZPN. Co i Państwu w nowym roku proponuję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Teoria do obalenia

04 gru 2011

Gdyby ktoś z Rosji, Czech lub Grecji wpadł na weekend do Polski, by zobaczyć, na jakim poziomie grają piłkarze w ekstraklasie, utwierdziłby się w przekonaniu, że los był dla ich drużyn łaskawy. Gdyby, na przykład, goście pojechali do Zabrza, zobaczyliby jak piłkarz Górnika nie trafia z dziesięciu metrów do pustej bramki. Ale w tym samym meczu padł gol marzenie zdobyty przez Waldemara Sobotę. Byłby ozdobą Premier League, Bundesligi, o Serie A nie mówiąc. I patrząc na akcję Soboty, goście by się zastanowili, czy przypadkiem nie cieszą się za wcześnie. Tym bardziej że zawodnik Sobota nie gra w kadrze. To jak muszą strzelać ci, którzy w kadrze są?

W ligach Czech i Grecji też się nie wykorzystuje stuprocentowych sytuacji i też strzela się po okienkach. Tylko rosyjska wydaje się nieco lepsza, ale tam o poziomie decydują przede wszystkim bardzo drodzy cudzoziemcy. Polskie drużyny nie noszą na koszulkach reklam Gazpromu czy Łukoilu, więc ich na gwiazdy nie stać. Jednak nie tak dawno Legia miała przegrać ze Spartakiem, a pokonała go nawet w Moskwie. Więc jednak nie tylko kasa…

Czesi mają Spartę i Slavię, Grecy – Panathinaikos i Olympiakos, Rosjanie – Zenit, CSKA, Lokomotiw czy Rubina Kazań. I tak od lat. U nas o stabilizację formy trudno. Legia, która dziś gra dobrze, wiosną zawodziła w co drugim meczu. W drużynie mistrza Polski, czyli Wiśle, z powodu słabych wyników zmieniono trenera. Lech, który przed rokiem w Lidze Europejskiej nie przegrał z Juventusem i pokonał Manchester City, dziś ledwo dyszy. Gdyby nie wygrał w sobotę ze słabym ŁKS, trener Jose Mari Bakero straciłby pracę.

Zagraniczni obserwatorzy analizujący ekstraklasę mogliby się bardzo zdziwić, że najlepsza polska drużyna klubowa w roku kalendarzowym Śląsk Wrocław nie daje swoich zawodników do reprezentacji. Śląsk jest wicemistrzem kraju i liderem w rundzie jesiennej, a nową, już wiosenną, rozpoczął jeszcze lepiej (w lipcu zremisował z Górnikiem we Wrocławiu 1:1, teraz pokonał go w Zabrzu 2:0).

Ci sami obserwatorzy zwróciliby uwagę na jeszcze jedno. Dziewięć z szesnastu drużyn ekstraklasy gra na stadionach, które zmodernizowano lub zbudowano od nowa w ostatnich kilku latach. Stadion Jagiellonii rośnie w oczach, a w Zabrzu zaczęto budowę. Pod tym względem jesteśmy w czołówce europejskiej.

Znam teorię, zgodnie z którą, jak nie było stadionów, to mieliśmy piłkarzy, a teraz jest odwrotnie. Nawet to pamiętam. Czas najwyższy tę teorię obalić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lew już tu przegrał

03 gru 2011

Wszyscy w Polsce się cieszymy, więc można sobie wyobrazić radość w Pradze, Moskwie i Atenach.

Każdy chciał przecież trafić na Polskę. Kiedy w roku 2004 Portugalczycy dowiedzieli się, że na otwarcie mistrzostw na swoich boiskach zagrają z Grecją, zapisali sobie trzy punkty. Dla przyzwoitości trzeci trener Portugalczyków przyjechał do Szczecina, żeby zobaczyć Greków w meczu z Polską, ostatnim przed turniejem. Polacy wygrali 1:0, a jedyny rozsądny komentarz, jaki się nam nasuwał, sprowadzał się do pytania: po co Grecy jadą na mistrzostwa? Kilkanaście dni później Grecja wygrała z Portugalią w meczu otwarcia w Porto, drugi raz w finale w Lizbonie i zdobyła mistrzostwo Europy. Nie można chwalić dnia przed zachodem słońca. Z drugiej strony, z kim mielibyśmy wygrać, jeśli nie z Grecją, Rosją i Czechami?

Stadion we Wrocławiu dopiero zaczyna swoją historię, a Narodowy już ją ma, bo stoi na miejscu Stadionu Dziesięciolecia, z którego zresztą pozostał tunel, gdzie, jak chce legenda, Stanisław Królak lał pompką kolarzy z Kraju Rad, i wejście od strony Wisły, zastrzeżone dla najważniejszych towarzyszy. Można więc mówić o pewnego rodzaju ciągłości historycznej, mimo że towarzyszy już nie ma.

Oczywiście Rosja to nie jest Związek Radziecki, ale specyficzna więź łącząca nasze narody nadal nie pozwala na nazwanie jej przyjaźnią.

Był już jeden pamiętny mecz, w tym samym miejscu, w roku 1961. Towarzyski, mający podkreślić serdeczne stosunki między bratnimi narodami. ZSRR tak bardzo liczył na zwycięstwo i gorące przyjęcie, że władze na Kremlu postanowiły go transmitować w telewizji. Źle to się skończyło. Goście przegrali 0:1, Ernest Pol strzelił bramkę z karnego Lwu Jaszynowi, a kiedy radziecki zawodnik sfaulował naszego bramkarza i na boisko wjechała karetka, ludzie rzucali butelkami i wznosili antyradzieckie hasła.

Przyjemniej było w roku 1974. Na Stadionie Dziesięciolecia Polska rozgrywała z Grecją ostatni mecz przed wyjazdem na mistrzostwa świata. Kazimierz Górski sprawdzał ostatnich kandydatów, więc Kazimierz Deyna i Jan Tomaszewski siedzieli na ławce. Mimo to wygraliśmy 2:0, a jedną z bramek strzelił Grzegorz Lato. On miał zawsze szczęście i niech tak do Euro zostanie.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czarne serca

21 lis 2011

Polonia przegrała w Lubinie – to się zdarza. Sto lat temu, 19 listopada 1911 roku, rozpoczynała też od porażki – 3:4 z Koroną, która była jednym z pierwszych klubów Warszawy, ale połączyła się z Legią. Polonia jest od 100 lat, już prawie nie żyła, odłączona od kroplówki przez towarzyszy z PZPR, ale odrodziła się wraz z nową Polską.

Historia Polonii jest historią Warszawy i Polski. Doman Nowakowski pokazał to w napisanej na stulecie klubu sztuce „Czarne serca”. Jej premiera odbyła się w sobotę w Teatrze Kamienica w obecności około 300 osób, w bardzo wielu przypadkach związanych z klubem od dziesięcioleci. Honorowy prezes Jerzy Piekarzewski chyba na Konwiktorskiej się urodził. Juliusz Kulesza, grafik, autor książek, pamięta Polonię z czasów, kiedy jej prezesem był generał Kazimierz Sosnkowski. Zdzisław Sosnowski bronił bramki Polonii, kiedy na gruzach stolicy zdobywała w roku 1946 mistrzostwo Polski, a Henryk Misiak grał w zespole, który w roku 1952 pokonał Legię w finale Pucharu Polski. Juliusz Kulesza obliczył, że w powstaniu warszawskim walczyło 37 piłkarzy Polonii.

Klub przedwojennej elity – Gebethnerów, Lothów czy Sosnkowskiego, po roku 1945 musiał przegrać z wojskową Legią i milicyjną Gwardią. Nowakowski pokazał rozterki urodzonych po wojnie warszawskich kibiców: iść w południe na mecz Czarnych Koszul z Mazurem Ełk czy wieczorem na Legię z Interem przy jupiterach? I czy pójście na Łazienkowską musi oznaczać zdradę? Wcale nie. Przez dziesięciolecia obydwa kluby żyły w zgodzie, bezsensowna wojna zaczęła się wtedy, kiedy Polonia wróciła do ekstraklasy i z ubogiego krewnego stała się godnym konkurentem.

Dziś różnica między Polonią a Legią polega na tym, że starych sportowców tej pierwszej i jej kibiców można spotkać 1 listopada na Powązkach, a legionistów jakby mniej. Przy Konwiktorskiej się jest, a przez Łazienkowską się przejeżdża.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Deser po padlinie i swojaku

17 lis 2011

Marcin Rosłoń napisał książkę „Mowa trawa. Słownik piłkarskiej polszczyzny”. Rosłoń jest komentatorem Canal+, a wcześniej grał w Legii

Jeśli mnie pamięć nie myli, w pierwszej drużynie debiutował nie w ekstraklasie, tylko w europejskich rozgrywkach klubowych, w Luksemburgu. Krótko mówiąc, szatnia piłkarska jest jego drugim domem. Książka to żartobliwa opowieść o języku używanym przez ludzi futbolu. Szanujący się dziennikarze poważnych pism, radia i telewizji unikają żargonu piłkarskiego, ale nie można udawać, że nie ma takich słów i zwrotów, jak: siatka, tunel, okienko, wapno, klej, drewno, deska, szarańcza, żółtko, as kier, dziadek, klepka, fałszerz, gaz, pas, plaster, rogal, kaczka, setka, sęp, sodówa, sprężyna, padlina, swojak, skład desek i papy, oddychanie rękawami i wiele innych, których nie pamiętam, ale muszę je znać.

Urok tych słów używanych powszechnie na boiskach i trybunach polega na tym, że żadne z nich nie oznacza tego, z czym się w pierwszej chwili kojarzy. Na przykład okienko to górny róg bramki, a sprężyna to określenie sytuacji, w której piłka odbija się od klatki piersiowej bramkarza. To jest język łatwy, ale tylko dla wtajemniczonych.

Rosłoń nie tylko to wszystko zebrał alfabetycznie, ale też każde hasło rozwinął, przetłumaczył na polski, dodał soli i pieprzu w postaci swoich doświadczeń i cytatów ze znanych trenerów. W efekcie powstało smaczne danie lub deser po padlinie ze swojakiem, czterema setkami, dwoma wapnami, a wszystko dlatego, że grał skład desek i papy.

I jeszcze jedno: Rosłoń tym różni się od innych piłkarzy-autorów książek, z Waynem Rooneyem i Davidem Beckhamem włącznie, że on swoją napisał sam.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niezgoda rujnuje

16 lis 2011

Wygrana z Węgrami bardzo nie podniosła nas na duchu. Dopóki na boisku przebywała druga reprezentacja, mecz był nudny. Na szczęście po przerwie zagrali najlepsi i Robert Lewandowski znów pokazał, jak się dochodzi do sytuacji strzeleckich. Szkoda, że niewykorzystanych.

Franciszek Smuda nie dowiedział się niczego nowego. Mamy dwóch dobrych bramkarzy, ale nie wiemy, kto poza Łukaszem Piszczkiem zagra podczas Euro w obronie.

To jest problem poważny.

W pomocy bez wątpienia Jakub Błaszczykowski, pewnie Ludovic Obraniak, Adrian Mierzejewski, Dariusz Dudka, Rafał Murawski i Adam Matuszczyk. Z przodu Lewandowski, bo Paweł Brożek jest o kilka klas słabszy.

Boisko w Poznaniu nie nadawało się do gry, na 40-tysięczny stadion przyszło 8 tys. kibiców domagających się przywrócenia orła na koszulkach. PZPN swoimi decyzjami podcina gałąź, na której siedzi.

Atmosfera, w której muszą grać piłkarze, jest fatalna, niezgoda rujnuje, a wszystko to wtedy, gdy powinniśmy w spokoju czekać na największe sportowe święto, jakie kiedykolwiek organizowaliśmy w Polsce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od piłki i od szklanki

15 lis 2011

O futbolu węgierskim można pisać tak jak o festiwalach piosenki polskiej w Opolu – wyłącznie w czasie przeszłym.

Kiedy na festiwalu w roku 1966 Łucja Prus śpiewała „Dookoła noc się stała”, węgierscy piłkarze przygotowywali się do mistrzostw świata w Anglii. Pokonali wówczas nawet Brazylię, przegrali dopiero w ćwierćfinale z ZSRR, co się nam bardzo nie podobało.

Dla Polaków Węgrzy są „bratankami od szabli i od szklanki”, ale i nauczycielami futbolu. Imre Pozsonyi jako trener zdobył z Cracovią tytuł mistrza Polski i poprowadził naszą reprezentację w jej pierwszym międzypaństwowym meczu (zresztą przeciw Węgrom). Doliczyłem się 18 węgierskich trenerów pracujących w polskich klubach ekstraklasy (dawniej I ligi). Byli wśród nich tak wybitni fachowcy jak twórca wielkości Legii w połowie lat 50. Janos Steiner i Geza Kalocsay, bez którego Górnik nie awansowałby do finału europejskich rozgrywek pucharowych.

Punktem odniesienia pozostaje wciąż „złota jedenastka”, której nikt  nie pokonał w 32 meczach z kolei, a która przegrała mecz najważniejszy – finał mistrzostw świata z Niemcami w roku 1954. Jej legenda wcale przez to nie zgasła. Wzmocniła ją tułaczka po świecie czołowych zawodników.  Nie chcieli już mieszkać w kraju, do którego wjechały sowieckie czołgi. Ferenc Puskas stał się gwiazdą Realu, a Zoltan Czibor i Sandor Kocsis – Barcelony.  W Europie zapanowała moda na węgierskich trenerów, a Bela Gutman z Benfiki stał się najlepszym z nich.

Kiedy w roku 2006 zmarł Ferenc Puskas, urządzono mu pogrzeb jak królowi i pochowano w kościele, a nie na cmentarzu. Z tamtej drużyny zostało już tylko dwóch: Jeno Buzanszky i bramkarz Gyula Grosics. Kiedy dwa tygodnie temu 85-letni Grosics spadł ze schodów, wiedzieli o tym wszyscy Węgrzy. Bo to byli piłkarze, za jakimi tęsknią od pół wieku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop