Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Kłamstwo przeszczepowe

6 kwi 2010

Dziś, na podstawie oficjalnych danych, można już stwierdzić, że kryzys polskiej transplantologii rozpoczął się przed objęciem władzy przez PiS. I z całą pewnością nie spowodował go minister Ziobro

Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Nie sposób nie zadumać się nad trafnością tej maksymy szefa nazistowskiej propagandy, kiedy przypomnimy sobie opozycyjno-medialną kampanię lat 2005 – 2007. Kiedy zobaczymy, co po latach zostało z odpalanych wtedy z potęgą artyleryjskiego ognia zarzutów. A zwłaszcza, kiedy zdamy sobie sprawę z trwających do dziś efektów tej kampanii w świadomości społecznej.

Weźmy na przykład jedną z głównych zbrodni kaczystowskiego reżimu, którą było – jak dobrze wszyscy pamiętamy – doprowadzenie do zapaści polskiej transplantologii.

Przypomnijmy – gazety pełne były dramatycznych opisów umierających chorych. Telewizje na wyścigi pokazywały zdesperowanych chirurgów z narzędziami w bezczynnych rękach, dyżurujących w ziejących pustką salach operacyjnych.

Minęły lata. I przekonanie, że tak było w istocie, że CBA i minister Ziobro, zatrzymując – oczywiście najzupełniej niesłusznie i najzupełniej niewinnego – doktora G., doprowadzili do drastycznego spadku transplantacji, stało się przekonaniem powszechnym, niemal truizmem. Ostatnio – jako truizm właśnie – powróciło w filmie „Władcy marionetek” Tomasza Sekielskiego. Kamera towarzyszyła panu, który domagał się przeprosin od Zbigniewa Ziobry, bo w 2007 roku przez jakiś czas nie było dla niego wątroby.

Czytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na placu Czerwonym być trzeba

29 mar 2010

Prezydent Kaczyński powinien znaleźć się w Moskwie 9 maja. A jeśli on, to i Kompania Honorowa Wojska Polskiego

Piotr Zychowicz uważa, że Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego nie powinna jechać do Moskwy na rocznicę kapitulacji III Rzeszy („Święto rosyjskiego imperializmu”). Bo ZSRR nas krzywdził. I bo z okazji święta mają w Moskwie zawisnąć plakaty ze Stalinem (nb. z tego władze rosyjskiej stolicy już się wycofały).

Jednocześnie wyjazd do Moskwy rozważa Lech Kaczyński. I sygnały dobiegające z Kancelarii Prezydenta wskazywały, że jego decyzja będzie pozytywna, gdy sytuację zakłóciła informacja, iż na plac Czerwony zaproszony został też generał Jaruzelski (jako jedna z byłych głów państw koalicji antyhitlerowskiej osobiście walczących na wojnie). W tej sytuacji wielu zaczęło odradzać prezydentowi wyjazd. Uważam, że niesłusznie, że prezydent powinien polecieć do Moskwy, i że oddział WP też powinien się tam znaleźć.

Czytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska, kraj cenzury

12 mar 2010

Kiedy sąd nakazał profesorowi Zybertowiczowi przeprosić Adama Michnika za stwierdzenie, iż twórca „Wyborczej” „wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniach, to teraz mam rację” oczywiście oburzyłem się i zaniepokoiłem. Wyrok ten bowiem wpisywał się w falę pedagogiki społecznej, mającej uniemożliwić krytykę czołowych postaci establishmentu IIIRP, a krytykujących zestygmatyzować, moralnie wyjąć spod prawa i pokazowo ukarać. W falę, która składa się z wielu innych wyroków – przypomnijmy choćby orzeczenie sądu na mocy którego Lech Wałęsa nie musi przepraszać reżysera Grzegorza Brauna za to, że nazwał go „usłużnym dziennikarzem”, a także np. ze sprawy historyka Pawła Zyzaka, zmuszonego do noszenia skrzynek w bielskim supermarkecie.

Wyrok w sprawie Zybertowicza oburzył mnie więc, ale zarazem zastanawiałem się, czy profesor nie przesadził. Czy gdyby zamiast „Michnik powtarzał” powiedział „Michnik sugerował”, wyrok nie byłby inny. Krótko mówiąc – zastanawiałem się, czy polemiczny temperament jednak nie za bardzo profesora poniósł.

Teraz jednak widzę, że nie miałem racji. Linia orzecznictwa posunęła się bowiem o krok dalej. Mamy kolejny wyrok. Sąd nakazał oto Zybertowiczowi przeprosić Michnika za rzekome „podanie nieprawdy” w słowach: „swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca”.

Intencja Zyberowicza jest jasna – obrońcą agentów nazwał Michnika.

Czy w świetle całej dotychczasowej linii publicystyki szefa „Wyborczej”, jego radykalizmu w zwalczaniu lustracji, wielokrotnemu dawaniu wyrazu poglądowi, iż grzebanie się w sprawach dawnej agentury jest działalnością paskudną i mogącą rozpętać ciemne moce, nazwanie go obrońcą agentów można uznać za „podanie nieprawdy”?

Żeby tak uczynić, trzeba zamknąć oczy na fakty. Żeby tak uczynić, trzeba narazić się na śmieszność. Ale jak widać, przy pewnej dozie determinacji można tak zrobić.

W Polsce buduje się rzeczywistość cenzorską. Ci, którzy są nawet dalecy od poglądów Zybertowicza, Brauna czy Zyzaka, ale dla których zarazem wolność słowa i opinii jest czymś naprawdę ważnym, powinni wreszcie to dostrzec.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Społeczeństwo radosnych dzieciaków

9 mar 2010

Zapowiadane przez Platformę Obywatelską obniżenie wieku wyborczego do 16 lat (na razie w wyborach lokalnych, ale z czasem…) wpisuje się dobrze w wyborczą strategię tej partii i popierających ją sił opiniotwórczych. Oprócz dopuszczenia do urn nastolatków w skład kompleksu dyskutowanych i lansowanych rozwiązań wchodzi przede wszystkim głosowanie przez Internet i wydłużenie czasu trwania wyborów na dwa dni.

Intencja sugerowanych zmian bije po oczach – chodzi o zwiększenie odsetka wyborców z grup uważanych za bardziej proplatformerskie (czy raczej: antypisowskie, ale jak dotąd to jedynie teoretyczne rozróżnienie). Czyli – właśnie – wyborców najmłodszych. Czyli wyborców wielkomiejskich i bogatszych, którzy często spędzają weekend poza domem i trudno im się wybrać do lokalu. Czyli wszystkich tych, którzy nie mają we krwi odruchu, aby w wyborczą niedzielę wprowadzić do swego kalendarza wizyty w komisji.

A wśród takich właśnie wyborców mamy, z różnych przyczyn, nadreprezentację przeciwników PiS i w ogóle wyborców skłonnych do wsparcia swym głosem kandydatów i ugrupowań kojarzących się raczej z afirmacją, a nie kontestacją współczesności.

Choć polityczna intencja proponowanych zmian jest oczywista, nie znaczy to zarazem, aby wszystkie one były z gruntu niesłuszne, i aby miały przynieść wyłącznie negatywne skutki. Uważam tak, choć rozumiem na przykład zastrzeżenia, formułowane kiedyś przez Jarosława Kaczyńskiego. Stawiał on znak zapytania nad tym, czy należy rzeczywiście aż tak się gimnastykować, żeby ułatwić udział w wyborach tym, którym dla zrealizowania najważniejszego obywatelskiego prawa nie chce się podjąć wysiłku tak niewielkiego, jakim jest osobiste pójście do lokalu komisji wyborczej.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pendrive’owy test dla demokracji

9 mar 2010

Jeśli prawdziwe są informacje RMF o tym, że Marcin Rosół przygotowywał do przesłuchania przed komisją śledczą Mirosława Drzewieckiego, a także parlamentarzystów PO, to dowodzi to co najmniej trzech rzeczy
Po pierwsze – słuszna była teza, którą postawiłem na łamach „Rzeczpospolitej” kilka tygodni temu. Teza, iż istnieje ukryty platformerski ośrodek, koordynujący zeznania świadków w aferze hazardowej i działania platformerskich członków komisji.

Po drugie – Rosół, jak się okazuje, jest częścią tego ośrodka. A to już dowodzi czegoś więcej. Jeśli bowiem taką rolę pełni jeden z najbardziej czynnych w aferze urzędników, to oznacza to potwierdzenie tezy, że Platformie – i dominującemu w niej niemal bez reszty Donaldowi Tuskowi – nie zależy na jej wyjaśnieniu nawet w najbardziej ograniczonym zakresie. Że afera hazardowa nie jest aferą Mira i Drzewka, tylko aferą Platformy. Że groźne miny premiera i usuwanie skompromitowanych działaczy poza politykę to był po prostu teatr.

I po trzecie – jeśli do przygotowywania posłów Marcin Rosół wykorzystywał prywatnego pendrive`a, to znaczy że czuł się absolutnie bezpieczny. Że nawet na chwilę nie dopuścił do siebie myśli, iż jakaś państwowa służba może mu zawartość tego pendrive`a skontrolować, co – powtórzmy – dziwi w przypadku człowieka z pierwszego szeregu afery. Rosół jednak przeliczył się – okazało się że państwo polskie nie jest jednak aż tak totalnie przejęte przez jego starszych kolegów. Ale powstaje pytanie, w jakich – i przed, i po wybuchu afery – rozmowach i w jakich sytuacjach Rosół uczestniczył, że napełniły go aż taką butą? Że wytworzyły w nim aż takie poczucie bezkarności?

Uważam, że od podjęcia próby udzielenia odpowiedzi na to pytanie zależy powaga komisji śledczej. A może i coś więcej – rozstrzygnięcie dylematu, na ile polska demokracja będzie realna, a na ile stanowić będzie jedynie matrixową dekorację.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie bać się skandalu

2 mar 2010

Gdy kilka dni temu minister Krzysztof Kwiatkowski wypowiadał się przeciw kierowaniu do prokuratury reklamy „Na kolana, psie” (na zdjęciu skejtbordzista mówi te słowa, przykładając lufę do głowy klęczącego policjanta), kierował się zapewne jedną z dwóch motywacji

Po pierwsze, mógł obawiać się, że atmosfera skandalu tylko pomoże twórcom reklamy w wylansowaniu ich samych i strojów, który reklamują. To ważny argument, i piszę to bez ironii.

Po drugie, mógł kierować się interesem swej partii. Znaczna część narracji PO opierała się przecież i opiera na wizji, w myśl której podstawowy front podziału w Polsce rozgranicza fajnych, młodych i awangardowych od przynudzających, starych i tradycyjnych.

Tymczasem reklamowy skejt jest nastolatkiem, policjant zaś – to starszy mężczyzna. W dodatku środowiska twórców reklamy są w większości i awangardowe, i antypisowskie. Próba represjonowania ich dzieła, eksploatującego opisaną wyżej wizję świata kojarzyłaby się bardziej z „opresywnym kaczystowskim reżimem”, niż z wizerunkiem partii, która ten reżim pokonała i chroni Polskę przed jego powrotem… To też ważny argument z punktu widzenia polityka partii rządzącej. I znów piszę to bez ironii – trudno wymagać od polityka, by nie brał pod uwagę interesu własnego ugrupowania.

Na szczęście ważniejsze okazały się kontrargumenty. Policja złożyła zawiadomienie do prokuratury.

Atmosfera skandalu często służy „artystycznym” prowokacjom, których twórcy zmierzają do przesunięcia granic akceptowalnej normy. Normy przemocy czy też – jak w tym wypadku – normy agresji i pogardy. Jeśli społeczeństwo na takie prowokacje nie reaguje, to tylko daje świadectwo, że owo przesunięcie granic już się dokonało. Interes jakiejkolwiek partii nie jest społecznie ważniejszy od położenia kresu sytuacji niebezpiecznej. Nie przesadzam. Ekranowy komunikat odkłada się w podświadomości odbiorców. Agresja i pogarda miewają bardzo konkretne rezultaty.

Nie jestem wielkim fanem policji. Ale cieszę się, że tym razem nie położyła uszu po sobie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego „Wyborcza” chce pomóc Dukaczewskiemu

24 lut 2010

„Co kryją lochy Lecha?” – pyta „Gazeta Wyborcza” w czołówkowym tytule. Czytelnik rzuca się na tekst. I dowiaduje się… No właśnie – czego?

Że w podziemnych „czeluściach” przy Krakowskim Przedmieściu prezydent torturuje chwytanych na ulicach antykaczystów? Że trzyma tam złoto, którego nie chce oddać rządowi, a za te pieniądze Tusk już dawno zrobiłby drugą Irlandię? Że jest tam tajna pracownia, w której konstruowany jest Golem mający wymordować personel „Wyborczej”?

Niestety, nie. Okazuje się, że w pałacu znajdują się zeznania oficerów b. WSI złożone przed komisją weryfikacyjną. A Kancelaria Prezydenta nie chce ich wojsku oddać.

„Gazeta” piętrzy atmosferę grozy, daje do zrozumienia, że łamane jest prawo. Musi jednak przyznać, że gdy kancelaria odmówiła oddania dokumentów, a kontrwywiad doniósł na nią do prokuratury, ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Co więcej – kontrwywiad odwołał się do sądu, a sąd poparł prokuraturę.

Znając niezależność, którą prokuratura demonstruje wobec obecnej władzy, i życzliwość, którą sądy darzą wszystko, co kojarzy się z PiS, możemy chyba zaryzykować hipotezę, że jeśli oba te organy podjęły taką decyzję, to znaczy, iż urząd prezydencki miał prawo postąpić tak, jak postąpił. Mimo to „Gazeta” sugeruje, że prezydent popełnia jakieś horrendum.

Skąd ta gorliwość? Były szef WSI generał Marek Dukaczewski mówi „GW”, że przewodniczący komisji Antoni Macierewicz „w rozmowach w cztery oczy z oficerami szukał negatywnych informacji o Sikorskim i Szmajdzińskim, a gdy rozmówca był gotów je przekazać, mógł być zaproszony na przesłuchanie”.

Nie wiem, czy rzeczywiście chodziło o Sikorskiego i Szmajdzińskiego. Wiem natomiast, że dawna WSI była rezerwuarem informacji o ważnych postaciach życia politycznego i biznesowego oraz o ich powiązaniach. I że sama – rozumiana zarówno jako służba, jak i jako zespół wywodzących się z niej funkcjonariuszy i agentów – odgrywała w tym życiu sporą rolę. A z „Gazety” się dowiaduję, że niektórzy oficerowie zaczęli, jak to się mówi, sypać.

Doskonale rozumiem, dlaczego Dukaczewski chce się dowiedzieć, kto i co wysypał. Nie pojmuję tylko, czemu „Wyborcza” aż tak bardzo chce mu pomóc w zdobyciu tej wiedzy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zeznania koordynowane?

22 lut 2010

Niewykluczone, że nie tylko świadkowie uzgadniają między sobą zeznania, ale wręcz że istnieje jeden ośrodek, zarządzający hazardowym kryzysem ze strony rządowej – pisze publicysta

Po kolejnych przesłuchaniach zaczynają się rodzić pytania, czy świadkowie komisji nie uzgadniają ze sobą treści zeznań – powiedziała paręnaście dni temu “Rzeczpospolitej” Beata Kempa. To tylko hipoteza, ale może ją uprawdopodobnić kilka epizodów – np. ujawniona ostatnio rozmowa Sobiesiaka z Drzewieckim na Florydzie czy wcześniejsze – też do pewnego momentu ukrywane – ich spotkanie w warszawskim hotelu Radisson. Wśród dziennikarzy zajmujących się komisją hazardową raczej powszechne jest przekonanie o prawdziwości tej tezy, choć wciąż nie ma na nią twardych dowodów.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Atrakcyjny kandydat

17 lut 2010

Jako człowiek światowy, z żoną Amerykanką z waszyngtońskich salonów, Sikorski trafiłby do wyborców zadających sobie często pytanie: „co sobie o nas na Zachodzie pomyślą?”

Chyba wszystkie możliwe argumenty na rzecz tezy, iż ze strony Platformy Obywatelskiej rozsądniej byłoby postawić na Bronisława Komorowskiego, a nie Radosława Sikorskiego, zgromadził w swoim tekście Łukasz Warzecha („Trudny wybór Platformy”, „Rzeczpospolita”, 16 lutego 2010 r.). I nie sposób nie przyznać mu racji. Zarówno wtedy, kiedy pisze o prawdopodobieństwie podjęcia przez kierownicze gremia Platformy decyzji korzystnej dla marszałka Sejmu, niekorzystnej zaś dla szefa MSZ (Komorowski jest osadzony w strukturach PO, ma w nich wsparcie, Sikorski wciąż jest po trosze singlem i outsiderem), jak i o cechach ewentualnej następnej prezydentury (Komorowski – spokojny i obliczalny, Sikorski – nadpobudliwy, ekstrawagancki i nieprzewidywalny).

Wszystko to razem nie zmienia jednak faktu, że istnieją poważne argumenty na rzecz tezy odwrotnej. Tezy brzmiącej, iż stratedzy Platformy powinni postawić właśnie na Sikorskiego. Argumenty, których w artykule Warzechy brak.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jaruzelski – władza i kariera

10 lut 2010

Wojciecha Jaruzelskiego zawsze można zobaczyć wśród tych, którzy chcieli utrzymania silniejszych, a nie słabszych więzi z ZSRR

Najwyraźniej zestarzałem się, bo Wojciech Jaruzelski – emocjonalny wampir mojej młodości – nie wzbudza już we mnie pasji. W kolejnej odsłonie sporu o generała zabieram więc głos niechętnie. Ale zabieram, bo mimo wszystko trudno milczeć, kiedy jego obrońcy (którym najwidoczniej w miarę upływu lat przewodniczący WRON bynajmniej nie obojętnieje, a wprost przeciwnie – staje się obiektem czci coraz bardziej religijnej) w sposób jaskrawy mijają się już nie tylko z prawdą historyczną, ale i z zasadami logiki.

Jaki był całe życie

Trudno nie zgodzić się z Waldemarem Kuczyńskim, kiedy pisze, że Polska Ludowa nie była Generalną Gubernią („Dzieła „wnuków Stalina”", „Rz” 9 lutego 2010 r.). Zgadzam się z jego zdaniem, że PRL „nie była przez te 45 lat krajem, który można by opisywać zgodnie z prawdą jako miejsce złożone ze zdrajców i oprawców po jednej stronie oraz ze śledzonego, aresztowanego, bitego i zabijanego przez nich społeczeństwa”. Ba, gotów jestem przyznać, że Jaruzelski był po prostu „polskim politykiem tamtego czasu”.

Tylko że ta konstatacja sama w sobie niewiele znaczy. Bo nawet jeśli uznamy, że Polska Ludowa to nie był po prostu kraj okupowany, a wśród jej rządców bywali ludzie różnie się zachowujący i kierujący różnymi motywacjami, to powstaje pytanie – jak na tym tle prezentował się generał?

To pytanie zadać sobie powinni również ci, którym wciąż chce się rozważać, jakie były jego motywy, kiedy wprowadzał stan wojenny czy też kiedy decydował się na zakończoną Okrągłym Stołem próbę wciągnięcia części opozycji do systemu władzy.

Bo jeśli Jaruzelski przez całe dorosłe życie był jakiś, to można założyć, że mniej więcej taki sam był również w latach 80. Że ujawniane przez całe życie jego cechy i motywacje odegrały swoją rolę również wtedy.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop