Posts Tagged „Jarosław Kaczyński”<

Antykaczyzm skuteczny

31 sie 2011

Już dziś można wyciągnąć pewne wnioski z kampanii wyborczej. Po pierwsze – Donald Tusk, któremu w ciągu ostatniego półtora roku parokrotnie wieszczono polityczną śmierć, nie tylko przeżył, ale pozostaje głównym personalnym atutem Platformy. A w zasadzie jej personalnym atutem jedynym. Oczywiście – widać, że jego magnetyzm to nie to, co kiedyś, że w pewnym stopniu się zgrał. Ale wielokrotnie mniej niż wszyscy chyba jego współpracownicy.

Tuskowi udało się to głównie dlatego, że zdołał konsekwentnie doprowadzić do personalnego utożsamienia go z czymś, co nazwałbym „antykaczyzmem skutecznym”. Początek tego procesu to ostatnie pięć minut debaty Tusk – Kwaśniewski sprzed czterech lat, gdy lider PO zwrócił się do potencjalnych wyborców SLD, aby zagłosowali na jego partię, bo „tylko my mamy szansę odsunąć PiS”.

Zjawisko to trwało przez następne lata, trwa i teraz. Nie rozumiał go Palikot, który zakładał, że da się obejść Tuska i wygrać na demonstrowaniu postawy „antykaczyzmu” jeszcze bardziej radykalnego. Nie pojmował, że wyborcy antykaczystowscy nie poszukują w ogromnej większości radykalizmu, tylko skuteczności.

Po drugie – widać, że antypisowskie emocje, które parokrotnie wydawały się kończyć, osłabły, ale istnieją nadal. Politycy PiS tłumaczą to z reguły nagonką mediów. To prawda, ale ta nagonka jedynie intensyfikuje emocje, które istnieją samodzielnie. A związane są głównie z faktem, że – po prostu – większość Polaków nie chce narodowo-katolickiej rewolucji, którą wydaje się proponować ta partia.

PiS jednoznacznie utożsamiło się bowiem z konsekwentnym konserwatywnym protestem przeciw współczesności, z wizją Polski jako kraju niemalże okupowanego i ze smoleńskim mesjanizmem. A te poglądy są całkiem zwyczajnie odrzucane przez większość Polaków, i to tu leży przyczyna relatywnie słabych sondaży PiS.

W kampanii Jarosław Kaczyński łagodzi kanty, wciągnął na listy dorzeczne osoby, przygasił smoleńską frazeologię. Nie sądzę jednak, aby wiele to pomogło. Rzecz bowiem przede wszystkim nie w drażniącej większość Polaków formie, tylko w nieodpowiadającej im treści. A tej Kaczyński zmienić nie chce. Skądinąd chyba też nie bardzo już może, bo konsekwentnie ukształtował i własną partię i elektorat.

W tej sytuacji jedyną – ale długofalową – szansą dla PiS wydaje się totalne załamanie państwa i gospodarki. Chyba tylko to mogłoby bowiem doprowadzić do takiej demobilizacji elektoratu antypisowskiego, która mogłaby przynieść zwycięstwo Kaczyńskiemu. Powiedziawszy to trzeba stwierdzić, że odrzucenie przez lidera PiS propozycji debaty na równych z innymi partiami zasadach jest postępowaniem konsekwentnym, i w ramach przyjętej logiki – słusznym. Decyzja odwrotna oznaczałaby bowiem krok w stronę przyjęcia tezy, że Polska jest obecnie normalnym krajem, w którym toczy się normalny spór polityczny, a nie wojna narodowowyzwoleńcza z rządzącą targowicą. A cała linia PiS opiera się przecież na tej drugiej tezie.

Wreszcie należy odnotować, że trwałym efektem tej kampanii może być przekształcenie PO w coś w rodzaju ugrupowania o charakterze ogólnoestablishmentowym. Ku temu zmierza Tusk przez politykę absorpcji rozmaitych postaci z prawej (Kluzik, Libicki) i przede wszystkim lewej (Arłukowicz, Rosati, Pisalski, Gintowt-Dziewałtowski) strony sceny.

To perspektywa groźna. Nie dla PiS, któremu taka linia sporu wpisuje się w wizję świata i propagandowo służy, ale dla kraju. Bo oznaczałoby uwiąd i tak słabych mechanizmów wzajemnej kontroli w ramach elit. Musiałoby to zaowocować wzrostem poczucia bezkarności tychże elit. Czemu trudno byłoby się dziwić w sytuacji, w której cała Polska zaczęłaby funkcjonować według wzorca symbolizowanego przez 40. piętro hotelu Marriott w momencie, gdy spotykali się tam Krauze z Kaczmarkiem.

Efektem byłaby zapewne ekspansja korupcji na skalę, którą trzeba by określić widowiskową – gdyby nie to, że można wątpić, czy byłoby jakiekolwiek widowisko. Bo połączone elity potrafiłyby przecież kontrolować ogromną większość mediów…

Trudno nie odczuwać strachu przed taką perspektywą.

Przeczytaj inne opinie publicystów  „Rz” o kampanii wyborczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nadzwyczajne zło?

6 mar 2011

Prezydent Bronisław Komorowski dał do zrozumienia w wywiadzie dla „Newsweeka”, że nawet jeśli PiS zwycięży w wyborach, to nie powierzy on misji sformowania rządu Jarosławowi Kaczyńskiemu, bo nie nakazuje mu tego prawo. Formalnie rzecz biorąc, prezydent ma rację. Może powołać na premiera kogokolwiek. W ramach pierwszego, powyborczego kroku konstytucja nie ogranicza go niczym.

Jednak litera prawa to jedno, a przyjęty polityczny obyczaj – to drugie. A w Polsce istniał dotąd obyczaj, na mocy którego prezydent – nawet jeśli nie było to mu w smak – powierzał misję sformowania rządu politykowi ugrupowania, które wprowadziło do Sejmu najwięcej posłów. Co więcej, prezydent desygnował konkretnie tego polityka zwycięskiej partii, którego wskazała ona sama. Tak uczynił Aleksander Kwaśniewski, powołując Jerzego Buzka, a cztery lata później – Leszka Millera (choć wolałby pewnie innego SLD-owca). Tak uczynił Lech Kaczyński, powołując Kazimierza Marcinkiewicza (choć wolał swojego brata), a potem Donalda Tuska.

Obyczaj polityczny można oczywiście zmienić. Ale warto pytać o polityczny sens takiej zmiany. Być może w tym przypadku celem jest wzmocnienie pozycji głowy państwa. Odejście od naiwnej – wszak chodzi o stanowisko obsadzane w wyborach powszechnych – wizji słabego prezydenta będącego tylko notariuszem partii politycznych. Uczynienie z głowy państwa polityka aktywnego, posiadającego możliwości manewrowania na scenie i manipulowania wewnątrz poszczególnych partii, w tym swojej własnej.

Ale mam obawę, że Bronisław Komorowski ma także inny cel. Sugerując, że nie zaakceptuje Kaczyńskiego, prezydent eskaluje antypisowskie emocje w Polsce. Mówi: ewentualne zdobycie władzy przez PiS to nie byłaby zwykła zmiana warty w systemie demokratycznym. To byłoby zło. Zło tak nadzwyczajne, że trzeba z nim walczyć również za pomocą środków nadzwyczajnych…

Takie stawianie sprawy szkodzi Polsce, szkodzi polskiej polityce. Trudno o coś bardziej niebezpiecznego niż działania wzmagające wewnątrzpolską wojnę domową.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziwny wywiad z dziwnym dyplomatą

19 sty 2011

Teresa Torańska rozmawia z byłym polskim ambasadorem w Moskwie, Jerzym Bahrem. Rozmowa – opublikowana przed tygodniem „Dużym Formacie” „Gazety Wyborczej” (13 stycznia) rodzi uczucia mieszane. Jest to wywiad ciekawy – bo Bahr był świadkiem katastrofy smoleńskiej i wie sporo.

Nie sądzę, żeby mijał się z prawdą co do faktów. Gdy mówi, że już w trakcie wstępnych przygotowań do wizyt z 7 i 10 kwietnia Rosjanie odradzali lądowania w Smoleńsku ze względu na stan techniczny lotniska, to mu wierzę, zwłaszcza że jak mówi wysłał w tej sprawie obszerną depeszę do MSZ, a to przecież można sprawdzić. (Nota bene Wacław Radziwinowicz z „Wyborczej” już kilka miesięcy temu napisał, że w tym samym mniej więcej czasie Andrzej Przewoźnik mówił mu, że „Rosjanie chcą nas odsunąć od Smoleńska” ). Znamienne jest również, że Bahr jako chyba pierwszy polski urzędnik, nie związany z PiS-em potwierdza, że Rosjanie celowo opóźniali dojazd do Smoleńska Jarosława Kaczyńskiego. Dodaje, że informowany o tym telefonicznie przez Pawła Kowala interweniował w tej sprawie u rosyjskich urzędników. Bezskutecznie. Kiedy ambasador cytuje konkretne rozmowy (jak na przykład argumentację użytą przez Putina, kiedy odmawiał zgody na natychmiastowy powrót ciała Lecha Kaczyńskiego do Warszawy — przy tej rozmowie również był obecny Kowal) również brzmi to prawdziwie. Kiedy wypowiada opinię, że 10 kwietnia na lotnisku Siewiernym w porównaniu z 7 kwietnia nie zauważył wprawdzie zmian, ale „nie wyobrażam sobie, by na przylot Putina nie zostało ono dobrze przygotowane. Może je dozbrojono. Może coś dodano, uzupełniono lub wymieniono, co gwarantowało całkowite bezpieczeństwo startu i lądowania. W Rosji tam, gdzie ma być premier czy prezydent, zawsze musi być bezpiecznie”, to takie stwierdzenie ma swoją wartość.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na manowcach logiki

6 paź 2010

Odpowiedzialni za Holokaust są Żydzi. Bo istnieli. Przecież gdyby nie istnieli, to nikt by ich nie mordował. Logiczne? Logiczne.

Takiego zdania, o ile wiem, nikt na szczęście jeszcze nie wygłosił. Ale niewykluczone, że w końcu wygłosi, bo czołowy zagończyk polskiej polityki – jak Stefana Niesiołowskiego określają z wdziękiem sympatyzujący z Platformą intelektualiści – stworzył już mogącą temu służyć intelektualną konstrukcję. Za śmierć Lecha Kaczyńskiego moralnie odpowiada jego brat Jarosław. Bo to Jarosław namówił Lecha do kandydowania na prezydenta. No, a gdyby Lech nie był prezydentem, toby do Katynia nie leciał. I teraz by żył.

Logiczne? Logiczne.

Tego rodzaju logika w ogóle staje się ostatnio coraz popularniejsza. Na przykład w „Gazecie Wyborczej”. Parę dni temu Marcin Wojciechowski w tonacji skrzywdzonego dziecka dawał tam wyraz głębokiemu zdziwieniu faktem, że choć sam Putin obiecywał efektywne śledztwo i to, że jeśli jakaś część odpowiedzialności spada na Rosjan, to zostanie to ujawnione, a winni bez miłosierdzia ukarani, to teraz gołym okiem widać, że dzieje się odwrotnie.

Przecież Putin obiecał, więc dlaczego teraz Rosjanie kręcą? – zastanawia się dziennikarz „GW”. I znajduje odpowiedź. Rosjanie kręcą dlatego, że wiedzą, iż Jarosław Kaczyński mówi, że Rosjanie kręcą, a nawet sugeruje zamach. Przy tym odkryciu Wojciechowskiego blednie inna jego hipoteza: Rosjanie kręcą, bo chcą, żeby na antyrosyjskiej fali w polskich wyborach zwyciężył PiS, co oczywiście skompromituje nasz kraj w oczach UE.

W latach 70. Jacek Fedorowicz wyśmiewał peerelowskich propagandystów i szyderczo proponował, żeby cudzoziemcom dziwiącym się np. kolejkom w sklepach tłumaczyć, że to wszystko efekt wojny. A kiedy cudzoziemiec zauważy, że II wojna światowa skończyła się 30 lat temu, zdradzać mu w zaufaniu wielką polską tajemnicę: wcale się nie skończyła, Niemcy okopali się w Puszczy Białowieskiej, walki trwają. Dziś rolę wojny i Niemców coraz bardziej odgrywają PiS i Kaczyński…

Każdy psychiatra potwierdzi: paranoja bywa bardzo logiczna. Tylko logiką… taką trochę szczególną.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop