Posts Tagged „Kim Clijsters”<

Młodsza wersja Kim

22 lut 2011

Dwa dni po zdobyciu pozycji liderki WTA Kim Clijsters przegrała finał w Paryżu i ogłosiła przerwę do marcowego Indian Wells. Belgijka już wcześniej sygnalizowała, że w tym roku kończy regularne starty i rankingową zabawę zostawia młodszym.

Być może przypomni o sobie tylko przy dużej okazji. Pod nieobecność Kim w Dubaju Karolina Woźniacka odzyskała pozycję nr 1 i dała w finale popis regularności i odporności na zmęczenie. Tempo oraz siła, z jaką atakowała ją Swietłana Kuzniecowa, większość rywalek zwaliłyby z nóg.

Dunka po kilku gemach drugiego seta miała lekko przyspieszony oddech, ale już za chwilę uśmiechnięta udzielała wywiadów jako triumfatorka. Nazwisko Woźniacka na szczycie rankingu rozpaliło od nowa dyskusję o niezasłużonym przodownictwie kogoś, kto nie wygrał turnieju wielkiego szlema. Dunka jest trzecią w ostatnich sezonach tenisistką o takim statusie. Jelena Janković nie może odnaleźć formy z końca roku 2008, a Dinarze Safinie z powodu kontuzji kręgosłupa bliżej do zakończenia  kariery niż do pozycji z roku 2009. Stawianie ich wszystkich na jednej płaszczyźnie jest jednak nie fair.

Serbka, kiedy wdrapywała się na szczyt, była o cztery lata starsza od Woźniackiej, Rosjanka prawie o trzy. Obie miały więcej czasu, by zdobyć tytuł. Sens ma tylko porównywanie Karoliny i Kim. Belgijka, kiedy po raz pierwszy (2003) i po raz drugi (2005) została liderką, też nie miała żadnego wielkiego trofeum na koncie. Wygrała dopiero później w sezonie 2005 w Nowym Jorku. Podkreślane są także inne podobieństwa Belgijki i Dunki. Na początku kariery grę Clijsters krytykowano za przewagę siły i schematyzm.

Pod względem fizycznym, po części też technicznym, Karolina sprawia wrażenie młodszej wersji Kim. Clijsters powtarza, że wielkoszlemowy tytuł młodszej koleżanki to kwestia czasu. Woźniacka zapytana setny raz, jak to jest, gdy nr 1 nie ma na koncie tytułu z wielkiego szlema, odparowała w Dubaju z pozycji nr 2: “Nie widzę różnicy. Słońce świeci. Gram wciąż w ten sam sposób”. Można przyjmować zakłady, że dziś, znów z pozycji nr 1, na to samo pytanie odpowiedziałaby identycznie. Warto się też założyć, że Dunka jeszcze w tym sezonie odniesie swoje pierwsze wielkie zwycięstwo. Bo ludzie tak jak ona zmierzający do celu zwykle go osiągają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dwie trójki

31 sty 2011

Komputerowa analiza finałów Australian Open, dzieło firmy IBM, nie pozostawia złudzeń. Panie grały falami, panowie też nierówno.

U Kim Clijsters po dobrym otwarciu przyszło załamanie formy. Trwało niemal do końca drugiego seta. Na Li zaczęła ustępować rywalce w pierwszych gemach seta ostatniego. Im bliżej końca, tym szybciej rosła dominacja Belgijki.

Novak Djoković i Andy Murray szli przez pierwszy set w miarę równo. Potem krzywe ich skuteczności rozjechały się. W ostatnich gemach wykres z komputera pokazuje gigantyczną przewagę Serba nad Szkotem.

Część kibiców poczuła po tym meczu zawód, bo przywykli do okraszonych perełkami gier Rogera Federera z Rafaelem Nadalem albo do meczów z udziałem choć jednego z tej pary. W batalii Djokovicia z Murrayem można się było pasjonować intensywnością odbić, długimi wymianami, walką o każdy centymetr kortu, ale niewiele było wyrafinowania i fantazji. Na Li nie udźwignęła presji, na pierwszy tytuł w wielkim szlemie Chiny muszą poczekać. Może do Paryża albo Londynu, a może jeszcze kilka lat.

Murray po raz trzeci nie sprostał zadaniu, choć wydawało się, że w finale bez Federera może mieć łatwiej. Medialną histerię na Wyspach trochę tłumaczy fakt, że Brytyjczycy oczekują na tytuł od 75 lat.

Po główne nagrody sięgnęli rozstawieni z nr. 3. Te zwycięstwa były ważne dla Kim i Novaka, co nie zmienia faktu, że te dwie trójki – trochę jak oceny w szkole – położyły się cieniem na całej imprezie. Zabrakło w niej wielkich, epickich gier, był początek zmiany warty u pań oraz nowe porządki u panów. Ukrainiec Aleksander Dołgopołow, Kanadyjczyk Milos Raonic, Australijczyk Bernard Tomic, Litwin Ricardas Berankis i Bułgar Gregor Dimitrow to piątka, która obudziła nadzieje obserwatorów. Ale na szczyt wszyscy oni mają jeszcze daleko.

Turniej pokazał, że chyba już nie ma odwrotu od agresywnej gry, atletycznego przygotowania, i minimalizowania ryzyka przy podejmowaniu decyzji taktycznych.  Lawinowo rośnie liczba tych, którzy wolą dwadzieścia razy uderzyć z całej siły w sposób przewidywalny co do kierunku i kąta, niż raz zaryzykować trudną akcję techniczną.  Dopóki można, fascynujmy się zatem Federerem i skromną grupką jego naśladowców, cieszmy z faktu, że mamy Agnieszkę Radwańską, i próbujmy polubić tę nową odmianę tenisa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kim to cud

28 sty 2011

Po operacji nadgarstka Juan Martin Del Potro nie grał w tenisa przez osiem miesięcy. Powrót pod koniec poprzedniego sezonu był niewypałem. W Melbourne w meczu z Marcosem Baghdatisem Argentyńczyk wciąż nie przypominał kogoś, kto dwa lata temu w Nowym Jorku przerwał pasmo sukcesów w Wielkim Szlemie Federera i Nadala. Mecz z Cypryjczykiem uzmysłowił, że Del Potro może już w ogóle nie powrócić do wielkiej gry. Jego osobliwa technika uderzania forhendem, coś jak strzelanie z bicza główką rakiety, robi wrażenie, ale niestety w zgubny sposób działa na nadgarstek.

W trakcie meczu po kilku mocniejszych odbiciach Juan Martin złapał się za przegub i krzyknął z bólu.

Od powrotu na kort Marii Szarapowej niebawem upłyną dwa lata. Po ciężkiej operacji ramienia błyszczy ona czasem w małych imprezach, ale nie jest w stanie zbliżyć się do wyników z lat 2004 – 2008.

W Wielkim Szlemie tylko raz awansowała do ćwierćfinału. W Melbourne mecze z młodymi Niemkami, ten z trudem wygrany z Julią Goerges, a potem fatalny z Andreą Petkovic, pokazały, że tenis dojrzałej kobiety, jaką stała się zamerykanizowana Rosjanka, może już nigdy nie być taki jak gra szczuplutkiej dziewczyny, która niedawno wyjechała z Syberii. Tylko patrzeć, jak fachowcy od marketingu odkryją, że ich złota rybka od dawna niczego poważnego nie wygrała. Przed rokiem Szarapowa zainkasowała aż 26 mln dolarów, ale za grę w tenisa już tylko 700 tysięcy.Szybkiej przegranej Justine Henin w Australian Open można się było spodziewać. Ubiegłoroczna finalistka od pół roku walczyła z kontuzją łokcia i w końcu zrezygnowała: po raz drugi zakończyła karierę. Już przed porażką ze Swietłaną Kuzniecową argentyński trener Henin – Carlos Rodriguez – zdradził grupie zaprzyjaźnionych dziennikarzy, że niepokoi go stan Justine. Jego podopieczna coraz częściej wątpiła, czy powinna dalej startować, gdy przygotowana jest na 60 procent i grożą jej spektakularne porażki. I w końcu wątpliwości zwyciężyły.

Kim Clijsters jako jedyna wróciła spektakularnie po macierzyńskim urlopie, dwukrotnie wygrała w Nowym Jorku. Jej sukcesy mogły zrodzić przekonanie, że taki powrót to rzecz najprostsza na świecie. Można nie grać rok czy dwa, a potem wziąć rakietę do ręki i wszystkich pogonić.

Nic bardziej błędnego. W tenisie taka sytuacja to wyjątek i sprawdza się raczej stara sportowa zasada, że najwięksi z reguły nie wracają. Kolejne podejścia wyglądają najczęściej tak jak u Del Potro, Szarapowej i Henin.

Clijsters to cud, jak wielki, przekonamy się po sobotnim finale z Na Li.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skok w lato

4 sty 2011

Tenisiści wrócili na utarty szlak. Katar, Indie, Australia – na początek mamy te same co zawsze turniejowe przystanki.

Z europejskiej, zimowej perspektywy wygląda to jak bajka dla kibica. W telewizorze widzimy korty zalane słońcem i lazurowe niebo.

Od strony zawodników nie wszystko jest tak słodkie. Wielu tenisistów, zwłaszcza starszej generacji, skreśla ze swojego kalendarza startów cykl australijski. Taki skok na początku roku w sam środek upalnego lata to jest jednak manewr dość niebezpieczny dla organizmów, dlatego niektórzy pod koniec kariery wolą nie ryzykować.

„Dla mnie Australia była zawsze przede wszystkim kwestią dobrego przygotowania fizycznego – mówi na łamach gazety „The Age” Belgijka Kim Clijsters. – Wolałam starą nawierzchnię kortów, ale i tak na początku przeżywałam tu straszne chwile. Cały mój organizm nastawiony był przecież na zimę, nie mogłam sobie poradzić ze snem i zmianą pożywienia. Oczywiście teraz więcej spraw kontroluję, mój zespół bardzo mi pomaga. Mimo to przed rokiem zdarzyła mi się w Melbourne ta niesamowita wpadka z Nadią Pietrową, przegrana 0:6, 1:6″.

Belgijka, która definitywnie postanowiła zakończyć karierę po igrzyskach olimpijskich w Londynie w roku 2012, marzy jeszcze o trzech tytułach. Olimpijskie złoto, wygrana w Wimbledonie i sukces w Australian Open to są jej priorytety.

Ten ostatni cel chce osiągnąć z kilku powodów. Po pierwsze, jest osobą popularną na antypodach (niegdyś narzeczoną Lleytona Hewitta). Po drugie, jako dziewczynka marzyła, by jak Steffi Graf i Monica Seles odebrać kiedyś w Melbourne pluszowego kangura, dodatek do nagrody Daphne Akhurst Memorial Cup. Po trzecie, chce powtórzyć wyczyn słynnej Australijki Evonne Goolagong Cawley i wygrać ten turniej jako doświadczona już matka. Na cześć poprzedniczki Belgijka zamierza wystąpić w tym roku w Melbourne Park w kopii stroju, jaki nosiła Goolagong.

Młodsi, którzy nie mają czego wspominać, myślą o Australii entuzjastycznie, to są zawsze nowe nadzieje, nowy początek. W internetowym pamiętniku emocjonalnie opisała to przed pierwszym meczem w Brisbane młoda Rosjanka wracająca po kontuzji Anastazja Piwowarowa: „Już się nie mogę doczekać, znów będę mogła grać!”.

My też się cieszymy, że tenis wraca.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop