Kryzys refundacyjny i samotność Tuska

08 sty 2012
Analiza „Rz”

To co się dzieje wokół listy leków refundowanych jest największym kryzysem w historii ekipy Donalda Tuska. Tym bardziej, że końca tego sporu nie widać. Niebawem mogą do niego dołączyć kolejni aktorzy, czyli aptekarze. Niebawem będą rozliczać się z wydanych po nowym roku recept z NFZ. Cykl tych rozliczeń jest dwutygodniowy. Po 16 stycznia okaże się, ile naprawdę dostaną z refundacji.

Rząd z nową ustawą zdrowotną nie poradził sobie ani merytorycznie, ani tym bardziej wizerunkowo. Zupełnie nie przygotował się do operacji, która wręcz naskórkowo dotyczy wszystkich obywateli. A przecież wiadomo, że zmiany na liście leków refundowanych to jedno z najbardziej drażliwych przedsięwzięć w każdym kraju.

W całej tej historii rząd nie pokazał czarnego luda, którego można obciążyć winą. Zaś na horyzoncie nie jawi się kozioł ofiarny, którego można by rzucić na żer zdenerwowanym pacjentom. Gabinet Donalda Tuska nie zastosował w tym przypadku żadnej PR-owskiej sztuczki, z używania których przecież słynie. Nie pojawiła się jakakolwiek przykrywka, jak kiedyś na przykład sprawa dopalaczy, którą marketingowcy premiera skutecznie osłabili medialny wydźwięk Kongresu Ruchu Palikota.

Przy aferze hazardowej zareagował natychmiast, wyrzucając z kancelarii swoich pretorianów. Efekt domniemanych winnych, których trzeba ukarać wzmocnił forsując w Sejmie w zawrotnym trybie nową, bardziej restrykcyjną dla środowiska hazardowego, ustawę. Gdy okazało się, że rok temu wybuchł skandal w PKP, gdy setki tysięcy podróżnych stały się zakładnikami tej niewydolnej instytucji, przynajmniej poleciał odpowiedzialny za kolej wiceminister. Gdy pojawiły się głosy protestu wobec projektu ustawy ograniczającej wolność w Internecie, premier błyskawicznie z pomysłu się wycofał. Również jeśli chodzi o katastrofę smoleńską, stosował różne starannie przemyślane taktyki kontrofensywy wobec PiS-owskich oskarżeń.

Dlaczego tym razem osławiony instynkt społeczny premiera i sprawność jego PR-owców zawiodły?

Historia kryzysu pod tytułem lista leków refundowanych jest najbardziej podobna do awantury, jaka powstała przy obniżeniu przez rząd składki do OFE. Wówczas, podobnie jak teraz, naruszył interesy potężnego lobby finansowego, mającego przełożenie na media.

Ale są też istotne różnice.

Przy sprawie OFE przy premierze murem stali jego liczni ministrowie i doradcy. Obrońcami byli Michał Boni, Jacek Rostowski, Jolanta Fedak, Waldemar Pawlak, Jan K. Bielecki.

Teraz listy leków refundacyjnych samotnie broni duet premier i nowy minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Premier stracił drużynę? Wiele na to wskazuje. Odesłanie do parlamentu jednego z najlepszych ministrów Krzysztofa Kwiatkowskiego jest dla platformersów sygnałem, że nie warto się starać. Bo nagle i bez cienia argumentacji można być usuniętym.

Naturalnym sojusznikiem rządu w tej sprawie wydaje się być Ewa Kopacz. Autorka ustawy i jedna z najbliższych współpracowników premiera. Ale milczy. Jest teraz namaszczonym przez premiera marszałkiem Sejmu, który ma do spełnienia bardzo ważną rolę. Tak organizować prace Sejmu, by rząd nie miał legislacyjnych kłopotów, żeby wszystko szło po jego myśli. Wdawanie się w megaspór byłoby dla tej nowej roli destrukcyjne. Wydaje się to jednak nieuchronne, sprawa musi pojawić się na forum parlamentu.

Podobnie jak marszałek Kopacz, milczą koncerny farmaceutyczne, dysponujące wielomilionowymi budżetami na lobbing.

Wydaje się, że wszystkie strony tego sporu oszczędnie gospodarują prawdą. I absolutnie nie mówią wszystkiego tego co wiedzą.

Oczekuję choćby jednej informacji, przyłączając się do apelu politologa Antoniego Dudka. Budżet państwa na całej operacji ma zaoszczędzić 1 mld zł. Jaką część  z tej kwoty zapłacą koncerny farmaceutyczne, a ile pacjenci?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Partia matka i partia córka, czyli PiS i Solidarna Polska

11 gru 2011

PiS i Solidarna Polska zachowują się jak partia matka i partia córka. Jest tylko jedna, za to istotna różnica, między tą biznesową analogią a partyjną rzeczywistością na prawicy. Gra idzie o to kto kogo pożre. Spółka matka, a więc Jarosław Kaczyński i otoczenie wyeliminuje z politycznej gry  spółkę córkę, tworzoną przez Zbigniewa Ziobro i Jacka Kurskiego czy też będzie odwrotnie.

W niemal wszystkich sprawach mówią to samo, chociaż różnymi głosami. Przedmiotem rywalizacji nie jest treść, tylko to kto pierwszy ją publicznie wypowie. Wydarzenia ostatniego weekendu dobrze ilustrują tę tezę.

I PiS i Solidarna Polska mówiły o najważniejszych wydarzeniach ostatnich dni, o szczycie Unii Europejskiej w Brukseli i zbliżającej się właśnie okrągłej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. I co usłyszeliśmy?

Z obu stron to samo. Że nowe porządki w Europie, ustalenia brukselskiego szczytu, w tym zapowiedź paktu fiskalnego, są utratą polskiej samodzielności. Że utrwalają status kliencki Polski, że jako kraj tracimy samodzielność. A dzieje się tak dlatego, że nasi najwyżsi decydenci przedkładają interesy czysto osobiste, perspektywy indywidualnych karier, nad dobro ojczyzny.

Oczywiście problem stosunku Polski do nowych porządków Europie, jak najbardziej istnieje. I nie tylko warto, ale i trzeba nad nim debatować. Ale publiczne zachowania liderów tak PiS, jak i Solidarnej Polski, wysyłają do odbiorców jeden czytelny sygnał: obie partie walczą o to, która jest najbardziej eurosceptyczna. Prawicowy sympatyk dostaje od obu dokładnie tę sama potrawę.

Podobnie jest z stosunkiem do stanu wojennego i głównego autora tamtych wydarzeń, generała Wojciecha Jaruzelskiego.

Oto krótki fragment dyskusji ze Śniadania Radia Zet.

- Miejsce dla generała Jaruzelskiego jest na sali sądowej – ocenił rzecznik PiS Adam  Hoffman.

- Generał Jaruzelski, powinien mieć głowę spuszczoną  i symbolicznie odpowiedzieć, a nawet karnie za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce – wtórował mu Jacek Kurski z Solidarnej Polski.

Takich bliźniaczo brzmiących wypowiedzi w  ostatnim czasie było wiele. Jak choćby te o wprowadzeniu kary śmierci i szerzej, o zaostrzeniu kodeksu karnego.

Solidarna Polska nie będzie uczestniczyć  w marszu 13 grudnia.  Dlaczego? –  Bo PiS traktuje go instrumentalnie,  a  stan wojenny i jego konsekwencje  wymaga ją poważnego  traktowania  - przekonuje mnie Arkadiusz Mularczyk z Solidarnej Polski. Kluczowa dla ziobrystów jest jednak pierwsza część tej wypowiedzi.  Jej interpretacja w sposób oczywisty brzmi tak: To PiS zorganizował marsz , nie będziemy  podłączając się do tej inicjatywy, wzmacniać jej.

O co więc w tej całej grze podjazdowej chodzi?

Ziobro i Kurski są na tyle inteligentni, że pamiętają i przeanalizowali historie innych rozłamów z PiS. Takich jak prawica Marka Jurka, czy też Polska Jest Najważniejsza. Historie zakończone klęską, parlamentarnym niebytem.

Na coś jednak stawiają. Tamte polityczne inicjatywy mniej lub bardziej konsekwentnie i udolnie starały się odróżniać od PiS. Szczególnie w przypadku PJN wychodziło to sztucznie.  I miały mało czasu do najbliższych wyborów. To jest element najważniejszy w strategii Ziobry i Kurskiego.

Oni nastawiają się na długi marsz. Najbliższe wybory są za 2,5 roku. Do europarlamentu. Będą w nich startować, bo brukselskie posady, a nie ma się czemu dziwić, bardzo im posmakowały.

I to jest pierwszy cel ziobrystów: przekroczyć 5 proc. próg w wyborach europarlamentarnych w 2014 roku. Jeśli się to uda to następnych kilka miesięcy później : Zbigniew Ziobro na prezydenta.

I nie musi wygrać. Chodzi o to, by miał choć o 1 proc. więcej niż lider PiS, Jarosław Kaczyński. Wówczas młodość (Ziobro jest o ponad 20 lat młodszy niż prezes PiS) zdetronizuje starego, doświadczonego niedźwiedzia. Na fali detronizacji Solidarna Polska  przystępuje do wyborów parlamentarnych w 2015 roku. Wchodzi do Sejmu, może ze znacznie lepszym wynikiem niż PiS (choć łatwo nie będzie bo PiS ma budżetowe dotacje).

Co dalej?

Jeśli w perspektywie najbliższego roku Jarosław Kaczyński nie zatrzyma ekspansji ziobrystów, to wymyślony przez nich scenariusz może się spełnić. I  w najbliższym czasie oba ugrupowania będą zajmować się sobą. Zamiast  pełnić role, które są przypisane opozycji w każdym demokratycznym państwie.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk się wzmacnia, opozycja się wykrwawia

06 gru 2011
Analiza „Rz”

Lider PO przekonstruował zaplecze partii i może teraz korzystać z niego w sposób komfortowy. A opozycja jest uwikłana we własne wojny

Dwa miesiące po wyborach główne partie polityczne wyglądają, jakby przeszło po nich tsunami. Wyjątkiem jest może PSL.

Jedynie Donald Tusk po przeprowadzeniu generalnych porządków na swoim politycznym zapleczu może teraz korzystać z niego w sposób komfortowy. Nastąpiło przedefiniowanie projektu politycznego, jakim była Platforma.

Głównym efektem jest ukształtowanie się nowego przywództwo partii. Formalnie nadal pierwszym wiceprzewodniczącym jest Grzegorz Schetyna, ale przeszedł do rezerwy strategicznej. I jedyne, co mu zostało, to usiąść nad rzeką i albo zarzucić wędkę, albo wypatrywać, czy przepłynie nią ciało wroga. Czyli tych, którzy pozbawili go wpływów (z Tuskiem na czele).

Faktycznymi wiceliderami, i to do zadań specjalnych, są teraz Ewa Kopacz, marszałek Sejmu, i Radosław Sikorski, szef MSZ. Po tej dwójce długo w PO nikogo nie ma.

Kopacz, lojalna i twarda (mimo nimbu emocjonalności, a nawet histeryczności, który jej przypisują krytycy), na stanowisku marszałka jest gwarantem, że parlamentarna machina będzie działała tak, jak Tusk chce. Co szczególnie w okresie kryzysu jest wartością bezcenną.

Sikorski, dobrze widziany na europejskich salonach, to rządowy rozgrywający w sprawach UE. Nikt przytomny nie ma wątpliwości, że berlińskie wystąpienie ministra było w pełni uzgodnione z jego szefem. Odbyło się to według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza. Premier przecież nieprzypadkowo nie powiedział w swoim exposé właściwie ani słowa o sytuacji w Unii. Bo to było wcześniej „rozpisane” na Sikorskiego.

Szef naszej dyplomacji staje się więc dodatkowym zwornikiem między Europą a polskim premierem, który aspiruje do najważniejszych funkcji w UE. Przewodniczenie Komisji Europejskiej jest planem minimum. I całkiem realnym, uwzględniwszy świetne kontakty Tuska z kanclerz Merkel i układ sił w samej Unii, która potrzebuje kogoś, kto nie jest ani z Południa, ani z europejskiej Północy, ani przywódcą z największych państw.

Tusk posprzątał. A opozycja jest w rozsypce. Walczy między sobą i wygląda na to, że będzie to bój do krwi ostatniej. Najbardziej krwawy na prawicy.

I PiS Jarosława Kaczyńskiego, i ziobryści z  Solidarnej Polski tkwią w tej samej grupie potencjalnych wyborców. Zbigniew Ziobro do centrum nie może się przesunąć. Zbyt świeża jest pamięć o tym, co robił jako minister sprawiedliwości. Więc takie propozycje jak wprowadzenie kary śmierci będą się powtarzać.

Z kolei Ruch Palikota i SLD walczą o rząd dusz na lewicy. Ta walka jest, przynajmniej pozornie, mniej krwawa. Ale czy Leszek Miller, jedyna nadzieja Sojuszu na przetrwanie, dogada się z Januszem Palikotem? Ktoś będzie musiał ustąpić. I to raczej nie z własnej woli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zderzaki Donalda Tuska: konserwatywny, pancerny i ozdobny

22 lis 2011

Odświeżając teorię Wałęsy, premier upatrzył sobie ministrów zderzaki, którzy mają odegrać ważne role w rozgrywkach z niektórymi środowiskami

Donald Tusk, prezentując swój rząd, powiedział wprost, że to rząd zderzaków. I nikt, łącznie z nim, nie może być pewny, że przychodzi na całe cztery lata. Równie dobrze mogą to być cztery miesiące.

Wracając po wielu latach do teorii rządowych zderzaków, sformułowanej i praktykowanej przez ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, premier argumentował ten powrót tym, że idą ciężkie czas. W domyśle chodzi więc o to, że poszczególni ministrowie mogą się zderzyć z kryzysową rzeczywistością. I to na tyle mocno, że zostaną zamienieni na nowsze modele.

Przesłanie brutalne, ale w sytuacji, w jakiej znalazła się Europa, dość oczywiste. Tyle że w poprzedniej kadencji Donald Tusk nie chciał nawet słyszeć o jakiejkolwiek rekonstrukcji gabinetu. Choć kryzys już się dobijał do polskich granic. Dymisja kilku ministrów na przełomie lat 2009 i 2010. była wymuszana sytuacją, aferą hazardową. I nawet powszechnie krytykowany szef MON Bogdan Klich został pozbawiony stanowiska dopiero pod koniec kadencji.

Rządowe rekonstrukcje – na co zwraca uwagę konsultant polityczny Eryk Mistewicz, powołując się m.in. na przykład Francji – dają pozytywny ładunek emocji. Odświeżenie rządowego przekazu. Ludziom to się podoba. Premier doskonale wie, że nie będzie łatwo. Więc mówiąc o zderzakach, oswaja już opinię publiczną z metodą, którą zamierza zastosować.

Kiedyś politolog Wawrzyniec Konarski nazwał Tuska Mefistofelesem polskiej polityki (po tym, gdy wciągnął do rządu gwiazdę lewicy Bartosza Arłukowicza). Czyli tym, który stosuje szatańskie, a jednocześnie skuteczne sztuczki.

Odświeżając teorię Wałęsy i dostosowując ją do własnych potrzeb, premier działa na kilku frontach. Przy tworzeniu rządu upatrzył już sobie kilku  ministrów, którzy (nim ewentualnie zostaną wymienieni) mają spełnić ważne role w rozgrywkach z różnymi środowiskami.

Pierwszy to Jarosław Gowin, nowy minister sprawiedliwości. Zderzak konserwatywny. Historyk filozofii, pierwszy nieprawnik na tym stanowisku. Wszelkie zmiany przepisów dotyczące kwestii obyczajowo-światopoglądowych – to, na czym najbardziej zależy Ruchowi Palikota – muszą być z Gowinem konsultowane. Tusk będzie mógł w gabinetowych negocjacjach powiedzieć Palikotowi: – Wiesz, ja chciałem, ale ten Gowin blokuje…

Joanna Mucha, minister sportu, to zderzak luksusowo-ozdobny. Zderzy się z męskim światem, który dominuje w sporcie. Będzie piękną twarzą witającą gości na Euro 2012. Ale czy sobie poradzi?

I kolejny – Sławomir Nowak, nowy minister transportu. Bardzo chciał wejść do rządu. Na dowolne stanowisko. Premier uznał: prosisz – masz. Bo lepszy Nowak w rządzie, tym bardziej że szybko można go wymienić, niż sfrustrowany i knujący w sejmowym zapleczu. A jeśli się nie sprawdzi, już nic nie będzie znaczył.

I wreszcie Michał Boni, zderzak pancerny. Czyli taki, którego właściwie się nie wymienia, bo wytrzyma wszystko. Danie mu nowo tworzonego ministerstwa to wielkie wyzwanie. Najpierw trzeba mieć siedzibę, obsługę, współpracowników itp. Innym zajmowało to wiele miesięcy. Jeśli przetrwa, to znaczy, że może zrobić wszystko.

Zderzaków á la Mefisto jest oczywiście w nowym rządzie więcej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

11 listopada zwiastuje radykalizm w Sejmie

16 lis 2011
Analiza „Rz”

O rząd dusz na lewicy muszą walczyć SLD i Ruch Palikota, na prawicy PiS i Solidarna Polska. A po zadymach w stolicy widać zapotrzebowanie na wyrazistość

Trzy razy dwa. Tak w największym skrócie można opisać układ partyjnych par, który ukształtował się po wyborach. A pary na skrzydłach, czyli lewicowa i prawicowa, będą dążyć do wzajemnej eliminacji. Tak aby w następnym Sejmie zostało po jednej partii z każdego duetu.

I mimo że w nowym Sejmie jest aż sześć ugrupowań – kogoś, a raczej czegoś, jeszcze brakuje. Ostrości poglądów, brutalnej wyrazistości.

Wskazują na to wydarzenia, jakie rozegrały się na ulicach Warszawy 11 listopada. Ich temperatura i skala są nieporównywalne do tego, co działo się w poprzednich latach. Jakby było na nie rosnące zapotrzebowanie.

W największym uproszczeniu: starły się tam dwa radykalizmy – prawicowy i lewicowy. Ośrodkiem jednego z nich jest „Krytyka Polityczna”, a drugiego Młodzież Wszechpolska i ONR.

I jak to zazwyczaj bywa w sytuacjach ulicznych, przyłączają się zwykli wichrzyciele i chuligani. Tym razem byli też kibole i agresywni cudzoziemcy. Ale i ich można przypisać do określonych nurtów politycznych. W siedzibie „Krytyki Politycznej” policja znalazła tego dnia kastety, pałki i gaz łzawiący. Jej przedstawiciele tłumaczyli, że zostawili to zepchnięci do lokalu przez siły porządkowe antyfaszyści. Z kolei politycy PiS hołubili w kampanii kiboli. A ci jeździli za tuskobusem niczym zbrojne ramię prawicy.

To, co było widać na ulicach Warszawy, i dyskusja, jaka toczy się teraz w mediach, wskazuje, że nie było to wydarzenie incydentalne. Na prawicową i lewicową  wyrazistość jest zapotrzebowanie. Nawet jeśli przyjąć wersję, że byli to  młodzi ludzie, którzy chcą się wyszaleć.

Doskonale wyczuł to Janusz Palikot, który na imprezie „Kolorowa Niepodległa” oczywiście się pojawił. I widać coraz większe zbliżenie między nim a „Krytyką Polityczną”. (To, że był tam też Ryszard Kalisz z SLD, chyba nie ma specjalnego znaczenia, bo jak mówią jego koledzy z SLD: „Rysio na tego typu imprezach lubi po prostu bywać”).

Dwa ścierające się 11 listopada środowiska można  traktować jako forpocztę tego, co będzie się działo w Sejmie na jego lewej i prawej flance.

W logikę sytuacji jest wpisane, że SLD i Ruch Palikota muszą ze sobą walczyć do krwi ostatniej o rząd dusz na lewicy. A PiS i Polska Solidarna – o rząd dusz na prawicy. Wariant, że zjednoczą siły, jest znikomo prawdopodobny. Bo nieuchronnie pojawi się spór o to, kto zostanie ojcem założycielem takiego zjednoczenia.

Najprostszym narzędziem tej walki – i to po obu stronach – jest właśnie wyrazistość, radykalizm, hałaśliwość. Już nie miękki patriotyzm czy antyklerykalizm w wersji soft.

To, że Palikot będzie podgrzewał sejmową atmosferę, jest nieuchronne. I przynajmniej na starcie stoi na wygodnej pozycji. Będzie walczył z SLD, posługując się prowokacjami pod adresem PiS i Solidarnej Polski.  Przykład walki o krzyż  pokazuje, że łatwo mu prowokować.  Teraz w tej walce może wykorzystać dodatkowo „antyfaszystowskie” środowiska, które zaznaczyły swoje istnienie 11 listopada.

Jedyne, co może mu przeszkodzić, to tykające bomby we własnym klubie. Jak pokazuje choćby przykład posła Romana Kotlińskiego, istnienie takich bomb nie jest księżycową przepowiednią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PO nie musi polegać tylko na PSL

07 lis 2011

Tradycyjny podział na koalicję i opozycję w nowym Sejmie przestaje obowiązywać. Linie podziału będą się rozmywać

Opozycja w nowym parlamencie jest słaba albo w budowie. Dlatego staje się łatwym do wykorzystania narzędziem do przeprowadzania tego, na czym Donaldowi Tuskowi będzie najbardziej zależeć albo co będzie musiał zrobić ze względu na kryzysową sytuację.

Nawet jeśli premier uzyska w konkretnych sprawach pełną akceptację ze strony PSL, dodatkowe poparcie, np. przez Ruch Palikota, daje mu coś na kształt społecznego rozgrzeszenia. Osłabiającego możliwe protesty, gdyby rząd Donalda Tuska chciał np. odebrać część przywilejów, choćby mundurowym.

Słabość opozycji najlepiej widać w przypadku SLD. Leszek Miller jako nowy szef Klubu Sojuszu walczy o przetrwanie. Będzie chciał dla siebie i swoich wygłodniałych wilków załatwić jakieś rządowe apanaże i pokazać, że jego lewica ma coś do powiedzenia. Dlatego może głosować razem z PO za głęboką reformą KRUS (nawet z połączeniem z ZUS), w zamian za ustawę o związkach partnerskich, na której tak zależy lewicy.

Ale podobny deal Platforma może zawrzeć również z Ruchem Palikota. Tusk będzie oba te ugrupowania rozgrywał. Walcząc również z PSL, sztandarowo przeciwnym temu rozwiązaniu mimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego nakazującego zmiany zasad funkcjonowania KRUS.

Większy problem będzie miał premier z odebraniem przywilejów emerytalnych różnym grupom. Ruch Palikota godzi się na podwyższenie wieku emerytalnego służbom mundurowym, ale tylko pod warunkiem znacznej podwyżki pensji dla mundurówki. Negocjacje odbędą się więc w zaciszu gabinetów. Kartą przetargową może być zgoda PO na przeniesienie lekcji religii do sal katechetycznych albo zgoda na jakąś formę finansowania metody in vitro – na czym zależy Ruchowi Palikota.

Podobne rozmowy Platforma może prowadzić z SLD. Sojusz jest dla Tuska  łatwiejszym i bardziej przewidywalnym partnerem niż Palikot. Tym bardziej że Ruch Palikota jest w trakcie budowy i powiększenie się jest jego naczelnym celem. SLD na razie walczy o życie.

Sytuacja z Sojuszem diametralnie się zmieniła po upadku Grzegorza Napieralskiego, na którego Donald Tusk reagował alergicznie. A z Millerem, jak twierdzą politycy obserwujący ich obu, mają dobrą chemię. Tyle że Palikot może dać więcej. I nie chodzi tylko o liczbę sejmowych szabel.

Uproszczenia dla przedsiębiorców, walka z biurokracją – to zdawałoby się postulaty niekontrowersyjne. Bezproblemowe do przeprowadzenia przez Sejm. Jest tylko jeden szkopuł – z jakiegoś powodu nie udało się ich wcielić w życie. Lobbing biurokratów okazał się bardzo potężny. Akurat w tej sprawie premier może jednak liczyć na współdziałanie zarówno z jedną, jak i z drugą partią lewicową.

Inaczej sprawa przedstawia się, jeśli chodzi o podatki, a przede wszystkim energetykę. Gdyby nowemu rządowi przyszło do głowy (cokolwiek na ten temat będziemy wiedzieć po exposé), by reformować podatki, to Palikot wiele z tych rozwiązań może poprzeć. Choćby podatek liniowy 3 razy 18. Ale przede wszystkim może być pomocny w walce Tuska o inną wizję energetyki niż ta, za którą optuje szef ludowców Waldemar Pawlak.

Ruch Palikota ostatnio zrobił happening przed Ministerstwem Gospodarki (kierowanym przez Pawlaka). Tym razem ludziom Palikota za rekwizyt posłużyła lampa naftowa, na którą jakoby Pawlak skazuje Polaków, nie przygotowując wymaganej przez Unię Europejską ustawy o odnawialnych źródłach energii. Ten happening sugerował, że lider ludowców ma w sprawach energetyki inne cele niż dobro Polaków.

PSL nie ma chyba jednak wyjścia. Generalnie musi akceptować pomysły Donalda Tuska. Nieprzypadkowo przy rządowych spekulacjach tak dużo mówi się o energetyce i Ministerstwie Gospodarki. Ludowcy znaleźli się w narożniku, choć jest to rządowy narożnik.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Carte blanche Donalda Tuska

12 paź 2011

Premier Donald Tusk dostał właściwie  carte blanche od zarządu Platformy.

Sam wystąpił z taką propozycją i została bez zastrzeżeń zaakceptowana. Opowiedział scenariusz tworzenia nowego rządu z wykorzystaniem wszystkich konstytucyjnych terminów, tak by  trwało to jak najdłużej. Według tej reżyserii nowy rząd może powstać między 6 a 15 grudnia, (Bardzo zainteresowanych proszę o sięgnięcie do konstytucji, opisywanie tego, z całym szacunkiem, jest trochę nudziarstwem, choć ważnym.)

Premier  w swoim wystąpieniu do członków ścisłego kierownictwa  PO nie wymieniał specjalnie nazwisk. Oprócz Ewy Kopacz jako przyszłego marszałka Sejmu, innych podobno nie wymieniał.

Nawet Bartosza Arłukowicza, jako kandydata na ministra zdrowia. Nie mówiąc już o przyszłych stanowiskach dla Grzegorza Schetyny.

Zarząd patrzył na premiera niczym na bóstwo. W jakimś sensie słusznie.

Z człowieka okrzykniętego leniwcem i śpiochem premier przekształcił się podczas kampanii w Tusko-Stachanowca. Jeżdżąc przez trzy tygodnie tuskobusem wygrał dla PO, i dotychczasowego układu koalicyjnego (co jest na razie niedoceniane) zwycięstwo. Nietypowe, ale tym bardziej wartościowe, bo po 4 latach rządów.

Konsekwentnie prowadził kampanię  zgodnie z przyjętą na początku PR-owską tezą, że będzie ona pojedynkiem na premierów. Ten który w ocenie wyborców okaże się najlepszy, zwycięży. I on dostanie wszystkie laury. Tak w wyniku wyborów się stało.

 

Nie jest prawdą to co powiedział tuż przed obradami zarządu były szef klubu parlamentarnego PO Tomasz Tomczykiewicz, że zarząd zawsze zgadzał się z kandydaturami Donalda Tuska.

Otóż nie. Jakiś po wybuchu afery hazardowej i tuż po wyborze dotychczasowego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego na prezydenta zaproponował Ewę Kopacz. Zarząd wybrał jednak inną osobę, Grzegorza Schetynę.

Ale dzisiaj to Tusk bezwzględnie narzuca reguły gry, jako ten który doprowadził do ponownego zwycięstwa. I wbrew różnym komentarzom ewentualny fotel marszałka dla Ewy Kopacz nie jest wcale zwycięstwem tzw frakcji Grabarczyka. Będzie zwycięstwem Tuska pod warunkiem, że ze Schetyny uczyni swojego poważnego gracza w rządzie. Obok Waldemara Pawlaka.

Niestety zwycięstwo ma to do siebie, szczególnie tak spektakularne, że może zamącić w głowie.

 


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bronisław Komorowski nie będzie miał problemu z desygnowaniem premiera

10 paź 2011

Prezydent powierzy tworzenie rządu PO – PSL Donaldowi Tuskowi. Czy będzie próbował przyciągnąć do niego Janusza Palikota.

Gdy tylko liczydła Państwowej Komisji Wyborczej zakończą pracę, przeliczywszy głosy wyborców na poselskie mandaty, do gry wkroczy prezydent Bronisław Komorowski. To on zgodnie z konstytucją desygnuje premiera, który przedstawi skład nowej Rady Ministrów.

Wyniki wyborów wskazują, że prezydent z tą decyzją nie będzie miał większych problemów. Desygnuje na premiera rządu PO – PSL Donalda Tuska, lidera zwycięskiej PO. Wcześniejsze spekulacje, komu powierzy misję tworzenia rządu, odchodzą do lamusa.

Bronisław Komorowski wiele tygodni temu powiedział w wywiadzie dla „Newsweeka”, że nie musi powierzyć misji tworzenia rządu liderowi zwycięskiej partii. Uruchomiło to falę spekulacji pod hasłem, co prezydent miał na myśli. W największym skrócie brzmiały one tak.

Jeśli wygra PiS, to nie Jarosław Kaczyński zostanie desygnowany, tylko polityk z Platformy. Albo inna wersja: jeśli zwycięży PO, Tusk wcale nie musi być pewny nominacji. Bo może ją dostać Grzegorz Schetyna, pierwszy wiceprzewodniczący tej partii. Dlatego, że ma lepsze stosunki z Grzegorzem Napieralskim, szefem SLD i potencjalnym koalicjantem. A również dlatego, iż Komorowskiemu podobno do Schetyny bliżej niż do Tuska. Bliżej, bo Schetyna mógłby prezydentowi Komorowskiemu dać wyższą pozycję w polskiej polityce jako słabszy od Tuska polityk. Ten drugi argument to jednak w dużym stopniu kreacja i manipulacją sfrustrowanych żołnierzy marszałka.

Tusk potwierdził w niedzielę przy urnach, że nadal ma poparcie ok. 40 proc. wyborców. Także jego dotychczasowy koalicyjny partner Waldemar Pawlak bez problemu przekroczył próg wyborczy pozwalający mu wejść do Sejmu. Mimo niedowartościowujących go sondaży. Ma nawet lepszy wynik niż cztery lata temu. Choć liczbę sejmowych szabel nieco mniejszą (bazując na prognozie wyborczej TNS OBOP, której wyniki mogą nieco odbiegać od rzeczywistych, ale tylko nieco).

By powołanie rządu odbyło się w tzw. pierwszym konstytucyjnym kroku, Sejm musi powołać nowy gabinet bezwzględną większością głosów. – Prezydent zaproponuje misję tworzenia rządu temu, kto przyniesie większość – twierdzi Jan Lityński, prezydencki doradca. Tak bywało zazwyczaj dotychczas w polskiej historii po 1989 r.

Większość, choć mało porażającą, przyniesie Tusk. Razem z PSL PO ma mieć (według danych TNS OBOP) 239 mandatów. Czyli tyle, ile w końcówce odchodzącego właśnie Sejmu.

Środowisko platformiano-prezydenckie przy tych wynikach wyborów o wiele więc walczyć nie może. PiS ma mniejszość blokującą wszelkie zmiany w konstytucji (ponad 154 mandaty).

Z punktu widzenia prezydenta jedynym problemem jest Janusz Palikot. Były czy aktualny przyjaciel? Który może sporo namącić. Może lepiej mieć go po swojej stronie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Scenariusze powyborcze: kto stworzy rząd i w jakiej koalicji

06 paź 2011
Analiza „Rz”

Premier Tusk czy premier Kaczyński?”. Ten wyborczy slogan Platformy Obywatelskiej najkrócej określa to,  co się wydarzy po 9 października

Jedno jest pewne. Rząd będzie tworzył PiS albo PO. Wszystko inne to wielka niewiadoma.

Rachuby polityków zdezaktualizował Ruch Palikota, szybując w sondażach od zera ku nawet dwucyfrowemu wynikowi. Nic więc dziwnego, że socjolodzy i politycy powtarzają niczym mantrę „Palikot namieszał”.

Wszelkie snucie opowieści o przyszłym rządzie i wspierającej go koalicji trzeba prowadzić dwutorowo. Z wygraną PiS w roli głównej albo z wygraną PO. I przy założeniach, które są pewnością. Nie będzie PO – PiS. Ani jedna, ani druga partia nie będzie mogła rządzić samodzielnie. I PiS nie wejdzie w koalicję z Januszem  Palikotem. Wszelkie inne scenariusze są prawdopodobne.

Komentatorzy okrzyknęli PiS partią o znikomej zdolności koalicyjnej. Ale to nieprawda, że nie ma potencjalnych partnerów. Bo ma. Przede wszystkim PSL. Waldemar Pawlak powiedział, że ludowcy wejdą do koalicji z tym, kto wygra. Ale PSL to może być za mało. Jest też SLD, które prawdopodobnie osiągnie słaby, jednocyfrowy wynik. Grzegorz Napieralski pójdzie na taką koalicję. Politolog Wawrzyniec Konarski ocenia, że wejście do rządu (do jakiegokolwiek rządu) lidera Sojuszu jest dla niego tratwą ratunkową przed nocą długich noży szykowaną mu po wyborach w partii.

Czyli PiS – PSL – SLD? Tak, ale byłaby to koalicja z bezustannymi wstrząsami. Bo PiS i SLD to jak ogień z wodą. Pewnie rozleciałaby się szybko, po roku.

– Jarosław Kaczyński może jednak w nią wejść, bo za wszelką cenę chce wyjaśnić katastrofę smoleńską, mając do dyspozycji instrumenty rządowe – przewiduje prof. Edmund Wnuk-Lipiński, socjolog.

Ale może intencje prezesa PiS są inne. Nie chce teraz rządzić. Tylko poczekać niczym Viktor Orban na Węgrzech i po kolejnych (być może przyspieszonych) wyborach przejąć całą władzę. Wtedy wymarzonym scenariuszem Kaczyńskiego byłoby PiS w  roli jedynej opozycji w Sejmie, na tyle silnej, by blokować zmiany w konstytucji (do tego potrzebne są 154 mandaty).

Według tego wariantu, nawet jeżeli PiS wygra, nie będzie się zbytnio starał stworzyć większości rządowej. Wtedy potrzebny będzie drugi ruch konstytucyjny. Misję tworzenia rządu powierza wówczas nowemu premierowi Sejm. Byłby to lider drugiego ugrupowania, czyli Donald Tusk.

PO tworzy więc rząd, nawet jeśli nie wygra. W pierwszej kolejności z PSL – dotychczasowym koalicjantem, którego w kampanii hołubiła. Zabraknie większości? Jest SLD, zgłodniały władzy i stanowisk, oraz Palikot wichrzyciel. Przy wyborze jednego z tych koalicjantów będzie wojna między Tuskiem (optującym za Pailkotem) a Grzegorzem Schetyną (opcja SLD).

Z kuluarowych wypowiedzi wynika, że Tusk rozważa zbudowanie większości z PSL, wykorzystując „zakupy” w klubach SLD i Ruchu Palikota. Tacy sprzymierzeńcy są problematyczni (kto raz zdradził, ten zdradzał będzie zawsze?), ale może gra jest warta świeczki.

Może być też scenariusz otwierający wszystko na nowo – wybory zostaną unieważnione na skutek protestu Janusza Korwin-Mikkego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ryzyko ostatnich 48 godzin

05 paź 2011

Jarosław Kaczyński kilka tygodni temu stwierdził, że tuż przed wyborami spodziewa się prowokacji inspirowanej przez rywali. Bombą miało być ujawnienie sensacyjnego rzekomo stenogramu rozmowy telefonicznej prezydenta Lecha Kaczyńskiego z bratem, odbytej przed katastrofą smoleńską.

Wedle PiS publikacja miała nastąpić w zagranicznych mediach. Zapowiadając ten chwyt PO, prezes rozbroił bombę. W marketingu politycznym to „szczepionka” – tak się nazywa prowokację, która zostaje wcześniej ujawniona, więc już tylko w niewielkim stopniu może oddziaływać na adresatów.

Politycy PiS w kuluarowych rozmowach mówią, że mieli tę informację z wnętrza PO. Dodają, że szykowano i inną sensację – obyczajowe haki w życiorysie jednego z najważniejszych ludzi PiS.

Czy do detonacji takiej brudnej bomby faktycznie dojdzie? Wątpliwe. Sztaby w ostatnich chwilach przed ciszą wyborczą będą raczej ostrożne. Nie dlatego, że brzydzą się takich chwytów, ale dlatego, że są one ryzykowne i prowokacja może się okazać samobójem. To prawda, obiekt ataku nie ma już czasu na obronę, ale jeśli prowokacja była źle przeprowadzona, to i atakujący nie ma jak jej odkręcić.

A co z klasycznymi hakami na finiszu: aferami, sprawami obyczajowymi? Też bywają nieskuteczne. A doba lub dwie przed ciszą to zbyt krótki czas, by taka historia w pełni dotarła do wyborców.

W ostatnich 48 godzinach kampanii sztaby zapewne skupią się na dwóch rzeczach. Po pierwsze: nie popełnić szkolnych błędów. W1991 r. Michał Boni, minister w rządzie Jana K. Bieleckiego, na finiszu ujawnił, że emeryci nie dostaną podwyżek. Notowania KLD spadły.

W 2001 r. Marek Belka, kandydat SLD na ministra finansów, zapowiedział cięcia budżetowe i zaciskanie pasa. Efekt? Sojuszowi zabrakło głosów, by rządzić samodzielnie. Potrzebny był koalicjant z PSL.

Po drugie, w tych wyborach szczególnie duża jest grupa wyborców niezdecydowanych (wg sondaży 20 – 25 proc.). To pula, o którą walczą teraz główni polityczni gracze.

A niezdecydowani decyzję o tym, czy i na kogo zagłosują, podejmują w ostatniej chwili. Dosłownie. Opowieści o ludziach, którzy decydują dopiero w drodze do lokalu wyborczego, nie są bajką. Tak jest nie tylko w Polsce.

Najważniejsze jest, jaki ostatni obraz dotrze do wyborców, jaki w nich zarezonansuje. – Tu nie chodzi o przekaz słowny, tylko dosłownie o obraz – mówi Eryk Mistewicz, konsultant polityczny. I przywołuje wydarzenia z kampanii prezydenckiej we Francji. Wówczas Nicolas Sarkozy w ostatnich publicznych migawkach wystąpił na białym koniu, natomiast jego główna konkurentka, Segolen Royal – w otoczeniu starych socjalistycznych działaczy. Biały koń dowiózł Sarkozy’ego do zwycięstwa. Ten obraz przekonał niezdecydowanych.

Kto zasiądzie na białym koniu na samym finiszu naszej kampanii? Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop