Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Zsynchronizowane Narzędzie Przeznaczenia

29 gru 2010

Jaki będzie rok? W „Newsweeku” odpowiedzi udziela astrolog Piotr Piotrowski. Jest wiarygodny, bo to on niegdyś przepowiedział Smoleńsk. Tak „Newsweek” interpretuje jego zdanie sprzed roku o nadciągającym „kryzysie w horoskopie głowy państwa”, „przeznaczeniu, którego prezydent nie będzie w stanie uniknąć”, „postępującym upadku prezydentury” i „świecie bliźniaków, który runie jak domek z kart”.

Jeśli nie są państwo w stanie dostrzec w tych zdaniach zapowiedzi upadku Tu-154, to może przekona was autorytet redakcji, która jednoznacznie orzekła, iż 10 kwietnia słowa Piotrowskiego „zabrzmiały proroczo”. A nawet jeśli i to świadectwo nie wpłynie na państwa zdolności kojarzenia, to zadajcie sobie trud przeczytania prognozy mistrza na rok 2011. I sami stwierdźcie, czy nie brzmi wiarygodnie.

„Rzadko który polityk jest tak dobrze zsynchronizowany z horoskopem Polski jak Donald Tusk” – wyczytuje z ascendensów i innych koniunkcji astrolog. Czytelnik powinien chyba wyciągnąć z tego wniosek, że gwiazdy sugerują, iż premier powinien rządzić dożywotnio. Bo przecież „z astrologicznego punktu widzenia wygląda to tak, jakby stanowił narzędzie przeznaczenia kierującego losami kraju”. W tym kontekście nieco razi zapowiedź mistrza, że „sukcesy rządu będą wyraźnie widoczne już od maja”. No bo czyżby miało to znaczyć, że dziś nie są widoczne wyraźnie? A może wręcz – w ogóle?

W innych miejscach mistrz jest na szczęście bardziej jednoznaczny. Gwiazdy mówią bowiem, że z przewodnictwem UE powinniśmy sobie poradzić wzorowo (jeśli rządzi nami zsynchronizowane z horoskopem narzędzie przeznaczenia, to chyba nic w tym dziwnego?). „Ominą nas potężne wstrząsy i perturbacje”, a na arenie międzynarodowej „zaczniemy być postrzegani jako kraj otwarty” (sądziłem, że jesteśmy tak postrzegani od momentu przejęcia władzy przez Zsynchronizowane Narzędzie Przeznaczenia, ale chyba marudzę, bo przecież dobrego nigdy za wiele). I w zasadzie jedynym zagrożeniem będzie Kościół, którego „niektóre frakcje obiorą kurs radykalny i ekstremistyczny”.

I wtedy może się zdarzyć, że ciemny tłum dopadnie gdzieś mistrza Piotrowskiego. I zlinczuje. Jak kiedyś Aspazję. A „Newsweek” opisze to we wstrząsającym reportażu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spiskowcy i fałszerze

1 gru 2010

Gdy zapoznałem się z popularną wśród części pisowców teorią o sfałszowaniu wyborów samorządowych, przypomniałem sobie, jak w 1993 r. z przyjacielem, znanym zgrywusem, piliśmy piwo w gronie rówieśników – liberalnych dziennikarzy.

Wierzących wtedy w to, że cała Polska popiera Unię Demokratyczną (uwaga dla młodszych czytelników: była wtedy taka partia, kochały ją media prawie tak jak dziś Platformę). Czy wręcz – że Polska po prostu jest Unią, jeśli nie liczyć paru staruszek z kruchty (dziś nazywanych moherami) z jednej strony i paru wymierających pezetpeerowców z drugiej.

Taka wizja pozostawała w pewnej sprzeczności z widocznym gołym okiem obrazem kraju i – last but not least – wynikami kolejnych wyborów. Nie wpływało to jednak na opinie towarzystwa, odwrotnie – nastroje się nakręcały, liberalni koledzy podniecali się wzajemnie kolejnymi anegdotami nt. wyższości Unii nad całą resztą świata. Mojego przyjaciela to trochę zdenerwowało.

– No tak – rzekł z poważną miną. – To jasne jak słońce. Przecież wszyscy wiedzą, że tak naprawdę to UD wygrywa wszystkie wybory od 1990 r. Tylko że wybory fałszuje Kościół…

I urwał, widząc spojrzenia otaczających go liberałów. Wcale nie kpiące. Jego opinia została wzięta nad wyraz serio… Tak samo serio jak dziś pisowski Internet traktuje bajki o sfałszowaniu wyborów na niekorzyść tego ugrupowania. Tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich spytałem czołowego polityka PiS, czy istnieje możliwość fałszerstwa.

– Nie przeciw nam – odpowiedział. – Zbyt wielką partią jesteśmy, kontrolujemy w ten czy inny sposób prawie wszystkie komisje.

Opinia ta wydała mi się zdroworozsądkowa i logiczna. Teraz więc uznałem, że należy zapoznać z nią pisowskich internautów. I już odpaliłem komputer, gdy nagle przypomniałem sobie, że mój rozmówca polityk jest obecnie wśród lightowców… Więc jego opinia nie tylko niczego nie może dowodzić, ale sama wręcz jest dowodem. Obciążającym go. Dowodzi po prostu, że już wtedy knuł przeciw Prezesowi, pozostawał w zbrodniczym spisku, pobierał srebrniki od Schetyny.

I te wybory to pewnie on sfałszował.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platforma stawia na marazm

24 lis 2010

Kampania PO pokazywała zwykłych ludzi gardzących polityką, za to zainteresowanych budową mostów. Ale kto powiedział, że zwykły człowiek musi koniecznie interesować się lokalną infrastrukturą.

Ryszard Kapuściński w którejś ze swoich książek napisał, że kiedy jest w jakimś państwie latynoskim, włącza radio, nieznaną mu stację, i słyszy wyłącznie muzykę przeplataną od czasu do czasu wiadomościami w stylu „w Argentynie urodziło się cielę z dwoma głowami”, od razu wie – złapał sygnał radiostacji prorządowej, kontrolowanej przez władze.

Wie o tym, mimo że treści prorządowych w programie tej rozgłośni nie uświadczysz. Sęk w tym, że nie uświadczysz w niej w ogóle jakichkolwiek treści politycznych.

Uśpić wyborcę

Taka sytuacja nie cieszyłaby może najbardziej totalitarnych dyktatorów XX wieku, tych, którzy chcieli aktywnie przekształcać społeczeństwa i ludzi. Ale bardzo wielu innych rządzących – i dyktatorów, tylko o skromniejszych celach niż Hitler, Mussolini i Stalin, i tych formalnie demokratycznych, ale realizujących interesy dominujących oligarchii – satysfakcjonowało to jak najbardziej.

Bo jeśli nie ma się ambicji „wykucia nowego człowieka”, to pasywność społeczeństwa jest jak najbardziej wystarczająca. Apolityczność rządzonych zawsze działa na korzyść rządzących. Przecież władzę możemy utracić wtedy, kiedy zwróci się przeciw nam większość obywateli. Oczywiście – najfajniej byłoby, gdyby nas aktywnie popierali. Ale jak będą bierni, to wystarczy.

A z pewnego punktu widzenia to nawet lepiej. Bezpieczniej. Bo jak ktoś za bardzo zainteresuje się polityką, sprawami kraju, to dziś nas poprze, ale jutro? Łaska (rozbudzonego politycznie) wyborcy na pstrym koniu jeździ.

Zwłaszcza w sytuacji takiej jak w Polsce. Bo po pierwsze polski wyborca był dotąd na tle średniej europejskiej bardzo niestabilny, nudził się szybciej niż w innych krajach. Więc jeśli chcemy utrzymać władzę, to najlepiej zmniejszyć stopień zainteresowania polityką.

Obrzydzić politykę

Tym bardziej że przez ostatnie lata większość wyborców utrzymywał przy partii rządzącej strach przed PiS. To działało świetnie, ale PiS przefajnował, jest na najlepszej drodze do tego, żeby stać się papierowym tygrysem i ten stan staje się widoczny nawet dla najbardziej zagorzałych wielbicieli „Szkła kontaktowego”. Mogą przestać nas kochać, mogą zacząć szukać alternatyw, a alternatywy jak na złość właśnie próbują ostatnio zaistnieć.

Więc lepiej prewencyjnie zbrzydzić im politykę jako taką. Niech się nią po prostu nie zajmują.

Wydaje mi się, że twórcy politycznej narracji Platformy Obywatelskiej – tej, która rodziła się już od dawna, ale swoją pełnię osiągnęła w samorządowej kampanii wyborczej (największa partia promująca swoich kandydatów sloganami typu „z dala od polityki”, natrząsanie się ze  „zwykłych ludzi” w klipach z debat o poważnych problemach), doszli do takich właśnie wniosków.

A to bardzo niedobrze, i co do tego powinni zgodzić się ze mną nie tylko polityczni przeciwnicy partii Donalda Tuska.

Bo przecież – przepraszam za banał, ale widać w ponowoczesnym świecie banały przestają być banalne – zaangażowanie w politykę obywateli jest kośćcem demokracji.

Bo bez tego zaangażowania rządzący przestają być realnie kontrolowani.

Bo brak obywatelskiego zaangażowania w politykę oznacza utrwalenie tendencji oligarchizacyjnych, dodatkowe zwiększenie społecznej przewagi elity władzy i pieniądza.

Zwykły człowiek i mosty

Dodatkowo – proces zobojętniania społeczeństwa na sprawy publiczne, rozpoczęty od spraw wielkich, wcale nie musi się na nich zatrzymać. Kampania Platformy pokazywała nam tzw. zwykłych ludzi, gardzących warszawską polityką, za to zainteresowanych drogami i mostami. Ale to wcale nie musi tak wyglądać, bo kto powiedział, że zwykły człowiek ma koniecznie interesować się lokalną infrastrukturą? Logika by tak nakazywała, owszem, ale ta sama logika nakazuje interesowanie się sprawami wielkiej polityki…

Platformerskim strategom wydaje się zapewne, że po prostu wykonali sprytny socjopolityczny manewr. Za jakiś czas mogą niestety odkryć, że uruchomili procesy, nad którymi nie panują.

Oczywiście, optymistycznie zakładając, że to, co opisałem powyżej, nie jest ich zamierzonym celem.

Jeśli nie ma się ambicji „wykucia nowego człowieka”, to pasywność społeczeństwa rządzącym wystarcza

Bo może być inaczej. W wolnej Polsce już co najmniej raz przeżywaliśmy sytuację, w której rządząca siła polityczna bała się uaktywnienia społeczeństwa i stawiała na jego bierność. Ta siła to był szeroko pojęty obóz Tadeusza Mazowieckiego, a oficjalną motywacją była obawa przed zakłóceniem przez uaktywnione społeczeństwo balcerowiczowskiej transformacji. Dziś potrzebne są bolesne reformy finansowe, uzasadnienie może więc wyglądać podobnie…

Wtedy – przypomnijmy – strategia przyjęta przez obóz rządzący doprowadziła do jego politycznej zagłady. Pytanie, czy obecne polskie społeczeństwo zareaguje podobnie jak 20 lat temu, pozostaje pytaniem otwartym.

Autor jest współpracownikiem „Rzeczpospolitej”. Był m.in. prezesem PAP

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polityczne skutki palikotyzmu

25 paź 2010

Słabość partii Janusza Palikota potwierdzi słuszność dotychczasowego kursu Platformy, a więc polityki opartej wyłącznie na prowadzeniu wojny z PiS.

Nie należy chwalić/opłakiwać (niepotrzebne skreślić) dnia przed zachodem słońca. Ale dotychczasowe sondaże wskazują, że ugrupowanie Janusza Palikota ma niewielkie szanse na odegranie roli czarnego konia polskiej polityki. Jeśli ta sytuacja utrzyma się, to będzie to fakt bardzo znaczący.

Powód do zadowolenia będą mieli przede wszystkim politycy PO. Bo okaże się, że odejście z tej partii marginalizuje nawet tak rozpoznawalnego – i w pewnych, mniejszościowych, ale zauważalnych grupach – popularnego polityka, jakim jest Palikot.

Bardziej skomplikowana jest odpowiedź na pytanie, czy fiasko „palikotyzmu praktycznego” byłoby dobrą czy złą wiadomością dla PiS. Na jednym planie – złą, bo z sondaży wynika, że gdyby ktoś miał stracić na ewentualnym sukcesie inicjatywy „człowieka z gumowym penisem”, to właśnie PO. Ewentualni wyborcy tego ugrupowania wywodzą się bowiem z elektoratu PO, a nie SLD, innych partii czy osób dotąd niegłosujących.

Gdy Paweł Piskorski „resetował” Stronnictwo Demokratyczne, nastroje w kierownictwie PiS były szampańskie. Spodziewano się bowiem, że Piskorski na starcie zabierze część głosów Platformie, a potem odpychający efekt publicznego konfliktu między liberalnymi politykami z obu partii w jeszcze większym stopniu zredukuje elektorat partii Tuska. Dziś podobne nadzieje PiS-owcy wiążą z Palikotem. Jego upadek nie będzie więc dla nich dobrą wiadomością.

Nie będzie dobrą wiadomością również i z innego powodu. Słabość partii Palikota potwierdzi bowiem słuszność dotychczasowego kursu Platformy – a więc polityki opartej wyłącznie na prowadzeniu wojny z PiS. Potwierdzi, że PO walcząca wciąż z Kaczyńskim jest wyjęta spod obowiązujących powszechnie politycznych praw. Nie musi mieć specjalnych dokonań czy realizować głoszonego przez siebie programu – wystarczy, że prowadzi wojnę z Kaczyńskim, a pozostanie przy niej przeważająca większość jej wyborców, motywowanych nienawiścią do PiS. To zła wiadomość dla PiS, ale przywódca tej partii miał już tyle podobnych sygnałów, że jeden więcej nie zrobi na nim, jak podejrzewam, jakiegokolwiek wrażenia.

Tym bardziej że są też powody, dla których ewentualna porażka palikotyzmu byłaby dla Jarosława Kaczyńskiego wydarzeniem dobrym. Oznaczałaby bowiem, że scena polityczna nadal jest skutecznie zabetonowana. Jeśli Janusz Palikot podzieli los Ludwika Dorna, Kazimierza Ujazdowskiego i Marka Jurka, to będzie to czytelny sygnał dla dysydentów w Prawie i Sprawiedliwości – że poza głównymi ugrupowaniami może być tylko próżnia. A taka konstatacja z pewnością nie zmartwi prezesa Kaczyńskiego.

Upadek palikotyzmu powinien, jak sądzę, wywołać ambiwalentne reakcje u wielu osób skłonnych do zajmowania bardziej konserwatywnego stanowiska w kulturowych sporach.

Dowiedzie on z jednej strony oczywiście, że mimo medialnego wsparcia ze strony największych gazet i stacji telewizyjnych akceptacja dla bardziej konsekwentnego zapateryzmu po polsku jest wciąż marginalna. To stwierdzenie może konserwatystów tylko ucieszyć.

Czy oznacza to, że odejście Palikota przesunie PO na prawo? Niekoniecznie. Kierownictwo Platformy może bowiem dojść do wniosku, że choć potencjał konsekwentnego zapateryzmu jest wciąż za mały, aby spowodować liczące się straty dla partii, to jednak wykazuje on rosnącą dynamikę. Aby nie urósł, należy przynajmniej część jego postulatów realizować wewnątrz PO.

Taki rozwój sytuacji oznaczałby, że treścią polskiej polityki pozostają kolejne odsłony – oby niedosłownej – rzezi Hutu i Tutsi. A na inne pojmowanie politycznego sporu nie ma po prostu miejsca.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Warto posłuchać biskupów

12 sie 2010

Sposób umieszczenia tablicy smoleńskiej na ścianie Pałacu Prezydenckiego nie pozostawia złudzeń, że intencje podejmujących tę decyzję osób nie były prostolinijne. Mimo to krzyż powinien jak najszybciej zostać z warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia przeniesiony.

Przypomnijmy – cały konflikt zaczął się od wywiadu prezydenta elekta w „Gazecie Wyborczej”, w którym obecność krzyża przed pałacem wywindowana została do roli głównego problemu kraju. Tak, jakby platformerscy stratedzy przejęli się dobrym wynikiem Grzegorza Napieralskiego w wyborach i postanowili przechwycić z żagli SLD trochę antyklerykalnego wiatru. A przy okazji obsadzić PiS w roli ugrupowania religianckich oszołomów – partia Jarosława Kaczyńskiego zresztą tę rolę skwapliwie zaakceptowała.

Wczorajsze wydarzenia są konsekwencją tego, co działo się wcześniej. Tablicę wmurowano z zaskoczenia, bez zawiadomienia choćby rodzin ofiar, za to wbrew wcześniejszym zapowiedziom, iż nastąpi to dopiero za dwa tygodnie. Nieprzypadkowo także chyba zrobiono to w dniu nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu poświęconego powodzi, co pewnie miało „przykryć” medialnie wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu.

Przy tym wszystkim strona rządząca odmawia nadal dyskusji nad budową – nie tylko pod pałacem, ale i w jakimkolwiek miejscu, poza cmentarzem – pomnika ofiar 10 kwietnia. To też jasno pokazuje jej intencje.

Nie oznacza to jednak, że krzyż powinien nadal stać przed pałacem. Trzeba go przenieść nie tylko dlatego, że wzywają do tego w rozumnym oświadczeniu biskupi przestrzegający polityków – i rządowych, i opozycyjnych – przed graniem tym symbolem. I nie tylko dlatego, że co noc dochodzi tam do prób sprofanowania tego symbolu.

Także dlatego, że każdy dzień trwania konfliktu odwraca uwagę opinii od spraw najistotniejszych, często związanych z wątpliwą efektywnością rządu. A także dlatego, że – jak wykazała poniedziałkowa demonstracja przeciwników krzyża – w naszym kraju istnieje potencjał radykalnego laicyzmu. I każdy dzień przepychanek na Krakowskim mu sprzyja.

Taki rozwój sytuacji nie jest korzystny niemal dla nikogo. Także dla Platformy. Określając się wobec owego radykalnego laicyzmu, musiałaby przecież zrezygnować z któregoś ze swoich światopoglądowych skrzydeł. A to mogłoby zagrozić jej pozycji jako „ogólnonarodowej partii zdrowego rozsądku”.

Biskupi wezwali wszystkie strony do dialogu. Jestem bardzo daleki od klerykalizmu. Ale uważam, że w tym wypadku rzeczywiście należy posłuchać biskupów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Abdykacja, a nie rokosz

3 sie 2010

Jarosław Kaczyński abdykował, a co najmniej oscyluje na granicy abdykowania. Abdykowania nie jako lider PiS, ale jako przywódca chcący realnie wpływać na rzeczywistość kraju i w jakiejś perspektywie sprawować w nim władzę – pisze publicysta.

Błyskawiczne wycofanie się z centrowej linii, która Kaczyńskiemu przyniosła w kampanii prezydenckiej sukces, a jego przeciwnikom moment strachu, odepchnięcie na margines twórców tej linii i tego sukcesu (i nie tylko ich – również innych polityków PiS, zdradzających objawy intelektualnej samodzielności) świadczy o tym w sposób oczywisty.

Postrzeganie smoleńskiej katastrofy jako klucza do rzeczywistości, ogłaszanie, że rząd Tuska ponosi za nią odpowiedzialność w stopniu, który winien spowodować jego odejście, jest nie tylko nieprzekonujące, ale też antagonizuje wszystkich, którzy nie są skłonni do bezwarunkowego akceptowania najbardziej radykalnie pisowskiej wizji świata. Podobny efekt ma wygłaszanie fraz dających się zinterpretować jako odmowa uznania Bronisława Komorowskiego za prezydenta RP.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Smoleńsk – nowa logika

1 sie 2010

Do niedawna dla niektórych było jasne, że odpowiedzialność za katastrofę smoleńską – jeśli nawet nie spowodował jej swoimi naciskami prezydent – i tak spoczywa wyłącznie na stronie polskiej.

A w żadnym zakresie nie rosyjskiej. Tę wizję, w świetle wychodzących na jaw faktów, trudno jednak podtrzymywać. A przede wszystkim – już nie trzeba utrzymywać jej za wszelką cenę. No bo PiS przegrał wybory, a Jarosław Kaczyński robi wszystko, co może, żeby zwycięstwo jego partii pozostało w sferze fantastyki.

W „Loży prasowej” TVN 24 redaktor Piotr Stasiński z „Gazety Wyborczej” przedstawił więc nową interpretację sytuacji. Przyznał, że coraz więcej faktów dowodzi, iż Rosjanie ukrywają jakieś swoje błędy. Zarazem wyraził pogląd, że dzieje się tak dlatego, że Rosjanie słyszą o „polskich teoriach spiskowych”. Zapewne więc gdyby cała Polska przypominała jedną wielką „Gazetę Wyborczą”, zachowywaliby się inaczej…

Przyznam, że ta logika na opak lekko mnie zbulwersowała. Czyli jest tak: od 10 kwietnia rząd i część mediów z uporem odmawiały dostrzeżenia, że władze rosyjskie kręcą. Że widać po ich stronie coraz mniej dobrej woli. Że ich współpraca z polskimi śledczymi nie tylko nie jest wzorowa, ale momentami wygląda wręcz na sabotaż, który przyjmuje w dodatku aroganckie formy (wicepremier Iwanow stwierdził wręcz, że Rosjanie wszystko już stronie polskiej przekazali).

Rząd ani „Gazeta” tego nie dostrzegały. Dostrzegały to natomiast inne media i inne środowiska. I wyrażały wątpliwości co do oficjalnej tezy łączącej aprioryczną opinię o braku rosyjskiej winy z opinią o doskonałym rosyjskim śledztwie i świetnej z Rosjanami współpracy. Przyznajmy: wyrażały te wątpliwości czasem w formie groteskowej (teorie spiskowe), ale bynajmniej nie zawsze i nie przeważnie.

A teraz okazuje się, że władze rosyjskie kręcą, ale że jest to wina… tych, którzy o tych krętactwach mówili wtedy, gdy „Wyborcza” jak ognia unikała ich dostrzeżenia. Logika może średnia, ale konsekwencja polityczna – godna podziwu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

A jednak Zapatero?

2 cze 2010

Dlaczego Mirosław Czech, publicysta „Gazety” i były działacz UD oraz UW, domaga się, aby państwo zniszczyło ojca Rydzyka?

Sekretarz generalny nieistniejącej już Unii Wolności Mirosław Czech, od kilku lat dziennikarz „Gazety Wyborczej”, w opublikowanym w tymże dzienniku tekście atakuje PiS i niepodporządkowujących się linii wytyczanej przez publicystów „GW” . Czyni to w sposób dość przewidywalny (III RP była i jest OK., rząd Tuska rządzi sprawnie, głównym problemem są szukający dziury w całym opozycyjni dziennikarze, którzy określają się jako konserwatyści, a nie szanują elit, itd. itp.).

Nie warto więc byłoby poświęcać tekstowi Czecha uwagi, gdyby nie jeden element, w pewnym sensie nowy, który sprawia, że artykuł byłego polityka warto zauważyć. Są to passusy, poświęcone o. Tadeuszowi Rydzykowi i — szerzej — polskiemu Kościołowi.

Oczywiście, niechęć „Wyborczej” do twórcy Radia Maryja sama w sobie nie jest niczym nowym. Podobnie jak nowym zjawiskiem w polskim życiu religijnym i publicznym nie jest o. Tadeusz (bynajmniej nie bohater mojego romansu). Nowy jest jednak poziom wrogości, emanujący z tekstu Czecha. A zwłaszcza — konkluzje, które były sekretarz generalny ze swej wrogości wyprowadza.

Czech cytuje publiczne wypowiedzi ojca Tadeusza. Wypowiedzi dotyczące polskiej polityki po Smoleńsku. Wypowiedzi w sporej części i insynuacyjne, i — wbrew intencjom autora — wpadające w groteskę (Putin wraz z Tuskiem układający na miejscu smoleńskiej katastrofy „scenariusz szumu informacyjnego”, obecna Polska krajem kolonialnym itd.).

Przeczytaj cały artykuł



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W stronę centrum

27 kwi 2010

Czy prezesa PiS kusi wizja kampanii prezydenckiej jako pięknej, samobójczej szarży obozu IV RP?

Podejmując decyzję o kandydowaniu, Jarosław Kaczyński odpowiedział na pytanie powtarzane w ciągu ostatnich dni przez zwolenników i przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Było to pytanie ważne, ale nie najważniejsze dla polskiej polityki. Na pytanie najważniejsze prezes PiS odpowiedzi jeszcze nie udzielił. Może obecnie sam jej jeszcze nie zna.

Najważniejsze nie jest również pytanie, czy brat tragicznie zmarłego prezydenta ma szanse na zajęcie jego miejsca przy Krakowskim Przedmieściu, choć jest z tym zagadnieniem związane. Osobiście skłonny jestem przypuszczać, że pewną szansę na tak klasycznie rozumiane zwycięstwo Jarosław Kaczyński ma. Smoleńska tragedia przyniosła bowiem psychologiczne efekty dające się przełożyć na język idei i polityki. Spowodowała nie tylko mobilizację wiernego zaplecza Prawa i Sprawiedliwości, nie tylko to, że – jak to obrazowo ujął Piotr Zaremba – zwolennicy IV RP podnieśli głowy. Bezmiar dramatu spowodował odruch empatii niemal całego społeczeństwa.

A efektem tej eksplozji empatii, w której miały udział również media, na parę dni cudownie odmienione, było i w jakimś zakresie jest pewne wahnięcie się nastrojów, dopuszczenie do siebie świadomości, że śp. prezydent był obiektem niesprawiedliwości, kłamliwych ataków ze strony obozu rządzącego wspieranego przez większość mediów.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dalej umieramy za merci

9 kwi 2010

Doceniam wagę polityki historycznej. Wiem, że symbolika liczy się w świecie polityki. Zdaję sobie sprawę z tego, jaką rolę w naszej historii odegrał Katyń i kłamstwo katyńskie.

Dlatego cieszę się wraz ze wszystkimi, którzy dostrzegli w środowych obchodach krok w dobrym kierunku, wiodący do normalizacji relacji polsko-rosyjskich. I pochylam się nad argumentami i odczuciami tych, którzy na temat przebiegu uroczystości mają odmienną opinię. A mimo to nie mogę pozbyć się wrażenia, że w nakręceniu emocjonalnej spirali pt. sprawa katyńska było i jest coś głęboko niezdrowego. Coś, co mnie osobiście bardzo smuci i drażni jednocześnie.

Dokładnie tak, jak smuciło mnie i drażniło, kiedy parę miesięcy temu, po wycofaniu się USA z tarczy antyrakietowej i kilku innych wydarzeniach, uznanych nad Wisłą za niemal nową Jałtę, a co najmniej za demonstracyjne despekty poczynione naszemu krajowi przez nową amerykańską administrację, w Polsce podniosła się wysoko fala narodowej neurozy.

Kiedy w Waszyngtonie dostrzeżono ją i uznano, że niekontrolowana może stać się dla Stanów źródłem jakichś dyskomfortów, zdecydowano uspokoić ją w sposób, który nie byłby skuteczny wobec nikogo innego, ale wobec Polaków – jak najbardziej. Kilku amerykańskich oficjeli udzieliło kilku wypowiedzi. Wysłano do Warszawy wiceprezydenta. Powiedziano Polakom kilka miłych słów. Kilka miłych słów, nie mających żadnego przełożenia na rzeczywistość.

Kilka miłych słów, które nawet nie usiłowały spowodować wrażenia, że pójdą za nimi jakiekolwiek zmiany w działaniach realnych, w realnym ustosunkowaniu się Waszyngtonu do spraw, które Polska uważa za istotne dla siebie. Bo, jak słusznie zauważono, Amerykanie dostrzegli, że Polakom niezwykle zależy na miłych słowach. Więc dlaczego ich nie dać, skoro to nic nie kosztuje?

Sprawa katyńska jest trochę podobna. Od miesięcy polska opinia publiczna żyła dywagacjami na temat tego, czy premier Putin przyjedzie, czy nie przyjedzie na miejsce zbrodni sprzed 70 lat. A jak przyjedzie, to co powie? Że ofiary były niewinne? Mało! ! (inni: wystarczająco!). Że zamordowano je z rozkazu Kremla? Mało! (inni: wystarczająco!). Że mordercy to enkawudziści? Mało! ! (inni: wystarczająco!). Poprosi o przebaczenie? Uklęknie?

Przyjechał, zrobił co zrobił, powiedział co powiedział. Przez polskie media, przez internetowe fora przetacza się huragan dyskusji. Potępił zbrodnię wystarczająco czy za mało? A może w ogóle nie potępił? A może w ogóle nie powinien przyjeżdżać? A może w ramach ekspiacji powinien oblać się benzyną i podpalić?

I jakoś nikt nie dziwi się temu, że to, co ogniskuje niemal całe emocje opinii i wysiłek intelektualny medialnych analityków – to symbolika. A nie arcyważne sprawy między Polską a Rosją, które dzieją się teraz i decydują o przyszłości. Nie kontrakt z Gazpromem. Nie (skądinąd przegrany zupełnie i całkowicie) NordStream. Nie ropa. Nie rakiety w Kaliningradzie. To są sprawy dziesięciorzędne. Istotne jest to, czy Putin przyklęknął i czy się przeżegnał.

Polacy to jedyny naród na świecie, który gotów jest umierać za merci (czyli za wyrazy uznania ze strony kogoś, kto Polakom imponuje) – głosiła mordercza, XIX-wieczna opinia. Dziś nie chodzi o umieranie, Amerykanie wprawdzie Polakom imponują, ale Rosjanie – niespecjalnie. Lecz mimo to nie sposób pozbyć się wrażenia, że zmieniło się niewiele.

Że dziś nadal jesteśmy jedynym narodem, z którym można tak wiele załatwić za pomocą symboliki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop