Piotr Semka napisał interesujący, krytyczny tekst o lizbońskim szczycie NATO. Ma do krytycyzmu prawo, a ja byłbym ostatnim, który nie doceniłby słuszności pewnych jego elementów. A jednak tekst Semki wzbudza mój sprzeciw. Ten sprzeciw wzbudzają i niektóre jego tezy, i pewna konstrukcja intelektualno-emocjonalna, która, jak mi się wydaje, za artykułem tym stoi.
Semka odnotowuje, że wbrew licznym obawom szczyt potwierdził wagę fundamentalnej zasady paktu, jakim jest gwarancja wspólnej obrony jego zaatakowanych członków. Przypomina jednak zaraz głosy (skądinąd słuszne; publicysta przywołuje tu Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa, ja pamiętam też wypowiadającego się w podobnym duchu Radosława Sikorskiego) mówiące, że wbrew powszechnej opinii słynny natowski punkt 5 traktatu nie wymusza automatycznej reakcji militarnej na atak na któreś z państw członkowskich. Postulujące więc wzmocnienie tego zapisu (Sikorski chciał kiedyś reasekurować go bilateralnym sojuszem polsko-amerykańskim).
***








