Posts Tagged „Gazeta Wyborcza”<

Żary, czyli przesuwanie granic

12 maj 2011

„Gazeta Wyborcza” relacjonuje kuriozalną sytuację w Żarach. Miejscowy burmistrz został zapytany na forum internetowym urzędu miasta, dlaczego dopuścił, by na ścianie jednego z bloków zawisł billboard, promujący instytucjonalizację jednopłciowych związków partnerskich. Przy okazji autor pytania określił homoseksualizm jako „obrzydlistwo i zjawisko sprzeczne z naturą”. Burmistrz odpowiedział, że billboard wisi na terenie prywatnym, a jego treści forma nie naruszają prawa, dlatego „urząd miejski nie może nakazać zdjęcia tego billboardu, choć z jego przesłaniem też się nie zgadza”.

Banał? Nie dla „Wyborczej”, która opisuje sprawę z przejęciem i dużym zaangażowaniem, jako że „pytanie i odpowiedź zacytowało wiele forów i stron organizacji równościowych”.

„Czy burmistrz zrobił dobrze?” – zastanawia się „GW”. Bo przecież – nie dajmy się zwieść – reakcja włodarza miasta była tylko pozornie zdroworozsądkowa. Po pierwsze, dopuścił się myślozbrodni, stwierdzając że urząd miejski nie zgadza się z przesłaniem billboardu. A przecież, jak uważa cytowany przez „Wyborczą” prof.Wojciech Sadurski, „burmistrz nie miał prawa solidaryzować się z poglądami pytającego”, no bo jako urzędnik ma być neutralny. Pytania, czy w takim razie burmistrz złamałby zasady również i wtedy, gdyby kazał wywiesić na gmach urzędu tęczową flagę i poszedł na paradę równości, nie pada. I dobrze, bo każdy kto liznął choć trochę dialektyki wie, że nie służyłoby ono sprawie postępu…

Po drugie, samo pytanie internauty, a już zwłaszcza jego pogląd na temat homoseksualizmu to „mowa nienawiści”. A więc może burmistrz powinien zbojkotować pytanie, nie udzielać na nie odpowiedzi, tylko po prostu kazać je z forum usunąć?

Większość pytanych przez „GW” ekspertów i „ekspertów” uważa, że nie. Że niegrzeczna wypowiedź internauty to nie wezwanie do przemocy, a tylko to uzasadniałoby cenzurę.

Mamy więc do czynienia ze zrównoważonym materiałem dziennikarskim? Nie. Bo jego sprawcza funkcja polega na „postawieniu problemu”. Czyli na próbie przedstawienia jako problem czegoś, co problemem nie jest. Tak przesuwa się granice tego, co zakazane – prawnie lub społecznie – i tego, co akceptowalne. Dziś jeszcze rozmówcy „Gazety” w większości wypowiadają się przeciw pomysłom narzucenia na urzędy i osoby publiczne ostrych form progejowskiej poprawności politycznej. Ale jak w analogicznej sprawie wypowiedzą się za parę lat?

„Po zamieszaniu w internecie z pytania na forum wycięto opinie o homoseksualizmie, a z odpowiedzi – że urząd podziela poglądy pytającego” – konkluduje swój tekst „Gazeta”.

I tak właśnie realizuje się inżynierię społeczną.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ja, pożyteczny idiota

2 mar 2011

Gdy po tygodniowej nieobecności zaraz po przekroczeniu granicy kupiłem „Wyborczą” (nałóg…) i zobaczyłem, że na pierwszej stronie pismo Michnika wysyła Tuska do Izraela, stwierdziłem, że chyba nie rozumiem już świata…

Na szczęście po chwili wirujące mi przed oczyma litery uspokoiły się, ułożyły w wyrazy, te w zdania i zrozumiałem, że ta nieoczekiwana zmiana miejsc nie jest aż tak radykalna. Michał Ogórek naśmiewa się: „Rząd Donalda Tuska doszedł do wniosku, że łatwiej mu będzie rządzić w Izraelu, i przeniósł tam swe obrady. Pociągów nie ma tam prawie wcale, a te nieliczne, jakie są, nie kursują w ogóle planowo w weekendy i święta… Nie ma żadnej potrzeby umacniania przed powodzią brzegów rzek, bo nie ma rzek”.

Felietonista „GW” dołączył tym samym do grona tych ludzi mediów, którzy nie wytrzymali na zakręcie, wykazali inteligencką słabość oraz niezrozumienie mądrości etapu. Do malkontentów, którzy „przestawiają wajchę”, jak to określił premier.

Na zakręcie wytrzymuje jeszcze w zasadzie tylko redakcja „Polityki”. Tam rozumie się mądrość etapu, która tak wczoraj, jak i dziś (a należy się spodziewać, że też jutro i pojutrze) brzmi: zacisnąć usta, zatkać nos i uszy i wspierać rząd, no bo straszny Kaczor za rogiem… Niestety, „zmysł estetyczny zaczął dominować nad chłodną analizą” – ubolewają Mariusz Janicki i Wiesław Władyka.

Tych rozczarowanych do Platformy Janicki i Władyka określają mianem „pożytecznych idiotów” PiS. To leninowskie pojęcie robi ostatnio karierę przekraczającą granice świata „Polityki”. Często bowiem używa go wielu radykalnie propisowskich blogerów. Używają go wobec tych wszystkich, którym wprawdzie nie podoba się Platforma, ale którzy  nie przyjmują też tezy, iż tupolewa strącił „gruppenführer KAT” (Komorowski – Arabski – Tusk), a Polska jest pod okupacją.

Nienawiść może nie zbliża, ale upodabnia. Janicki i Władyka, a także propisowscy blogerzy mogliby spojrzeć w lustro i zastanowić się, czy we własnym obliczu nie dostrzegają rysów wroga… Ale nie sądzę, by to zrobili. Raczej uznają, że takie sugestie może formułować tylko… pożyteczny idiota.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Naciski się rozwiewają

16 sty 2011

Bogdan Wróblewski z „Gazety Wyborczej” jako pierwszy dziennikarz zwrócił uwagę na niezauważony dotąd fragment polskich uwag do raportu MAK. „Zgodnie z zapisem CRV (Cockpit Voice Recorder), odczytanym przez stronę polską, dowódca załogi zgłosił, po minięciu wysokości 100 metrów, że odchodzi na drugi krąg. Drugi pilot to potwierdził” – czytamy w polskich uwagach. I dalej: „załoga rozpoczęła procedurę odejścia na drugi krąg; „załoga próbowała – nieskutecznie – przerwać podejście”; „była to realizacja spóźnionej procedury odejścia na drugi krąg”.

Dotąd wiedzieliśmy, że to drugi pilot na 14 sekund przed katastrofą powiedział: „Odchodzimy”. I nic poza tym. To, że potem (tak wynikało z ówczesnego stanu wiedzy) nic się nie stało, komentowano jako poszlakę na rzecz tezy, że załoga tupolewa wprowadzona została w jakiś dziwny stan psychiczny. Oczywiście – przez naciski, presję psychiczną ze strony prezydenta itd.

Tymczasem dowiadujemy się, że specjaliści w Krakowie odczytali więcej z nagrań czarnej skrzynki. To kapitan Protasiuk 22 sekundy przed katastrofą wydał komendę: „Odchodzimy”. Drugi pilot tylko ją powtórzył. Wiele z tego wynika. Przede wszystkim: zachowanie załogi tupolewa staje się znacznie bardziej racjonalne, niż starano się to dotąd przedstawić. Piloci podjęli ryzykowny manewr podejścia do lądowania w warunkach, w których nie powinni tego robić, ale przerwali go w chwili, która wydawała im się ostatnim bezpiecznym na to momentem. Jaki z tego wniosek?

Ano taki, że jeśli nawet można mówić o jakiejś „presji”, to nie była ona tak niesamowita, żeby zachwiać instynktem samozachowawczym pilotów. Innymi słowy: teza o zzombifikowaniu załogi przez generała Błasika, dyrektora Kazanę czy też „pasażera numer jeden” została definitywnie obalona. I to na łamach „Wyborczej”, która dotąd dzierżyła palmę pierwszeństwa w lansowaniu tezy o nacisku jako przyczynie tragedii. Ale teraz, odkrywszy prawdę, nie schowała jej pod dywanem. Dziennikarzom „Gazety” należą się za to szczere wyrazy szacunku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O krok przed krwawą jatką

17 lis 2010

„Gazeta Wyborcza” entuzjastycznie relacjonowała działania tzw. Porozumienia 11 Listopada i przed Świętem Niepodległości nie sposób doszukać się na jej łamach śladu zaniepokojenia tym, że „antyfaszyści” mogą złamać prawo.
Bardzo ciekawe (piszę to bez ironii) są refleksje snute w środowisku „Gazety Wyborczej” po jedenastolistopadowych zadymach. Zadymach, w organizacji których „Gazeta” miała poczesny udział. Nie tylko przez akcję gwizdkową. Przede wszystkim poprzez konsekwentne, wielodniowe nagłaśnianie tematu, ogłaszanie, że Marsz Niepodległości to skandal. I – nade wszystko – demonstracyjnie życzliwe podejście do radykalnie lewicowych środowisk. Środowisk, które – na podstawie doświadczeń lat poprzednich, jak i stosowanej przez nie retoryki nie było trudno to przewidzieć – znowu podejmą działania zmierzające do fizycznego starcia z „faszystami”.

„Gazeta” entuzjastycznie relacjonowała działania tzw. Porozumienia 11 Listopada i przed Świętem Niepodległości nie sposób doszukać się na jej łamach śladu zaniepokojenia tym, że „antyfaszyści” mogą złamać prawo. A nie sposób uwierzyć, żeby – biorąc pod uwagę dobre relacje między reporterami „GW” a organizatorami zadym i poziom sympatii, a w jakimś stopniu utożsamienia się części młodszego pokolenia „Wyborczej” ze środowiskiem lewicowych aktywistów – plany blokowania legalnego marszu nie były znane w redakcji.

W tym kontekście inaczej wygląda sama akcja gwizdkowa. W sensie bezpośrednim prawa nie łamała. Ale jeśli założyć (a jak pisałem wyżej, jest to założenie logiczne), że na Czerskiej wiedziano o planach blokowania marszu, a zapewne przewidywano również i to, że „antyfaszystowscy” bojówkarze najprawdopodobniej zaatakują demonstrantów, to pozwala to zrozumieć akcję gwizdkową zupełnie inaczej. Jako celowe gromadzenie tłumu stanowiącego naturalne zaplecze dla bojówkarzy. Tłumu, od którego zadymiarze nie tylko otrzymywaliby psychiczne wsparcie, ale i w którym mogliby w razie potrzeby szukać ukrycia po to, by w stosownym momencie – przejścia do ataku – z niego się wynurzyć.

Dzielni chłopcy

Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” pisze o „antyfaszystowskich” bojówkarzach: „dzielni i zdeterminowani chłopcy w chustach na twarzach byli gotowi pokazać czynem to, do czego Seweryn Blumsztajn, »Gazeta Wyborcza« i całe Porozumienie 11 Listopada, włącznie z »Krytyką Polityczną«, nawoływali słowem”. I trudno nie przyznać mu racji.

W przeszłości w różnych sprawach (np. lustracyjnych) „Gazeta” niejednokrotnie przedstawiała wizję rzeczywistości, w myśl której najważniejsze nie jest poczucie sprawiedliwości, tylko litera prawa, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. I choć stanowisko to zostało już nadwątlone patronowaniem przez „GW” akcji odmawiania przedstawiania oświadczeń lustracyjnych za rządów PiS, to jednak nadal zajmowało istotne miejsce w ideologicznym kanonie „Wyborczej”.

Buntownicy z Czerskiej

Po 11 listopada ktoś stwierdził, że swoim postępowaniem w sprawie Marszu Niepodległości „Gazeta” raz na zawsze straciła moralne prawo do zajmowania takiego stanowiska i używania argumentu o wyższości prawa nad poczuciem sprawiedliwości. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po 11 listopada, po zadymach na ulicach Warszawy, po bestialskim skatowaniu przez „antyfaszystowską” bojówkę zmierzających do stolicy ONR-owców w środowisku „GW” zapanowała pewna konsternacja. Próbowano dać sobie z tym radę na różne sposoby.

„Sądziliśmy, że jak zwykle będziemy małą grupką z gwizdkami, która od skinów dostanie wycisk” – pisze Grzegorz Sroczyński. Co koresponduje ze stylem słownej perswazji, charakterystycznym dla „Gazety”, która relacjonując przygotowania do zadym, potrafiła użyć sformułowania, że „antyfaszyści” chcą się „buntować przeciw narodowcom”. To charakterystyczne: strona od swoich oponentów znacznie silniejsza (a od niesympatycznych mi skądinąd narodowców silniejsza wręcz kosmicznie) lubi stworzyć wrażenie, że jest prześladowaną mniejszością, czupurnymi rebeliantami.

„Gazeta ogłosiła po prostu wesoły happening, rozdała gwizdki. Jest to dokładnie to samo, co akcja »Posprzątaj kupę po swoim psie«” – przekonuje Sroczyński i chyba sam czuje absurdalność tego porównania, bo tłumaczy, że „Gazeta” „rozdając gwizdki, popełniła jeden błąd: nie zauważyła, jak bardzo Polska się zmieniła. My wciąż tępimy niedobitki oenerowców, a tu okazuje się, że „siły postępu” są bardzo liczne i mają równie agresywne bojówki” – z rozczulającą naiwnością konstatuje Sroczyński i zapowiada, że za rok „GW” wezwie do wygwizdywania anarchistów.

Mógłbym się dalej znęcać nad Sroczyńskim, bo postrzeganie – nawet przed 11 listopada – Polski jako areny nacjonalistycznej ofensywy jest ewidentnie aberracyjne i mówi wiele o atmosferze panującej w zamkniętym środowisku Czerskiej. Podobnie jak słowa Seweryna Blumsztajna, dla którego symbolem triumfu „antyfaszystów” jest to, że „wołali: „Krakowskie jest nasze!”. To symboliczna scena, bo Krakowskie Przedmieście w latach 30. było królestwem ONR. Żyd w jarmułce nie bardzo mógł się tam pokazać”.

Dziś czołowy intelektualista obozu, wielokrotnie deklarującego, że przyszłość jest wszystkim, a przeszłość jest niemal nieistotna, uważa najwyraźniej za ważny sukces swojego środowiska zwycięską (?) bitwę z duchami sprzed siedemdziesięciu paru lat.

Wyrzuty sumienia

Ale zostawmy to, bo po 11 listopada ze strony „GW” padły też słowa – teraz już bez ironii – roztropne i ważkie. A sam Blumsztajn – skądinąd pomysłodawca akcji gwizdkowej – w czasie dyskusji zorganizowanej w należącym do „Krytyki Politycznej” lokalu zdradził: „mam sam wyrzuty sumienia, czy publikując swój tekst „wygwiżdżmy ich z miasta”, nie przekroczyłem granicy”. Bo „przez ten mikrofon („antyfaszystów” – P. S.) słyszałem mowę nienawiści”. No i dlatego, że „jak było się na tej manifestacji, to były takie momenty, że się nie wiedziało, czy stoisz wśród kiboli, czy wśród antify. Siły postępu wyglądały dość podobnie do sił zła”.

„Bardzo trudno sobie wyobrazić przyszły rok i następny rok, i następny rok, bo scenariusz jest dość jasny: to znaczy, w przyszłym roku zmobilizujemy więcej ludzi, oni też więcej ludzi; może być i też trochę bardziej krwawo, i tak dalej. Chciałem wam uświadomić, że tak naprawdę scenariusz, który myśmy wszyscy razem wymyślili tutaj, jest scenariuszem, który nie prowadzi donikąd” – konkluduje Blumsztajn. A Agata Nowakowska pisze jasno, dokąd ten scenariusz prowadzi: „Pomysł z blokadami pochodów narodowców musi się skończyć krwawą jatką. Jak nie za rok, to za dwa lata”.

To słuszna refleksja. Wypada odnotować ją z satysfakcją. Warto byłoby jednak, aby koledzy z „Wyborczej” zastanowili się nad tym, czy jest to refleksja wystarczająca. „Dla mnie tą granicą jest odwoływanie się do pewnej tradycji, która jest tradycją antysemicką, rasistowską i ksenofobiczną, i która powinna być po prostu zakazana” – mówił na wzmiankowanym powyżej spotkaniu Seweryn Blumsztajn. Na miejscu kolegów z „Gazety” zastanowiłbym się nad tym, czy pielęgnowanie w sobie przekonania, że jest się uprawnionym do orzekania, iż jakaś nielubiana (również przeze mnie) tradycja powinna być zakazana, nie może być przyczyną ewentualnej przyszłej krwawej jatki w stopniu co najmniej równym, co niebaczne wpisanie się w lewackie zadymy.

To byłaby refleksja trudna. Ale gdyby wypadki z 11 listopada skłoniły do niej czołówkę „GW”, przyszłość polskiej demokracji (a i Polaków jako wspólnoty) rysowałaby się trochę bardziej optymistycznie.

[i]Autor jest współpracownikiem „Rzeczpospolitej”. Był m.in. prezesem PAP[/i]


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop