Posts Tagged „Władimir Putin”<

Nic za darmo

23 mar 2011

- No, Donald, spróbuj – zachęcił Igor Ostachowicz. Na ekranie przed chwilą premier Putin po raz kolejny w ciągu godziny obsobaczył oligarchę Deripaskę za dopuszczenie do wzrostu bezrobocia w miejscowości Pikałowo. Premier koncentrował się i wbijał wzrok w monitor.

- No co? Pochowaliście się jak karaluchy… – zaczął i urwał. – No nie idzie mi, nie wychodzi, po rosyjsku to brzmi tak jakoś inaczej, naturalniej…

- To może mów po rosyjsku, Donald? – zaproponował Sławomir Nowak.

„Chciał dobrze, a wyszło mu jak zwykle” – pomyślał Ostachowicz. Ale okazało się, że nawet gorzej niż zwykle, bo Tusk podniósł głowę, a w jego wzroku nawykły do czytania z oczu szefa Ostachowicz wyczytał dwa słowa: „pisowska prowokacja!” I nie wiadomo do czego by doszło, gdyby do gabinetu nie wszedł bez pukania Paweł Graś.

- Gadałem i z Krauzem, i z Kulczykiem – powiedział.

- I co? – Obaj się zgadzają.

- Zajefajnie!

- Sławomir Nowak popisał się znajomością młodzieżowego zwrotu sprzed sześciu lat. Wiedział bowiem, że premier ma ambicje odzyskania młodzieżowego wyborcy.

- No, w zasadzie… – zająknął się Graś i umilkł.

- No co? – spytał Tusk ciężkim głosem. Graś przełknął ślinę, a wraz z nią resztkę goryczy z minionej nocy.

- Żaden nie chce wystąpić za darmo. Żaden się nie da przeczołgać przed kamerami bezpłatnie, Donald.

- Czy słowo Ojczyzna nic dla nich nie znaczy? – powiedział Nowak, niebezpiecznie zbliżając się tym samym do dziennego limitu błędów. Ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

- Czego chcą? – zapytał premier. – Może być Orzeł Biały. Mogę im obiecać wspólne zdjęcie ze mną, Wajdą i Wojewódzkim. Mogę… Graś spojrzał na Ostachowicza. Ostachowicz spojrzał na Grasia.

- Nie, Donald. Jeden chce za to zespołu elektrowni, a drugi PGNiG. Zapadła cisza. Wszyscy z żalem spojrzeli na ekran, gdzie nieruchomo zastygli Putin i zgięty przed nim dwornie Deripaska.

- Ech… – przerwał ciszę Ostachowicz. – Nie da rady… tam na wschodzie to większa jest skala, tutaj wszystko karłowate… Ty wiesz, Donald, nie zrażaj się, projekt będziemy realizować stopniowo. Powiedz jutro coś o cukrze. Że bezczelnie drożeje. Że już przeczołgałeś szefa spółki, to gorzej niż gdybyśmy to mogli pokazać, ale i tak fajnie zabrzmi. Tylko pamiętaj: grunt to groźna mina. Patrz tak, spod byka. Przesłuchaj to jeszcze raz.

Przycisnął guzik, i na ekranie po raz kolejny ożyły sylwetki Putina i oligarchy Deripaski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z diabłem w podkoszulku

29 sty 2011

Najczęstszą myślą Donalda Tuska w ostatnich tygodniach musi być pytanie: Wołodia, ale dlaczego? – stwierdza Rafał Ziemkiewicz. I odpowiada trzema hipotezami.

Pierwsza: „Rossiji umom nie razbieriosz”. Czyli polityka rosyjska nie jest racjonalna, tylko emocjonalna, w sprawie raportu MAK chodzi o obronę swoiście rozumianego honoru państwa, któremu zagrażałoby przyznanie, że jakiekolwiek organy tego państwa w jakiejkolwiek sprawie w jakimkolwiek stopniu zawiodły.

Druga – to  że Rosjanie tak naprawdę ukrywają swoje działania celowe, czyli zamach. To słowo oczywiście nie pada. Ale jak można inaczej rozumieć słowa Ziemkiewicza „Rosjanie najlepiej wiedzą, że wbrew narzucającemu się potocznemu mniemaniu katastrofa nie była tylko skutkiem bałaganu, wiedzą, jakiego naprawdę trupa mają w szafie, i wolą w bezczelny sposób fałszować śledztwo i niszczyć oraz ukrywać dowody”?

I hipoteza trzecia – Rosja chce po prostu chaosu w Polsce, wojny rządu z opozycją. Wojny, która będzie osłabiać nasz kraj niezależnie od tego, kto wygra. A jakby wygrał Kaczyński, to tym lepiej, bo wtedy spadną notowania Polski w stolicach zachodnich.

Drugą hipotezę uważam za nieracjonalną – nie widzę celu politycznego, który Rosjanie mieliby osiągnąć, mordując zmierzającego i tak do wyborczej porażki prezydenta. Również okoliczności smoleńskiej tragedii wskazują moim zdaniem na to, że zamachu tam nie było. Wymieńmy choćby niemal urzeczywistnioną, a bliźniaczą wobec nieco tylko późniejszego upadku Tupolewa katastrofę Iła – gdyby doszła do skutku, polski Tupolew już na pewno nie lądowałby przecież w Smoleńsku. Wymieńmy ostrzeżenie polskich pilotów przed lądowaniem. Wymieńmy… wiele możnaby jeszcze wymieniać.

Hipotezy pierwszą i trzecią uważam natomiast za racjonalne.

Psychika państwowa

Istotnie – psychika państwa rosyjskiego zakazuje, jak pisze Ziemkiewicz, w imię świętego honoru Rosji  przyznania się do czegokolwiek, nawet do niedopiętego guzika u lejtnanta. Istotnie – osłabienie naszego kraju przez przedłużenie polskiej wojny domowej, niedopuszczenie by ktokolwiek w niej wygrał leżałoby w tradycjonalnie rozumianym interesie Kremla. Choć twierdzenie Ziemkiewicza, że jeśli ta hipoteza jest prawdziwa oznacza to, że strategicznym celem Rosji nie jest mieć dobre stosunki z Polską, ale nie mieć w ogóle Polski, pojmowane literalnie jest przesadne. W obecnym świecie nie chodzi o likwidację państw, tylko o ich wzmocnienie bądź osłabienie. Ziemkiewicz rozumie to równie dobrze jak ja, przyjmuję więc, że mu się tylko tak napisało.

I – wbrew temu, co pisze Ziemkiewicz – obie te hipotezy nie muszą być alternatywne. Obie mogą być prawdziwe równocześnie.

Ale obie trzeba znacząco uzupełnić.

Polityka rosyjska jest i racjonalna (Rosjanie są wręcz mistrzami najtwardszej na świecie Realpolitik) jak i emocjonalna. Emocjonalna w sensie instynktu, intuicji i tradycji, prawidłowo opisanych przez Ziemkiewicza, ale i sensie mistrzowskiego operowania tą emocjonalnością – którą Rosjanie umieją kontrolować – dla osiągnięcia bardzo konkretnych celów.   Jeśli – myślą na Kremlu – nie mamy naprawdę dobrego powodu, aby działać inaczej, to działamy tak, jak nam instynkt i intuicja i tradycja nakazują. Czyli, w danym przypadku, bronimy każdego niedopiętego guzika u każdego lejtnanta. A wobec każdego, kto ośmieli się zmarszczyć nos na widok tego guzika, stosujemy gamę środków propagandowo-psychologicznych, których wspólnym mianownikiem jest próba wytworzenia przekonania, że jeśli nie położy uszu po sobie, to nastąpi jakiś potworny horror.

Nie mieli powodu

Ale zarazem, jeśli Rosja ma naprawdę dobry powód, to postępuje inaczej. Bo jak już napisaliśmy, jest zarazem niezwykle racjonalna.

„Po co Władimir Władimirowicz mu to zrobił?” – zastanawia się Ziemkiewicz. „Ma w Tusku sojusznika najbardziej sobie powolnego, spolegliwego, jakiego mógł mieć. Na wszelki rozum, powinien go więc wesprzeć i pomóc mu udawać, że jest samodzielnym, polskim, myślącym o interesach swego kraju politykiem − a nie pokazywać wszem i wobec, że sobie nim może buty wycierać. Co Rosji z tego, że topi tak sobie życzliwego polskiego przywódcę?”

I tu mamy pęknięcie w logice Rafała.

Bo gdyby, tak jak pisze Ziemkiewicz, w oczach Putina Tusk byłby „sojusznikiem najbardziej sobie powolnym, spolegliwym, jakiego mógł mieć”, to byłby to właśnie bardzo dobry powód, aby państwo rosyjskie zachowało się inaczej, niż się zachowało. Inaczej, niż nakazuje mu jego opisana powyżej intuicja, instynkt i tradycja. Czyli tak, jak – właśnie: inaczej, niż nakazywała mu intuicja, instynkt i tradycja – zachowywało się w ciągu pierwszych dni po katastrofie.

Wtedy przyczyną takiego zachowywania się państwa rosyjskiego był strach przed obarczeniem go przez Polaków winą za katastrofę. Teraz ten strach minął.

Minął, i nie został zastąpiony przez nic innego.

Tym czymś innym mogłaby być motywowana tak czy inaczej strategiczna decyzja ośrodka decyzyjnego polskiego rządu o związaniu się z Rosją. O sprzedaży Rosnieftowi Lotosu. O nawiązaniu współpracy przy budowie rosyjskiej elektrowni nuklearnej pod Kaliningradem.

Takich decyzji po polskiej stronie zabrakło, i tym samym sam Tusk nieświadomie zdecydował o takim a nie innym kształcie raportu MAK-u.

Bo stare rosyjskie przysłowie mówi: „jeśli chcesz zagrać z diabłem w karty, to musisz mieć bardzo szerokie rękawy”. A Tusk postanowił zagrać z diabłem w karty nie tylko bez szerokich rękawów, ale wręcz  w  podkoszulku.

Wydawało mu się, że normalizacja relacji polsko – rosyjskich jest PR-owsko potrzebna Kremlowi tak jak jemu samemu. Wydawało mu się więc, że ma gwarancję trwałego dyskretnego politycznego wspierania go przez Rosjan. Również i dlatego, że oni przecież też nie cierpią PiS-u.

On całował nieszczerze…

Mylił się. Moskwie ta normalizacja była wprawdzie PR-owsko potrzebna, ale o wiele mniej, niż jemu. A dalej idących decyzji, które mogłyby zapewne zapewnić mu dłuższe i dalej idące wsparcie przez Kreml, nie podjął.

Nawiasem mówiąc, zachowując się hamująco w sprawie postulowanych przez Rosjan rozwiązań ekonomicznych nie tylko nie dał Rosjanom powodu, aby w sprawie Smoleńska postąpili inaczej, niż nakazują im ich wielokroć tu przywoływane państwowe intuicja, tradycja i instynkt, ale mógł jeszcze dodatkowo rozdrażnić Kreml.

W 1939 roku Niemcy zaproponowali Polsce niewielki – z ich punktu widzenia – ustępstwa terytorialne i otwarty sojusz. Mieli pełne prawo przewidywać, że Warszawa się zgodzi. Bo przedtem poszła na tak daleko idące współdziałanie z Berlinem, że Niemcom wydawało się niemożliwe, aby logicznie rozumujący rządzący w Warszawie nie powiedzieli „zet”, skoro przedtem powiedzieli już i „a”, i „be”, i wiele następnych liter alfabetu.

A rządzący w Warszawie zachowali się nielogicznie i odmówili powiedzenia „zet”, co bardzo rozdrażniło Berlin.

Zachowując wszelkie proporcje (choćby Tusk nie wiem jak straszył z sejmowej trybuny, to oczywiste jest, że żadna wojna z Rosją nam ani nie groziła, ani nie grozi, Putin to nie Hitler, a Europa lat dwutysięcznych to nie Europa lat trzydziestych)  można sobie wyobrazić, że mechanizm psychologiczny był teraz trochę podobny. Na początku 2010 roku Polska poszła daleko w stronę Rosji. Mogło to spowodować, że na Kremlu pomyślano: „skoro ten Tusk tak postępuje, a przecież jest premierem i dojrzałym politykiem, to znaczy, że decyduje się na bodaj częściową reorientację Polski w naszą stronę…”.

A tu przykra niespodzianka. Okazało się, że w Smoleńsku Tusk całował nieszczerze. Jak to zwykle typowy, wiarołomny Lach…

Mogło to wprowadzić do kremlowskiego myślenia pewien element rozdrażnienia.

Co nie zmienia oceny, że w całej sprawie smoleńskiej premier, łagodnie mówiąc, nie sprawdził się ani jako narodowy przywódca, ani – jak zdają się wskazywać ostatnie sondaże – nawet jako sprawny polityczny macher. Ale mechanizm tego niesprawdzenia się był inny, niż wydaje się sądzić wroga mu część opinii publicznej, i niż wydaje się uważać Rafał Ziemkiewicz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mądrze podjąć rękawicę

13 sty 2011

Obawiam się, że mimo wysiłków Tuska Rosja będzie eskalować napięcie. Prawdopodobne są dalsze działania drażniące. Być może połączone z nieprzyjaznymi ruchami na innych, niesmoleńskich polach – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”

Jak publikacja raportu MAK wpłynie na relacje polsko-rosyjskie? Odpowiedź zależy zarówno od tego, jak zaczną się zachowywać wobec siebie oba państwa, jak i – może przede wszystkim – od tego, czym w istocie jest to ocieplenie, które wolałbym określać mniej emocjonalnym terminem „normalizacja”.

Otóż normalizacja ta wynikła z kilku przyczyn, leżących i po polskiej, i po rosyjskiej stronie. Podstawową przyczyną leżącą po naszej stronie była chęć udowodnienia USA i Unii Europejskiej, że Polska nie jest państwem nieobliczalnym, które kieruje się nieracjonalnym antyrosyjskim resentymentem. Czyli – że nieprawdziwa jest opinia, suflowana na Zachodzie przez Rosjan. Opinia, która przynosiła Polsce realne straty. Inną przyczyną był, niestety, obecny w ówczesnej kalkulacji rządu PO element instrumentalnego traktowania polityki zagranicznej w interesie realizacji podstawowego celu Platformy, czyli zniszczenia PiS.

Podstawowa przyczyna leżąca po stronie Moskwy była podobna. Był to również wzgląd na opinię Zachodu, w którego oczach stały konflikt Rosji z Polską robił tej pierwszej złą prasę. Wbrew pozorom nie jest to sprzeczne z tym, co napisałem wcześniej. Na konflikcie polsko-rosyjskim w oczach Zachodu traciły bowiem obie strony. I choć oczywiście jedne państwa, grupy interesów czy ośrodki medialne były skłonne bardziej przyjmować argumentację strony polskiej, a drugie – rosyjskiej, to zsumowany efekt był niekorzystny i dla Warszawy, i dla Moskwy.

W tych okolicznościach nastąpiło kilka wydarzeń, ze spadkiem cen surowców energetycznych i wzrostem znaczenia Chin na czele. Kreml doszedł do wniosku, że bez bliskiej współpracy z Europą sobie nie poradzi, i dostrzegł, że Polska ma możliwości utrudniania Moskwie nawiązywania tej współpracy. I zarządził reset.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co może MAK, co może Kreml

12 sty 2011

Na gruncie konwencji chicagowskiej publikacja raportu MAK kończy sprawę. Sytuację mogłaby zmienić jedynie dobra wola władz rosyjskich

MAK powołany został w 1992 r. przez państwa poradzieckie. Realnie jest częścią kremlowskiej struktury władzy, ale formalne usytuowanie daje mu pozycję niezależną od rządu. Symbolem tego jest fakt, że szefów komitetu chroni immunitet dyplomatyczny.

Na czele MAK od jego powstania stoi Tatiana Anodina – niegdyś żona radzieckiego ministra łączności, potem partnerka Jewgienija Primakowa, członka Biura Politycznego, oficera KGB, za Jelcyna premiera Rosji. Komitet nie tylko bada wypadki lotnicze, ale przede wszystkim certyfikuje wszystko związane z lotnictwem – samoloty, wyposażenie lotnisk. Działania MAK kilkakrotnie były w Rosji przedmiotem kontrowersji, m.in. w związku z podejmowaniem decyzji korzystnych dla jednego z przewoźników – należącej do syna Anodiny firmy Transaero. Jedna z nich spowodowała podjęcie przez Dumę w 2003 r. rezolucji zwracającej się do prezydenta Putina o likwidację MAK i zastąpienie go agencją rządową.

Putin tego nie zrobił. A przecież wydawałoby się, że istnienie MAK jest sprzeczne z jego polityką – wzmacnianiem bezpośredniej władzy Kremla i struktur mu podległych. To, że tak się nie stało, świadczy o sile więzów łączących otoczenie Putina z Komitetem. A także o tym, że MAK jest na tyle wobec Kremla spolegliwy, iż kierownictwo państwa nie odczuwa potrzeby zastąpienia go agendą rządową.

Ta sytuacja owocuje złymi dla Polski efektami. Na gruncie konwencji chicagowskiej publikacja raportu MAK kończy bowiem sprawę. I nie ma prawnego sposobu, aby zmienić tę sytuację, bo rząd rosyjski nie jest w niej stroną.

Prof. Genowefa Grabowska, ekspert prawa międzynarodowego, wskazuje wprawdzie ścieżkę wyjścia – Polska może zwrócić się do Rosji na gruncie konwencji haskiej, żądając stworzenia polsko-rosyjskiej komisji badawczej mającej zbadać różnice w ocenie faktów. Ale rząd rosyjski ma prawo podtrzymać tezę, że nie uważa się za stronę sprawy, i odmówić. Inną ścieżką mógłby być fakt, że rosyjskie śledztwo prokuratorskie nadal formalnie się toczy. W wypadku politycznej decyzji ze strony Kremla mogłoby ono zapewne przynieść rezultaty uzupełniające raport MAK. Znów zależy to całkowicie od dobrej woli władz rosyjskich. A nic nie wskazuje, by można było na nią liczyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop