Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Czy PSL wstało z kolan

24 lis 2010

Wybory samorządowe miały stanowić test „być albo nie być” dla PSL. 15 proc. głosów w sejmikach to dla ludowców powrót do gry. Na jak długo?

Zdobywając 15 proc. głosów w sejmikach wojewódzkich, ludowcy wstali z kolan. Pytanie, jak długo utrzymają się w tej pozycji. Wszak za rok kolejny test: wybory parlamentarne.

– Genek, pełen szacun – tak zwrócił się do Eugeniusza Kłopotka z PSL Andrzej Halicki z PO tuż po wyborach, gdy obaj wchodzili do studia telewizyjnego Polsatu.

Halicki jest szefem mazowieckiej PO. A na Mazowszu PSL zdobyło jedną czwartą głosów.

Tam, podobnie jak w wielu innych sejmikach, karty będą rozdawali ludowcy. Taką pozycję dają im: wygrana w jednym województwie – świętokrzyskim, dobre wyniki w pozostałych i właściwe pełna zdolność koalicyjna. Bo bez PSL Platforma nie stworzy sejmikowej koalicji.  Ponowny wybór na marszałka Mazowsza Adama Struzika z PSL jest raczej przesądzony.

– PSL wystąpi z wygórowanymi wymaganiami, a politycy PO będą przyjmować ochłapy od Struzika, zaciskając zęby – uważa Marek Wikiński z SLD.

Szefowanie sejmikowi oznacza nie tylko stanowiska dla swoich, ale przede wszystkim dysponowanie coraz większymi pieniędzmi z Unii Europejskiej, które trafiają do samorządów przez województwa. Przy ich rozdziale jedne gminy można preferować, inne konsekwentnie pomijać.

Po wygranej Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich wartość polityczna PSL spadła. Rządowi przestało zagrażać prezydenckie weto. PO może wiele wymuszać na koalicjancie. Jednak wynik samorządowy PSL przez większość komentatorów oceniany jako świetny przy jednoczesnym rezultacie PO sporo poniżej oczekiwań sprawia, że Pawlak nabrał wiatru w żagle. Zgodnie z PSL-owską zasadą: „Nie wychylamy się, ale w ważnych momentach wchodzimy do gry”.

I na to, że taki moment właśnie nastąpił, wskazują pierwsze wypowiedzi nie tylko Pawlaka, ale i innych ludowców. PSL-owski harcownik Eugeniusz Kłopotek już w pierwszym dniu po wyborach cieszył się z mądrości, jaką jego zdaniem Polacy wykazali przy urnach. – Żadna partia nie jest hegemonem, zawsze zwycięzca będzie musiał dobrać kogoś do współpracy – mówił.

Stanisław Żelichowski, przewodniczący klubu parlamentarnego ludowców, mówi wprost, że jeśli PSL-owscy ministrowie będą siedzieli cicho, to niczego z tego, co chcą, nie przeprowadzą, nikt im nie pomoże. – Nikt nie powinien mieć wątpliwości, kto rządzi w danym resorcie – zagrzewa swoich kolegów do walki, sam mając kilkuletnie rządowe doświadczenie.

Dotychczas głos Pawlaka w rządzie był słabo słyszalny. I choć jest nie tylko ministrem gospodarki, ale i wicepremierem, był ubezwłasnowolniony. Według naszych informacji najważniejsze decyzje bez konsultacji z nim podejmowali minister finansów i minister skarbu.

– To go bolało, teraz spróbuje się rozpychać – przewidują politycy PO.

– PSL stanie się trudnym partnerem w tej koalicji, tym bardziej że do wyborów parlamentarnych już niedaleko – diagnozuje z kolei Artur Balazs dobrze znający środowisko ludowców.

Samorządowy sukces PSL zawdzięcza lokalnym liderom, dotychczasowym włodarzom wsi i małych miasteczek. Mieszkańcy znają ich z konkretnych działań. I do tej  znajomości nie są potrzebne media. Inaczej jest na szczeblu centralnym. Tam politycy PSL, oprócz może Kłopotka, w mediach się nie sprawdzają.

Dotyczy to nie tylko Pawlaka. Druga osoba po prezesie, czyli Marek Sawicki, minister rolnictwa, jest jeszcze mniej medialny (a na dodatek prowadzi cichą, ale konsekwentną rywalizację z Pawlakiem). A po nich długo, długo nie ma nikogo.

– PSL musi się zmienić tak programowo, jak i personalnie, bo inaczej będzie partią jednego lobby, a rolników jest w Polsce coraz mniej – ocenia Żelichowski. Dodaje jednak, że pierwsze oznaki zmian już widać. Są nimi na przykład młodzi samorządowcy ze Świętokrzyskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego teraz?

7 lis 2010

Dlaczego Jarosław Kaczyński wyrzucił z PiS Joannę Kluzik—Rostkowską i Elżbietę Jakubiak właśnie teraz, podczas ostatniej fazy kampanii samorządowej? Wielu przewidywało, że nastąpi to po kampanii. Ale teraz nikt się tego nie spodziewał. I jak twierdzi Ryszard Czarnecki, eurodeputowany PiS, nie spodziewały się tego posunięcia przede wszystkim same zainteresowane. Czyli to jedna z większych tajemnic polskiej polityki ostatnich dni? Niekoniecznie.

Formalnie rzecz biorąc decyzja prezesa PiS jest mało logiczna. W końcowym etapie kampanii wyrzucać z partii dwie popularne jej postacie? I to jeszcze z groźbą, że za nimi mogą pójść inni?

Ale właśnie o to chodzi. Z punktu widzenia interesu politycznego PiS, Jarosław Kaczyński zachował się bardzo logicznie.

Wyrzucenie podczas kampanii samorządowej popularnych posłanek może przynieść straty wyborcze. Szczególnie w dużych miastach, ale już nie na prowincji, o którą PiS toczy bój.

Gdyby zostały w partii do zakończenia kampanii samorządowej, mogłyby pozyskać dla swojej frakcji PiS-light wielu zwolenników w terenie. Samorządowców, którzy by byli wdzięczni kluzikowo-jakubiakowej opcji, i chcieli za nią podążać. Także wśród tych, którzy przegrali.

To byłby kapitał założycielski PiS-light. Teraz już go nie ma.

Najłatwiej bowiem ten partyjny kapitał, nie tylko założycielski, gromadzi się podczas wyborów. Nawet — jak się zdaje — tak mało partyjnych jak  samorządowe.

Jarosław Kaczyński, ryzykując  straty w wyborach samorządowych, zdecydował się przeciąć coś co uznał za wrzód na ciele PiS. W momencie, w którym ten „wrzód” będzie miał jak najmniej pożywki do dalszego rozwoju. Przykład Janusza Palikota pokazuje, jak bolesne może być dla polityka inspirującego do politycznej pozycji, utrudnienie dostępu od lokalnych wpływów.  I tyle.

A co z tego chirurgicznego cięcia  Jarosława Kaczyńskiego wyniknie, to już inna historia. Na inny wpis.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wiadomo, co zrobi Napieralski

23 cze 2010

Jak brzmi odpowiedz na najbardziej medialnie gorące pytanie ostatnich dni? Co zrobi Grzegorz Napieralski, kogo poprze w II turze wyborów? Bronisława Komorowskiego, czy Jarosława Kaczyńskiego?

Odpowiedź jest jak nóż, prosta i zimna.

Napieralski nic nie zrobi. Po prostu nic. Nie wypowie się za żadnym z kandydatów, bo to mu się najzwyczajniej nie opłaca politycznie.

— Będzie siedział wysoko na drzewie i przyglądał się jak obaj wzajemnie się wykańczają — powiedział w rozmowie ze mną socjolog  Jaroław Flis.  Świetna ocena.

Każde opowiedzenie się po jednej ze stron dzieli SLD-owskich elektorat. Głupio by było, gdyby okazało się, że wyborcy Napieralskiego w sporej części nie posłuchali swojego nowonarodzonego przywódcy. Bo co to byłby za przywódca. A że nie posłuchają niczym karna armia jest oczywiste. Ale jest też drugi powód desinteressment Napieralskiego w powiedzeniu swoim sympatykom czegoś więcej, niż „decyzję zostawiam waszym sumieniom”.

Lider SLD gra na innym boisku, niż prezydencka batalia Kaczyński — Komorowski. On gra już o nowe rozdanie po wyborach parlamentarnych w 2011 roku, o wejście do rządu.

Z punktu widzenia interesów SLD wygrana i jednego i drugiego  kandydata ma swoje zalety. Także w rachubach krótkoterminowych. Zwycięstwo Kaczyńskiego oznacza, że lewica będzie ważna. Może, jeśli zechce, być pomocna dla PO  przy odrzucaniu weta nowego prezydenta. Napieralski miałby wtedy w rękach instrument politycznej gry.

Wygrana Komorowskiego to z kolei szansa na obciosywanie Platformy, na korzyść lewicy. Na przeciąganie wyborców, którzy do partii Donalda Tuska kiedyś odpłynęli, ale teraz mogą wrócić do SLD.

Czyli — w strategicznym planie  Napieralskiego — jedynej partii, która stoi na straży „żelaznych ideałów lewicy”, typu  in vitro, aborcja, karta praw podstawowych itp.

Tak więc Napieralski czeka na drzewie. I im później uda mu się ogłosić, że się nie opowie po żadnej ze stroną tym dla niego lepiej. Bo nadal jest w grze. Oczywiście to zwlekanie mogą mu ukrócić lewicowe dinozaury, głoszące ochocze, że trzeba głosować na Komorowskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grzegorz Napieralski też przeszedł do II tury

21 cze 2010

Czy zwycięscy kandydaci będą walczyć między sobą czy raczej o głosy po przegranych konkurentach? Zapewne będzie to wariant mieszany

W pierwszym przypadku kampania będzie bardzo brutalna, krew poleje się po obu stronach. W użyciu znajdą się zapewne haki, niemiłe remanenty z przeszłości obu polityków, a już na pewno próby wytrącenia rywala z równowagi. To ostatnie, jak słychać ze sztabu Bronisława Komorowskiego, jest jego głównym celem.

Trzy lata temu podczas debaty z Donaldem Tuskiem Jarosław Kaczyński łatwo dał się z tej równowagi wyprowadzić. Wystarczyło buczenie publiczności w telewizyjnym studiu. Prezes PiS przegrał tę debatę i w konsekwencji jego partia przegrała wybory. Tę lekcję doskonale pamięta sztab kandydata PO. Ale też Kaczyński i jego zaplecze. Kto ma lepszą pamięć – pokaże najbliższych 14 dni.

W drugim scenariuszu ważniejsze staje się uwodzenie sierot po tych, którzy z prezydenckiej stawki odpadli. Wtedy jest szansa na kampanię łagodniejszą, bardziej merytoryczną. A żeby skutecznie uwodzić, trzeba mieć coś do zaoferowania. W przypadku polityków są to pomysły programowe. W prymitywnej wersji występujące jako wyborcze obietnice, często bez pokrycia.

Bezpośrednie uwodzenie osieroconych wyborców będzie przebiegać równolegle z uwodzeniem przegranych kandydatów. W tej kategorii panną z największym posagiem jest oczywiście kandydat SLD Grzegorz Napieralski. Polityk, który z brzydkiego kaczątka, ośmieszanego i kontestowanego przez innych, w dwa miesiące przemienił się w łabędzia. Przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie.

Jego posag jest na tyle wartościowy, że Napieralski, łamiąc wszelkie zasady wyborów prezydenckich, stał się trzecim kandydatem, który przeszedł do II tury.

Do głosowania 4 lipca to o nim media i politycy będą mówić w równym stopniu jak o Komorowskim i Kaczyńskim. „Napieralski właśnie się spotkał z mieszkańcami Pcimia Górnego, by dowiedzieć się, kogo chcą poprzeć”. „Napieralski prowadzi potajemne rozmowy z ludźmi Komorowskiego”. „Sztab PiS obiecał Napieralskiemu uczestnictwo w nowej koalicji rządowej”. „Napieralski wyda salomonowy wyrok, nikogo nie poprze”itd., itp. Takie najpewniej będą tzw. gorące doniesienia mediów.

Jeśli Napieralski tę partię dobrze rozegra, ma rzeczywiście szanse na wejście do układu rządowego. Wydaje się, że będzie to rząd PO, a nie PiS.

Na sukces pracowicie w kampanii zadbał. Choć można się było śmiać z jego rozdawanych bladym świtem jabłek lub nieudolnej gry w koszykówkę.

Jak nie zasiejesz, to nie zbierzesz. Szkoda, że tej ludowej prawdy nie pamiętał Waldemar Pawlak. Teraz nikt o jego poparcie poniżej 2 proc. nawet niespecjalnie będzie się bić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hegemonia Platformy jest już mniej prawdopodobna

18 cze 2010

Dotąd każdy bój o prezydenturę mocno przemeblowywał scenę polityczną. Powstawały nowe partie – jak PO. Inne upadały – jak AWS. Kruszyły się mity – jak mit „S”. Wielu stronnictwom otwierały się drogi ekspansji. I często ważne było nie tylko, kto wygrał, ale także kto i jak przegrał.

Jak będzie tym razem? Zakończy się prawdziwym przeoraniem czy tylko politycznym retuszem? Nim będą znane oficjalnie wyniki pierwszej tury, jedno już można powiedzieć z pewnością: droga Platformy Obywatelskiej do hegemonii, właściwie systemu jednopartyjnego, została zabarykadowana.

Największa polityczna rewolucja nastąpiła chyba w  pierwszych wyborach prezydenckich w III RP (rok 1990). Wygrał wtedy Lech Wałęsa. Ale – paradoksalnie – to zwycięstwo przywódcy solidarnościowego zrywu doprowadziło do upadku mitu „Solidarności” jako wielkiej politycznej wspólnoty. Podziały powstałe w tamtej kampanii na długo zdefiniowały polską politykę. Bezpośrednio spowodowały utworzenie Unii Demokratycznej wokół sromotnie  przegranego Tadeusza Mazowieckiego. I umocniły drugą stronę solidarnościowego konfliktu, czyli Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia był zaskakująco dobry wynik Włodzimierza Cimoszewicza, kandydata postkomunistów (choć wydawało się wtedy, że są na wymarciu). To oraz sposób sprawowania prezydentury przez Wałęsę otworzyły z kolei drogę spadkobierczyni PZPR do brawurowego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 1993 r.

Następne wybory przypieczętowały upadek mitu „Solidarności” w społeczeństwie. Tylko tak można tłumaczyć przegraną Wałęsy z postkomunistą Aleksandrem Kwaśniewskim w 1995 r. Od tego czasu słowo „postkomuniści” zaczęło wypadać z publicznego obiegu.

Jednocześnie wygrana Kwaśniewskiego stała się katalizatorem powstania antykomunistycznej formacji, czyli AWS. Dwa lata później to ugrupowanie Mariana Krzaklewskiego szturmem zdobyło parlament.

Z kolei w 2000 r. kompromitująca przegrana Krzaklewskiego rozpoczęła błyskawiczny proces rozpadu AWS. Kwaśniewski wygrał już w pierwszej turze. Ale zaczął się inny proces: drugie miejsce Andrzeja Olechowskiego, z 17-procentowym poparciem, dało impuls do założenia PO. Bez jego zwolenników Platforma by nie powstała.

Ostatnie wybory, w 2005 r., wygrał Lech Kaczyński. Jego zwycięstwo sprawiło, że Prawo i Sprawiedliwość stało się dominującą siłą w polskiej polityce. Jaka była druga strona medalu? Zdaniem części komentatorów ten triumf był jedną z przyczyn upadku koncepcji koalicji PO – PiS. Może gdyby wygrał Donald Tusk, doszłoby do powstania tego sojuszu?

Na pewno konsekwencją tamtych wyborów, choć odłożoną o kilka miesięcy, było powstanie rządu PiS z Samoobroną i LPR. Lech Kaczyński wygrał zresztą drugą turę m.in. dzięki poparciu Andrzeja Leppera. Szef Samoobrony powiedział swoim, jak się okazało, bardzo zdyscyplinowanym wyborcom, by przerzucili głosy na Kaczyńskiego. W tym momencie PiS dzielił już tylko jeden krok od zawarcia w parlamencie szokującej, ale jedynej możliwej, koalicji z Lepperem. Ubocznym, choć istotnym, skutkiem było pomniejszenie politycznego znaczenia, a potem likwidacja tzw. przystawek, czyli Samoobrony i LPR.

A co się stanie w wyniku tych wyborów? Jedna rzecz już się stała. PiS nie ulegnie marginalizacji. Uczestniczy w  grze jako jeden z dwóch politycznych gigantów. PiS i PO to dalej równoprawni gracze. Tak się dzieje w dwubiegunowym systemie partyjnym.

Ale stała się – patrząc na sondaże – jeszcze jedna rzecz. Grzegorz Napieralski, kandydat SLD, udowadnia, że Sojusz ma jednego silnego przywódcę. Po miesiącach kontestowania go przez partyjnych kolegów pokazuje, kto tu rządzi. I że SLD ma przed sobą przyszłość. Także tę rządową, zwłaszcza wobec druzgocąco niskiego poparcia dla kandydata PSL Waldemara Pawlaka. Reszta zdarzy się w drugiej turze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

3:0 dla Palikota

7 mar 2010

Obiecałam sobie, że nie będę pisać o Januszu Palikocie. Niech  medialne show robi gdzie indziej, ja ma mam wstręt natury estetycznej.  Bo Palikot-show ma tyle wspólnego z kulturą polityczną, co Doda z Krystyną Jandą. Ale z premedytacją łamię teraz  tę obietnicę

W ostatnim tygodniu Palikot okazał się najbardziej skutecznym politykiem. I to nie tyle z punktu widzenia własnego image, jak to wcześniej bywało, ile  politycznego celu, o który walczy.

Celem numer 1 Palikota  dzisiaj jest oczywiście zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w prawyborach prezydenckich w PO. I jeśli patrzy się na sondaże, to owo zwycięstwo  — z bardzo dużym prawdopodobieństwem —  oznaczałoby zdobycie prezydenckiego Pałacu.  Stawka jest więc ogromna, największa w dotychczasowej karierze Palikota jako polityka.

Na razie jest 3:0 dla Palikota.

Po pierwsze, i najważniejsze, Pailkot napisał na swoim blogu, że Sikorski jest kandydatem PO-PiS. Bo był w rządzie PiS, był też senatorem tej partii. Sugerował, że Sikorski tak naprawdę jest jest V kolumną w Platformie. Cóż gorszego można zarzucić politykowi, który stara się o poparcie członków PO?

Fakty o przeszłości Sikorskiego są przecież prawdziwe.  Te fakty, z wyjątkiem sugestii o V kolumnie, są realem. Trudno z nimi dyskutować. Ale właśnie wspomniana sugestia jest kluczowa. Bo może to zdrajca?  Na członków PO wszelkie afiliacje z partią Jarosława Kaczyńskiego działają jak płachta na byka. Przecież po to są członkami PO, by kontestować wszystko, co jest związane z PiS.

Palikot, gdy jego wypowiedź wywołała oburzenie (bez względu na to, na ile szczere) kierownictwa PO , zaczął grać na innym fortepianie.  Obwieścił, że Komorowski to bardzo lojalny i oddany przyjaciel. Nad najważniejsze projekty polityczne we własnym życiu — a takimi na pewno jest udział w prezydenckim wyścigu —  przedkłada osobistą przyjaźń. I powiedział , że Komorowski postawił Tuskowi ultimatum: jeśli usuniesz Palikota z partii, to ja ja wycofam się z prawyborów. „Ten Bronek to dobry chłop, najlepszy wśród polskich polityków, bo osobistą przyjaźń przedkłada nad ambicje, a wiadomo jacy są bezwzględni politycy”. Taki był przekaz przesłany przez Palikota, w tym momencie głównie do członków PO.

Nikt tego nie potwierdził, ale też  twardo nie zaprzeczył.  Z marszałkiem Komorowskim na czele.  Drugi PR-owski zabieg został przez Palikota osiągnięty. Zarząd PO na żadne restrykcje się wobec Palikota się nie zdecydował. Sam nałożył sobie karę, że do końca prawyborów nie będzie się wypowiadał o kandydatach. Na razie się więc nie wypowiada.

Na zjeździe Młodych Demokratów, młodzieżowej przybudówki PO , mówił niewiele. Pokazał podkoszulkę z napisem: „Kocham Radka Sikorskiego”.   Wyczekał aplauz zgromadzonych tam młodych aktywistów PO. Ze spokojem. Tylko zadowolona mina Komorowskiego mogła wskazywać, że będzie jeszcze coś . I było. Palikot z miną sytego kota pokazał  rewers podkoszulka z napisem : „Wygra Bronisław Komorowski”. Cóż bardziej działa na ludzi, niż samospełniająca się przepowiednia?

Gdybym była na miejscu Donalda Tuska, już zaczęłabym się bać skuteczności Palikota.

I prawdopodobnie lubelski poseł Platformy, wygrywając 3:0 wykopał sobie polityczny grób. Chociaż pochówek może być odroczony. Prawdziwa kampania zacznie się w maju, Palikot nadal będzie użytecznym narzędziem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Konstytucyjna ściema premiera

22 lis 2009

Premier Tusk i PO proponują zmianę konstytucji. Tą informacją epatują od soboty wszystkie media. Politycy i komentatorzy pochylają się z troską nad nowym pomysłem Platformy. Rzecz bowiem dotyczy konstytucji, najważniejszego prawa.

Jak więc nie pochylać się z troską? Przecież byłoby to zachowanie antypaństwowe.

Chyba, że uznać rozpoczynający się właśnie spektakl pod tytułem „Chcemy zmienić konstytucję” jako zwykłe bicie piany.

Tym, którzy uważają, że z tym „biciem piany” grubo przesadzam, proponuję pokusić się o odpowiedź na kilka pytań.

Najpierw jednak rys sytuacyjny.

Pomysł pojawił się w drugim dniu tzw obchodów dwulecia rządu. Piarowcy premiera uznali, całkiem zresztą słusznie, że zorganizowanie z tej okazji kilku paneli dyskusyjnych to nieco za mało. Zrealizowanych w tym rządzie inicjatyw było jak na lekarstwo. A tu jeszcze, jak na złość PiS w rocznice powołania rządu występuje z konkretem. Zapowiada powołanie Zespołu Pracy Państwowej.

Tusk więc ubiega go o dzień i strzela z większego działa, na dodatek bardzo poręcznego.

„Premier nie zasypia gruszek w popiele, przedstawia ważne dla Polski propozycje, inni politycy powinny nad nimi poważnie się zastanowić” – taki komunikat, według zamysłu piarowców, miał płynąć do obywateli. I pierwsze reakcje mediów wskazują, że popłynął.

A teraz obiecane pytania.

Czy Tusk nie wie, że zmiana konstytucji przed wyborami ) jest logistycznie niewykonalna? Czy daje choćby cień możliwości na to, że PiS (bez której ze względu na sejmową arytmetykę zmian nie będzie), jego pomysły poprze? Czy naprawdę sądzi, że Polacy chcą się pozbawić bezpośredniego wyboru prezydenta? I że Jarosław Kaczyński zgodzi się z Tuskiem, że prezydent powinien mieć mniejsze uprawnienia (choć w projekcie PIS sprzed kilku lat zawarte było rozwiązanie przeciwne)?

Nawet polityk o klasę gorszy od Donalda Tuska odpowiedziałby na te pytania przecząco. Także wtedy, gdyby musiał na nie odpowiadać przez sen.

Ale pożytków dla PO z tego konstytucyjnego pomysłu jest sporo.

O „przykryciu” rocznicy dwulecia rządów i próbie ofensywy PiS już pisałam. Drugi pożytek to taki, że media – przez następne tygodnie, jeśli nie miesiące – będą się miały czym zajmować. Zmniejsza się też groźba, że zaczną szperać i doszperają się jakiś niewygodnych faktów dla PO i rządu. I wreszcie pożytek, który może być najważniejsze w nadchodzącej kampanii prezydenckiej. Bo premier , wbrew temu co sugeruje dziennikarzom jego otoczenie, jest zdeterminowany by zostać prezydentem. I to w powszechnych wyborach.

Tusk, proponując jakoby zmniejszyć władzę prezydenta, wysyła do opinii publicznej dramatyczny sygnał: – Z takim prezydentem, jak Lech Kaczyński nie da się w Polsce rozsądnie rządzić. I dlatego było przez te dwa lata tak trudno było mi rządzić .

To dobrze skrojony pomysł, tyle że zszyty zbyt grubą nicią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trauma Schetyny

8 lis 2009

Grzegorz Schetyna przeżył polityczną traumę. Najcięższą w swojej karierze. Jak przystało na rasowego samca Alfa, wychodzi z niej nie tylko odmieniony, ale i wzmocniony psychicznie. Narodził się nowy Grzegorz Schetyna?

Jeśli ktoś miał jeszcze cień wątpliwości jak dramatycznym przeżyciem było odesłanie go do parlamentu przez Donalda Tuska w atmosferze afery hazardowej — to po wywiadzie dla „Polski” takich wątpliwości nie może już mieć.

„Minę zbitego psa”, którą nosił przez pierwsze dni po dymisji z funkcji wicepremiera, zastąpiły słowa — pozornie bardzo eleganckie i wyważone. Opisujące jak przyjaźń z Tuskiem zmieniła się w kontrakt, porównywalny do tego, który mają ze sobą członkowie zespołu U2. Ten kontrakt w skrócie polega na tym: jesteśmy razem, gdy realizujemy projekt, po za tym nic nas nie łączy.
Schetyna deklaruje, że będzie lojalny wobec swojego niedawnego przyjaciela. Postara się pomóc mu wygrać wybory prezydenckie, ale żadnych emocji w tych jego działaniach już nie będzie.

Nie będzie mówił już do Tuska, jak robił to przez wiele ostatnich lat: „wszystko to robię dla ciebie, ja w w tym jestem nieistotny, nie gram na własną pozycję”.

Schetyna, bez pomocy specjalistów od PR, z których rad korzystał wcześniej, na początku wicepremierowania , m.in. pokazując się w kolorowych czasopismach i budując wizerunek niezależnego i sprawnego polityka, stał się teraz samodzielny. I o wiele bardziej dojrzały.

Najważniejsze zdanie w wywiadzie dla „Polski”, zdanie, które umknęło komentatorom brzmi: „Niczego się nie boję, bo wszystko już się wydarzyło”.

Jeśli naprawdę w to wierzy, to taka ocena sytuacji, jak na samca Alfa przystało, daje mu ogromną siłę. Czy ja wykorzysta do frakcyjnej walki z Tuskiem? Raczej nie. Chyba, że Tusk zacznie słabnąć. Wtedy już nie będzie miał żadnych przyjacielskich sentymentów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Samotność premiera, upadek dworu

12 paź 2009

Teraz Donald Tusk może liczyć już tylko na swój gdański matecznik. M.in. Wojciecha Dudę, przyjaciela od lat

– Biedaczek, został zupełnie sam – mówią z nieskrywaną satysfakcją konkurenci premiera Tuska, także niechętni mu politycy PO (a wbrew pozorom są tacy).

Ostatnie dymisje w rządzie nie są zwykłą rekonstrukcją. Premier pozbawił się najbliższych współpracowników. Teraz musi się zmienić sposób jego funkcjonowania. Czy poradzi sobie bez tzw. dworu, czyli Mirosława Drzewieckiego, Pawła Grasia, Sławomira Nowaka, Rafała Grupińskiego i Grzegorza Schetyny? Najpoważniejszym ciosem jest odejście Schetyny. Był nie tylko najważniejszym dworzaninem, ale i głównym rozgrywającym w partii i rządzie. Niemal w każdym ministerstwie miał swojego człowieka, jak nie w randze wiceministra, to doradcy w gabinecie politycznym.

Wino, cygara i polityka

Dwór nie był medialnym wymysłem. Donald Tusk prowadził biesiadny styl uprawiania polityki. Także wówczas, gdy został szefem rządu. Tyle że sejmowe pomieszczenia zamienił na gabinet premiera w Alejach Ujazdowskich i willę przy ul. Parkowej (żona bardzo rzadko tam gości, nadal mieszka w sopockim mieszkaniu).

Relacje byłych i obecnych współpracowników Tuska są w tej sprawie jednobrzmiące: – Razem biesiadują, oglądają mecze albo TVN 24, piją czerwone wino, palą cygara, prowadzą żartobliwe dyskusje. Podczas tych biesiad, jeśli nie na pierwszym miejscu, to przynajmniej w tle jest rozmowa o polityce. W ten sposób Tusk wypracowuje sobie ocenę różnych zdarzeń i strategię działania. Do perfekcji opracował tę metodę, gdy był śmiertelnie znudzonym wicemarszałkiem Senatu w czasach koalicji AWS – UW.

Widocznie metoda okazała się zgodna z jego charakterem. Tusk lubi powtarzać, że jest „normalnym człowiekiem”. W samej metodzie nie ma zresztą nic złego. Problem w tym, że teraz zabrakło mu dworzan, by ją kontynuować. Cały dwór odesłał do Sejmu. Nie wyklucza to oczywiście bliskich kontaktów, np. z Rafałem Grupińskim, ale dworski team odchodzi w przeszłość.

– Po tych dymisjach żaden polityk PO nie zdecyduje się być „parzącym kawę” premierowi – tak członek zarządu Platformy ocenia szanse Tuska na skompletowanie nowego dworu. (Dworzanie premiera często siedzieli w przedpokoju, czekając, aż szef ich poprosi).

Kim wypełnić próżnię

Z najbliższego zaplecza Tuska po ostatnich dymisjach w kancelarii pozostali na ministerialnych stanowiskach Tomasz Arabski i Igor Ostachowicz. Ten pierwszy jest szefem KP, od dawna gra z premierem w piłkę. Ten drugi to główny spec premiera od PR. Sprawdził się w ostatniej kampanii parlamentarnej.

Arabski dotychczas prowadził z Nowakiem walki podjazdowe o bycie najbliżej przy uchu wodza. Po kilku miesiącach bijatyk zdecydował się schować w cieniu. Był nieobecny medialnie, w przeciwieństwie do wyjątkowo aktywnego Nowaka. Postawił na przeczekanie. Teraz mógłby odgrywać większą rolę przy premierze, ale na razie niewiele na to wskazuje, by tak się stało.

Ale duet Arabski – Ostachowicz to za mało. Ostatnio media donoszą o rosnącej pozycji przy Tusku Jana Krzysztofa Bieleckiego i Krzysztofa Kiliana, ministra łączności w rządzie Suchockiej, którego na to stanowisko wysunął właśnie Bielecki. Ale to nic nowego. Bielecki od zawsze (a na pewno od kedy wrócił z Londynu) był najbliższym doradcą Tuska. Zwłaszcza w sprawach ekonomicznych i personalnych decyzjach. To jemu Jacek Rostowski zawdzięcza nominację na ministra finansów i bardzo wysoką pozycję przy Tusku.

– Dużo wie o technikach rządzenia, a takich ludzi w otoczeniu Tuska jest mało. Był premierem i ministrem, ma doświadczenie i talent. Może pomóc w przełamaniu reguły, że partia rządząca przegrywa wybory – reklamował Bieleckiego europoseł Janusz Lewandowski, również pochodzący z gdańskiego matecznika Tuska. Kilian to stały, choć nie etatowy doradca. To on zachęcał Tuska do pozbycia się Zyty Gilowskiej, a później Jana Rokity. I przekonywał, że ci ludzie szkodzą (Gilowska) bądź zagrażają (Rokita) jego pozycji.

Inną osobą, której znaczenie może teraz wzrosnąć, jest Wojciech Duda, naczelny „Przeglądu Politycznego” i przyjaciel Tuska z podziemia, a dziś formalnie doradca ds. polityki historycznej. – Zgadzam się, że Duda jest najbliższym przyjacielem Tuska – uważa Lewandowski

Mistrzem dworskich intryg był Nowak. Gdy Arabski usunął się na drugi plan, zaczął on podjazdową walkę ze Schetyną i jego zapleczem w MSWiA. Ale w momencie rządowego kryzysu przeszedł do otwartego zwarcia. To on puścił przeciek do mediów o dymisji Schetyny. Gdy wicepremier zjawił się w studiu TVN 24, jego dymisja – notabene uzgodniona z Tuskiem – stała się informacją publiczną. I Schetyna niczym uczniak wił się w ogniu pytań Moniki Olejnik w „Kropce nad i”. Dalszy scenariusz był prosty: jeśli Schetyna odchodzi z rządu, to musi też odejść Nowak. I tak się stało.

To nie koniec rozgrywki. Podobno Tusk zażyczył sobie, by w prezydium Klubu PO kierowanego przez Schetynę znalazł się Nowak. Podobno po to, by Schetyny pilnować.

Z kogo więc zrobić szefa gabinetu? Żaden z partyjnych bonzów do tej roli się nie nadaje. A na dodatek, by jej nie przyjął. Bronisław Komorowski, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Jarosław Gowin mogą być wykorzystani w inny sposób. Jeśli nie Wojciech Duda, to kto?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PSL w okopach

11 paź 2009

PSL zamierza zagrać va banque: albo wychodzimy z rządu, albo Waldemar Pawlak przy pierwszej nadarzającej się okazji zostanie premierem. Niczym Witos, po raz trzeci.

Stronnictwo po wybuchu afery hazardowej zeszło do podziemi. Przez
długi czas dziennikarze nie byli w stanie uzyskać komentarzy od
liderów tej partii. W pewnym momencie stało się oczywiste, że
posłowie ludowców dostali partyjny rozkaz: „nie wypowiadajcie się,
tylko w ten sposób jesteśmy w stanie ugrać coś dla siebie”.
Potwierdził to pośrednio przyłapany przez dziennikarzy na sejmowych
korytarzach Janusz Piechociński, poseł PSL.

W co grają ludowcy? Ich znana z historii taktyka w sytuacjach kryzysowych : „jesteśmy w koalicji, albo nawet poza nią” znowu ma miejsce. Wchodzenie w nową wojnę pomiędzy PiS a PO ludowcom zupełnie się nie opłaca. Mówią to wprost: — Nie chcemy być stroną w tej walce. W tym duchu wypowiada się zarówno poseł Eugeniusz Kłopotek, jak i Stanisław Żelichowski, szef klubu PSL.

„Nie nasze małpy, nie nasz cyrk” — zdają się mówić politycy PSL.
Jeśli afery hazardowa i stoczniowa pogrążą Tuska i PO, to nim się to
stanie ludowcy szybko ewakuują się z koalicji. Po to bym mieć czystą
kartę na nieuchronne przyspieszone wybory. Gdyby rząd jednak się
utrzymał to PSL będzie mieć dla PO propozycję nie do odrzucenia: —
Zostajemy w koalicji pod warunkiem, że premierem będzie Waldemar
Pawlak. Przed afera hazardową ta propozycja miała zerowe szanse
realizacji, bo Tusk przestał zupełnie ufać Pawlakowi.

Ale ostatnie doniesienia CBA zupełnie przeorały polityczny krajobraz
w Polsce. Stąd też nowe rachuby PSL.

Problem jednak w tym, że w odniesieniu do każdej z tych afer
Pawlak, jako minister gospodarki i wicepremier formalnie także ponosi
odpowiedzialność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop