Dywersyfikacja wyborców

03 paź 2011

Ta kampania jest zupełnie inna niż poprzednie. Przypomina zachowania lokomotywy z wiersza Juliana Tuwima. Łącznie z zakończeniem tego utworu dla dzieci.

Bo to co wyróżnia ją od innych, to myślenie kampanijnych strategów od początku o tym co będzie już na końcu. Już po wyborach.

Są też inne wyróżniki. Zadziwiająco duże rola kibiców , a także kiboli. Bezpośrednie spotkania, zamiast przestarzałych, choć do niedawna trendy technik jak spoty, bilbordy.

Oba główne ugrupowania stosują taktykę dywersyfikacji wyborców, kampanijnego przekazu. Celuje w tym PiS. Prezes Kaczyński jest spokojny i pozytywnie energetyczny. Dla twardego elektoratu kampanię w terenie, lokalnie robią Antoni Macierewicz, Anna Fotyga i inni. Mówią o tragedii smoleńskiej, zdradzonych o świcie, o zaprzańcach itp.

PO z tą dywersyfikacją miała problem. Donald Tusk pochylający się nad dziećmi i płaczącymi starszymi paniami. Rzadko stosował metodę straszenia PiS. Jeśli już to mimochodem. Ale ostatni spot PO jest agresywny, konfrontacyjny. To próba wykorzystania metody dywersyfikacji, stosowanej przez PiS. Na zasadzie: Jestem łagodny i troskliwy. Ale przypominam też że PiS to straszna partia, tym którzy takiego przypomnienia oczekują.

Monologi liderów

PiS i PO unikają bezpośredniego zderzenia. Monologują, a nie rozmawiają ze sobą. Tak było przynajmniej do tej pory. Bo na ostatnich metrach zdarzyć się może wszystko. Bardzo wysoka temperatura generuje nieplanowane emocje i nerwowe przekładanie wajchy.

W poprzednich kampaniach, na kilkadziesiąt godzin przed ciszą wyborczą, nic takiego spektakularnego, mimo oczekiwań obserwatorów, się nie wydarzyło.

Haki, typu osławiony dziadek z Wermachtu, były wyciągane jednak wcześniej. Nie w ostatnim tygodniu. Tym razem powinno być podobnie. Choć jeśli ta kampania ma być zupełnie odmienna od poprzednich …

Bez miski dla wyborców

Brak debaty pomiędzy głównymi graczami, czyli Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim (a wszystko na to wskazuje, że jej nie będzie), jest tego najjaskrawszym potwierdzeniem taktyki monologu przyjętej przez dwie największe partie.

Jeśli rzeczywiście tak się stanie to będzie to rekord świata. Bo debata dwóch głównych liderów każdemu wyborcy należy się jak psu miska. Być może Platforma zagra jeszcze w końcówce tą kartą, bo to Kaczyński zdecydowanie odrzucił debatę. Jak mówią jego współpracownicy ma uraz do telewizyjnym zderzeniu z Tuskiem w 2007 roku. Tamta debata przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść PO.

Ale może zastosuje wist Bronisława Komorowskiego z ostatnich wyborów prezydenckich. Gdy ten niespodziewanie przyszedł do telewizyjnego studia. Choć mówił, że nie przyjdzie. Od razu, na wstępie, wprowadzając rywali w konsternację, zarobił punkty.

Jak żółw leniwie

A ta kampania inna od dotychczasowych zaczynała się tak:

Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej.

Stąd ówczesne komentarze publicystów, ze jest nudno i niemrawie. Szczególnie ze strony PO był to absolutnie celowy zabieg. Tak wynika z naszych informacji.

Tusk pamiętał jak w 2005 roku jego notowania zaczęły na kilkanaście tygodni przed wyborami szybować w górę, bo wywiesił tysiące bilbordów ze swoją podobizną ( znany żart z tamtych czasów:- Gdzie jest najbliższa poczta? – Za piątym Tuskiem w lewo).

Obaj adwersarze wzajemnie się nie atakowali. Tak jakby główny rywal właściwie nie istniał.

Atakowali natomiast, zazwyczaj za pomocą swoich żołnierzy, mniejszych konkurentów. Platforma -SLD, a PiS – PSL.

PO chodziło nie tylko o wyrwanie potencjalnych wyborców Sojuszowi, ale i o pogrążenie szefa Sojuszu Grzegorza Napieralskiego. Z którym Tusk w ewentualnej i być może koniecznej , choć nie chcianej koalicji z SLD, nie chce mieć nic wspólnego. W tym przypadku problem niejako sam się rozwiązał, bo Napieralski robi wszystko by mieć jak najgorszy wynik. Oczywiście nie intencjonalnie, tylko z powodu braku profesjonalnizmu.

PiS z kolei doskonale wie, że jest główny jego rywalem na wsi jest PSL. Wymarzony skądinąd koalicjant dla PO. Tak więc Adam Hofman, rzecznik PiS upokorzył ludowców mówiąc o chłopach , którzy wyjechali do miasta i zgłupieli. Było to jednak sporo przed wyborczym finiszem. Teraz Kaczyński jest raczej koncykliacyjny wobec PSL. Wszak to może być jego jedyny możliwy, a więc bardzo ukochany koalicjant.

A po 9 października ma być, posługując się lokomotywą Tuwima: „Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…”

Oczywiście to „tak” główni partyjni gracze wyobrażają sobie zupełnie inaczej. Obu namieszał w kalkulacjach powyborczych Janusz Palikot i sondażowe sukcesy jego Ruchu.

Bo po wyborach możliwe są – jak uważa Joanna Gepfert, specjalistka od wyborczych kampanii – dwa scenariusze. Albo dotychczasowy układ, dwubiegunowości na scenie politycznej zostanie utrzymany, albo rozbetonuje go ktoś trzeci. Póżniej proces erozji sceny politycznej , nie chciany ani przez Tuska, ani przez Kaczyńskiego będzie nieuchronny. BO żaden z nich nie miałby wtedy szans na królestwo, jedynie na księstwo. Razem z innymi książętami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miłościwie nam panujące sondaże

18 wrz 2011

Z badań opinii publicznej Platforma i PiS uczyniły jeden z najważniejszych instrumentów tej kampanii.

Premier Donald Tusk powtarza ostatnio jak mantrę, że w tych wyborach każdy głos jest ważny. To, oczywiście, przesada. Ale teraz, jak nigdy dotąd, o tym, co będzie się działo po  9 października, może przesądzić kilkadziesiąt tysięcy głosów. Wiedzą o tym wszystkie sztaby.

A dwaj główni rywale, Platforma i PiS, w mniejszym stopniu Ruch Palikota, z sondaży uczyniły jeden z najważniejszych instrumentów tej kampanii. Sztabowcy idą spać, rozważając ostatnie wyniki, i wstają rano, myśląc o tym, jak będą w tym dniu wyglądały słupki poparcia.

Zarówno partia Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego robi codziennie tzw. ilościówkę, czyli badania preferencji partyjnych.

Tych codziennych kampanijnych żniw Platformie dostarcza SMG/KRC. Dla PiS robi to zespół socjologa Tomasza Żukowskiego, w którym ankieterami są wolontariusze. – Przede wszystkim sympatyzujący z PiS harcerze, którzy siedzą przy telefonach – opowiada osoba z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego.

Zazwyczaj ostatnią osobą, którą codziennie widzi prezes PiS, w ostatnich tygodniach kampanii jest właśnie dr Żukowski. To on późnym wieczorem wchodzi do gabinetu z najświeższymi wynikami. – Im ich amplituda jest bardziej zmienna, tym większe rozedrganie prezesa – ujawnia jeden ze sztabowców PiS.

Bo choć mało kto o tym wie, na trzy tygodnie przed dniem głosowania Kaczyński „chodzi od ściany do ściany”. Nerwowość jest tym większa, że PiS korzysta także z innych badań ilościowych. A te często różnią się od tego, co przynosi Żukowski.

W sztabie Platformy jest podobne nerwowe oczekiwanie na to, co danego dnia dostarczy SMG/KRC.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lewica się zapętliła, radość w PO

17 sie 2011

Dla Donalda Tuska najgorszym scenariuszem byłaby konieczność koalicji z SLD. Ale Sojusz sam się wykańcza.

– W Platformie nie muszą już przykładać ręki do demontażu partii Grzegorza Napieralskiego, co groziłoby zresztą stratami na prawym skrzydle – uważa socjolog Jarosław Flis.

Dla Donalda Tuska najgorszy scenariusz, jaki mógłby się wydarzyć po wyborach, to konieczność koalicji z SLD. Z Napieralskim jako wicepremierem ds. technologii różnych, czyli żadnych, jak ironicznie mówią politycy PO.

Swoim współpracownikom premier postawił jasne zadanie: róbcie tak, byśmy nie musieli współtworzyć rządu z Sojuszem. Apel był tym ważniejszy, że marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna i jego ludzie na koalicję z SLD patrzyli przychylnym okiem, wietrząc w tym polityczną szansę.

Bardzo wiele wskazuje jednak na to, że SLD uzyska kiepski wynik. Na pewno  gorszy niż 14 proc. Napieralskiego w wyborach prezydenckich, a być może, jak na to wskazują ostatnie sondaże, tylko jednocyfrowy.

To, co powszechnie jest uważane za przyczynę, czyli błąd za błędem przy układaniu list kandydatów do parlamentu, jest skutkiem działalności Napieralskiego. A nie przyczyną.

A miało być tak dobrze. W II turze wyborów prezydenckich lider SLD czynił ze swojej partii ponętną pannę na wydaniu. Mógł wybierać, kogo chce poprzeć. I nie poparł ani kandydata PO, ani PiS. Co było dobrym politycznie posunięciem.

Podczas kampanii prezydenckiej Napieralski nie tylko nie odstraszył od siebie twardego, pezetpeerowskiego elektoratu, ale i przyciągnął część młodych wyborców. Czym? Przecież także wtedy stosował infantylne zagrywki w stylu „przewodniczący rozdaje jabłka przed fabryką” bądź „przewodniczący, tak jak cała Polska, zbiera grzyby”.

Wówczas jednak pokazał się jako polityk, któremu się chce. Pójść np. o 5 rano przed zakład i z uśmiechem witać idących do pracy. Na część młodych wyborców to działało. Jako ten, któremu się chce, na tle innych polityków wypadał korzystnie.

Dlaczego teraz to nie działa, choć lider SLD zaprosił górali na obiad i przejechał się salonką? Nie działa, bo nie ma jak działać. Gdy Napieralski wynajął salonkę, to zamiast jeść w niej łososia, powinien mówić o tym, jakie są złe tory, jak fatalnie działa PKP pod rządami PO, jak ludziom się źle jeździ. A tak nie był ani zabawny, ani poważny. Wzbudził jedynie zażenowanie.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Będzie mglisto i burzowo

06 kwi 2011

Tylko kilka dni dzieli nas od pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Pogoda coraz gorsza.
Dzisiaj kolejny tytuł prasowy , tym razem „Gazeta Polska”, dołącza do swojego wydania film o Smoleńsku. „10.04.10” — zrealizowany przez Anitę Gargas. Redakcja reklamuje go jako pierwszy film śledczy o tej tragedii.
I właściwie cały numer „GP” poświęcony jest katastrofie. I jej planowanym obchodom.
W wywiadzie „Rozmowa z matką” Jadwiga Kaczyńska mówi o Jarosławie, że ma nadzieję iż „coś go zmusi do życia”. I dodaje: „Ja nie mam nadziei, nie mam ochoty, byłaby to jakas zdrada. Muszę żyć z bólem do końca”. ( wypowiedzi mamy braci Kaczyńskich są też zamieszczone w filmie „10.04.10”).
Przedruk wypowiedzi z innego filmu („Lista pasażerów Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego”,rozpowszechnianego razem z „Rz”) zamiesza „Fakt”. Jest to wywiad z Martą Kaczynską. Ujawnia w nim, jak dowiedziała się, a właściwie nie dowiedziała, o śmierci rodziców: —Oficjalnie nie otrzymałam informacji, że zginęli. Chyba się informuje, jak jest wypadek jakiś, to policja dzwoni i informuje. Ginie głowa państwa, moi rodzice, też ktoś powinien mnie oficjalnie poinformować — mówi.
„Fakt” publikuję również I część wywiadu z prezydentem Komorowskim. Rozmowa toczy się wokół tragedii sprzed roku. Mimo dociekań dziennikarek czytelnik nadal nie dowiedział się, gdzie Bronisław Komorowski przebywał, gdy wydarzyła się katastrofa.
Oto fragment tych dociekań.
—Gdzie pan wtedy był?
— Byłem na wsi poza Warszawą.
—A konkretnie?
—Jak już wspomniałem, ta wiadomość dotarła do mnie kiedy byłem poza stolicą, ale część rozmów prowadziłem po powrocie, w domu.Musiałem dostać się tam bocznym wejściem, bo przed bramą kłębił się już tłum dziennikarzy.

„Polityka” żadnego filmu nie dołącza do swojego wydania, ale Smoleńsku poświęca dużo miejsca. Publikuje obszerny sondażu TNS OBOP. Wynika z niego m.in., że większość Polaków uważa, iż przyczyny katastrofy smoleńskiej wciąż są niewyjaśnione. Aż 35% zapytanych uważa katastrofę za całkowicie niewyjaśnioną, a 43% za wyjaśnioną tylko częściowo.
Jest też wywiad z ministrem Michałem Boni, który oficjalnie potwierdza, że sarkofag pary prezydenckiej na Wawelu był jednak otwierany. I opowiada z jakiego powodu tak się stało. Pytany natomiast czy śni mu się jeszcze katastrofa odpowiada: „ Co jakiś czas wraca mgła. Wracają werble. Raz wróciła pieta. Też już jak przez mgłę”.
A na koniec komunikat Instytutu Meteorologii i Godpodarki Wodnej. Zapowiadają się pochmurne i deszczowe dni. Miejscami pojawią się mgły ograniczające widoczność, lokalnie wystąpią również burze.
Tym razem prognoza może się sprawdzić.
…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kasa, garnitury i ziemniaczane placki

30 mar 2011
Autorski przegląd prasy

Dzisiaj będzie o tym, co ludzi naprawdę interesuje.

Tabloidy epatują na pierwszych stronach informacjami o pieniądzach. Tych już przyznanych i tych, które będą wypłacone w przyszłym roku. I jako, że sprawiedliwości na tym świecie nie ma, pieniądze już wypłacone dotyczą grupy polityków, a te dopiero przewidziane do wypłaty — rzeszy emerytów.

„Super Express” obwieszcza: Bronisław Komorowski dał sobie 22 tys. zł nagrody. Wiadomość radosna,  dlaczego więc gazeta zilustrowała tej informację zdjęciem ze smutno-zatroskaną miną prezydenta? Tym bardziej, że dalsza część tekstu jest jeszcze bardziej radosna. Okazuje sie, że Bronisław Komorowski przyznał sobie te pieniądze w ostatnim dniu urzędowania jako marszałek. Takie tam nieduże wiano na nową drogę życia w Pałacu prezydenckim. Tym bardziej, że jego następca Grzegorz Schetyna dał sam sobie 36 tys. zł. Tyle, że w dwóch ratach. Niektórzy wicemarszałkowie, jak  Ewa Kierzkowska z PSL i Stefan Niesiołowski, otrzymali jeszcze większe dodatkowe gratyfikacje, bo w sumie — w 2010 roku — po 50 tys. zł. Jerzy Wenderlich z SLD oraz Marek Kuchciński z PiS musieli się zadowolić 32 tys zł. każdy. Bo parlamentarnego szlachectwa, czyli bycia wicemarszałkiem dostąpili później. W drugiej połowie roku.

„Fakt” natomiast ma radosną wieść dla emerytów. Co prawda na jej ziszczenie będą musieli trochę poczekać, jest ona efektem drożyzny. „Emerytury w przyszłym roku wzrosną, i to o 5 procent. Właśnie taka ma być waloryzacja świadczeń emerytalno-rentowych założona w projekcie budżetu na 2012 rok. To o prawie 2 procent więcej niż w tym roku”. Jak oblicza „Fakt”  przeciętny emeryt dostanie „aż o 54 zł więcej miesięcznie”.

To zresztą nie koniec dobrych wieści, które przynoszą dzisiaj tabloidy. Dzięki „Faktowi” wiadomo wreszcie, w czym jest prawdziwym mistrzem prezydent Komorowski. Może w gotowaniu bigosu, albo w ortografii? Ci, którzy tak myślą popełniają poważny błąd. Poprawna odpowiedź brzmi:  pan prezydent jest mistrzem w szybkości przebierania. Jak precyzyjnie zmierzył to „Fakt” zmiana luźnego stroju na garnitur zajęla mu 7 minut, wliczając w to bieg na pierwsze piętro „Belwederu” i drogę w dół.

Od radosnych informacji nie stroni dzisiaj także „Polityka”. Jej krytyk kulinarny Piotr Adamczewski tak się przejął zakupami Jarosława Kaczyńskiego w osiedlowym sklepie, że podał przepis na to „co można zrobić z produktów tak skrupulatnie dobranych przez pana prezesa”. I co zaproponował? Wytworne placki ziemniaczane dla niebogatych. Ale musiał w tym celu dokonać pewnej wymiany. Piotr Adamczewski ujawnia: „Chciałem zrobić danie wytworne, ale równocześnie nie drażnić rozpasaniem, zaproponowałem więc sąsiadce piersi kurczaka w zamian za butelkę oleju niezbędnego do smażenia placków”. Podobno zamiana została przyjęta z zadowoleniem.

Myślę jednak, że prezes PiS może być nie do końca zadowolony z tej kulinarnej wirtuozerii mistrza Adamczewskiego. Bo dlaczego właściwe nie nazwał tej potrawy „Placki ziemniaczane a la Jarosław Kaczyński”? Przecież  nazwa świetnie wpisywała by się w ten radosny pomysł „Polityki”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Demiurg Czarzasty i hieny

23 mar 2011
Autorski przegląd prasy

Ho, ho, ho, jak zawołałby prezydent Bronisław Komorowski. Włodzimierz Czarzasty, szef Stowarzyszenia Ordynacka, chyba rzeczywiście jest demiurgiem.

O tym, że może pełnić taką rolę pisali już kilka lat temu, w okresie afery Rywina, moi redakcyjni koledzy Michał Majewski i Paweł Reszka.

Ale to było ponad siedem lat temu. Teraz demiurgiczne właściwości Czarzastego znowu dały o sobie znać. Doprowadziły do tego, że „Gazeta Wyborcza” wszczęła wojnę na epitety z „Rzeczpospolitą”.

A zaczęło się dość niewinnie. Czarzasty kilka tygodni temu założył bloga. Pisał w nim głównie o „Gazecie” i jej wydawcy „Agorze”. Ostatni jego wpis zrobił w internecie karierę. Zgłosił w nim Agnieszkę Kublik, dziennikarkę gazety do do miana „Dziennikarskiej Hieny roku 2010″. — Wiem, że wygrasz — przekonywał z zapałem.

Tę blogerską historię opisał w „Rz” Piotr Gursztyn (artykuł w dzisiejszym wydaniu).

Nie mógł się jednak doprosić komentarza głownej bohaterki wpisu. „Agnieszka Kublik w rozmowie z „Rz” nie chciała komentować wpisu. – Nic nie wiem o blogu Czarzastego. Nie wiem, co napisał, bo nie czytałam – ucięła”.

Tekst Gursztyna zawisł na stronie internetowej „Rz” wczoraj wieczorem. Tym razem reakcja „Wyborczej” była natychmiastowa.

W tekście o wdzięcznym tytule „HienoRzepa” Piotra Stasińskiego najmniej było o Czarzastym i Kublik. Dużo za to o „Rzeczpospolitej” i jej publicystach. W tym przypadku dużo wcale nie oznacza dobrze. Oj, nie.

Stasiński w internetowym wydaniu „GW” napisał: „Paszkwilancki tekst o dziennikarce „Gazety Wyborczej” Agnieszce Kublik ogłosił Piotr Gursztyn (…)”. Gazeta ta, której autorzy od lat częstują naszych autorów obelgami typu „cyngiel”, tym razem znalazła sobie sojusznika wyjątkowo obmierzłego w osobie Włodzimierza Czarzastego. Proste to i chamskie, jak blog Czarzastego, z lubością cytowany przez Gursztyna, gdzie Czarzasty od Rywina tytułuje Agnieszkę Kublik „hieną roku”.

Ale to dopiero początek rozliczeń red. Stasińskiego z „Rz”. Teraz jeszcze kilka cytatów.

„”Rzepa” już kiedyś sekundowała „Trybunie” w znieważaniu „Gazety”, uznając podobnie jak ten organ postkomunistów, że ci, którzy aferę Rywina zdemaskowali, w istocie są jej sprawcami”. Jest jeszcze o tym kogo „Rz” zasłaniała własną piersią i jak „zjada własny ogon”.

I o Bronisławie Wildsteinie „urzędniku frontu ideologicznego PiS-u”. I o Piotrze Semce  który napisał „ociężały elaborat  na temat Moniki Olejnik”.

I takie tam różne inne pieszczoty. Piotr Stasiński, jak to się mówi, pojechał po całości.

Jaki z tego morał? Dobrze, że demiurg Czarzasty zajmuje się na swoim blogu mediami, a nie na przykład rynkiem energetycznym w Polsce. Bo by się działo.

A na koniec krótki konkurs dla internautów (nagrody dla tych, którzy podadzą prawdidlową odpowiedź niewykluczony). Pytanie brzmi: kto będzie gościem tv.rp w najbliższy czwartek?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cel PO: zatrzymać spadek notowań

18 mar 2011

Partia Tuska chce zrobić wszystko, by po wyborach nie zawierać koalicji z SLD – partnerem trudniejszym niż PSL.

„Jesteśmy silni, zwarci i bardzo się staramy. Wiele dobrego już udało nam się zrobić”. Taką marketingową strategię na najbliższe miesiące przyjęła właśnie Platforma.

Cel jest oczywisty: powstrzymać spadek sondażowych notowań partii. Po jesiennych wyborach Donald Tusk ma być ponownie premierem i należy zrobić wszystko, by PO nie musiała zawierać rządowej koalicji z SLD, który byłby znacznie trudniejszym partnerem niż PSL.

Proste? Można by powiedzieć, że urokliwie proste. Gdyby nie to, że wypracowanie tej „banalnej” strategii („banalny” to jeden z ulubionych przymiotników premiera) poprzedziły wielotygodniowe turbulencje w łonie PO.

Istotnym akordem w tej grze „jacy to jesteśmy silni i starający się” było wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego, które odbyło się w piątek. Pierwsze od 2,5 roku. Oraz zapowiedziane na sobotę spotkanie Rady Krajowej z wystąpieniem Tuska. – To będzie nasz manifest polityczny na nowe otwarcie – już dziś cieszą się politycy PO. I dodają: – Premier znowu jest w doskonałej formie.

Rzeczywiście. W ostatnich dniach Tusk znowu ze swobodą bryluje podczas publicznych występów. Podczas piątkowej debaty w Sejmie nad odwołaniem ministra rolnictwa Marka Sawickiego skrzył dowcipem. Zabierając głos po wystąpieniu posła Krzysztofa Jurgiela, byłego ministra w rządzie PiS,  stwierdził, że żałuje, iż Jurgiel nie gra już w piłkę.

– Jest świetnym stoperem, ale niestety przestał grać, ponieważ prezes PiS uznał grę w piłkę za odchylenie ideologiczne – dowcipkował premier.

Nie omieszkał przy okazji pochwalić Sawickiego: – To naprawdę świetny minister rolnictwa, a jedyną jego wadą jest to, że nie gra w piłkę.

W ciągu kilkuminutowej przemowy zdążył też pozdrowić z sejmowej mównicy Jana Rokitę (jego nazwisko przewinęło się w wypowiedzi posła Jurgiela).

– Serdeczne pozdrowienia dla pana Jana i jego małżonki – dworował sobie z byłego partyjnego kolegi, z którym oczywiście od lat jest po imieniu.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Koalicyjne przymiarki, czyli częstowanie czarną polewką

16 mar 2011

Autorski przegląd prasy

Mimo że do wyborów parlamentarnych jeszcze ponad siedem miesięcy, w prasie trwają w najlepsze dywagacje o tym, kto z kim zawrze rządową koalicję. I kto może być nowym premierem.

Dzisiaj tymi dywagującymi są politycy z najwyższej półki.

Marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna zwierza się w wywiadzie dla „Polityki”, a lider głównej partii opozycyjnej Jarosław Kaczyński dla „Gazety Polskiej”.

Zawiedzie się jednak ten, kto liczy, że po lekturze obu tygodników dowie się, jakie rządowe małżeństwo chcą zawrzeć liderzy głównych partii. Jest to nie próba swatania, a raczej bezpardonowe dawanie kosza potencjalnym partnerom.

W częstowaniu czarną polewką najpracowitszy jest lider PiS. Nie tylko po raz kolejny zaprzecza możliwości powyborczej współpracy PiS z SLD. Idzie o krok dalej, nazywając spekulacje na ten temat infantylizmem politycznym.

Dla Jarosława Kaczyńskiego trudna do zaakceptowania byłaby również koalicja z PSL. „Cena wysoka. A możliwości niewielkie. Przede wszystkim ogromna prorosyjskość” -  przekonuje. I brutalnie ucina pojawiające się w mediach spekulacje o rządzie PiS-PSL z  Pawlakiem na czele. „Takie rozwiązanie jest kompletnie niemożliwe, bo oznaczałoby w rzeczy samej stworzenie niekontrolowalnego rządu ludowców”.

To z kim PiS mógłby współrządzić po wyborach? Kaczyński kreśli scenariusz, który rzeczywiście jest mu najmilszy.

„Albo wygrywamy wybory tak znacząco, iż sprawujemy władzę samodzielnie, ewentualnie wzmocnienie pojedynczymi politykami Platformy, albo zawiązujemy porozumienie z częścią PO, która wykrusza się z tego ugrupowania” – prognozuje.

To się nazywa upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Nie dość, że PiS wróci do władzy, to jeszcze najzagorzalszy wróg ulegnie rozpadowi.

Przy tym co mówi Kaczyński koalicyjne dywagacje w wykonaniu Schetyny brzmią dość banalnie. Numer dwa w Platformie stwierdza, że nie jest możliwa koalicji między PO i PiS. „Emocje negatywne między PO i PiS są tak silne, że ten scenariusz nie istnieje” – zaznacza. Z kolei porozumienie z SLD Schetyna określa jako bardzo trudne, zwłaszcza programowo: „Sojusz jest bardzo roszczeniowy”.

Co więc się marzy Schetynie?  Powtórka z rozrywki. „Trzymam więc kciuki za powtórkę obecnej koalicji” – zapewnia. Oczywiście z premierem Donaldem Tuskiem na czele.

Problem tylko w tym, że marszałek niebawem może nie być już w stanie trzymać kciuków za cokolwiek.  Jeśli oczywiście wierzyć nieocenionemu Januszowi Palikotowi. W wywiadzie dla Onet.pl zwierza się ze swej tajemnej wiedzy. „Tusk chce wykończyć Schetynę, a Schetyna Tuska” – wieszczy. I tę morderczą myśl rozwija: „Był już przygotowywany wniosek o usunięcie Schetyny z PO, ale w ostatniej chwili, w wyniku rozmowy Sławomira Nowaka z Tuskiem, wstrzymano się z wyrzuceniem Schetyny z Platformy”.

Nowak ma taki wpływ na premiera? To już świat się kończy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piątkowa smuta

18 lut 2011

Smutą wieje w dzisiejszych gazetach. Niemal same złe wiadomości. Zarówno w gospodarce, jak i polityce. Smuta dotknęła nawet życie intymno-towarzyskie.

„Dziennik Gazeta Prawna” alarmuję w tekście „Dyplomowani bezrobotni”, że już co dziesiąty bezrobotny ma dyplom wyższej uczelni, ich liczna lawinowo rośnie. odredakcyjny komentarz te hiobowe wieści pointuje: To nie jest kraj dla wykształconych ludzi.

O zmowie elektrycznej donosi „Gazeta Wyborcza”. Kto tą zmowę miałby reżyserować? Na razie to tylko tropy, przypuszczenia. Gazeta cytuje maklerów skarżących się, że transakcje na kupno prądu muszą być ustawiane. „Czy ktoś manipuluje cenami prądu na giełdzie” – pyta GW na swojej czołówce. Z dalszej części tekstu wynika, że jest to pytania z gatunku tych retorycznych.

Nie dość tego. Źle dzieje się nie tylko na rynku energetycznym. „Dziennik” obwieszcza, że „Gazprom czyha na brudy z Polski”. Te brudy to dwutlenek węgla. Rosjanie zaczęli handlować u nas prawami do emisji CO2. Według dziennika dziennika chcą skupować niewykorzystane limity, by dalej sprzedawać je z zyskiem. O polityce w „DzGP” jak na lekarstwo. I może na szczęście, bo powiało by jeszcze większą grozą.

Te polityczne braki z powodzeniem nadrabia jednak „Polska The Times”. Minister Jerzy Miller w długim wywiadzie zapowiada, że raport polskiej komisji ws. katastrofy w Smoleńsku będzie dla Polaków bolesny. — Trzeba przedstawić rejestr naszych błędów i to nie błahych. (…) To na pewno mocno w naszą dumę uderza. To boli – zaznacza. I żeby nikt nie miał wątpliwości o co chodzi dodaje: — Uważam, że wolelibyśmy, aby raport stwierdzał, że przyczyną wypadku były nadzwyczajne warunki meteorologiczne, niemożliwe do wykrycia wady samolotu czy inne zdarzenia niezależne od człowieka. A ten raport będzie się odwoływał do ludzkich zaniechań, zaniedbań i niefrasobliwości.

To co mówi w tej samej gazecie Sławomir Sierakowski, to wobec stwierdzeń ministra Millera już mały pikuś. A mówi smacznie, w smakowej tonacji goryczy: — Wszystko, co ugrywa dziś SLD w sondażach, dostaje od wykrwawiającej się Platformy i tego, co ludzie SLD ugrają nieuczciwie w mediach publicznych. Nazywanie takiej polityki lewicową nie ma sensu.

„GW” obwieszcza, że „młodzi nie chcą takiego PiS”. Chodzi o młodych działaczy w świętokrzyskim, którzy odchodzą z tej partii. „Nasz Dziennik” z kolei opisuje bunt przeciwko marginalizacji lokalnych działaczy podlaskiej Platformy podczas układania list wyborczych do parlamentu.

W codziennym życiu też nie jest dobrze. „Fakt” stwierdza, że Marta Kaczyńska nie ma szczęścia do mężczyzn. A „Super Express” ujawnia, że państwo Kwaśniewscy poszli na 30 urodziny córki z pustymi rękami.

Ufff.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Klich zostanie, przynajmniej na razie

02 lut 2011

Czy Bogdan Klich polegnie w piątkowym głosowaniu w Sejmie, czy też zostanie w nim uratowany? Jak zachowa się koalicjant PO, czyli PSL? To pytania elektryzuje w ostatnich dniach media.

Moim zdaniem całkiem zbyteczne.

Los ministra Klicha jest przesądzony. Koalicja w sejmowym głosowaniu go uratuje. Mimo oczywistego dyskomfortu, który wywołuje głosowanie za Klichem  nie tylko u posłów PSL, ale przedstawicieli Platformy.

Ale po stronie PO pełna mobilizacja. Posłowie tej partii dostają SMS-y,  informujące o konieczności pełnej mobilizacji. Co prawda Eugeniusz Kłopotek grzmi w mediach, że podczas glosowania zachowa się tak, by mógł sobie spojrzeć rano w lustro, ale jego szef Stanisław Żelichowski studzi te „moralne rozdrapy” klubowego kolegi.

—Kłopotek to oddzielny temat, ale koalicja jest koalicją i musi bronić swojego ministra — deklaruje  w rozmowie ze mną Żelichowski. Bo Żelichowski pamięta doskonale, jak się kończyły PSL —owskie wolty w koalicjach z SLD. A kończyły się dla ludowców źle.

Eugeniusz Kłopotek, może oczywiście mieć kłopot, jak się zachować, po tym co publicznie mówił na temat Klicha. Cóż, może go dopaść  drobna dolegliwość żołądkowa. Która uniemożliwi mu udział w tym głosowaniu.

Problem pojawiłby się, gdyby kłopoty żołądkowe a la minister Dyka (przy odwoływaniu rządu Hanny Suchockiej) miała część posłów PSL. Wydaje się to jednak bardzo, bardzo mało prawdopodobne. Bo przy napiętej sytuacji w PO oznaczałoby to koniec koalicji.

Premier Tusk mógłby wtedy działając w warunkach rządu mniejszościowego zrobić tzw. nowe otwarcie. I wymienić część gabinetu.
Wiele  jednak wskazuje na to, że Tusk i tak zrobi nowe otwarcie. Bądź jak to mówią niektórzy, zastosuje ucieczkę do przodu. Ale w warunkach rządu PO-PSL.

Żeby zająć lepszą pozycję startową na jesienne wybory wymieni część swojego. Miałby to się stać tuż przed ogłoszeniem raportu Jerzego Millera. Klich wówczas zostanie odwołany, ale w „pakiecie” z innymi, nie na żądanie PiS.

Z kim? A to taki mały rebusik na zakończenie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop