3:0 dla Palikota

7 marca 2010 autor rp

Obiecałam sobie, że nie będę pisać o Januszu Palikocie. Niech  medialne show robi gdzie indziej, ja ma mam wstręt natury estetycznej.  Bo Palikot-show ma tyle wspólnego z kulturą polityczną, co Doda z Krystyną Jandą. Ale z premedytacją łamię teraz  tę obietnicę

W ostatnim tygodniu Palikot okazał się najbardziej skutecznym politykiem. I to nie tyle z punktu widzenia własnego image, jak to wcześniej bywało, ile  politycznego celu, o który walczy.

Celem numer 1 Palikota  dzisiaj jest oczywiście zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w prawyborach prezydenckich w PO. I jeśli patrzy się na sondaże, to owo zwycięstwo  — z bardzo dużym prawdopodobieństwem —  oznaczałoby zdobycie prezydenckiego Pałacu.  Stawka jest więc ogromna, największa w dotychczasowej karierze Palikota jako polityka.

Na razie jest 3:0 dla Palikota.

Po pierwsze, i najważniejsze, Pailkot napisał na swoim blogu, że Sikorski jest kandydatem PO-PiS. Bo był w rządzie PiS, był też senatorem tej partii. Sugerował, że Sikorski tak naprawdę jest jest V kolumną w Platformie. Cóż gorszego można zarzucić politykowi, który stara się o poparcie członków PO?

Fakty o przeszłości Sikorskiego są przecież prawdziwe.  Te fakty, z wyjątkiem sugestii o V kolumnie, są realem. Trudno z nimi dyskutować. Ale właśnie wspomniana sugestia jest kluczowa. Bo może to zdrajca?  Na członków PO wszelkie afiliacje z partią Jarosława Kaczyńskiego działają jak płachta na byka. Przecież po to są członkami PO, by kontestować wszystko, co jest związane z PiS.

Palikot, gdy jego wypowiedź wywołała oburzenie (bez względu na to, na ile szczere) kierownictwa PO , zaczął grać na innym fortepianie.  Obwieścił, że Komorowski to bardzo lojalny i oddany przyjaciel. Nad najważniejsze projekty polityczne we własnym życiu — a takimi na pewno jest udział w prezydenckim wyścigu —  przedkłada osobistą przyjaźń. I powiedział , że Komorowski postawił Tuskowi ultimatum: jeśli usuniesz Palikota z partii, to ja ja wycofam się z prawyborów. „Ten Bronek to dobry chłop, najlepszy wśród polskich polityków, bo osobistą przyjaźń przedkłada nad ambicje, a wiadomo jacy są bezwzględni politycy”. Taki był przekaz przesłany przez Palikota, w tym momencie głównie do członków PO.

Nikt tego nie potwierdził, ale też  twardo nie zaprzeczył.  Z marszałkiem Komorowskim na czele.  Drugi PR-owski zabieg został przez Palikota osiągnięty. Zarząd PO na żadne restrykcje się wobec Palikota się nie zdecydował. Sam nałożył sobie karę, że do końca prawyborów nie będzie się wypowiadał o kandydatach. Na razie się więc nie wypowiada.

Na zjeździe Młodych Demokratów, młodzieżowej przybudówki PO , mówił niewiele. Pokazał podkoszulkę z napisem: „Kocham Radka Sikorskiego”.   Wyczekał aplauz zgromadzonych tam młodych aktywistów PO. Ze spokojem. Tylko zadowolona mina Komorowskiego mogła wskazywać, że będzie jeszcze coś . I było. Palikot z miną sytego kota pokazał  rewers podkoszulka z napisem : „Wygra Bronisław Komorowski”. Cóż bardziej działa na ludzi, niż samospełniająca się przepowiednia?

Gdybym była na miejscu Donalda Tuska, już zaczęłabym się bać skuteczności Palikota.

I prawdopodobnie lubelski poseł Platformy, wygrywając 3:0 wykopał sobie polityczny grób. Chociaż pochówek może być odroczony. Prawdziwa kampania zacznie się w maju, Palikot nadal będzie użytecznym narzędziem.

Konstytucyjna ściema premiera

22 listopada 2009 autor rp

Premier Tusk i PO proponują zmianę konstytucji. Tą informacją epatują od soboty wszystkie media. Politycy i komentatorzy pochylają się z troską nad nowym pomysłem Platformy. Rzecz bowiem dotyczy konstytucji, najważniejszego prawa.

Jak więc nie pochylać się z troską? Przecież byłoby to zachowanie antypaństwowe.

Chyba, że uznać rozpoczynający się właśnie spektakl pod tytułem „Chcemy zmienić konstytucję” jako zwykłe bicie piany.

Tym, którzy uważają, że z tym „biciem piany” grubo przesadzam, proponuję pokusić się o odpowiedź na kilka pytań.

Najpierw jednak rys sytuacyjny.

Pomysł pojawił się w drugim dniu tzw obchodów dwulecia rządu. Piarowcy premiera uznali, całkiem zresztą słusznie, że zorganizowanie z tej okazji kilku paneli dyskusyjnych to nieco za mało. Zrealizowanych w tym rządzie inicjatyw było jak na lekarstwo. A tu jeszcze, jak na złość PiS w rocznice powołania rządu występuje z konkretem. Zapowiada powołanie Zespołu Pracy Państwowej.

Tusk więc ubiega go o dzień i strzela z większego działa, na dodatek bardzo poręcznego.

„Premier nie zasypia gruszek w popiele, przedstawia ważne dla Polski propozycje, inni politycy powinny nad nimi poważnie się zastanowić” – taki komunikat, według zamysłu piarowców, miał płynąć do obywateli. I pierwsze reakcje mediów wskazują, że popłynął.

A teraz obiecane pytania.

Czy Tusk nie wie, że zmiana konstytucji przed wyborami ) jest logistycznie niewykonalna? Czy daje choćby cień możliwości na to, że PiS (bez której ze względu na sejmową arytmetykę zmian nie będzie), jego pomysły poprze? Czy naprawdę sądzi, że Polacy chcą się pozbawić bezpośredniego wyboru prezydenta? I że Jarosław Kaczyński zgodzi się z Tuskiem, że prezydent powinien mieć mniejsze uprawnienia (choć w projekcie PIS sprzed kilku lat zawarte było rozwiązanie przeciwne)?

Nawet polityk o klasę gorszy od Donalda Tuska odpowiedziałby na te pytania przecząco. Także wtedy, gdyby musiał na nie odpowiadać przez sen.

Ale pożytków dla PO z tego konstytucyjnego pomysłu jest sporo.

O „przykryciu” rocznicy dwulecia rządów i próbie ofensywy PiS już pisałam. Drugi pożytek to taki, że media – przez następne tygodnie, jeśli nie miesiące – będą się miały czym zajmować. Zmniejsza się też groźba, że zaczną szperać i doszperają się jakiś niewygodnych faktów dla PO i rządu. I wreszcie pożytek, który może być najważniejsze w nadchodzącej kampanii prezydenckiej. Bo premier , wbrew temu co sugeruje dziennikarzom jego otoczenie, jest zdeterminowany by zostać prezydentem. I to w powszechnych wyborach.

Tusk, proponując jakoby zmniejszyć władzę prezydenta, wysyła do opinii publicznej dramatyczny sygnał: – Z takim prezydentem, jak Lech Kaczyński nie da się w Polsce rozsądnie rządzić. I dlatego było przez te dwa lata tak trudno było mi rządzić .

To dobrze skrojony pomysł, tyle że zszyty zbyt grubą nicią.

Trauma Schetyny

8 listopada 2009 autor rp

Grzegorz Schetyna przeżył polityczną traumę. Najcięższą w swojej karierze. Jak przystało na rasowego samca Alfa, wychodzi z niej nie tylko odmieniony, ale i wzmocniony psychicznie. Narodził się nowy Grzegorz Schetyna?

Jeśli ktoś miał jeszcze cień wątpliwości jak dramatycznym przeżyciem było odesłanie go do parlamentu przez Donalda Tuska w atmosferze afery hazardowej — to po wywiadzie dla „Polski” takich wątpliwości nie może już mieć.

„Minę zbitego psa”, którą nosił przez pierwsze dni po dymisji z funkcji wicepremiera, zastąpiły słowa — pozornie bardzo eleganckie i wyważone. Opisujące jak przyjaźń z Tuskiem zmieniła się w kontrakt, porównywalny do tego, który mają ze sobą członkowie zespołu U2. Ten kontrakt w skrócie polega na tym: jesteśmy razem, gdy realizujemy projekt, po za tym nic nas nie łączy.
Schetyna deklaruje, że będzie lojalny wobec swojego niedawnego przyjaciela. Postara się pomóc mu wygrać wybory prezydenckie, ale żadnych emocji w tych jego działaniach już nie będzie.

Nie będzie mówił już do Tuska, jak robił to przez wiele ostatnich lat: „wszystko to robię dla ciebie, ja w w tym jestem nieistotny, nie gram na własną pozycję”.

Schetyna, bez pomocy specjalistów od PR, z których rad korzystał wcześniej, na początku wicepremierowania , m.in. pokazując się w kolorowych czasopismach i budując wizerunek niezależnego i sprawnego polityka, stał się teraz samodzielny. I o wiele bardziej dojrzały.

Najważniejsze zdanie w wywiadzie dla „Polski”, zdanie, które umknęło komentatorom brzmi: „Niczego się nie boję, bo wszystko już się wydarzyło”.

Jeśli naprawdę w to wierzy, to taka ocena sytuacji, jak na samca Alfa przystało, daje mu ogromną siłę. Czy ja wykorzysta do frakcyjnej walki z Tuskiem? Raczej nie. Chyba, że Tusk zacznie słabnąć. Wtedy już nie będzie miał żadnych przyjacielskich sentymentów.

Samotność premiera, upadek dworu

12 października 2009 autor rp

Teraz Donald Tusk może liczyć już tylko na swój gdański matecznik. M.in. Wojciecha Dudę, przyjaciela od lat

– Biedaczek, został zupełnie sam – mówią z nieskrywaną satysfakcją konkurenci premiera Tuska, także niechętni mu politycy PO (a wbrew pozorom są tacy).

Ostatnie dymisje w rządzie nie są zwykłą rekonstrukcją. Premier pozbawił się najbliższych współpracowników. Teraz musi się zmienić sposób jego funkcjonowania. Czy poradzi sobie bez tzw. dworu, czyli Mirosława Drzewieckiego, Pawła Grasia, Sławomira Nowaka, Rafała Grupińskiego i Grzegorza Schetyny? Najpoważniejszym ciosem jest odejście Schetyny. Był nie tylko najważniejszym dworzaninem, ale i głównym rozgrywającym w partii i rządzie. Niemal w każdym ministerstwie miał swojego człowieka, jak nie w randze wiceministra, to doradcy w gabinecie politycznym.

Wino, cygara i polityka

Dwór nie był medialnym wymysłem. Donald Tusk prowadził biesiadny styl uprawiania polityki. Także wówczas, gdy został szefem rządu. Tyle że sejmowe pomieszczenia zamienił na gabinet premiera w Alejach Ujazdowskich i willę przy ul. Parkowej (żona bardzo rzadko tam gości, nadal mieszka w sopockim mieszkaniu).

Relacje byłych i obecnych współpracowników Tuska są w tej sprawie jednobrzmiące: – Razem biesiadują, oglądają mecze albo TVN 24, piją czerwone wino, palą cygara, prowadzą żartobliwe dyskusje. Podczas tych biesiad, jeśli nie na pierwszym miejscu, to przynajmniej w tle jest rozmowa o polityce. W ten sposób Tusk wypracowuje sobie ocenę różnych zdarzeń i strategię działania. Do perfekcji opracował tę metodę, gdy był śmiertelnie znudzonym wicemarszałkiem Senatu w czasach koalicji AWS – UW.

Widocznie metoda okazała się zgodna z jego charakterem. Tusk lubi powtarzać, że jest “normalnym człowiekiem”. W samej metodzie nie ma zresztą nic złego. Problem w tym, że teraz zabrakło mu dworzan, by ją kontynuować. Cały dwór odesłał do Sejmu. Nie wyklucza to oczywiście bliskich kontaktów, np. z Rafałem Grupińskim, ale dworski team odchodzi w przeszłość.

– Po tych dymisjach żaden polityk PO nie zdecyduje się być “parzącym kawę” premierowi – tak członek zarządu Platformy ocenia szanse Tuska na skompletowanie nowego dworu. (Dworzanie premiera często siedzieli w przedpokoju, czekając, aż szef ich poprosi).

Kim wypełnić próżnię

Z najbliższego zaplecza Tuska po ostatnich dymisjach w kancelarii pozostali na ministerialnych stanowiskach Tomasz Arabski i Igor Ostachowicz. Ten pierwszy jest szefem KP, od dawna gra z premierem w piłkę. Ten drugi to główny spec premiera od PR. Sprawdził się w ostatniej kampanii parlamentarnej.

Arabski dotychczas prowadził z Nowakiem walki podjazdowe o bycie najbliżej przy uchu wodza. Po kilku miesiącach bijatyk zdecydował się schować w cieniu. Był nieobecny medialnie, w przeciwieństwie do wyjątkowo aktywnego Nowaka. Postawił na przeczekanie. Teraz mógłby odgrywać większą rolę przy premierze, ale na razie niewiele na to wskazuje, by tak się stało.

Ale duet Arabski – Ostachowicz to za mało. Ostatnio media donoszą o rosnącej pozycji przy Tusku Jana Krzysztofa Bieleckiego i Krzysztofa Kiliana, ministra łączności w rządzie Suchockiej, którego na to stanowisko wysunął właśnie Bielecki. Ale to nic nowego. Bielecki od zawsze (a na pewno od kedy wrócił z Londynu) był najbliższym doradcą Tuska. Zwłaszcza w sprawach ekonomicznych i personalnych decyzjach. To jemu Jacek Rostowski zawdzięcza nominację na ministra finansów i bardzo wysoką pozycję przy Tusku.

– Dużo wie o technikach rządzenia, a takich ludzi w otoczeniu Tuska jest mało. Był premierem i ministrem, ma doświadczenie i talent. Może pomóc w przełamaniu reguły, że partia rządząca przegrywa wybory – reklamował Bieleckiego europoseł Janusz Lewandowski, również pochodzący z gdańskiego matecznika Tuska. Kilian to stały, choć nie etatowy doradca. To on zachęcał Tuska do pozbycia się Zyty Gilowskiej, a później Jana Rokity. I przekonywał, że ci ludzie szkodzą (Gilowska) bądź zagrażają (Rokita) jego pozycji.

Inną osobą, której znaczenie może teraz wzrosnąć, jest Wojciech Duda, naczelny “Przeglądu Politycznego” i przyjaciel Tuska z podziemia, a dziś formalnie doradca ds. polityki historycznej. – Zgadzam się, że Duda jest najbliższym przyjacielem Tuska – uważa Lewandowski

Mistrzem dworskich intryg był Nowak. Gdy Arabski usunął się na drugi plan, zaczął on podjazdową walkę ze Schetyną i jego zapleczem w MSWiA. Ale w momencie rządowego kryzysu przeszedł do otwartego zwarcia. To on puścił przeciek do mediów o dymisji Schetyny. Gdy wicepremier zjawił się w studiu TVN 24, jego dymisja – notabene uzgodniona z Tuskiem – stała się informacją publiczną. I Schetyna niczym uczniak wił się w ogniu pytań Moniki Olejnik w “Kropce nad i”. Dalszy scenariusz był prosty: jeśli Schetyna odchodzi z rządu, to musi też odejść Nowak. I tak się stało.

To nie koniec rozgrywki. Podobno Tusk zażyczył sobie, by w prezydium Klubu PO kierowanego przez Schetynę znalazł się Nowak. Podobno po to, by Schetyny pilnować.

Z kogo więc zrobić szefa gabinetu? Żaden z partyjnych bonzów do tej roli się nie nadaje. A na dodatek, by jej nie przyjął. Bronisław Komorowski, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Jarosław Gowin mogą być wykorzystani w inny sposób. Jeśli nie Wojciech Duda, to kto?

PSL w okopach

11 października 2009 autor rp

PSL zamierza zagrać va banque: albo wychodzimy z rządu, albo Waldemar Pawlak przy pierwszej nadarzającej się okazji zostanie premierem. Niczym Witos, po raz trzeci.

Stronnictwo po wybuchu afery hazardowej zeszło do podziemi. Przez
długi czas dziennikarze nie byli w stanie uzyskać komentarzy od
liderów tej partii. W pewnym momencie stało się oczywiste, że
posłowie ludowców dostali partyjny rozkaz: „nie wypowiadajcie się,
tylko w ten sposób jesteśmy w stanie ugrać coś dla siebie”.
Potwierdził to pośrednio przyłapany przez dziennikarzy na sejmowych
korytarzach Janusz Piechociński, poseł PSL.

W co grają ludowcy? Ich znana z historii taktyka w sytuacjach kryzysowych : „jesteśmy w koalicji, albo nawet poza nią” znowu ma miejsce. Wchodzenie w nową wojnę pomiędzy PiS a PO ludowcom zupełnie się nie opłaca. Mówią to wprost: — Nie chcemy być stroną w tej walce. W tym duchu wypowiada się zarówno poseł Eugeniusz Kłopotek, jak i Stanisław Żelichowski, szef klubu PSL.

„Nie nasze małpy, nie nasz cyrk” — zdają się mówić politycy PSL.
Jeśli afery hazardowa i stoczniowa pogrążą Tuska i PO, to nim się to
stanie ludowcy szybko ewakuują się z koalicji. Po to bym mieć czystą
kartę na nieuchronne przyspieszone wybory. Gdyby rząd jednak się
utrzymał to PSL będzie mieć dla PO propozycję nie do odrzucenia: —
Zostajemy w koalicji pod warunkiem, że premierem będzie Waldemar
Pawlak. Przed afera hazardową ta propozycja miała zerowe szanse
realizacji, bo Tusk przestał zupełnie ufać Pawlakowi.

Ale ostatnie doniesienia CBA zupełnie przeorały polityczny krajobraz
w Polsce. Stąd też nowe rachuby PSL.

Problem jednak w tym, że w odniesieniu do każdej z tych afer
Pawlak, jako minister gospodarki i wicepremier formalnie także ponosi
odpowiedzialność.

Mord na publicznej telewizji

31 lipca 2009 autor rp

To ja już mam dosyć.

Publiczna telewizja coraz bardziej prowokuje do jej odrzucenia przez widzów. Nie jest to co prawda tendencja, która się objawiła nagle, gdy w grudniu rządy nad TVP przejął niejaki Piotr Farfał. Ale od grudnia nastąpiło radykalne przyspieszenie.

Nadal jednak były tam kanały, które oglądało się z przyjemnością i bez poczucia, że ktoś próbuje urągać naszej inteligencji i poczuciu estetyki. Z całą pewnością do takich dobrych propozycji należała TVP Kultura. Moim zdaniem był to zdecydowanie najlepszy kanał.

Oczywiście można niczego już w telewizji publicznej nie oglądać, a nawet niebawem nawet trzeba będzie tak zrobić. Bo niby co? Wyłowienie rodzynka ze sterty szlamu zajęłoby zbyt dużo czasu. Okazuje się, że racje ma PO postulując nie płacenie abonamentu. Dlaczego by płacić za „null”? Zapewne Platforma od dawna wiedziała, że TVP Kultura zostanie zlikwidowana i z tego powodu występowała z postulatem zero abonamentu.

Mówiąc jednak poważnie: czy partia Donalda Tuska ma świadomość konsekwencji tego co robi? Bo jeśli tak, to oznacza zbrodnię na umysłach Polaków popełnianą z pełną premedytacją.

Jak inaczej wytłumaczyć konsekwencje jakie się wiążą, z doprowadzenie do odrzucenia przez parlamentarnych sojuszników nowej ustawy medialnej. I obronę prezesa Farfała przez ministra Grada? Może jeszcze bezrozumnością, ale to równie brzydka hipoteza.

Aksamitne rękawiczki polityków

29 lipca 2009 autor rp

Politycy traktują przedstawicielki Kongresu Kobiet i ich postulat parytetu na listach wyborczych w aksamitnych rękawiczkach. Im polityk zajmuje wyższą pozycje, tym tego aksamitu jest więcej.

Nie chcą powiedzieć „nie” parytetom, ale niechęć do tej inicjatywy wyraźnie przebija spod delikatnej tkaniny rękawiczek. Zresztą ta niechęć jest dla mnie w pełni zrozumiała. Tym bardziej, że uważam, iż postulat parytetów jest próbą traktowania kobiet jako osób niepełnosprawnych w polityce.

Prezydent, znany z z szarmanckiego stosunku do pań, przyjął w Pałacu reprezentantki Kongresu Kobiet i nie powiedział „nie ” ich postulatowi. Stwierdził, że ustawę o 30 procentowym obligatoryjnym umieszczaniu kobiet na listach , mógłby podpisać. (choć feministki chcą, by parytet wynosił 50 proc.) W ten piarowski ruch Lecha Kaczyńskiego wpisał się premier. Też starał się być szarmancki. Powiedział, że jest „za”, ale jest w PO z tym stanowiskiem w mniejszości.

Tu chyba trochę przeszarżował, bo nawet dziecko w Polsce wie, że jak Donald Tusk czegoś chce, to nie ogląda się na zdanie partyjnych kolegów. Ale szef rządu w działaniu w aksamitnych rękawiczkach zrobił jeszcze jeden krok. Uznał mianowicie, że jest za 50 proc. parytetem, ale w żadnym przypadku nie za 30 proc. Czyli zupełnie inaczej niż prezydent, który by ustawa weszła w życie musi ją podpisać. Gra pozorów toczy się w najlepsze.

W tej sytuacji Zbigniewowi Chlebowskiemu, znacznie niższemu rangą niż wymienieni wcześniej panowie, nie pozostało nic innego tylko tłumaczyć, że jest “za a nawet przeciw”.

Badania opinii publicznej, licznie przeprowadzane ostatnio sondy, wskazują, że Polacy w swej zdecydowanej większości są przeciw temu pomysłowi. O co więc chodzi politykom, że tak nagle stracili na odwadze?

Czują, że w tej sprawie stąpają po niebezpiecznym gruncie. Powiedzieć wprost „nie” kobiecie, to nieeleganckie. Mają jednak przede wszystkim świadomość, że zorganizowana i zdeterminowana grupa kobiet jest niebezpieczniejsza, niż ostrzał artyleryjski. Paradoksalnie można się przed nim uchronić jedynie walcząc w
aksamitnych rękawiczkach.

Przedstawicielki Kongresu Kobiet, mimo że już przystąpiły do zbierania podpisów pod projektem ustawy, mają zapewne świadomość, iż nie ma on większych szans. Po co to robią? Może się jednak uda, uwzględniwszy ostrożność polityków – mężczyzn. Ale przede wszystkim cała ich akcja może wykreować nową, dość wpływową siłę w życiu publicznym. Z przedstawicielkami Kongresu Kobiet w roli głównej.

Niestety taka siła powstałaby na fundamencie hipokryzji. Głównymi twarzami Kongresu były dzisiaj Magdalena Środa i Henryka Bochniarz, przekonujące, że kobiety należy dopuścić do polityki. To bardzo dziwne stwierdzenie w ustach tych pań. Środa kandydowała ostatnio w wyborach do europarlamentu, bezskutecznie. To wyborcy uznali, że niekoniecznie musi do polityki wchodzić. Bochniarz startowała w wyborach prezydenckich. Wyborcy też powiedzieli, co myślą o jej wchodzeniu do polityki. Dostała poparcie w granicach 1 procenta. Miały więc szanse, ale się nie udało. Teraz próbują sięgać po inne — mówiąc delikatnie — reglamentowane metody.

Czytaj także komentarz Beaty Zubowicz

Bingo Kaczyńskiego czy Mojzesowicza

21 kwietnia 2009 autor rp

To zdecydowanie zła wiadomość dla PiS. Odejście Wojciecha Mojzesowicza oznacza dla partii Jarosława Kaczyńskiego dużo więcej niż stratę jednego posła w klubie. Bez przyciągnięcia do siebie części wyborców wiejskich żadne ugrupowanie nie ma szans na zwycięstwo w wyborach. W sposób szczególny dotyczy to PiS. Ta partia wygrała z PO w 2005 roku dzięki temu, że przyciągnęła do siebie elektorat rolniczy. Wykazały na to wówczas analizy socjologiczne.

Co prawda w ostatnich wyborach, między innym dzięki akcji „zabierz babci dowód” , Platformie udało się skłonić do pójścia do urn młodych wyborców, którzy w głosowaniu zazwyczaj uczestniczą nielicznie.Taka sytuacja jest raczej nie do powtórzenia. I PiS ma tego świadomość.

Pod koniec marca Jarosław Kaczyński zorganizował dużą konferencję programową poświęconą rolnictwu i mieszkańcom wsi. Goście tej konferencji, a przede wszystkim właśnie Mojzesowicz, występowali w roli obrońców wiejskiej części społeczeństwa. Przekonywali, że nikt o ich interesy nie dba, i że tylko PiS ma dla nich program. I że chce i potrafi pomóc w wyrównywaniu szans wyborców ze wsi z tymi z miast. Wyglądało to trochę jak partyjna agitka, ale cel był jasny.

Mojzesowicz, minister rolnictwa w rządzie Kaczyńskiego, był do dzisiaj głównym ekspertem PiS od spraw wsi. Zna się na tym nie tylko teoretycznie. Zna też wiejskie środowisko. I ludzi którzy mogą występować jako rzecznicy interesów politycznych Prawa i Sprawiedliwości.

Takich specjalistów jest u Kaczyńskiego niewielu. Nie można przecież do nich zaliczyć wziętych teraz z politycznego importu na listy PiS do europarlamentu Bogdana Pęka, Janusza Wojciechowskiego itp.

Mojzesowicz zagrał va banque: albo dwa pierwsze miejsca na listach PiS dla przedstawicieli środowisk rolniczych, albo odchodzi. Ma jednak małe szanse, by trafić bingo. Chyba, że Jarosław Kaczyński uzna, że ta gra jest tego warta.

Zagrzewanie do boju PiS-owskich chorągwi

1 lutego 2009 autor rp

Kongres dał działaczom wyrazisty sygnał: jesteśmy gotowi do kontrofensywy

Jeśli ktoś myślał, że za pomocą jednego kongresu można zmienić wizerunek ugrupowania, to jest niepoprawnym marzycielem mającym odległy kontakt z rzeczywistością. Mimo to dwudniowy kongres PiS, najbardziej chyba profesjonalnie zorganizowany partyjny zjazd w ostatnich latach, spełnił jedną ważną rolę.

Zagrzał PiS-owskie chorągwie do boju. Dał działaczom partii Jarosława Kaczyńskiego wyrazisty sygnał: jesteśmy gotowi do kontrofensywy, mamy poważny program i zwarte szeregi, a w nich profesjonalistów. I zdecydowanego przywódcę. Przywódcę, który jednego dnia potrafi przeprosić i rozliczyć się z błędami przeszłości, a następnego nakreślić wizje drogi, po której partyjne chorągwie mają kroczyć przez najbliższe dwa lata.

Nieprzypadkowo prezes PiS podczas niedzielnego wystąpienia powtarzał: “przed nami dwa lata solidnej pracy”. Delegatom nie przeszkadzało, że hasłem kongresowego zagrzewania do boju było “pokój, a nie wojna”. Mówienie o pokoju, nowoczesnej gospodarce, walce z kryzysem, znaczeniu młodego pokolenia przyjęli jako przejaw nowego, “dobrego stylu”, w jakim ich prezes chce zmieniać Polskę. Jednak najbardziej owacyjnie zareagowali na znane zdanie “zero tolerancji dla przestępców”.

Jarosław Kaczyński przybierając nowe wizerunkowe szaty, nie zapominał o starych. Najczęściej powtarzał dwa słowa: “państwo” i “narodowe”. Ale o tym, że te nowe szaty są jednak dla niego bardzo ważne, może świadczyć fakt, iż jedynym wymienionym nazwiskiem podczas godzinnego przemówienia było nazwisko Grażyny Gęsickiej. Byłej minister i fachowca od gospodarki, dotychczas pozostającej w ukryciu.

Sztuka czytania

11 sierpnia 2008 autor rp

Nigdy bym się nie spodziewała, że znana blogerka Kataryna nie potrafi czytać ze zrozumieniem. A do takiego wniosku musiałam niestety dojść po jej sobotnim wpisie w Salonie 24, w którym próbuje ocenić mój tekst o Wojciechu Sumlińskim („Człowiek, który chadzał na skróty”, „Rzeczpospolita” z 9-10 08). Powiem nawet więcej: emocje jakie w Katarynie budzi sprawa Sumlińskiego, sprawiły, że przestała pisać logicznie.

Mój artykuł był próbą nakreślenia krótkiej sylwetki Sumlińskiego, opisu tego kim jest, jakim był dziennikarzem, do czasu aresztowania 13 maja. Sylwetkę przedstawiłam oczywiście na tle wydarzeń ostatnich kilkunastu tygodni, bo właśnie te wydarzenia były powodem zamówienia mojej redakcji. Nie znam go osobiście, co sprawia, że mogłam być opisywaniu jego historii obiektywna, bo wolna od ewentualnych „zaszłości”. Przeprowadziłam natomiast dziesiątki rozmów z jego kolegami dziennikarzami i osobami, które się z nim zetknęły (liczba rozmówców była nawet chyba zbyt duża, jak na potrzeby niezbyt w sumie długiego tekstu).Najważniejsze, z tego co się o nim dowiedziałam, opisałam. Podobnie podeszłabym (i wielokrotnie dawałam temu wyraz na łamach „Rzeczpospolitej) do tekstu o znanym biznesmenie, ważnym polityku, bądź kanarku mojej sąsiadki. Opisałam żywego człowieka, z sukcesami, ale i z wpadkami, ułomnościami.

Czy Kataryna naprawdę by chciała , żebym przestawiła lukrowaną postać, taki fałszywy pomnik z brązu? I tylko dlatego, że Sumliński jest kolegą po fachu? Ale ja wiem, że moi czytelnicy by tego nie chcieli. I to jest najważniejsza wskazówka w pracy dziennikarskiej.

Lekarz może milczeć o przewinach swojego kolegi po fachu, podobnie jak na przykład adwokat, choć akurat mnie się to też nie podoba. Ale dziennikarz nie ma prawa milczeć, bo to on jest pasem transmisyjnym do opinii publicznej.

Czy naprawdę Kataryna ceniona za zdolność analizy , nie rozumie jak ważną i wielopiętrową sprawą jest przypadek Wojciecha Sumlińskiego? Los, nawet najbardziej dramatyczny, pojedynczego człowieka to jedna sprawa. Metody, które stosują służby wobec dziennikarzy, szczególnie dziennikarzy śledczych to druga sprawa.

Żeby była jasność: nie zgadzam się z poetyckim passusem Majakowskiego : „Jednostka bzdurą, jednostka zerem”. Ale w dramatycznej historii Sumlińskiego dostrzegam nie tylko atak na niego, lecz przede wszystkim na całe środowisko dziennikarzy śledczych. To taki cyniczny sygnał wysyłany przez ludzi służb: jak nie będziecie grzeczni to zrobimy z wami to co zrobiliśmy z Sumliński.

W moim tak przez Katarynę krytykowany tekście napisałam dobitnie: – „To, co teraz robią z Sumlińskim, to zwykłe draństwo – taka opinia jest powszechna wśród dziennikarzy śledczych”. Nie wiedzieć czemu (to chyba z powodu tych problemów z czytaniem ze zrozumieniem) Kataryna tę wypowiedź przypisała tylko mojemu redakcyjnemu koledze Cezarowi Gmyzowi.

I on zapewne tak mówił, bo w ten sposób sytuację określali wszyscy moi rozmówcy-dziennikarze i publicyści. (Oczywiście w oryginale ich wypowiedzi było inne słowo niż „draństwo.” Też rzeczownik, ale na k. ) Ja też tak uważam, co nie oznacza, że mam wbrew informacjom, które zdobyłam, czynić z Sumlińskiego wyłącznie świetlaną postać. Bo była by to dziennikarska manipulacja.

W liście otwartym Sumlińskiego, napisanym krótko przed próbą samobójczą w kościele ks. Popiełuszki jest fragment, który wzbudził moje spore zainteresowanie i zaniepokojenie, o pomocy psychologicznej dla chorej na raka żony Aleksandra L.(emerytowanego pułkownika WSI) oraz o pieniądzach, które pułkownik L. „uparł się by za moim pośrednictwem zapłacić”. To jeden z najdziwniejszych akapitów, jakie w życiu czytałam. I co ciekawe “Gazeta Polska” publikując w ubiegłym tygodniu list Sumlińskiego ten fragment w ogóle pominęła.

Ta sprawa podczas procesu zostanie wyjaśniona. Tak sądzę. W blogu w Salonie 24 w sprawie mojego artykułu o Sumilńskim pisał też w poniedziałek niejaki Aleksander Ścios (to pseudonim, i to przypuszczalnie kobiety, a nie mężczyzny). I do tego akurat wpisu – z powodu “należytego szacunku” do autora — nie zamierzam się odnosić.