Obowiązek wzmożonej czujności

20 kwi 2012

„Premier swoimi twardymi słowami wywołał popłoch w szeregach PiS, o czym świadczy nieskładna, bezradna odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego” – wyraziła się na polityka.pl Janina Paradowska, dziennikarka z definicji apartyjna, z definicji obiektywna i z definicji zrównoważona.

Warto to odnotować, bowiem jak dotąd nawet w największych emocjach żaden polski dziennikarz, niezależnie od politycznej opcji, nie uległ do tego stopnia starej, ale jak widać możliwej do ożywienia poetyce „towarzysz Stalin w swoim wiekopomnym przemówieniu przygwoździł trockistowsko-bucharinowskich najmitów faszyzmu…”

W „Gazecie Wyborczej” Paweł Wroński przestrzega profesora Kleibera, który ośmielił się zapostulować dyskusję między naukowcami z komisji Millera a profesorami wspierającymi zespół Macierewicza.

„Kleiber uważa, że naukowiec z naukowcem dogadają się na gruncie twardych danych. Nie dostrzega, że równocześnie podważa to, co ustaliły dotąd komisja Millera i prokuratura” – czujnie zauważa Wroński. Jak na razie profesor Kleiber winny jest więc chyba tylko politycznej ślepoty („ślepi jesteście jak kocięta, nie potraficie demaskować wrogów” – zauważył kiedyś melancholijnie Josif Wissarionowicz), ale jak uczy historia, od tego bardzo już blisko do statusu wroga. Strzeżcie się, profesorze Kleiber, za moment okaże się, że już 15 lat temu zwerbował was wywiad japoński, 10 lat temu – niemiecki, a 5 lat temu – paragwajski.

Charakterystyczna stylistyka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Karta Polaka, karta wolności

19 kwi 2012

Myliłby się ten, kto kolejne dyskryminacyjne przepisy, wymierzane na Białorusi w posiadaczy Karty Polaka uznałby za efekt przeczulenia młodego narodu, przez wieki zdominowanego przez naród większy i starszy, bojącego się powrotu tej dominacji. Takie zjawisko oczywiście na Białorusi istnieje, ale szykanowanie posiadaczy Kart wynika przede wszystkim z czegoś innego.

Podstawowej przyczyny należy szukać w wewnątrzbiałoruskiej polityce i w stosunku Polski do Łukaszenki. Mińska dyktatura organicznie nie jest w stanie tolerować sytuacji, w której jakakolwiek grupa obywateli jest od niej niezależna. A Karta Polaka daje jej posiadaczowi pewne elementy takiej niezależności. Łukaszenkowcy reagują na to alergicznie, ale tak samo reagowaliby, gdyby np. w miejsce tej karty obywatele Białorusi, bez różnicy pochodzenia, mogli otrzymywać np. „legitymację sympatyka Unii Europejskiej” dającą im na terenie UE podobne przywileje, co KP.

Kolejne polskie rządy krytykują – słusznie – sytuację na Białorusi i wspierają tamtejszą demokratyczną opozycję. Reżim reaguje na to, co naturalne, wrogo, minister Sikorski w łukaszenkowskiej propagandzie odgrywa wręcz rolę dyżurnego czarnego charakteru. Walka z Kartą jest elementem tej sytuacji.

Wreszcie – dla reżimu propagandowo wygodne jest sugerowanie, że białoruscy Polacy to potencjalna V kolumna. Pozwala im to bowiem łączyć wewnętrzną walkę z demokratami z rzekomym zagrożeniem zewnętrznym.

Karta Polaka nadaje się więc do używania przez łukaszenkowską propagandę, ale gdyby pojawiły się głosy mówiące, iż z tego powodu należy zaprzestać jej przyznawania, nie należałoby ich słuchać. Nie tylko dlatego, że wolna Polska zrobiła dotąd niewiele dla rodaków ze Wschodu, a Karta jest tu chlubnym wyjątkiem. Przede wszystkim dlatego, że jej przyznawanie jest jednym z niewielu będących w dyspozycji Rzeczpospolitej środków, za pomocą których można poszerzać zakres wolności przynajmniej części obywateli Białorusi. Nie możemy w tej sprawie zrobić wiele, a więc róbmy przynajmniej to, co możemy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Smoleńsk przestaje straszyć

18 kwi 2012

„Wyniki jednego sondażu – to jeszcze nie jest żadna wiadomość” – brzmi podstawowa zasada badaczy opinii. Warto o niej pamiętać.

Tym niemniej wyniki ostatniego sondażu Homo Homini dla Wirtualnej Polski są na tyle ciekawe, że warto poświęcić im chwilę uwagi. Warto, bo jest to pierwsze badanie opinii, zrobione po piątkowym starciu w Sejmie. Po przemówieniu Donalda Tuska, w którym zarzucił PiS-owi, iż proponując uchwalenie listu do władz rosyjskich w sprawie smoleńskiego wraku partia ta popełniła narodową zdradę, a jej politycy „budują karierę na grobach zmarłych” i po emocjonalnej odpowiedzi Jarosława Kaczyńskiego („pan się zapisze w historii razem z tymi, którzy są na polskiej liście hańby”.

Sondaż zrealizowano 17 kwietnia, a więc również po, wynikających z piątkowej debaty, innych agresywnych i emocjonalnych wypowiedziach polityków obu głównych partii. Dość powszechnie przyjmuje się, że całą sytuacja była wyreżyserowana przez Tuska, który widząc załamanie strategii zamilczania sprawy smoleńskiej i obawiając się, że skorzysta na tym PiS, postanowił (dodajmy, że skutecznie) sprowokować Kaczyńskiego do emocjonalnej reakcji. Liczył na sprawdzony wielokrotnie efekt strachu centrowych wyborców, którzy przerażeni „wybuchem smoleńskiego szaleństwa” masowo poprą Platformę (której notowania w sondażach WP spadały konsekwentnie od grudnia).

Jeśli istotnie takie były kalkulacje Tuska, to badanie WP świadczy, że się nie sprawdziły. PO odnotowało w nim bowiem trzyprocentowy przyrost i zostało poparte przez 30 procent ankietowanych, ale o dwa procent urosły też notowania partii Kaczyńskiego. Innymi słowy – poparcie dla obu głównych partii pozostało praktycznie takie same. Nie nastąpił efekt spektakularnego przełamania, na który najwyraźniej liczył premier.

Jeśli więc badanie dla Wirtualnej Polski potwierdzą inne sondaże, będzie to oznaczać, że stara i sprawdzona metoda budowania większości wokół Platformy poprzez budzenie strachu przez PiS przestaje być skuteczna. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość naprawdę zradykalizowało swoją narrację, naprawdę oskarża rządzących o zdradę i związek z domniemanym zamachem w Smoleńsku.

Politycy tej partii w ciągu ostatnich paru dni naprawdę zachowują się tak, jakby chcieli potwierdzić opinię, żywioną o nich przez centrowych wyborców jako o niebezpiecznych radykałach owładniętych smoleńską manią. Ale, jak się okazuje, ten wizerunek odrzuca już centrystów znacznie mniej, niż jeszcze niedawno. Nie razi już ich na tyle, by masowo powrócili pod platformerskie proporce. Smoleńsk przestaje straszyć.

W poniedziałkowej „Rz”, w tekście „Tusk w czarnej dziurze”, pisałem , że smoleńskie kompromitacje i matactwa władz zaczynają docierać do coraz większej liczby Polaków i wpływać na ich polityczne wybory, a „sondaże dopiero zaczynają wychwytywać dziejący się w głowach wielu ludzi proces”. Wydaje się, że badanie Wirtualnej Polski potwierdza tę diagnozę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Putin i Bestia

Żyjemy w czasach trudnych, wielu przywodzących na myśli ostateczne, a w tej godzinie ma się pojawić Bestia. Naturalne jest więc, iż wertujemy Księgi i zastanawiamy się, czy jest już między nami, a jeśli tak, to jaką przybrała postać.

Wśród zainteresowanych tym tematem jest protojerej Wsiewołod Czaplin, w patriarchacie moskiewskim głowa wydziału ds. relacji Cerkwi ze społeczeństwem i w ogóle twarz rosyjskiego prawosławia. Jest, a raczej był, bo odpowiedź znalazł.

Antychrystem jest mianowicie Borys Abramowicz Bierezowski, upadły oligarcha, w latach 90. szara eminencja rosyjskiej polityki.

– Nawet to, co on dzisiaj wygaduje, jest całkowicie zgodne z wieloma proroctwami opisującymi Bestię apokaliptyczną – zauważa o. Czaplin (Bierezowski na swym londyńskim wygnaniu zajmuje się głównie wygrażaniem Putinowi; oskarża go m.in. o to, że po objęciu władzy kazał służbom dokonywać w Rosji aktów terroru, by mieć pretekst do ataku na Czeczenię i ograniczenia demokracji). To dziś, bo jutro Bierezowski, który – jak podkreśla Czaplin – jest „utalentowany, zdecydowany i inteligentny”, ma pełne szanse nauczyć się „dokonywać fałszywych cudów”.

Tak dostojnik Cerkwi zareagował na to, że Bierezowski (który jest Żydem, ale kilka lat temu przyjął prawosławny chrzest) zapowiedział utworzenie antyputinowskiej partii chrześcijańskiej.

Czaplin śmiało dołączył w ten sposób do propagandowej linii części zwolenników władz, którą rockowa grupa Niesczastnyj Słuczaj, tylko trochę przesadzając, w parodiującym putinowsko-nacjonalistyczne wyznanie wiary utworze oddaje słowami refrenu: „protiw nam – orda i t’ma (przeciw nam – Orda i mrok), z nami – Putin i Christos”.

A sam Bierezowski może czuć się awansowany. W putinowskiej propagandzie i popkulturze odgrywał dotąd rolę, którą za Stalina przypisywano Trockiemu, a w „Folwarku zwierzęcym” Orwella knurowi Chyżemu – rolę byłego dygnitarza, wroga stojącego za wszystkim, co w Rosji czy na Folwarku dzieje się złego. Rola to demoniczna, ale ograniczona. Bestia – to jednak inna skala…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

„Antykomor” na wojnie

13 kwi 2012

Ujmując to łagodnie, nie jestem fanem poetyki stron w rodzaju „antykomor.pl”. Ujmując to dosadniej – ta strona jest po prostu chamska, a część umieszczonych na niej treści była rzeczywiście obraźliwa dla prezydenta Rzeczpospolitej.

Trwająca od kilku lat, niesłychanie destrukcyjna dla naszego kraju wojna polsko-polska owocuje obustronną erupcją nienawiści. „Antykomor” jest jednym z efektów tej wojny, i jest tak samo chorobliwy i szkodliwy, jak ona sama.

Powiedziawszy to muszę stwierdzić iż decyzja prokuratury o postawieniu twórcy „antykomora” zarzutów jest moim zdaniem decyzją szkodliwą i złą, a w jakimś sensie również skandaliczną.

Jest szkodliwa i zła – bo tę polsko-polską wojnę zaognia. Bo podejmując ją prokuratura wpisuje się w wizję polskiej rzeczywistości, w myśl której panuje u nas obecnie ukryta dyktatura, a wszystkie organa państwa są jej agendami, służącymi do prześladowania inaczej myślących.

Jest szkodliwa i zła również dlatego, że w zbiorowej pamięci Polaków wciąż tkwi wspomnienie o 45 latach PRL i ówczesnych postawach. Wysyłanie sygnałów takich, jak zarzuty dla „antykomora”, może uaktywnić te postawy. A chodzi z jednej strony o postawę oporu i odrzucenia własnego państwa, a z drugiej – o postawę konformistyczną. Obie są szkodliwe dla społeczeństwa.

Ś.p. Lech Kaczyński nie był prezydentem ponadpartyjnym. Nie był jednak również człowiekiem małostkowym. Rozumiał też dobrze, gdzie kończy się troska o majestat urzędu, a zaczyna śmieszność. Kiedy prokuratura stawiała zarzuty bezdomnemu, który obrzucił go obelgami, kancelaria prezydenta publicznie uznała to za żenującą nadgorliwość.

Uważam, że prezydent Komorowski powinien pod tym względem pójść w ślady swojego poprzednika. Prokuratura nie podlega ani rządowi, ani prezydentowi. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby głowa państwa sformułowała publicznie opinię, iż twórca „antykomora” nie powinien odpowiadać karnie.

Jeśli tego nie zrobi, da kolejny asumpt do przypuszczeń, iż rzeczywistość wojny polsko-polskiej po prostu bardzo mu odpowiada.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Klątwa katyńska trwa?

12 kwi 2012

Być może optymiści mają rację.

Być może doniesienia „Moskowskich Nowosti” ze Strasburga o polskiej przegranej w sprawie katyńskiej to tylko tworzenie zasłony dymnej przed wyrokiem, który ostatecznie będzie w większości punktów korzystny dla naszego kraju. Ale nawet jeśli tak, to zwolennicy polsko-rosyjskiego pojednania i w ogóle ci, którzy dobrze życzą Rosji, mają powód do zmartwienia.

Bo jest truizmem, że ani tego pojednania, ani Rosji naprawdę wolnej nie będzie dopóty, dopóki kraj Przyjaciół Moskali nie rozliczy się ostatecznie z krwawymi kartami swej historii. Sprawa katyńska to ważny element tych rozliczeń. To, że zbrodni tej dokonało NKWD na rozkaz z Kremla, władze rosyjskie uznały wielokrotnie – ustami prezydentów Jelcyna i Miedwiediewa, premiera Putina, uchwałą Dumy.

Ale zarazem fakt ten jest stale kwestionowany w mediach i dla większości Rosjan wcale nie jest oczywisty. Odwrotnie – w ciągu ostatniego roku odsetek Rosjan uważających, że w Katyniu mordowali Niemcy, wzrósł z 18 do 24 procent, odsetek uznających zaś, że rozstrzeliwało NKWD, spadł z 35 do 34.

W tej sytuacji jakakolwiek niejasność w orzeczeniu Trybunału, jakikolwiek element polskiej przegranej – nawet gdyby dotyczyła ona tylko jednego elementu skargi, a we wszystkich pozostałych rodziny katyńskie wygrałyby – posłużyłby rosyjskim przeciwnikom destalinizacji do dalszego zaciemniania sprawy, kwestionowania oczywistości i robienia współobywatelom wody z mózgu.

We wstrząsającym filmie dokumentalnym Aleksandra Kuprina o poligonie w podmoskiewskim Butowie, gdzie za czasów terroru rozstrzelano i pochowano ponad 20 tysięcy osób, mówi się o tym, jak dziesięciolecia później pilnujący tego nieużywanego już obiektu żołnierze (niemający żadnego związku z tym, co działo się tam przedtem) bez jasnej przyczyny załamywali się psychicznie. I wieszali się na drzewach wyrosłych na grobach pomordowanych.

Cała Rosja to wielkie Butowo. A bez przyjęcia jednoznacznej prawdy o Katyniu rosyjskie społeczeństwo nie zrzuci tej klątwy. Dlatego tak wiele zależy od jednoznaczności werdyktu Trybunału.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grass, czyli symbol

08 kwi 2012

Guenter Grass dostał zakaz wjazdu do Izraela, i ten dzień może w przyszłości być uznany za datę symboliczną. Trudno bowiem o ostrzejszy i bardziej symboliczny przykład procesu, w wyniku którego Izrael i zachodnia (w tym niemiecka) lewica przechodzą na pozycje wzajemnej jednoznacznej wrogości.

Można zdumiewać się niewrażliwością i manią wielkości Grassa – bo chyba tylko tym można wytłumaczyć fakt, że będąc Niemcem i byłym żołnierzem Waffen-SS, który przez całe prawie życie ukrywał ten ostatni fakt, nie odczuwał on nic niewłaściwego w brutalnym zaatakowaniu żydowskiego państwa. Można dziwić się intelektualnemu poziomowi noblisty, który jak się wydaje na serio uznaje żydowską wysepkę w muzułmańskim morzu za zagrożenie dla pokoju, a wielokrotnych wypowiedzi prezydenta Iranu o konieczności zmiecenia Izraela z powierzchni ziemi nie zauważa – bo albo jest mu to wygodne, albo po prostu nic o nich nie wie.

Ale zarazem nie sposób dziwić się ogólnemu kierunkowi, w którym zmierzają relacje Izraela i zachodniej lewicy. Niechęć tej ostatniej wobec państwa żydowskiego, i tak silna, dalej rośnie i w niektórych przypadkach osiąga poziom nienawiści.

I łatwo to wytłumaczyć. Konstytutywnym elementem tożsamości zachodnioeuropejskiej lewicy jest osiągający chorobliwe rozmiary antyamerykanizm. A Izrael i USA związane są bardzo silną więzią o strategicznym charakterze. W dodatku na amerykańskiej prawicy silny jest nurt bezwarunkowego wsparcia dla państwa żydowskiego, wsparcia motywowanego dość egzotycznymi względami o religijnym charakterze, co europejskich lewicowców musi drażnić w dwójnasób. Jeśli do tego dodać, również konstytutywny dla lewicy, mit „biednego Trzeciego Świata”, bez przerwy krzywdzonego przez zachodnich eksploatatorów, to rezultat jest oczywisty. Izrael nie tylko ląduje na ławie oskarżonych, nie tylko wszystko, co robią jego władze, jest z definicji złe albo co najmniej podejrzane (z islamskimi reżimami jest odwrotnie – wobec nich w myśleniu europejskich lewicowców obowiązuje domniemanie dobrych intencji, przynajmniej jeśli chodzi o ich relacje z Izraelem, Zachodem czy też miejscowymi chrześcijanami). Myślenie europejskich lewicowców idzie już w znacznie bardziej radykalnym kierunku. Tego nie mówi się głośno, ale w zasadzie po prostu Izrael nie ma prawa do istnienia – jako „zachodnia kolonia, skierowana przeciw miłującym pokój ludom Trzeciego Świata”.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że Grass – na takim poziomie intelektualnym, jaki jest mu właściwy – napisał to, co napisał.

Stwierdziwszy to, można oczywiście oddać się smutnej refleksji nad intelektualnym upadkiem europejskiej lewicy. Zastanowić się nad faktem że nie jest ona w stanie wydobyć się z programowego narożnika, w jaki wpędziła się, wybierając niegdyś „Trzecią Drogę” Blaira-Schroedera, rezygnując z reprezentowania interesów europejskich warstw plebejskich. Straciła tym samym najważniejszy czynnik, odróżniający ją od establishmentowej prawicy, i w efekcie rozpaczliwie poszukuje nowych takich czynników – z antyizraelskością na czele.

Ale to już inny temat.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Profesjonaliści w działaniu

05 kwi 2012

W cieniu kolejnych odcinków pochłaniającego Polaków spektaklu pt. „Co nowego u rodziców Madzi z Sosnowca” większości obserwatorów umknęła rozbrajająca deklaracja Hanny Gronkiewicz-Waltz

W Radiu TOK FM panią prezydent zapytano o przyczyny zmniejszenia dotacji dla warszawskich teatrów (co oznacza zagładę dla części tych placówek, dla innych – konieczność odejścia od kultury poważnej w stronę wodewilowej komercji, a dla wszystkich – podwyżkę cen biletów). Gronkiewicz szczerze stwierdziła, że „pieniądze ze zmniejszonych dotacji dla stołecznych teatrów trafią na organizację Strefy Kibica Euro 2012 przed Pałacem Kultury i Nauki”.

Ktoś mógłby się tu zdziwić i przypomnieć, że jeszcze bardzo niedawno krajowy koordynator stref kibica w spółce PL.2012 mówił, iż owe strefy mają wszelkie dane, by się samofinansować. Ale tak zareagować mógłby tylko ktoś, kto kompletnie nie śledzi tego, co się dzieje w Warszawie. W mieście, w którym budowa metra opóźniła się o wiele miesięcy, na skutek nieudolności stołecznych władz przy załatwianiu administracyjnych zezwoleń. W mieście, w którym znacząco urosła liczba urzędników ratusza. W którym w tym samym czasie dokonuje się rozpaczliwych oszczędności na oświacie, zarazem zwiększając o prawie połowę wydatki na promocję miasta (zapewne za te pieniądze wszystkie chyba pionowe powierzchnie w stolicy obwieszono kretyńskim obrazkiem Chopina z trampkami na szyi). W mieście, w którym… i tak można by jeszcze długo.

Bo jak powszechnie wiadomo, w stolicy rządzi partia profesjonalistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak skończy Miller?

01 kwi 2012

Leszek Miller ostatnio zaskakuje.

Były sekretarz PZPR spotyka się z protestującymi związkowcami z „Solidarności” i… śpiewa z nimi „Mury” Kaczmarskiego, nieformalny hymn dawnych antykomunistów. Narzuca SLD ostro antyrządową politykę w kwestii emerytur. Wreszcie — pogardliwie określa palikociarnię mianem „naćpanej hołoty”.

Wytłumaczyć to łatwo. Niegdysiejszemu „kanclerzowi” zagraża Palikot, mający więcej szans na odegranie roli wodza lewicy. Palikot wspiera rząd w kwestii emerytur, Miller musi się od niego ostro odróżnić. W dodatku „człowiek z penisem” w walce z Millerem wykorzystuje sprawę tajnych więzień CIA i chce oddać byłego premiera prokuratorowi, więc liderowi SLD puszczają nerwy.

Ale w polityce nawet spory, w którym strony pierwotnie tak naprawdę strategicznie nie różnią się bardzo od siebie, a dzielą je kwestie taktyczne czy personalne, potrafią rodzić poważne skutki.

Warto zauważyć, że logika sytuacji pcha Millera do wojny z salonem III RP. Salonem, którego ulubieńcem jest Palikot. Zwłaszcza, że były premier znajduje się zarazem w stanie długotrwałej wojny, podlanej silną niechęcią osobistą, z inną pieszczoszką salonu – Magdaleną Środą. Jednocześnie „palikociarnia” wysyca niszę wyborców lewicowych kulturowo, skłonnych zaś do liberalizmu gospodarczego. Jest to niedawne stanowisko samego Millera, który kilka lat temu nawrócił się na radykalnie wolnorynkowe myślenie. Ale teraz logika podziału wymusza na nim zwrócenie się gdzie indziej – ku lewicy społecznej, związkowej. A plebejusze są są w Polsce tradycjonalni, często związani sentymentalnie z dawną „S”. Zdobycie ich sympatii jest dla Millera warte odśpiewania „Murów”…

Warto odnotować tę ewolucję Millera. Za chwilę wiatry mogą zdmuchnąć go ze sceny, albo kazać mu podążać w innym kierunku. Ale nie sposób wykluczyć, że pod jego wodzą powstanie jakiś polityczny byt, łączący społeczną lewicowość z niechęcią wobec salonu, i perspektywicznie będący możliwym koalicjantem bardziej dla Kaczyńskiego, niż dla Tuska. Mało prawdopodobne? Zapewne. Niemożliwe? Nie sądzę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Małość

30 mar 2012

Lech Wałęsa przekroczył kolejną granicę.

- Jeśli zdenerwują stronę rosyjską i oni ujawnią rozmowy telefoniczne, no to zobaczymy, jak ci ludzie będą wyglądać. Ja się dziwię, że Putin, i inni, jeszcze nie wkurzył się i nie pokazał prawdy o tym, kto jest sprawcą i jak to się naprawdę stało – tak w programie Moniki Olejnik były prezydent skomentował organizowane przez PiS brukselskie wysłuchanie publiczne nt.katastrofy smoleńskiej.

Nie jestem zwolennikiem teorii zamachowych, a upowszechniający je wywołują moje zdziwienie. Natomiast Lech Wałęsa budzi we mnie abominację. A określenie to stosuję, by nie użyć polskich synonimów, które są jednak chyba nie na miejscu w portalu poważnej gazety.

Wałęsa przyzwyczaił nas do swoich narastających, hmm… określmy to mianem intelektualnych ekstrawagancji. Między innymi dlatego reakcją na jego kolejne zdumiewające wypowiedzi jest coraz częściej milczenie.
Ale teraz milczeć trudno.

Jeśli po wszystkim, co działo się w sprawie katastrofy smoleńskiej, po upadnięciu wszystkich już nawet nie dowodów, ale poszlak pozwalających twierdzić, jakoby Lech Kaczyński lub ktokolwiek naciskał na pilotów Wałęsa publicznie sugeruje – bo tylko tak można to rozumieć – że sprawcą katastrofy był śp.prezydent, a zapewne też i jego brat, który oczywiście przez telefon kazał mu lądować, to niestety świadczy to, że niegdysiejszy lider strajku w Stoczni kieruje się nienawiścią. Nienawiścią, której ani potrafi, ani nie chce opanować. Nienawiścią, która – jak to nienawiść – zaślepia.
Jeśli w dodatku na arbitra wewnątrzpolskich sporów pasowany jest rosyjski prezydent, na którego interwencję Wałęsa wyczekuje i którą przyjąłby z radością (miałby on przecież „pokazać prawdę”…), to najłagodniejszym komentarzem mogłoby być przypomnienie, że nienawiść potrafi doprowadzić do granicy narodowej zdrady.
Nie uwierzyłbym, gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że w przyszłości moim podstawowym skojarzeniem z nazwiskiem Wałęsy będzie słowo – małość.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop