Posts Tagged „SLD”<

13 grudnia to była wojna z PiS…

13 gru 2011

Wieloletni rzecznik SLD Tomasz Kalita napisał był w swoim Twitterze: „Stan wojenny to była nienajlepsza decyzja. Ale wtedy „S” nie była „hufcem aniołów”. To był taki dzisiejszy PiS”.

Kalita (rocznik 1979) zbiera w sieci cięgi, internauci zarzucają mu niewiedzę i głupotę. Z pierwszym się zgodzę (w ówczesnej „Solidarności” reprezentowane były bowiem wszystkie chyba typy mentalności i wrażliwości ideowej, i to jest oczywiste dla każdego, kto zadał sobie trud przeczytania choćby jednej książki na ten temat), z drugim – nie. Uważam otóż, że Kalita nie jest głupcem, a tym bardziej wymierającym dinozaurem, tylko prekursorem, i że taka narracja będzie się przebijać. Młody SLD-owiec po prostu konsekwentnie zsyntetyzował to, co główne ośrodki opiniotwórcze III RP, z „Gazetą Wyborczą” na czele, które jego i większość kolegów ukształtowały (Kalita by tu zaprotestował, ale to przecież prawda) wolały i ciągle wolą widzieć osobno.

Kiedy konsekwentnie zwalcza się tradycjonalizm, obecną „S”, broni Jaruzelskiego przed „oszołomami”, i kiedy wcieleniem wszystkich tych, z punktu widzenia mainstreamu, obrzydliwości jest demoniczny PiS, to trudno w pewnym momencie tego nie połączyć. Redaktorom GW ta synteza ze względów biograficznych oczywiście nie może się podobać (jak tu się przyznać, że 30 lat temu było się w ówczesnym PiS-ie…?) ale to oni niejako utorowali jej drogę.

Spodoba się natomiast samemu PiS-owi, który bardzo chce postrzegać się i być postrzegany jako jedyny ideowy następca „Solidarności” i w ogóle jedyny dziedzic całego polskiego patriotyzmu. Bardzo ciekawi mnie, czy i jak odpowiedzą na twitta Kality osoby i ośrodki, pretendujące do miana intelektualnych centrów nowej polskiej lewicy. Bo przecież dotąd dystansowały się one od tradycji PZPR, a i pierwszą „Solidarność” wolały postrzegać jako ruch może i zdominowany przez paskudnych heteronormatywnych białych mężczyzn, ale mimo wszystko obiektywnie wolnościowy.

Czy teraz podżyrują – choćby milczeniem – wizję, w której taż „S” była, jak rozumiem, wczesną wersją obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, a ZOMO i WRON – ówczesnym odpowiednikiem Młodych Wykształconych z Wielkich Miast?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sfinks z Rozbrat

22 lut 2011

Gdyby jeszcze nawet rok temu ktoś publicznie powiedział, że Grzegorz Napieralski zostanie rozgrywającym polskiej sceny politycznej, zostałby bezlitośnie obśmiany.

Napieralski nie miał dobrej prasy. Nie tylko i nie przede wszystkim ze względu na polityczną brutalność. Polacy, w tym i mainstreamowe media, i salon, przyzwyczaili się do politycznej brutalności. Rzecz była w merytoryce. Jego wewnątrzpartyjni konkurenci aż przebierali nogami do wymarzonej wizji uczynienia z lewicy trwałej przystawki potężnej partii centrowej. Można było wręcz odnieść wrażenie, że tak bardzo chcieliby być platformersami, że w sprzyjającej sytuacji gotowi byliby wręcz formalnie roztopić SLD w Platformie za cenę dobrej pozycji w jej władzach dla „rozsądnych, europejskich centrolewicowców”.

Był to efekt traumy porywinowej, a także fenomenu PO z lat 2005 – 2007, która potrafiła przedstawić się wielkomiejskim wyborcom jako siła polityczna odpowiadająca ich wrażliwości i jako jedyna potrafiąca odsunąć od władzy znienawidzony PiS. Ale nie tylko. Był to też skutek wieloletnich procesów wewnętrznego upodabniania się SLD-owskich elit do postsolidarnościowych liberałów i psychologicznej osmozy obu grup. Efekt ten wzmacniało uświadamianie sobie dylematu, który w wywiadzie dla „Polityki” Leszek Miller oddał słowami: „Jeśli lewica chce zwracać się do swego tradycyjnego elektoratu – ubogiego, bezrobotnego, słabszego społecznie – to zwykle ma kłopot z utrzymaniem kulturowej tożsamości. Bezrobotny z pegeerowskiej gminy, patrząc na Paradę Równości i widząc tam Napieralskiego mówiącego o prawach homoseksualistów, traci ochotę, żeby na SLD głosować”.

Przeczytaj więcej na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jelcynowskim szlakiem

2 lut 2011

Platforma Obywatelska zechciała zakazać reklamowania się partii w telewizji, radiu i prasie.

Oczywiście zupełnym przypadkiem. Bo przecież trudno wyobrazić sobie, żeby istniał jakiś związek między tym pomysłem a faktem, że jego twórców media lubią w naturalny sposób, i dlatego spoty wyborcze nie są im potrzebne, a nawet mogą wszystko zepsuć.

PJN radośnie wsparł platformersów. Kluzikowców media też lubią. Projekt popierają też SLD-owcy. Ci po prostu media (publiczne) mają, i liczą że tak będzie do wyborów.

Tej trochę dziwnej koalicji zupełnie za darmo podrzucę garść spontanicznie rodzących się w Internecie projektów, mogących pogłębić słuszną tendencję. Bo po co się rozdrabniać?

– Zakazać partiom prowadzenia kampanii wyborczej w ogóle. Zaoszczędzone pieniądze z mocy prawa przekazać Owsiakowi. Ludziom się spodoba.

– Utajnić kandydatury. Jak sama nazwa wskazuje, do dokonywania wyboru służy lokal wyborczy i tylko on. Dopiero tam wyborca się dowie, kto ubiega się o mandat.

– Zakazać kandydatom zdradzania komukolwiek, że kandydują.

I to jest słuszna koncepcja, bo przecież ludność wyrabia sobie zdanie w czasie całej kadencji, na podstawie relacji mądrych, obiektywnych i europejskich mediów, kampania może ludności tylko namieszać we łbach.

A te media są oczywiście mądre, obiektywne i europejskie, ale takie jakieś nieśmiałe. Niby widać i słychać, kto jest dobry, a kto zły, ale tak jakoś nie do końca. Do co głupszych nie dociera. A przecież są sprawdzone wzory. Na przykład jelcynowskie. Jak w latach 90. w Rosji groził powrót do władzy komunistów, to główny program informacyjny wyglądał tak:

Prezenter: obejrzeliśmy przed chwilą sympatycznych, inteligentnych wołgogradczyków, którzy zapowiadają głosowanie na Jelcyna. Choć trudno w to uwierzyć, istnieją też ciemne i zacofane wioski, w których niektórzy – jeszcze ciemniejsi i bardziej zacofani od swoich sąsiadów – chcą głosować na Ziuganowa. Zobaczmy ten przykry obrazek…

Przecież wystarczy zamienić nazwiska. Takie to trudne?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wnioski z dygotów strachliwych

23 sty 2011

Kto powiedział, że „PO na dźwięk słowa Rosja wpada w dygoty strachliwe”? Macierewicz, Kaczyński, jakiś PJN-owiec? Pudło, to słowa posła SLD Jerzego Wenderlicha.

W tymże (relacji z Rosją po Smoleńsku) kontekście Wenderlich mówił też o „strachliwości” Platformy.

Powiedział także co prawda o „barbarzyństwie” PiS, który „z Rosji najchętniej uczyniłby tarczę strzelniczą”. Ale to zostawmy, bo wojna z PiS pasuje do SLD. Natomiast zaatakowanie rządzących za strachliwość wobec Moskwy jest w ustach polityka postkomunistycznej lewicy czymś jakościowo nowym. Zauważmy też, że komentując skrytykowanie przez marszałka Sejmu zwłoki w reakcji na raport MAK, Wenderlich stwierdził: „Premier przedstawia fakty mgliście i niejasno, Schetyna mówi prosto”. I sam skrytykował Tuska za defensywność.

Narzucają się dwa wnioski. Pierwszy, w zasadzie będący przypomnieniem znanych faktów. SLD, formacja wywodząca się z partii sprawującej władzę z nadania Moskwy, w ciągu ostatnich 20 lat w tych czy innych okolicznościach, z tych czy innych przyczyn realnie zerwał więzy z dawnym suwerenem. Więzy zarówno mentalne, jak i inne. Jeśli w polskiej polityce istnieją „ludzie Moskwy”, to zapewne są też w SLD, ale w natężeniu nie większym, niż w większości innych ugrupowań.

I wniosek drugi, ważniejszy. Choć SLD owe więzy zerwało, to spora część starszego elektoratu tej partii nadal atawistycznie reaguje wrogością na antyrosyjskość, którą postrzega jako cechę znienawidzonej prawicy. Jeśli więc wytrawni politycy Sojuszu ryzykują teraz taką frazeologię, to muszą mieć dobry powód.

Można sądzić, że wyczuli, iż drgnęły nastroje. Że smoleńska polityka premiera w oczach szerokich – szerszych niż pozostające pod wpływem PiS – kręgów społecznych skompromitowała się. Że rozczarowanych do PO z powodów smoleńskich jest sporo i będzie przybywać, że warto o nich zawalczyć. Używając, rzecz jasna, języka innego niż PiS, bo pisowskiej frazeologii ci „nowi rozczarowani” nie strawią.

Nie wiem, czy to koniec epoki Tuska. Ale na pewno początek ostrego wirażu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przegrane wybory Platformy i PiS

22 lis 2010

Przegranym numer jeden jest PO. Formalnie poprawiła wynik sprzed czterech lat, ale straciła w porównaniu z wyborami parlamentarnymi, prezydenckimi i europejskimi. A przede wszystkim – względem oczekiwań.

Sondaże dawały jej po 50 proc. głosów; rzeczywista popularność okazała się daleko niższa. W dodatku Platforma zdecydowała się podjąć konfrontację z popularnymi prezydentami miast, i konfrontację tę przegrała. Przed wyborami wielu oczekiwało, że będą one kamieniem milowym na drodze do trwałej wszechwładzy PO. Tak się nie stało, triumfalny marsz został przerwany.

Odwołując się do historii II wojny, można powiedzieć, że choć jeszcze Platforma nie przeżyła Stalingradu, to wybory samorządowe były dla niej tym, czym przegrana bitwa pod Moskwą.

Tym bardziej że wybory przyniosły ocalenie koalicjantowi – PSL. Przed chwilą partii Waldemara Pawlaka wróżono zagładę. Teraz wzmocnieni ludowcy będą koalicjantem bardziej niepodległym, trudniejszym. A na pewno nie staną się przystawką czy częścią PO, co parę dni temu wydawało się realne. Poza PSL wygranym jest SLD. Wybory postawiły kropkę nad „i” – Polska nie będzie dziwacznym krajem bez lewicy.

Przegranym numer dwa jest PiS. Porażka tej partii jest mniej zauważalna – dlatego że ostatnio wykreowany został nastrój nierealistycznego przekonania, iż ugrupowanie to czeka zagłada szybka i widowiskowa. Tak się nie stało, niemniej wynik wyborczy, najgorszy od wielu lat i gorszy również od przegranych wyborów samorządowych w 2006 r., dowodzi w oczywisty sposób fiaska linii przyjętej przez Jarosława Kaczyńskiego po lipcu 2010 r.

Dowodzi jednak zarazem, że na twardym elektoracie PiS nie robią wrażenia odejścia centrystycznie nastrojonych posłów. Jego motywacją jest bowiem antyestablishmentowy resentyment, a to trwałe uczucie. Elektorat ten się zmniejsza, ale powoli. Okrętu Kaczyńskiego nie rozerwie spektakularna eksplozja. Raczej będzie powoli nabierał wody.

Podwójna przegrana – i PO, i PiS – wydaje się sugerować, że pomiędzy tymi partiami tworzy się przestrzeń do zagospodarowania. To szansa dla „lightowców”. Pozostaje pytanie, czy będą potrafili z niej skorzystać.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop