Posts Tagged „MAK”<

Bunt pod Verdun

20 sty 2011

Grzegorz Schetyna powiedział nie tylko o błędzie, jakim było spóźnienie rządu z reakcją na raport MAK. Połączył ten błąd personalnie z osobą premiera.

I to kilkakrotnie („premierowi zabrakło refleksu”, „to, że premier był na wakacjach, nie pomogło… ”). To znaczące – bo marszałek Sejmu znany jest m.in.z tego, że działa precyzyjnie i nie nerwowo.

I choć teoretycznie zrównoważył krytykę rytualnymi atakami na opozycję, to wyraźnie widać, że jego wypowiedź boleśnie ugodziła tych, których ugodzić miała. I zmieniła sytuację wewnątrz Platformy Obywatelskiej. Świadczy o tym choćby ton Stefana Niesiołowskiego („marszałek uległ histerii… ”; zauważmy przy okazji, że kiedy środowe obrady prowadził Schetyna, zachowywał się wobec opozycji – odwrotnie niż Niesiołowski – spokojnie).

Świadczy o tym też nerwowa reakcja Pawła Grasia.

Po objęciu laski marszałkowskiej Schetyna już kilkakrotnie wysyłał sygnały mające świadczyć, że jest bytem politycznym wobec Tuska wprawdzie sojuszniczym, ale osobnym i niezależnym. Warto przypomnieć choćbydemonstrację dystansu wobec zapowiedzi podwyżki podatków. Ale wysłany obecnie sygnał jest jakościowo nowy. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że teraz krytyką został personalnie objęty premier. A to w partii wodzowskiej, jaką jest PO, oznacza nową jakość.

Po drugie dlatego, że niezwykle istotna jest tematyka, w której kontekście Schetyna wypowiedział krytykę. Wspomniana wyżej sprawa podatków nie była kluczową dla życia politycznego Polski. Natomiast sprawa smoleńska stała się – można nad tym ubolewać, ale taka jest rzeczywistość – podstawowym polem bitwy. Segmentem rzeczywistości najbardziej kluczowym dla tożsamości obu zwalczających się obozów politycznych. Można porównać ją do roli, odegranej przez Verdun w czasie I wojny światowej – czyli do miejsca, w którym obie walczące strony postanowiły odnieść zwycięstwo, i niejako umówiły się, że to tu, a nie gdzie indziej któraś z nich przegryzie drugiej gardło.

Jeśli więc Schetyna decyduje się zamanifestować dystans wobec Tuska na tym akurat polu, to oznacza to rzucenie rękawicy premierowi. Rzucenie otwarte i manifestacyjne.

Niezwykle ciekawe będzie, jak zostanie to przyjęte w partii. Schetyna jest jej współtwórcą, szefem bardzo znaczącej frakcji, twórcą wielkiej liczby wewnątrzpartyjnych, samorządowych i państwowych karier. Powinien „czuć” nastroje aktywu i aparatu. Pytanie (od odpowiedzi na nie wiele zależy), czy dobrze je wyczuwa? Czy fakt, że kontrowersją została objęta właśnie tematyka kluczowa, tematyka, w kontekście której oba obozy definiują – a przynajmniej chcą definiować – siebie i przeciwnika (w wypadku PO brzmi to tak: przeciwnik to wariaci od sztucznej mgły, a my, ludzie normalni, bronimy przed nimi Polski), nie wpłynie odstraszająco na potencjalnych sojuszników marszałka?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale odpowiedź na nie jest ważna nie tylko dla Schetyny, i nie tylko dla partii rządzącej. Jeśli bowiem okaże się, że Platforma Obywatelska nie zamyka się na krytykę postawy Tuska w sprawie smoleńskiej, to może oznaczać to optymistyczną konkluzję – że w Polsce istnieje pole do racjonalnej dyskusji. Jeśli natomiast okaże się odwrotnie, znaczyć to będzie, że smoleńska mgła oczadziła Polaków nie tylko efektownie, ale też bardzo głęboko.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nieoczekiwana odsiecz dla Tuska

17 sty 2011

Raport MAK i ujawnienie mataczenia w smoleńskim śledztwie spowodowały w społeczeństwie wyczuwalny odruch wzburzenia.

Reakcja Donalda Tuska (czyli najpierw brak reakcji – pierwotna decyzja o pozostaniu na nartach w Dolomitach, a potem stonowane wystąpienie, będące krokiem wstecz w stosunku do retoryki przyjętej przez premiera w grudniu) ukierunkowały to wzburzenie w jakimś stopniu przeciw rządowi.

Czy stanie się to przyczyną poważniejszych kłopotów Platformy? Nie wiem, ale po raz pierwszy od 2007 roku w powietrzu czuć niezadowolenie z rządzących, wykraczające poza tę część opinii, która przez cały czas pozostawała w zasięgu oddziaływania PiS.

Główna partia opozycyjna po raz pierwszy od kilku lat znalazła się w sytuacji, w której jej przesłanie współgra (a przynajmniej nie jest sprzeczne) z nastrojem – można zaryzykować tę tezę – większości społeczeństwa. Czy będzie potrafiła to wykorzystać?

Zależy to od jej zachowania w tej delikatnej sytuacji.

Delikatnej – bo ważne dla niej jest to, jak teraz formułować swoje przesłanie tak, by nie tylko nie stracić żelaznego elektoratu, przekonanego, że Smoleńsk to był zamach albo przynajmniej efekt celowych zaniedbań ze strony rządu PO, będącego czymś najgorszym, co spotkało Polskę na przestrzeni dziejów, ale też trafić do tych wyborców, którzy od takich tez byli dotąd – i nadal są – daleko, choć teraz blisko są opinii, że w sprawie smoleńskiej Tusk się skompromitował. Zależy, mówiąc krótko, od tego, czy PiS w oczach tych wyborców pokaże się jako partia bardzo krytyczna wobec rządu, ale operująca w kategoriach racjonalnych.

Czy PiS będzie to potrafił? Wypowiedzi czołowych polityków tej partii każą w to wątpić. Bo gdy Anna Fotyga pisze np. na kanwie konferencji rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, że „na oczach całego świata niższy rangą urzędnik obcego państwa wydał instrukcje polskiemu premierowi. Równie publicznie, na oczach całego świata, polski premier te instrukcje wykonał… W Polsze tiszina”, to zachowuje się dokładnie w taki sposób, jakby chciała odbudować mur pomiędzy PiS a elektoratem „niesmoleńskim”, nadwątlony na skutek MAK-owej kompromitacji rządu.

Odsiecz dla Tuska przychodzi z najmniej oczekiwanej strony…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Naciski się rozwiewają

16 sty 2011

Bogdan Wróblewski z „Gazety Wyborczej” jako pierwszy dziennikarz zwrócił uwagę na niezauważony dotąd fragment polskich uwag do raportu MAK. „Zgodnie z zapisem CRV (Cockpit Voice Recorder), odczytanym przez stronę polską, dowódca załogi zgłosił, po minięciu wysokości 100 metrów, że odchodzi na drugi krąg. Drugi pilot to potwierdził” – czytamy w polskich uwagach. I dalej: „załoga rozpoczęła procedurę odejścia na drugi krąg; „załoga próbowała – nieskutecznie – przerwać podejście”; „była to realizacja spóźnionej procedury odejścia na drugi krąg”.

Dotąd wiedzieliśmy, że to drugi pilot na 14 sekund przed katastrofą powiedział: „Odchodzimy”. I nic poza tym. To, że potem (tak wynikało z ówczesnego stanu wiedzy) nic się nie stało, komentowano jako poszlakę na rzecz tezy, że załoga tupolewa wprowadzona została w jakiś dziwny stan psychiczny. Oczywiście – przez naciski, presję psychiczną ze strony prezydenta itd.

Tymczasem dowiadujemy się, że specjaliści w Krakowie odczytali więcej z nagrań czarnej skrzynki. To kapitan Protasiuk 22 sekundy przed katastrofą wydał komendę: „Odchodzimy”. Drugi pilot tylko ją powtórzył. Wiele z tego wynika. Przede wszystkim: zachowanie załogi tupolewa staje się znacznie bardziej racjonalne, niż starano się to dotąd przedstawić. Piloci podjęli ryzykowny manewr podejścia do lądowania w warunkach, w których nie powinni tego robić, ale przerwali go w chwili, która wydawała im się ostatnim bezpiecznym na to momentem. Jaki z tego wniosek?

Ano taki, że jeśli nawet można mówić o jakiejś „presji”, to nie była ona tak niesamowita, żeby zachwiać instynktem samozachowawczym pilotów. Innymi słowy: teza o zzombifikowaniu załogi przez generała Błasika, dyrektora Kazanę czy też „pasażera numer jeden” została definitywnie obalona. I to na łamach „Wyborczej”, która dotąd dzierżyła palmę pierwszeństwa w lansowaniu tezy o nacisku jako przyczynie tragedii. Ale teraz, odkrywszy prawdę, nie schowała jej pod dywanem. Dziennikarzom „Gazety” należą się za to szczere wyrazy szacunku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mądrze podjąć rękawicę

13 sty 2011

Obawiam się, że mimo wysiłków Tuska Rosja będzie eskalować napięcie. Prawdopodobne są dalsze działania drażniące. Być może połączone z nieprzyjaznymi ruchami na innych, niesmoleńskich polach – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”

Jak publikacja raportu MAK wpłynie na relacje polsko-rosyjskie? Odpowiedź zależy zarówno od tego, jak zaczną się zachowywać wobec siebie oba państwa, jak i – może przede wszystkim – od tego, czym w istocie jest to ocieplenie, które wolałbym określać mniej emocjonalnym terminem „normalizacja”.

Otóż normalizacja ta wynikła z kilku przyczyn, leżących i po polskiej, i po rosyjskiej stronie. Podstawową przyczyną leżącą po naszej stronie była chęć udowodnienia USA i Unii Europejskiej, że Polska nie jest państwem nieobliczalnym, które kieruje się nieracjonalnym antyrosyjskim resentymentem. Czyli – że nieprawdziwa jest opinia, suflowana na Zachodzie przez Rosjan. Opinia, która przynosiła Polsce realne straty. Inną przyczyną był, niestety, obecny w ówczesnej kalkulacji rządu PO element instrumentalnego traktowania polityki zagranicznej w interesie realizacji podstawowego celu Platformy, czyli zniszczenia PiS.

Podstawowa przyczyna leżąca po stronie Moskwy była podobna. Był to również wzgląd na opinię Zachodu, w którego oczach stały konflikt Rosji z Polską robił tej pierwszej złą prasę. Wbrew pozorom nie jest to sprzeczne z tym, co napisałem wcześniej. Na konflikcie polsko-rosyjskim w oczach Zachodu traciły bowiem obie strony. I choć oczywiście jedne państwa, grupy interesów czy ośrodki medialne były skłonne bardziej przyjmować argumentację strony polskiej, a drugie – rosyjskiej, to zsumowany efekt był niekorzystny i dla Warszawy, i dla Moskwy.

W tych okolicznościach nastąpiło kilka wydarzeń, ze spadkiem cen surowców energetycznych i wzrostem znaczenia Chin na czele. Kreml doszedł do wniosku, że bez bliskiej współpracy z Europą sobie nie poradzi, i dostrzegł, że Polska ma możliwości utrudniania Moskwie nawiązywania tej współpracy. I zarządził reset.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co może MAK, co może Kreml

12 sty 2011

Na gruncie konwencji chicagowskiej publikacja raportu MAK kończy sprawę. Sytuację mogłaby zmienić jedynie dobra wola władz rosyjskich

MAK powołany został w 1992 r. przez państwa poradzieckie. Realnie jest częścią kremlowskiej struktury władzy, ale formalne usytuowanie daje mu pozycję niezależną od rządu. Symbolem tego jest fakt, że szefów komitetu chroni immunitet dyplomatyczny.

Na czele MAK od jego powstania stoi Tatiana Anodina – niegdyś żona radzieckiego ministra łączności, potem partnerka Jewgienija Primakowa, członka Biura Politycznego, oficera KGB, za Jelcyna premiera Rosji. Komitet nie tylko bada wypadki lotnicze, ale przede wszystkim certyfikuje wszystko związane z lotnictwem – samoloty, wyposażenie lotnisk. Działania MAK kilkakrotnie były w Rosji przedmiotem kontrowersji, m.in. w związku z podejmowaniem decyzji korzystnych dla jednego z przewoźników – należącej do syna Anodiny firmy Transaero. Jedna z nich spowodowała podjęcie przez Dumę w 2003 r. rezolucji zwracającej się do prezydenta Putina o likwidację MAK i zastąpienie go agencją rządową.

Putin tego nie zrobił. A przecież wydawałoby się, że istnienie MAK jest sprzeczne z jego polityką – wzmacnianiem bezpośredniej władzy Kremla i struktur mu podległych. To, że tak się nie stało, świadczy o sile więzów łączących otoczenie Putina z Komitetem. A także o tym, że MAK jest na tyle wobec Kremla spolegliwy, iż kierownictwo państwa nie odczuwa potrzeby zastąpienia go agendą rządową.

Ta sytuacja owocuje złymi dla Polski efektami. Na gruncie konwencji chicagowskiej publikacja raportu MAK kończy bowiem sprawę. I nie ma prawnego sposobu, aby zmienić tę sytuację, bo rząd rosyjski nie jest w niej stroną.

Prof. Genowefa Grabowska, ekspert prawa międzynarodowego, wskazuje wprawdzie ścieżkę wyjścia – Polska może zwrócić się do Rosji na gruncie konwencji haskiej, żądając stworzenia polsko-rosyjskiej komisji badawczej mającej zbadać różnice w ocenie faktów. Ale rząd rosyjski ma prawo podtrzymać tezę, że nie uważa się za stronę sprawy, i odmówić. Inną ścieżką mógłby być fakt, że rosyjskie śledztwo prokuratorskie nadal formalnie się toczy. W wypadku politycznej decyzji ze strony Kremla mogłoby ono zapewne przynieść rezultaty uzupełniające raport MAK. Znów zależy to całkowicie od dobrej woli władz rosyjskich. A nic nie wskazuje, by można było na nią liczyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W Krainie Łagodności

20 paź 2010

W izraelskim programie satyrycznym „Latmatv” występuje ostatnio postać doradcy Obamy.

Jest to długowłosy facet w bandance i kwiecistej koszuli, który każdą próbę zmuszenia go do skomentowania czegoś przez zestresowanych dziennikarzy kwituje uśmiechem, słowem „relaks” i propozycją wspólnego wypalenia skręta. Ten doradca przypomina mi się często, gdy z satysfakcją stwierdzam, że „wbrew gderaniom malkontentów” świat się zmienia. A Polska jest – wreszcie – w awangardzie tych zmian. Zmian na lepsze. Bo cóż może być bardziej optymistycznego niż zdjęcie z jakiejś grupy niesprawiedliwych obciążeń?

W dawnym świecie, złym i patriarchalnym, od rządzących wymagano np. powagi. Tak było jeszcze w latach 90. Pamiętam, jak minister kultury zdradził się, że nie wie, iż pewien wybitny pisarz nie żyje (powiedział, że w najbliższym czasie nie planuje z nim spotkania). A kiedy cała Polska zaczęła się śmiać, ogłosił, że chodziło mu o urzędnika jego resortu tegoż nazwiska co nieżyjący pisarz. Wykręty ministra powszechnie uznano za niepoważne, a jego samego – za ośmieszonego. Biedak musiał znosić straszny stres.

Minęło parę lat i dzisiejsi rządzący stresować się już nie muszą. Mogą powiedzieć pismakom cokolwiek i cieszyć się pełnią życia. Na przykład minister sprawiedliwości. Cała Polska widziała i słyszała, jak z marsową miną odsłuchiwał taśmy z tupolewa. Okazało się, że nie miał do tego prawa. Minister wyszedł z tej sytuacji z wdziękiem. Powiedział po prostu, że nie wiedział, czego słuchał.

Kiedyś powiedziano by, że to zachowanie niepoważne, dziecinne i kompromitujące dorosłego człowieka, a zwłaszcza ministra. Dziś ten opresyjny, patriarchalny gorset ponurackich wymagań nie uciska już rządzących. W tym prezydenta. Prezydent dwukrotnie mówi, że w sprawie smoleńskiej toczą się śledztwa polskie, rosyjskie i międzynarodowe. Głowa państwa wyraźnie nie wie, co to jest MAK, nie wie tego pół roku po katastrofie. Kiedyś powiedziano by, że to kompromitujące. Ktoś byłby zakłopotany. Prezydent musiałby się stresować. Dziś nie musi. I czy ktoś poważy się twierdzić, że nie jest to pozytywna zmiana?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop