Posts Tagged „polityka”<

Panowie, to jest probierz

21 maj 2012

W sprawie nauczania historii nie będzie kompromisu, choć kilka tygodni temu na spotkaniu w Pałacu Prezydenckim Bronisław Komorowski wypowiadał się za takim rozwiązaniem. Kompromisem miało być uznanie jednego z modułów (bloków tematycznych) „Ojczysty panteon, ojczyste spory” za obowiązkowy.

To jedyny z proponowanych modułów, który można uznać za swego rodzaju protezę nauczania najnowszej politycznej historii Polski; jego pominięcie może spowodować niemal całkowity brak tej tematyki w edukacji licealistów.

Komorowski poparł ten pomysł, jednak minister Krystyna Szumilas poinformowała ostatnio broniących historii intelektualistów, że mimo takiego stanowiska prezydenta postulowanej zmiany nie wprowadzi.

Gdyby Aleksander Kwaśniewski za rządów SLD albo Lech Kaczyński za rządów PiS publicznie zaangażował się w obronie jakiegoś pomysłu tak, jak Komorowski ws. kompromisu oznaczałoby to że sprawa jest uzgodniona i będzie tak, jak powiedział prezydent. To, że teraz stało się inaczej, świadczy albo o tym, że pozycja obecnego lokatora Belwederu w platformerskiej machinie władzy jest po prostu żałośnie słaba, albo o tym że od początku chodziło jedynie o to, by mógł on w świetle kamer pokazać się jako przywódca dobry, bo kompromisowy. Znacznie ważniejsze jest jednak to, że upadły ostatnie nadzieje na zachowanie wspólnego dla całej inteligencji kwantum wiedzy o najnowszej historii Polski. A to oznacza rozmywanie polskiej tożsamości, i tak osłabianej przez dominujące kulturowe prądy współczesności.

W tej sytuacji tym, którzy chcą zachowania tej tożsamości trudno nie myśleć z sympatią o proponowanym przez PiS projekcie  ustawy, wprowadzającej obowiązkową naukę historii w czasie całego okresu edukacji gimnazjalnej i licealnej.

Często broniłem polityków większości przed najbardziej radykalnymi krytykami głoszącymi, że są oni po prostu niechętni polskiej tożsamości czy też że – w łagodniejszej wersji – jest im ona obojętna. Ale ta sprawa jest probierzem.

Jeśli posłowie rządzącej koalicji zdecydują się poświęcić przyszłość polskiej tożsamości na ołtarzu wojny, w której dobre jest wszystko, co bije w PiS, to trudniej będzie ich przed tego rodzaju atakami bronić.

Warto, żeby zdali sobie z tego sprawę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

13 grudnia to była wojna z PiS…

13 gru 2011

Wieloletni rzecznik SLD Tomasz Kalita napisał był w swoim Twitterze: „Stan wojenny to była nienajlepsza decyzja. Ale wtedy „S” nie była „hufcem aniołów”. To był taki dzisiejszy PiS”.

Kalita (rocznik 1979) zbiera w sieci cięgi, internauci zarzucają mu niewiedzę i głupotę. Z pierwszym się zgodzę (w ówczesnej „Solidarności” reprezentowane były bowiem wszystkie chyba typy mentalności i wrażliwości ideowej, i to jest oczywiste dla każdego, kto zadał sobie trud przeczytania choćby jednej książki na ten temat), z drugim – nie. Uważam otóż, że Kalita nie jest głupcem, a tym bardziej wymierającym dinozaurem, tylko prekursorem, i że taka narracja będzie się przebijać. Młody SLD-owiec po prostu konsekwentnie zsyntetyzował to, co główne ośrodki opiniotwórcze III RP, z „Gazetą Wyborczą” na czele, które jego i większość kolegów ukształtowały (Kalita by tu zaprotestował, ale to przecież prawda) wolały i ciągle wolą widzieć osobno.

Kiedy konsekwentnie zwalcza się tradycjonalizm, obecną „S”, broni Jaruzelskiego przed „oszołomami”, i kiedy wcieleniem wszystkich tych, z punktu widzenia mainstreamu, obrzydliwości jest demoniczny PiS, to trudno w pewnym momencie tego nie połączyć. Redaktorom GW ta synteza ze względów biograficznych oczywiście nie może się podobać (jak tu się przyznać, że 30 lat temu było się w ówczesnym PiS-ie…?) ale to oni niejako utorowali jej drogę.

Spodoba się natomiast samemu PiS-owi, który bardzo chce postrzegać się i być postrzegany jako jedyny ideowy następca „Solidarności” i w ogóle jedyny dziedzic całego polskiego patriotyzmu. Bardzo ciekawi mnie, czy i jak odpowiedzą na twitta Kality osoby i ośrodki, pretendujące do miana intelektualnych centrów nowej polskiej lewicy. Bo przecież dotąd dystansowały się one od tradycji PZPR, a i pierwszą „Solidarność” wolały postrzegać jako ruch może i zdominowany przez paskudnych heteronormatywnych białych mężczyzn, ale mimo wszystko obiektywnie wolnościowy.

Czy teraz podżyrują – choćby milczeniem – wizję, w której taż „S” była, jak rozumiem, wczesną wersją obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, a ZOMO i WRON – ówczesnym odpowiednikiem Młodych Wykształconych z Wielkich Miast?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W Krainie Łagodności

20 paź 2010

W izraelskim programie satyrycznym „Latmatv” występuje ostatnio postać doradcy Obamy.

Jest to długowłosy facet w bandance i kwiecistej koszuli, który każdą próbę zmuszenia go do skomentowania czegoś przez zestresowanych dziennikarzy kwituje uśmiechem, słowem „relaks” i propozycją wspólnego wypalenia skręta. Ten doradca przypomina mi się często, gdy z satysfakcją stwierdzam, że „wbrew gderaniom malkontentów” świat się zmienia. A Polska jest – wreszcie – w awangardzie tych zmian. Zmian na lepsze. Bo cóż może być bardziej optymistycznego niż zdjęcie z jakiejś grupy niesprawiedliwych obciążeń?

W dawnym świecie, złym i patriarchalnym, od rządzących wymagano np. powagi. Tak było jeszcze w latach 90. Pamiętam, jak minister kultury zdradził się, że nie wie, iż pewien wybitny pisarz nie żyje (powiedział, że w najbliższym czasie nie planuje z nim spotkania). A kiedy cała Polska zaczęła się śmiać, ogłosił, że chodziło mu o urzędnika jego resortu tegoż nazwiska co nieżyjący pisarz. Wykręty ministra powszechnie uznano za niepoważne, a jego samego – za ośmieszonego. Biedak musiał znosić straszny stres.

Minęło parę lat i dzisiejsi rządzący stresować się już nie muszą. Mogą powiedzieć pismakom cokolwiek i cieszyć się pełnią życia. Na przykład minister sprawiedliwości. Cała Polska widziała i słyszała, jak z marsową miną odsłuchiwał taśmy z tupolewa. Okazało się, że nie miał do tego prawa. Minister wyszedł z tej sytuacji z wdziękiem. Powiedział po prostu, że nie wiedział, czego słuchał.

Kiedyś powiedziano by, że to zachowanie niepoważne, dziecinne i kompromitujące dorosłego człowieka, a zwłaszcza ministra. Dziś ten opresyjny, patriarchalny gorset ponurackich wymagań nie uciska już rządzących. W tym prezydenta. Prezydent dwukrotnie mówi, że w sprawie smoleńskiej toczą się śledztwa polskie, rosyjskie i międzynarodowe. Głowa państwa wyraźnie nie wie, co to jest MAK, nie wie tego pół roku po katastrofie. Kiedyś powiedziano by, że to kompromitujące. Ktoś byłby zakłopotany. Prezydent musiałby się stresować. Dziś nie musi. I czy ktoś poważy się twierdzić, że nie jest to pozytywna zmiana?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop