Politycy traktują przedstawicielki Kongresu Kobiet i ich postulat parytetu na listach wyborczych w aksamitnych rękawiczkach. Im polityk zajmuje wyższą pozycje, tym tego aksamitu jest więcej.
Nie chcą powiedzieć „nie” parytetom, ale niechęć do tej inicjatywy wyraźnie przebija spod delikatnej tkaniny rękawiczek. Zresztą ta niechęć jest dla mnie w pełni zrozumiała. Tym bardziej, że uważam, iż postulat parytetów jest próbą traktowania kobiet jako osób niepełnosprawnych w polityce.
Prezydent, znany z z szarmanckiego stosunku do pań, przyjął w Pałacu reprezentantki Kongresu Kobiet i nie powiedział „nie ” ich postulatowi. Stwierdził, że ustawę o 30 procentowym obligatoryjnym umieszczaniu kobiet na listach , mógłby podpisać. (choć feministki chcą, by parytet wynosił 50 proc.) W ten piarowski ruch Lecha Kaczyńskiego wpisał się premier. Też starał się być szarmancki. Powiedział, że jest „za”, ale jest w PO z tym stanowiskiem w mniejszości.
Tu chyba trochę przeszarżował, bo nawet dziecko w Polsce wie, że jak Donald Tusk czegoś chce, to nie ogląda się na zdanie partyjnych kolegów. Ale szef rządu w działaniu w aksamitnych rękawiczkach zrobił jeszcze jeden krok. Uznał mianowicie, że jest za 50 proc. parytetem, ale w żadnym przypadku nie za 30 proc. Czyli zupełnie inaczej niż prezydent, który by ustawa weszła w życie musi ją podpisać. Gra pozorów toczy się w najlepsze.
W tej sytuacji Zbigniewowi Chlebowskiemu, znacznie niższemu rangą niż wymienieni wcześniej panowie, nie pozostało nic innego tylko tłumaczyć, że jest „za a nawet przeciw”.
Badania opinii publicznej, licznie przeprowadzane ostatnio sondy, wskazują, że Polacy w swej zdecydowanej większości są przeciw temu pomysłowi. O co więc chodzi politykom, że tak nagle stracili na odwadze?
Czują, że w tej sprawie stąpają po niebezpiecznym gruncie. Powiedzieć wprost „nie” kobiecie, to nieeleganckie. Mają jednak przede wszystkim świadomość, że zorganizowana i zdeterminowana grupa kobiet jest niebezpieczniejsza, niż ostrzał artyleryjski. Paradoksalnie można się przed nim uchronić jedynie walcząc w
aksamitnych rękawiczkach.
Przedstawicielki Kongresu Kobiet, mimo że już przystąpiły do zbierania podpisów pod projektem ustawy, mają zapewne świadomość, iż nie ma on większych szans. Po co to robią? Może się jednak uda, uwzględniwszy ostrożność polityków – mężczyzn. Ale przede wszystkim cała ich akcja może wykreować nową, dość wpływową siłę w życiu publicznym. Z przedstawicielkami Kongresu Kobiet w roli głównej.
Niestety taka siła powstałaby na fundamencie hipokryzji. Głównymi twarzami Kongresu były dzisiaj Magdalena Środa i Henryka Bochniarz, przekonujące, że kobiety należy dopuścić do polityki. To bardzo dziwne stwierdzenie w ustach tych pań. Środa kandydowała ostatnio w wyborach do europarlamentu, bezskutecznie. To wyborcy uznali, że niekoniecznie musi do polityki wchodzić. Bochniarz startowała w wyborach prezydenckich. Wyborcy też powiedzieli, co myślą o jej wchodzeniu do polityki. Dostała poparcie w granicach 1 procenta. Miały więc szanse, ale się nie udało. Teraz próbują sięgać po inne — mówiąc delikatnie — reglamentowane metody.
Czytaj także komentarz Beaty Zubowicz