Czekanie na Ingrid

14/03/2011

Od sześciu miesięcy John McEnroe ma nową pasję. Jest nią Ingrid Neel, szczupła 12-latka z azjatyckimi rysami twarzy i niewiarygodnym ponoć talentem do tenisa.

Rezolutna dziewczynka zafascynowała słynnego Amerykanina. Wtajemniczeni tłumaczą sytuację prozaicznie.

„Big Mac” spotkał na korcie sobowtóra w spódnicy. Uznał, że takiej osobie warto przekazać wiedzę i doświadczenie.

Jeśli dziewczynka faktycznie zrobi karierę, jej życiorys będzie się nadawał na hollywoodzki scenariusz. Pani Hildy Neel, mama Ingrid, grała w tenisa na Long Island University i była fanką Johna McEnroe. W domu miała stos kaset z jego pojedynkami. Kiedy córka obejrzała je po raz pierwszy, nie mogła się nadziwić, że facet na ekranie robi to samo co ona. Zafascynowana podglądała jego techniczne sztuczki przy odbiciach z powietrza, kątowo grane woleje, efektowne gaszenie piłek tak, by spadały tuż za siatkę.

– Nikt jej nigdy nie instruował, że ma biegać do siatki. To raczej wynikało z charakteru, z chęci wyróżniania się – matka tłumaczy zachowanie córki.

Sama Ingrid, grając z rówieśnikami na Florydzie, widziała, jak bardzo są zaskoczeni, że ona umie zakończyć akcję w pobliżu siatki. Większość nie znała takiego sposobu gry na punkty.

Johnowi McEnroe wystarczyło obejrzenie jednego treningu Ingrid. Namówił jej rodziców, by się przenieśli z Minnesoty do Nowego Jorku, gdzie ma tenisową akademię.

Do swej placówki od początku szukał właśnie takich postaci jak ta mała. Aby się różnić od hurtowego przerobu treningowych fabryk z Florydy czy Kalifornii, postawił kilka lat temu na szukanie indywidualności. W swoim założycielskim credo podkreśla, że utalentowani chłopcy i dziewczęta mają żyć normalnym życiem mieszkańców metropolii, mieć czas na różne zajęcia. W ich grze powinna być widoczna kreatywność, nie może ona polegać na waleniu w piłkę byle mocniej.

McEnroe nie ma na razie szans rywalizowania z programami amerykańskiej federacji USTA czy z gigantami typu IMG Bollettieri Tennis Academy.

Trzeba poczekać, aż Ingrid Neel i jej podobni przebiją się do zawodowych turniejów i zaczną odnosić sukcesy. Gdy wróci stara praktyka indywidualizowania zajęć treningowych, wzrośnie też nadzieja na tenis do oglądania, na grę bez potępieńczych jęków.

Dzień powszedni takich turniejów jak Indian Wells czy Miami optymistycznie raczej nie nastraja. Może trzeba poczekać na Ingrid.

Autor jest komentatorem Eurosportu

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Algorytm na korcie

07/03/2011

Wśród uwielbiających zabawę w typowanie gracza wszech czasów stan konsternacji.

Filippo Radicchi, fizyk statystyk z Northwestern University, kompletnie dotąd nieznany na kortach, na swój naukowy warsztat wziął rozgrywki cyklu ATP od roku 1968 do dziś. Za pomocą programu komputerowego zanalizował wyniki 3640 turniejów, podobno ponad 133 tys. pojedynków. Mecze potraktował jak algorytm i zapisał w pamięci maszyny, używając do tego języka raczej niezrozumiałego dla przeciętnego odbiorcy.

Dla poszukiwań najlepszego tenisisty minionych 42 lat kluczowe było pojęcie „prestiżowy wynik” (prestige score). – Naprawdę ważne jest nie tyle wygrywanie wielu pojedynków, ile wygrywanie z klasowymi rywalami. Im wyżej w hierarchii jest ten, którego ograłeś, tym większe znaczenie ma twoje zwycięstwo – tłumaczy autor. Wyniki, do jakich doszedł, szokują. W pierwszej dziesiątce nie ma aktualnego lidera cyklu ATP Rafaela Nadala, Pete Sampras zajmuje dopiero ósme miejsce, Roger Federer siódme.

Tym, który wszystkich pobił na głowę liczbą szczególnie cennych wygranych (quality wins), okazał się Jimmy Connors. Na drugim miejscu jest Ivan Lendl, na trzecim John McEnroe. Tylko ci trzej uzyskali ponad 100 wartościowych zwycięstw. Jedynie Connors zbliżył się do 200 takich sukcesów (178). Oczywiście w czasach, gdy występowała pierwsza trójka, turnieje nie odbywały się tak często jak dziś, a różnice w umiejętnościach sprawiały, że zawodnicy czołówki rzadziej odpadali na wstępie, częściej zatem mogli się spotykać. Było więcej okazji do quality wins.

Mimo to jednak być może czas już odzwyczaić się od tradycyjnych metod oceny gwiazd. Komputerowa animacja pokazuje nam dziś bezbłędnie, czy piłka była dobra czy jednak o milimetr autowa. Wskazanie tenisisty nr 1, obojętnie: w skali roku, dekady czy wszech czasów, to pewnie też już zadanie dla maszyny.

Autor jest komentatorem Eurosportu

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zamiatanie pod dywan

28/02/2011

Pierwszy raz w ciągu 20 lat pracy na stanowisku telewizyjnego komentatora miałem moment totalnego zagubienia, gdy pod koniec pierwszego seta meczu Agnieszki Radwańskiej z Lucie Safarovą w Katarze doszło do nieporozumienia między naszą tenisistką a arbitrem.

Patrzyłem na to zdarzenie i próbowałem je ocenić, ale nie bardzo wiedziałem, gdzie i przez kogo została popełniona pomyłka. Już po spotkaniu zwiodły mnie argumenty kilku fachowców więc przyjąłem – niesłusznie jak się okazało – wersję sędziego. Mogę tylko posypać głowę popiołem i dla poprawy humoru spojrzeć na listę ekspertów, którzy jak ja, błądzili w tej materii.

Dziś już wszyscy wiemy, że sędzia Kader Nouni popełnił błąd. Polka miała prawo poprosić o elektroniczną weryfikację, jednak Francuz w żadnym razie nie powinien tej prośby uwzględnić. Z dziesięciu paragrafów, jakie w tym sezonie tworzą w przepisach WTA podrozdział „Electronic review”, istotny jest tylko pierwszy. Mówi, że prośbę o challenge można przyjąć jedynie w dwóch przypadkach. Po uderzeniu przynoszącym punkt w wymianie („point ending shot”), albo po zatrzymaniu gry przez zawodniczkę. Na korcie w Katarze tymczasem grę wstrzymał liniowy, więc w myśl przepisów nie mogło być mowy o challengu.

Kilka razy wyrażałem w tym miejscu swą dezaprobatę dla wymyślonej przez Amerykanów zabawy w elektroniczne weryfikowanie sędziów. Twierdziłem, że ten mecz w meczu jest fascynujący dla publiczności, natomiast dla zawodnika potrafi być przekleństwem. Casus Radwańskiej pokazuje, o jakie zagrożenie tu idzie. Zawodniczka zdenerwowana wymykającym się prowadzeniem nie skalkulowała chłodno, sędzia dał zgodę na procedurę, choć nie wolno mu było tego zrobić, a potem oglądaliśmy na korcie wolnoamerykankę.

Po kilku sezonach eksperymentalnego korzystania z tzw. jastrzębiego oka czas już na zakończenie eksperymentu. Elektronika na niektórych tylko turniejach i niektórych kortach plus specjalne do niej przepisy, które raz się stosuje, a raz nie, prowadzą jak widać do poważnych błędów bardzo dobrych sędziów. W identycznej sytuacji w Melbourne 2008, w półfinale Danieli Hantuchovej z Aną Ivanović, arbiter zarządził powtórkę punktu, ale wcześniej jednak też się pomylił, bo nie wolno mu było dać zgody na challenge.

Po meczu WTA przeprosiło naszą tenisistkę za błąd arbitra, jednocześnie na jej stronie internetowej nie pojawił się żaden oficjalny komunikat, wyjaśniający incydent, a sądząc po obsadach sędziowskich w kolejnym turnieju w Dausze nie wyciągnięto konsekwencji wobec Kadera Nouni. Nie od dziś wiadomo, że WTA nie zna granic, jeśli idzie o propagandę sukcesu. Za to przy sprawach trudnych, albo przykrych najczęściej zamiata problemy pod dywan.

Autor jest komentatorem Eurosportu.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Młodsza wersja Kim

22/02/2011

Dwa dni po zdobyciu pozycji liderki WTA Kim Clijsters przegrała finał w Paryżu i ogłosiła przerwę do marcowego Indian Wells. Belgijka już wcześniej sygnalizowała, że w tym roku kończy regularne starty i rankingową zabawę zostawia młodszym.

Być może przypomni o sobie tylko przy dużej okazji. Pod nieobecność Kim w Dubaju Karolina Woźniacka odzyskała pozycję nr 1 i dała w finale popis regularności i odporności na zmęczenie. Tempo oraz siła, z jaką atakowała ją Swietłana Kuzniecowa, większość rywalek zwaliłyby z nóg.

Dunka po kilku gemach drugiego seta miała lekko przyspieszony oddech, ale już za chwilę uśmiechnięta udzielała wywiadów jako triumfatorka. Nazwisko Woźniacka na szczycie rankingu rozpaliło od nowa dyskusję o niezasłużonym przodownictwie kogoś, kto nie wygrał turnieju wielkiego szlema. Dunka jest trzecią w ostatnich sezonach tenisistką o takim statusie. Jelena Janković nie może odnaleźć formy z końca roku 2008, a Dinarze Safinie z powodu kontuzji kręgosłupa bliżej do zakończenia  kariery niż do pozycji z roku 2009. Stawianie ich wszystkich na jednej płaszczyźnie jest jednak nie fair.

Serbka, kiedy wdrapywała się na szczyt, była o cztery lata starsza od Woźniackiej, Rosjanka prawie o trzy. Obie miały więcej czasu, by zdobyć tytuł. Sens ma tylko porównywanie Karoliny i Kim. Belgijka, kiedy po raz pierwszy (2003) i po raz drugi (2005) została liderką, też nie miała żadnego wielkiego trofeum na koncie. Wygrała dopiero później w sezonie 2005 w Nowym Jorku. Podkreślane są także inne podobieństwa Belgijki i Dunki. Na początku kariery grę Clijsters krytykowano za przewagę siły i schematyzm.

Pod względem fizycznym, po części też technicznym, Karolina sprawia wrażenie młodszej wersji Kim. Clijsters powtarza, że wielkoszlemowy tytuł młodszej koleżanki to kwestia czasu. Woźniacka zapytana setny raz, jak to jest, gdy nr 1 nie ma na koncie tytułu z wielkiego szlema, odparowała w Dubaju z pozycji nr 2: “Nie widzę różnicy. Słońce świeci. Gram wciąż w ten sam sposób”. Można przyjmować zakłady, że dziś, znów z pozycji nr 1, na to samo pytanie odpowiedziałaby identycznie. Warto się też założyć, że Dunka jeszcze w tym sezonie odniesie swoje pierwsze wielkie zwycięstwo. Bo ludzie tak jak ona zmierzający do celu zwykle go osiągają.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tam, gdzie kwitną kasztany

16/02/2011

Anglicy zorientowali się pierwsi. W roku 1922 uznali, że kameralne korty przy Worple Road nie wytrzymają próby czasu i pora się przeprowadzić. Teren przy Church Road wyglądał obiecująco. Wokół były pola i wiejski krajobraz dalekich przedmieść Londynu. Dziś wokół słynnego Wimbledonu miasto coraz mocniej zaciska pętlę, lecz władze The All England Clubu kontrolują sytuację i wciąż mają trochę wolnego miejsca.

Amerykanie zaczęli w Newport, na Rhode Island. Potem przez 60 lat z małymi wyjątkami międzynarodowe mistrzostwa USA grano na Forest Hills. Mimo kilku modyfikacji The West Side Tennis Club nadal był za ciasny. To dlatego w roku 1978 nowojorski wielki szlem powędrował kilkanaście mil na północ, do dzielnicy Queens. Wypatrzone przez prezesa federacji z okna samolotu tereny wysypiska śmieci, a potem wystawy Expo, nadawały się idealnie. Dziś, jeśli idzie o rozmach, US Open na Flushing Meadows nie ma sobie równych.

Australijczycy długo nie mogli wybrać stałego miejsca, ich turniej odwiedził sześć miast. Do Melbourne wrócił w roku 1972 i wygląda, że jest to powrót na zawsze. Federacja i miasto zainwestowały w tereny odkupione od kolei, blisko centrum, a jednak trochę na uboczu.

Francuzi zdecydowanie zaspali. Za późno zauważyli, że ich Roland Garros, zbudowany w roku 1928 dla czwórki muszkieterów, zdobywających Puchar Davisa w boju z Amerykanami, zrobił się nagle za ciasny. Nadrabiają teraz stracony czas. Po roku 2016 paryskie korty, oparte dotąd o ścianę Lasku Bulońskiego i okolice Porte d’Auteil, powiększą swój stan posiadania. Niestety, stanie się tak częściowo kosztem ogrodu botanicznego, założonego w roku 1761, a na pewno kosztem mieszkańców dzielnicy, którzy już teraz turnieju i tenisa mają serdecznie dość.

Nowy duży kort dla 5 tys. widzów, rozsuwany dach nad centralnym, nowe centrum prasowe i powiększenie do

35 kortów to będzie inwestycja rzędu prawie 300 mln euro. Budowa od podstaw daleko za miastem to już byłby wydatek dwa, trzy razy większy. Francuzi wybrali oszczędności, ale też tradycję i urok miejsca. Za pięć lat, na przełomie maja i czerwca, jak tylko w Paryżu zakwitną kasztany, można się będzie jak zawsze wybrać z wizytą do Rolanda.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miłość dobra, miłość zła

11/02/2011

Miała być w hali Pierre de Coubertina nową księżniczką. Poprzedniczka na tronie, czyli Amelie Mauresmo, przez kilka lat rządziła turniejami na znanym paryskim obiekcie, ale zdążyła zakończyć karierę, a nawet została dyrektorką imprezy.

Jeśli idzie o nadzieje związane z 22-letnią Aravane Rezai, to nie wzięły się one z fal Sekwany. Niewysoka, za to obdarzona morderczym uderzeniem tenisistka z St. Etienne pod koniec ubiegłego roku osiągnęła miejsce nr 15 w rankingu WTA. Przede wszystkim jednak wygrała ważny turniej w Madrycie, gdzie pokonała Justine Henin, Jelenę Janković i w finale Venus Williams. Na trawie wygrała też z Karoliną Woźniacką.

Z Australian Open Aravane pożegnała się jednak w zagadkowych okolicznościach. Szybko przegrała singla, z debla zrezygnowała i po cichu opuściła miasto. Jej sąsiadka z hotelowego pokoju Virginie Razzano powtarzała, że koleżanka ma poważne kłopoty. Rezai zrezygnowała z reprezentacji Francji i meczu Pucharu Federacji przeciwko Rosji, wysłała też komunikat, że nie zagra w kilku turniejach, m.in. w Paryżu. Oliwy do ognia dolał komunikat WTA Tour. Informował, że ktoś z rodziny tenisistki dostał karę zakazu obecności na turniejach. Jako przyczynę podano „poważne naruszenie względów bezpieczeństwa”.

Jeśli wierzyć prasie bulwarowej, kolejny raz dał o sobie znać ognisty temperament irańskich emigrantów, którzy osiedlili się we Francji. Tym razem w roli głównej wystąpił ponoć tata Arsalan, z zawodu mechanik samochodowy.

Nie spodobał mu się chłopak tenisistki, więc po krótkiej wymianie zdań doszło do bicia córki po twarzy. Znaleźli się świadkowie tego zdarzenia, była też interwencja australijskich służb porządkowych. Sytuację pogorszyło to, że podobne incydenty prowokowali w przeszłości albo ojciec, albo brat tenisistki, występujący w roli coachów.

Kiedy się patrzy na historię światowego tenisa, łatwo dostrzec, jak wielkie bywa poświęcenie rodziców gotowych sprzedać ostatnią koszulę, by dziecko mogło osiągnąć wyśniony cel.

Dobra miłość przenosi góry, miłość zła, ściąga w dół. Przypadek rodziny Rezai jest, niestety, jeszcze jednym wpisem na długą listę szaleństw. Czy coś zmieni to, że Aravane podobno ostatnio z ojcem zerwała? Nie mam wielkich nadziei, bo łatwo powiedzieć, trudniej zerwać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dwie trójki

31/01/2011

Komputerowa analiza finałów Australian Open, dzieło firmy IBM, nie pozostawia złudzeń. Panie grały falami, panowie też nierówno.

U Kim Clijsters po dobrym otwarciu przyszło załamanie formy. Trwało niemal do końca drugiego seta. Na Li zaczęła ustępować rywalce w pierwszych gemach seta ostatniego. Im bliżej końca, tym szybciej rosła dominacja Belgijki.

Novak Djoković i Andy Murray szli przez pierwszy set w miarę równo. Potem krzywe ich skuteczności rozjechały się. W ostatnich gemach wykres z komputera pokazuje gigantyczną przewagę Serba nad Szkotem.

Część kibiców poczuła po tym meczu zawód, bo przywykli do okraszonych perełkami gier Rogera Federera z Rafaelem Nadalem albo do meczów z udziałem choć jednego z tej pary. W batalii Djokovicia z Murrayem można się było pasjonować intensywnością odbić, długimi wymianami, walką o każdy centymetr kortu, ale niewiele było wyrafinowania i fantazji. Na Li nie udźwignęła presji, na pierwszy tytuł w wielkim szlemie Chiny muszą poczekać. Może do Paryża albo Londynu, a może jeszcze kilka lat.

Murray po raz trzeci nie sprostał zadaniu, choć wydawało się, że w finale bez Federera może mieć łatwiej. Medialną histerię na Wyspach trochę tłumaczy fakt, że Brytyjczycy oczekują na tytuł od 75 lat.

Po główne nagrody sięgnęli rozstawieni z nr. 3. Te zwycięstwa były ważne dla Kim i Novaka, co nie zmienia faktu, że te dwie trójki – trochę jak oceny w szkole – położyły się cieniem na całej imprezie. Zabrakło w niej wielkich, epickich gier, był początek zmiany warty u pań oraz nowe porządki u panów. Ukrainiec Aleksander Dołgopołow, Kanadyjczyk Milos Raonic, Australijczyk Bernard Tomic, Litwin Ricardas Berankis i Bułgar Gregor Dimitrow to piątka, która obudziła nadzieje obserwatorów. Ale na szczyt wszyscy oni mają jeszcze daleko.

Turniej pokazał, że chyba już nie ma odwrotu od agresywnej gry, atletycznego przygotowania, i minimalizowania ryzyka przy podejmowaniu decyzji taktycznych.  Lawinowo rośnie liczba tych, którzy wolą dwadzieścia razy uderzyć z całej siły w sposób przewidywalny co do kierunku i kąta, niż raz zaryzykować trudną akcję techniczną.  Dopóki można, fascynujmy się zatem Federerem i skromną grupką jego naśladowców, cieszmy z faktu, że mamy Agnieszkę Radwańską, i próbujmy polubić tę nową odmianę tenisa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kim to cud

28/01/2011

Po operacji nadgarstka Juan Martin Del Potro nie grał w tenisa przez osiem miesięcy. Powrót pod koniec poprzedniego sezonu był niewypałem. W Melbourne w meczu z Marcosem Baghdatisem Argentyńczyk wciąż nie przypominał kogoś, kto dwa lata temu w Nowym Jorku przerwał pasmo sukcesów w Wielkim Szlemie Federera i Nadala. Mecz z Cypryjczykiem uzmysłowił, że Del Potro może już w ogóle nie powrócić do wielkiej gry. Jego osobliwa technika uderzania forhendem, coś jak strzelanie z bicza główką rakiety, robi wrażenie, ale niestety w zgubny sposób działa na nadgarstek.

W trakcie meczu po kilku mocniejszych odbiciach Juan Martin złapał się za przegub i krzyknął z bólu.

Od powrotu na kort Marii Szarapowej niebawem upłyną dwa lata. Po ciężkiej operacji ramienia błyszczy ona czasem w małych imprezach, ale nie jest w stanie zbliżyć się do wyników z lat 2004 – 2008.

W Wielkim Szlemie tylko raz awansowała do ćwierćfinału. W Melbourne mecze z młodymi Niemkami, ten z trudem wygrany z Julią Goerges, a potem fatalny z Andreą Petkovic, pokazały, że tenis dojrzałej kobiety, jaką stała się zamerykanizowana Rosjanka, może już nigdy nie być taki jak gra szczuplutkiej dziewczyny, która niedawno wyjechała z Syberii. Tylko patrzeć, jak fachowcy od marketingu odkryją, że ich złota rybka od dawna niczego poważnego nie wygrała. Przed rokiem Szarapowa zainkasowała aż 26 mln dolarów, ale za grę w tenisa już tylko 700 tysięcy.Szybkiej przegranej Justine Henin w Australian Open można się było spodziewać. Ubiegłoroczna finalistka od pół roku walczyła z kontuzją łokcia i w końcu zrezygnowała: po raz drugi zakończyła karierę. Już przed porażką ze Swietłaną Kuzniecową argentyński trener Henin – Carlos Rodriguez – zdradził grupie zaprzyjaźnionych dziennikarzy, że niepokoi go stan Justine. Jego podopieczna coraz częściej wątpiła, czy powinna dalej startować, gdy przygotowana jest na 60 procent i grożą jej spektakularne porażki. I w końcu wątpliwości zwyciężyły.

Kim Clijsters jako jedyna wróciła spektakularnie po macierzyńskim urlopie, dwukrotnie wygrała w Nowym Jorku. Jej sukcesy mogły zrodzić przekonanie, że taki powrót to rzecz najprostsza na świecie. Można nie grać rok czy dwa, a potem wziąć rakietę do ręki i wszystkich pogonić.

Nic bardziej błędnego. W tenisie taka sytuacja to wyjątek i sprawdza się raczej stara sportowa zasada, że najwięksi z reguły nie wracają. Kolejne podejścia wyglądają najczęściej tak jak u Del Potro, Szarapowej i Henin.

Clijsters to cud, jak wielki, przekonamy się po sobotnim finale z Na Li.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świat dziwaków

17/01/2011

Gazeta z Melbourne „The Age” po losowaniu Australian Open napisała o „powrocie nocnych koszmarów” i „zezowatym szczęściu” Lleytona Hewitta.

Finalista turnieju sprzed sześciu lat wpadał ostatnio albo na Rogera Federera, albo na Rafaela Nadala. Teraz, gdy po kontuzjach wraca do formy, jako pierwszego rywala dostał Argentyńczyka Davida Nalbandiana, tenisistę, który wcześniej go w Melbourne ogrywał.

Kontekst publikacji jest czytelny: organizatorzy z jednej strony marzą, by ktoś wreszcie powtórzył sukces Marka Edmondsona z roku 1976, z drugiej szefostwo turnieju nie zrobiło nic, by uchylić swemu asowi jakąś dobrze ukrytą furtkę. Kiedy jeszcze grano na korcie typu rebound ace, Hewitt parokrotnie wykrzyczał działaczom pretensje związane z brakiem dobrego dla niego podłoża. Miały też miejsce ostre dyskusje na temat turniejowego planu gier i pracy sędziów liniowych w jego meczach. Gwiazdor Australijczyków oczekiwał taryfy specjalnej, tymczasem gospodarze traktowali go tak jak innych.

Kiedy się uważnie popatrzy na turnieje Wielkiego Szlema, łatwo dostrzec, że nie w każdym obowiązuje zasada absolutnej równości. Festiwal mało znanych postaci z dzikimi kartami jest na korcie centralnym normą pierwszych dni w Nowym Jorku albo Paryżu. Przekładanie lub opóźnianie występów swoich graczy też charakteryzuje oba turnieje. Na szczęście cudowne skojarzenie w pierwszej rundzie kwalifikanta z kimś obdarowanym dziką kartą w turniejach wielkich, gdzie losowanie odbywa się za pomocą komputera i z udziałem telewizyjnych kamer, jest trudne. Ale kilka lat temu Amerykanie zasłynęli powtórnym losowaniem drabinki US Open. Znaleziono wtedy powód formalny, choć naprawdę chodziło o to, by Pete Sampras i Andre Agassi mogli zagrać ze sobą dopiero w finale.

Tenisiści pytani, za co najbardziej lubią Australian Open, mówią o przeskoku ze środka zimy w upalne lato. Często też o kibicach, którzy się tam znają na tenisie i wciąż nie ma w nich szowinizmu.

Melbourne to spotkanie ze starą, brytyjską tradycją w sporcie. Według niej – podobnie jak na Wimbledonie – rywalizacja toczy się w oparciu o rygorystycznie pojmowaną zasadę fair play. Porządek i etykieta obowiązują na każdym kroku. Ponieważ żyjemy w kraju, w którym nie bardzo przestrzegane są procedury, regulaminy czy paragrafy, na dziwaka wygląda nam dyrektor turnieju w Australii wyznaczający mecz Hewitta na późne godziny nocne albo sędzia liniowy wywołujący ukochanemu tenisiście błąd stóp w końcówce meczu. Szykują się nam dwa tygodnie w świecie dziwaków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niebiańska gra

10/01/2011

Roger Federer jest pierwszym tenisistą, który po raz trzeci wygrał turniej ATP w Katarze.

Szwajcar ośmieszył bohatera ostatniego finału Pucharu Davisa, Serba Viktora Troickiego, pobawił się z Francuzem Jo-Wilfriedem Tsongą, w ostatnim pojedynku bez wysiłku zrewanżował się za ubiegły rok Nikołajowi Dawydience. Rosjanin występował w roli obrońcy tytułu, w półfinale znów poradził sobie z Rafaelem Nadalem. Przez cały turniej widać było, że wraca do wielkiej formy z przełomu 2009/2010 r., jednak na tle Rogera i on od pierwszej piłki przypominał zagubionego prowincjusza. Szwajcar pokazał, że zmiana w jego podejściu do gry ma trwały charakter. Od pięciu turniejów przegrał tylko raz, na bardzo szybkim korcie w hali Bercy. Tytuły w Sztokholmie, Bazylei, Londynie i teraz w Dausze zdobywał w stylu przypominającym jego najlepsze chwile z lat 2005 – 2007. Przeciwnicy znów zaczęli się Rogera bać, w meczach z nim zapominają, co potrafią.

Znakomitym pomysłem okazało się nawiązanie współpracy z ostatnim mentorem Pete’a Samprasa, amerykańskim trenerem Paulem Annacone. To jest pierwszy od bardzo dawna szkoleniowiec, którego rad taktycznych Federer posłuchał. Efekt jest taki, że u progu nowego sezonu Szwajcar znów wymieniany jest jako kandydat nr 1 do tytułów wielkoszlemowych. Naturalnie pozostaje zagadką, jak się zachowa, kiedy w finale w Melbourne, Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku zobaczy po drugiej stronie siatki przeciwnika najmniej wygodnego, kogoś, kto do tej pory jego wirtuozerię techniczną potrafił zneutralizować nieludzką wytrzymałością i ambicją. Na pierwszą prawdziwą weryfikację w meczu z Nadalem trzeba poczekać jeszcze trzy tygodnie. Hiszpan będzie się starał w Melbourne o tzw. niekalendarzowy Wielki Szlem, czyli czwarty tytuł z rzędu, ale niewywalczony w jednym roku.

Na forum internetowym przeczytałem po finale w Dausze wzruszający wpis: „Roger! Jakbyś w niebie grał w tenisa, tobym umarł, żeby Cię oglądać!!!”.

Wygląda na to, że fanom Federera wróciła nadzieja. Wraz z nimi zacieram ręce na wielkie australijskie emocje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop