Spojrzenie z pałacu

7 lutego 2010 autor rp

Nie pielęgnuję w sobie kompleksów, ale uczestnicząc wielokrotnie w uroczystościach losowania ważnych turniejów czy kongresach FIFA lub UEFA, myślałem sobie: Dlaczego nie u nas?

Długo byliśmy gorszą częścią Europy, nie organizowaliśmy żadnych ważniejszych turniejów, bo niby gdzie. Nawet gdy już dostaliśmy Euro 2012, powątpiewaliśmy, czy się uda. Niedzielne losowanie nie tylko było przedsmakiem turnieju, ono pokazało, że można i u nas.

Nie wiem, z jakim nastawieniem jechali do Warszawy zagraniczni delegaci i dziennikarze, ale wiem, w jakich nastrojach wyjeżdżali. Nie zobaczyli białych niedźwiedzi na ulicach, spali w hotelach równie dobrych jak zachodnie. Przekonali się, że Polacy (fakt, że wspólnie z UEFA) potrafią zorganizować imprezę na takim poziomie jak Austriacy czy Szwajcarzy. Że witający ich polski premier jest Europejczykiem, a prowadzący ceremonię dziennikarz TVP Piotr Sobczyński mówi po angielsku lepiej niż John Terry. Zobaczyli na telebimie, że Wrocław nie jest brzydszy od Brugii, że warto zwiedzić inne polskie miasta, do czego zachęcał nie tylko specjalny film, ale i dobrze dobrana muzyka Fryderyka Chopina. Polaka, a nie Francuza.

Podpisujący mi bilet z finału Ligi Mistrzów Borussia – Juventus trener Ottmar Hitzfeld, dziś prowadzący Szwajcarię, zdziwił się, że ktoś w Polsce pielęgnuje takie pamiątki. Przypomniało mi się, jak osiem lat temu oprowadzałem po wystawie futbolowej w Pałacu Kultury Seppa Blattera. Kiedy dotarliśmy na trzydzieste piętro, prezydent FIFA wziął mnie pod ramię i powiedział: – Myślałem, że to będzie wystawa jak wiele innych, które oglądam. A zobaczyłem coś, czego w Warszawie bym się nie spodziewał. Macie się czym chwalić. Tym razem goście nie wjechali na 30. piętro. Nie było czasu. Szkoda, bo zobaczyliby budujący się Stadion Narodowy, symbol zmian, miejsce meczu otwarcia mistrzostw. Po niedzielnych doświadczeniach Europa powinna na nie przyjechać dużo spokojniejsza.

Przerwana rozmowa

8 stycznia 2010 autor rp

Pod koniec listopada Bogdan Tuszyński wręczał nam książkę “Bardowie sportu”. Zamieścił w niej biogramy nieżyjących już dziennikarzy sportowych oraz tych, którzy ukończyli 70 lat. Janusz Atlas, siedzący obok mnie, powiedział wtedy: – Zobacz, k…, jakiego człowiek ma pecha. Nie podpadamy pod żadną z tych kategorii, to w książce nas nie ma.

Półtora miesiąca później już nie żył. Znał wszystkich i wszyscy jego znali, od świata sportu po kulturę i politykę. Był po imieniu z braćmi Kaczyńskimi, z którymi studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, z Aleksandrem Kwaśniewskim i z Jerzym Urbanem. Musiał być tam, gdzie coś się działo. To on siedział z ministrem Jackiem Dębskim na jego ostatniej w życiu kolacji.

Prawdopodobnie miał jakieś poglądy polityczne, ale trudno się było zorientować jakie. Był inteligentny, oczytany, pisał z rzadko spotykaną lekkością. Popadał w konflikty, bo nie zawsze sprawdzał informacje i zdarzało się, że przesadzał w atakach. Narobił sobie wrogów, polemizowano z nim (to był krok dla jego adwersarzy samobójczy), wytaczano mu procesy kończące się często nie po jego myśli, ale na sali sądowej czuł się jak ryba w wodzie.

Znaliśmy się ponad 35 lat, przechodząc w tym czasie różne stadia zażyłości – od wzajemnych fascynacji po kłótnie i z powrotem. To była znajomość profesjonalno-pokoleniowa, bez bywania u siebie w domu, ale z dziesiątkami wspólnych, nie tylko sportowych, imprez. Pod koniec lat 80. graliśmy w zawodowej drużynie piłkarskiej, z którą objechaliśmy pół Polski. Janusz miał ambicję, ale żadnych atutów futbolowych. Ja rządziłem więc na boisku, a on wykłócał się o pieniądze z organizatorami. Tak, że niech się schowają najwięksi biznesmeni. W sposób niezrównany opowiadał dowcipy, zwłaszcza ten, jak Jan Himilsbach przyszedł do Aliny i Czesława Centkiewiczów.

W roku 1987, gdy przed meczem Polska – Węgry na Łazienkowskiej zerwała się taśma z hymnem węgierskim, Janusz sam uciszył trybunę krytą, dając węgierskim kibicom szansę odśpiewania hymnu.

Przez ćwierć wieku gdziekolwiek by człowiek w Warszawie nie poszedł – na stadion, na koncert, na spotkanie z pisarzem czy do knajpy – wszędzie można było spotkać Atlasa. Zawsze gotowego do rozmowy, zawsze z pasją i, do pewnego czasu, z papierosem w dłoni, przekonującego do swoich racji. Bez niego to już  będzie inne miasto.

Między piłką a zacierem

30 grudnia 2009 autor rp

Sylwester i Nowy Rok to może być także futbolowe święto.

Nieprzypadkowo równo z noworocznym południowym hejnałem z wieży mariackiej na boisko przy ulicy Józefa Kałuży wybiegają od dziesięcioleci dwie jedenastki Cracovii, aby rozegrać mecz, którym żyje się tylko jeden dzień.

Opowiadali mi piłkarze z wielkiej drużyny Kazimierza Górskiego, że kiedy spotykali się na sylwestra z roku 1973 na 1974 w różnych miastach Polski, to życzyli sobie zwycięstwa choćby w jednym meczu na mistrzostwach świata. Tak, żeby nie wracać do Polski całkiem na tarczy. Pięć dni później odbywało się losowanie, które przydzieliło nam Argentynę, Haiti i Włochy. Piłkarze uznali, że życzenia większości z nich się spełnią: pokonanie Haiti nie powinno być problemem. Jak się to skończyło, starsi pamiętają, a młodsi mogą zobaczyć w telewizyjnych powtórkach: wygrali pięć meczów z rzędu i zajęli trzecie miejsce.

W latach następnych ze spełnianiem się noworocznych życzeń różnie bywało, aż w końcu doszliśmy do sytuacji, w której w przypadku polskich piłkarzy przestały one mieć jakiekolwiek znaczenie. Żeby życzenia miały szansę się spełnić, muszą być realne. Przecież nie można życzyć Józkowi zagrania w filharmonii koncertu skrzypcowego Brahmsa, skoro Józek nie umie grać na skrzypcach. Jeśli ktoś przewraca się na piłce, to raczej nie kupi go Barcelona.

Próbować jednak warto, wykazując przy tym cierpliwość. Wiem z własnego doświadczenia, że kiedy już wybije północ, a człowiek jeszcze trzyma się na nogach, już go te nogi niosą. Taniec to strata czasu. Co robią w takiej sytuacji normalni faceci w wieku produkcyjnym? Idą grać. Przynajmniej tak mi się kiedyś zdarzyło. Podczas sylwestra u mojego brata w Zalesiu w ciemną noc stanu wojennego potraktowaliśmy grę na zaśnieżonej ulicy Wita Stwosza jak jeszcze jeden dowód tęsknoty za wolnością. Grało nas kilkunastu chłopaków, którzy później stawali się posłami, ministrami. Kilku z nich z powodu różnic w poglądach dziś już ze sobą nie rozmawia.

Piłkę pożyczyliśmy od syna mojego brata. Chłopak dostał ją na Gwiazdkę i schował w szafie, gdzie miała poczekać do wiosny, a my zachowaliśmy się trochę jak bracia Wilkowie z mojej Falenicy, którzy przygotowali kiedyś bimber, ale nie mogli się doczekać, więc zjedli zacier łyżkami. Mus to mus. Wszystkiego najlepszego!

Choinka moich marzeń

23 grudnia 2009 autor rp

Władze Chorzowa wystawiły na placu przed kościołem św. Józefa wielką choinkę, a chorzowska młodzież, za namową tychże władz, postanowiła ją ubrać. Ozdoby to między innymi 14 gwiazdek z datami przypominającymi 14 tytułów mistrza Polski Ruchu, który w przyszłym roku obchodzić będzie 90. rocznicę powstania. Na bombkach kibice wypisali nazwiska piłkarzy Niebieskich.

Pamiętam jedną swoją Gwiazdkę z piłkarzami Ruchu. Trener Michal Vican pozwolił mi przejść tygodniowy cykl treningów z drużyną, która była wtedy najlepsza w Polsce. Efektem moich starań na boisku było właśnie zaproszenie na klubową Gwiazdkę do kawiarni Ruchu, którą prowadziła pani Bonowa, żona Józefa Bona, jednego z najlepszych polskich pomocników lat 70.

Niestety, muszę po latach wyznać, że po tej Wigilii grający w Ruchu reprezentanci Polski Achim Marx i Piotrek Drzewiecki, do spółki z Jurkiem Wyrobkiem i Albinem Wirą, musieli odprowadzać mnie do nocnego pociągu Gliwice – Warszawa Wschodnia, polecając opiece niewiele ode mnie trzeźwiejszego konduktora. Dostałem też w prezencie parę kilo wędlin, jakich wtedy, od czasu okupacyjnej rąbanki przywożonej wąskotorówką z Karczewa przez moją Falenicę, w stolicy nie widziano.

Wspominam o tym również dlatego, że taka Wigilia na Śląsku, ze wspólnym śpiewaniem polskich kolęd, zmieniła mój stosunek do tego regionu ukształtowany na trybunach Stadionu Wojska Polskiego. Jako młodociany kibic znałem wiele piosenek, których bohaterami były hanysy z Chorzowa i Bytomia. A potem, jako dziennikarz tygodnika “Piłka Nożna”, poznałem tych ludzi osobiście i szukałem nawet okazji, żeby pojechać na Śląsk. Od tamtej pory mam tam wielu znajomych. Dziś, kiedy bezsensowne walki działaczy o władzę w PZPN stają się ważniejsze od samej gry, a kibice dźgają się nożami, marzy mi się taka choinka, na której każdy mógłby zawiesić bombkę z nazwiskiem swojego ulubionego piłkarza, nazwą klubu, życzeniem. Legia byłaby obok Widzewa, Wisła przy Cracovii, Grzegorz Lato obok Kazimierza Grenia. Żeby taka Wigilia trwała cały rok.

Wielki związek małych ludzi

20 grudnia 2009 autor rp

W sobotę PZPN obchodził 90. rocznicę urodzin, a w niedzielę większość uczestników uroczystości spotkała się na zjeździe.

W sobotę działacze wznosili wspólnie toasty, a w niedzielę skakali sobie do oczu. Nie znam szczegółów jubileuszowego spotkania, ponieważ dziennikarzy na nie nie wpuszczono. Takiego przypadku jeszcze w historii PZPN nie było. Dziesięć lat temu związek przyznał mi medal z okazji 80. rocznicy powstania, a teraz mnie nie zaprosił. Zdaniem obecnych władz media są wrogiem polskiego futbolu, co z upodobaniem przypomina wiceprezes Antoni Piechniczek.

Kiedyś Piechniczek, Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek czy Lesław Ćmikiewicz tworzyli jedną drużynę. Dziś Piechniczek gra z Latą przeciw Bońkowi, którego zapraszano na zjazd w takiej formie, żeby się obraził i nie przyjechał. Zaproszenia nie przyjął też Ćmikiewicz, prezes Stowarzyszenia Orły Górskiego. Nie przyjął, w proteście przeciw wszelkim nieprawidłowościom, do jakich dochodzi w dzisiejszym PZPN, kierowanym przez kolegę Ćmikiewicza z boiska Grzegorza Latę.

A jednocześnie inni wielcy piłkarze Zygmunt Anczok i Adam Musiał przyjmowali na zjazdowej estradzie godność członka honorowego, najwyższą w PZPN. Nie odmówili, chociaż powinni, widząc jak małym i niegodnym szacunku działaczom przyznano to samo odznaczenie, które przez to dewaluuje się tak samo jak cały związek.

Dziś PZPN jest znakomicie okopaną twierdzą, gdzie płaci się wysokie pensje i premie, załatwia się pracę swoim, a nawet wchodzi w alianse z kibicami-chuliganami, licząc na to, że to oni spacyfikują prawdziwych kibiców krytykujących związek.

A przecież przez 90 lat istnienia PZPN rzadko musieliśmy się za związek wstydzić. Jesteśmy w takim właśnie okresie i młodzi kibice nie wiedzą, a starsi mogą nie pamiętać, że kiedyś PZPN to brzmiało dumnie. Niezależnie od tego, czy pracował w okresie pionierskim, po powstaniu w 1919 roku, w Drugiej Rzeczypospolitej, PRL czy po roku 1989. Zależy to nie od czasów, tylko od ludzi.

Próba sił na zjeździe, choć jeszcze przegrana przez słabo zorganizowanych i niemających lidera opozycjonistów, pokazuje jednak, że kiedyś nawet ten beton może pęknąć.

Inne podwórko

13 grudnia 2009 autor rp

28 lat temu w grudniu nie grano już w piłkę.  W całej Polsce nie było ani jednego podgrzewanego boiska, więc sezon kończył się w listopadzie. Wprawdzie w połowie lat 70. zbudowano wzorcową instalację ocieplającą pod boiskiem ROW Rybnik, tzn. ułożono jakieś przewody, przez które przepuszczano prąd. Może tę technologię dałoby się komuś sprzedać, gdyby nie to, że trawa była mocno przypalona i skończyło się na eksperymencie.

12 i 13 grudnia 1981 roku, po zakończeniu rozgrywek, PZPN zorganizował w Bydgoszczy zjazd klubów kibica. Zmarły przed 24 laty Grzegorz Aleksandrowicz, sędzia piłkarski, a potem jeden z najbardziej znanych dziennikarzy piłkarskich, patronował powstawaniu tych klubów, mających w założeniu propagować wzory kulturalnego dopingu. Idea była słuszna, a to że z czasem te kluby stały się zarzewiem zorganizowanego chuligaństwa, to już inna sprawa.

Wtedy, 12 grudnia, biliśmy pianę, siedząc na obradach w gościnnych progach Wojskowego Klubu Sportowego Zawisza. Nie było żadnych okrągłych stołów, bo i podziałów nie było. Kibice razem z PZPN i dziennikarzami. Potem poszliśmy spać, ciąg dalszy miał nastąpić w niedzielę rano, ale po północy w jednostce wojskowej, na terenie której znajduje się klub, zaczął się ruch i kiedy wstawałem przed szóstą, żeby ze stacji Bydgoszcz Leśna odjechać do Warszawy, przeciskałem się między transporterami opancerzonymi. To, co wziąłem za manewry, okazało się czymś znacznie gorszym.

Nie mam szczególnej ochoty na obchodzenie tej rocznicy, dlatego podchodzę z dystansem do różnym martyrologicznych akcji, zwłaszcza niemających wiele wspólnego z powagą wydarzenia. Dostałem zaproszenie na mecz piłkarski drużyny Stowarzyszenia Solidarność Walcząca z parlamentarzystami, jak napisano, “z okazji zbliżającej się rocznicy wprowadzenia stanu wojennego”. Ciekawa forma pamięci. Takie mecze to można rozgrywać z okazji zdobycia przez reprezentację trzeciego miejsca na świecie, ale nie wydarzenia tragicznego.

Nie skorzystałem z zaproszenia z tych samych powodów, dla których nie śpiewam hymnu narodowego, intonowanego na trybunie stadionu przez pijanego łysola. On jest wprawdzie takim samym Polakiem jak ja, ale z innego podwórka.

Rozmowy dla dobra sprawy

7 grudnia 2009 autor rp

Efektem obrad okrągłego stołu w sprawie polskiej piłki jest lista istotnych postanowień. Niestety, nie mają one mocy prawnej.

Inicjatorem okrągłego stołu był Canal+, któremu na sobotnim spotkaniu w warszawskim Liceum im. Stefana Batorego udało się zgromadzić wiele znanych postaci. Przy głównym stole zasiadło 28 osób. Od ministra Adama Giersza, prezesów Grzegorza Laty (PZPN) i Piotra Nurowskiego (PKOl), członków parlamentu, byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego po przedstawicieli sponsorów i kibiców.

Ponieważ każdy miał swoje trzy minuty, a nie każdy był w stanie wykorzystać je na sensowną wypowiedź, ta część nie pchnęła dyskusji do przodu. Może z wyjątkiem dramatycznej wypowiedzi Mariusza Waltera zwracającego uwagę na sytuację właściciela klubu zmagającego się z przeciwnościami i nie bardzo mogącego liczyć na pomoc.

Z innych powodów ożywienie wniosła opinia Antoniego Piechniczka uważającego, że największym zagrożeniem dla futbolu są media.

Przez dwie godziny w ośmiu zespołach dyskutowało kilkudziesięciu zaproszonych panelistów, specjalistów w dziedzinie Euro 2012, szkolenia, infrastruktury, piłki w mediach, sędziowania, zarządzania klubami, profesjonalizacji rozgrywek i bezpieczeństwa.

Efektem prac w panelach i dyskusji plenarnej było sformułowanie postanowień mogących w najbliższej przyszłości poprawić poziom i wizerunek polskiej piłki.

Do marca 2010 roku ma zostać przeprowadzony audyt sprawdzający działalność Komisji Dyscyplinarnej PZPN. Powstanie kodeks etyczny dla sędziów. Program szkolenia opracowany przez PZPN ma być poddany konsultacjom, a trenerzy klas niższych będą mieli możliwość odbywania staży w klubach ekstraklasy, do czego zobowiązała się Ekstraklasa SA. Program „Kibice razem”, znany już we Wrocławiu i Gdańsku, ma zostać wprowadzony w innych miastach i poprawić bezpieczeństwo na stadionach. Komisja Licencyjna zostanie przeniesiona z PZPN do Ekstraklasy SA.

Te i inne postanowienia o różnym ciężarze gatunkowym nie mają żadnej mocy prawnej. Ich realizacja zależy od dobrej woli uczestników okrągłego stołu i aktywności instytucji, które reprezentowali. Będą też pewnie napotykać wiele formalnych przeszkód, a może się okazać, że wśród naprawiaczy futbolu znajdą się ci, którzy go psują. Ważne jednak, że do takiego spotkania doszło, bo każda rozmowa jest lepsza od kłótni.

W porównaniu ze sławnym okrągłym stołem sprzed 20 lat przy tym trudno było powiedzieć, kim jesteśmy „my”, a kim „oni”. Wszyscy deklarują miłość do futbolu, uczciwość, tylko praktyka temu przeczy.

Uwaga na rezerwowych

6 grudnia 2009 autor rp

Z zasady szukam w naszej ligowej piłce dobrych stron, a ponieważ trudno je znaleźć, wyżywam się czasami na uczestnikach meczów, których nawet przy najlepszych chęciach nie można nazwać widowiskami. W każdej kolejce co najmniej kilkunastu piłkarzy nie potrafi trafić w piłkę (o bramce nie mówiąc) a sędziowie podejmują decyzje wołające o pomstę do nieba. Jeśli Marcin Mięciel nie zdobywa gola stojąc na wprost bramki, a jego koledzy nie są lepsi, to Legia nie wygrywa z przetrzebionym kontuzjami i kartkami Zagłębiem. Drużyną, którą w sierpniu w stolicy pokonała 4:0.

A przecież, choć każdy weekend przynosi stresy i irytację, spowodowane błędami sędziowskimi (jedenastka dla Jagiellonii podyktowana za faul poza polem karnym, gol dla Bełchatowa pada z karnego po starciu bez faulu) i kiksami zawodników, to każda niesie też trochę optymizmu. Zwłaszcza pod koniec sezonu, kiedy kontuzji i kar za kartki jest więcej, trenerzy muszą wystawiać zawodników rezerwowych, zwykle bardzo młodych. W Lechu zadebiutował 17-letni obrońca Marcin Kamiński, w Legii 19-letni napastnik Jakub Kosecki, syn Romana. Bramkarz Odry Michał Buchalik ma lat 20 i gdyby stali przed nim lepsi obrońcy, na pewno puszczałby mniej bramek. Jego rówieśnik Grzegorz Sandomierski został uznany przez samych zawodników Piłkarzem Października, ale trener Michał Probierz woli Grzegorza Szamotulskiego, który zresztą zawalił pierwszego gola z Odrą.

Tomasz Frankowski, rozpoczynający  mecz w Wodzisławiu jako rezerwowy powiedział skromnie: – Ronaldo siedzi na ławce w Realu to ja mogę w Jagiellonii. A kiedy już wyszedł na boisko, wykorzystał dwa karne i uratował swojej drużynie remis.

Dopóki w Polsce gra Frankowski i kilku jeszcze innych, choć nie tak mądrych i błyskotliwych starszych piłkarzy, można mieć nadzieję, że młodzi będą się mieli od kogo uczyć.

Do usłyszenia z przyjemnością

4 grudnia 2009 autor rp

Ile jest w kraju redakcji sportowych istniejących dłużej niż pół wieku i cieszących się w tym czasie niezmiennym szacunkiem? Trudne pytanie.

„Przegląd Sportowy” ma 88 lat i po okresach lepszych i gorszych wraca na szczęście do dawnej klasy. Tygodnik „Piłka Nożna” z fachowego pisma na wysokim poziomie merytorycznym przekształcił się w kolorowy magazyn głównie dla młodzieży.

Natomiast poza prasą bez wątpienia przetrwała jedna oaza rzetelnego dziennikarstwa – redakcja sportowa Polskiego Radia. Minęła właśnie 55. rocznica pierwszej „Kroniki sportowej”, najstarszej audycji radiowej w Polsce. Jest na antenie tyle lat, ile Lucjan Brychczy pracuje w Legii. I to właśnie on jest bohaterem jednego z najbardziej rozpoznawalnych sygnałów radiowych. To o nim mówi sprawozdawca Tadeusz Pyszkowski w transmisji meczu Legia – Slovan Bratysława z roku 1956, której fragment wykorzystano we wstępie do audycji: „Oj, strzelaj, prędzej strzelaj, jest!”.

Mając po kilkanaście lat, wsłuchiwaliśmy się w ten podniesiony głos dochodzący z radioodbiorników z magicznym oczkiem, a po latach my, którym dane było spełnić marzenia o dziennikarstwie, poznaliśmy i Brychczego, i kilkunastu wybitnych dziennikarzy tworzących na naszych oczach legendę radia – Witolda Dobrowolskiego, Bohdana Tomaszewskiego, Bogdana Tuszyńskiego (wymieniam w kolejności alfabetycznej) – i młodszych, już z naszego pokolenia, których potem wciągnęła telewizja – Darka Szpakowskiego, Włodka Szaranowicza. Tylko jeden z radiowych głosów znam od zawsze – moim sportowym partnerem na placykach w Falenicy był Andrzej Janisz. Po nich przyszli juniorzy, ale nic się nie zmieniło, bo to na szczęście młodzież odrobinę niedzisiejsza, pasująca do miejsca, gdzie – jak mówiła podczas jubileuszu „Kroniki” Renata Susałko – „sportowca się pokazuje, a nie gnębi”.

Przyzwyczajonym do internetowego szumu i pustosłowia komercyjnych stacji sportowe Polskie Radio zapewne wydaje się anachroniczne jak wujek z Krakowa, który przyjechał z wizytą, każe prosto siedzieć przy stole i nie mówić z pełnymi ustami. Ja wiem swoje: w czasach, gdy kurczą się wyspy dobrego smaku i poprawnego języka, taki wujek to skarb. Wszystkiego najlepszego, koledzy, do zobaczenia na stadionie i do usłyszenia z przyjemnością.

Cios na oślep

30 listopada 2009 autor rp

Często słyszy się, że przegrała drużyna lepsza. To jest przykład logiki futbolowej, charakteryzującej się tym, że niektórych sytuacji i zjawisk nie da się wytłumaczyć racjonalnie. Jeśli ktoś wygrał, to znaczy, że był lepszy, nawet jeśli to zwycięstwo stanowiło efekt szczęścia. Szczęście sprzyja lepszym.

Tych kilka zdań dotyczy oczywiście meczu Bełchatowa z Legią. Już w samej postawie legionistów trudno doszukać się logiki, bo nigdy nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Potrafią zagrać znakomicie i całkowicie rozczarować. Od czego to zależy? Nie wiedzą sami piłkarze ani ich trener, o kibicach nie mówiąc. Bełchatów jest w tym sezonie przeciwieństwem Legii. Od kiedy Rafał Ulatowski przestał zajmować się kadrą, jego drużyna bardzo na tym zyskała. Pasmo siedmiu zwycięstw nie jest przypadkiem. W sobotnim meczu bełchatowianie znowu zagrali bardzo dobrze, a gdyby mieli Mariusza Ujka i Macieja Korzyma (chociaż Jan Mucha bronił fantastycznie), może byliby skuteczniejsi.

Legia przypominała boksera, ledwo trzymającego się na nogach po licznych ciosach, któremu wyszło jedno, zadane na oślep nokautujące uderzenie. Potrafiła to zrobić i dlatego zwyciężyła. Ale okoliczności, w jakich do tego doszło, mogą stanowić ciąg dalszy dyskusji o zagraniu ręką przez Thierry’ego Henry. Sędzia meczu Robert Małek, mimo że międzynarodowy, to jednak nie najlepszy, dwukrotnie skrzywdził gospodarzy. W pierwszej połowie zatrzymał akcję PGE, mogącą zakończyć się bramką, uznając, że był spalony. Pomylił się. W drugiej dał się nabrać na znany już na wszystkich polskich boiskach numer Miroslava Radovicia, który potrafi się przewracać od podmuchu wiatru, ale tak sugestywnie, że słabsi sędziowie mają powód do odgwizdania rzekomego faulu.

Tak właśnie stało się w Bełchatowie. Nie dość, że Małek to zrobił, to jeszcze ukarał obrońcę kartką i nakazał powtórzenie rzutu wolnego, z którego Maciej Iwański strzelił bramkę. I co ma po czymś takim powiedzieć Rafał Ulatowski? Podzielić opinię, że błędy arbitra są elementem gry i liczyć na to, że następnym razem taki błąd przyniesie zwycięstwo jego drużynie? A co to za satysfakcja?