LOT walczy o postęp

09 lut 2012

Rok temu Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że krzyże we włoskich szkołach nie naruszają praw niewierzących i innowierców. Logika tego orzeczenia najwyraźniej nie przemawia do członków zarządu PLL LOT, którzy właśnie zakazali stewardessom nosić krzyżyki. Bo do tego sprowadza się nowa regulacja, zabraniająca pracownikom noszenia w widocznym miejscu „biżuterii obrazującej symbole religijne”.

W wypowiedzi dla „Frondy” rzecznik LOT-u uzasadnia to obawą przed „niespodziewanymi reakcjami” latających polskimi liniami „muzułmanów, Żydów i przedstawicieli innych religii”. Trudno to tłumaczenie określić inaczej niż jako groteskowe.

Gdyby zresztą zarząd LOT-u naprawdę kierował się taką obawą, byłoby to działanie kontrskuteczne. Bo tego rodzaju postępowanie w oczach antychrześcijańskich fanatyków to po prostu oznaka słabości, a słabość rozzuchwala. Narzuca się, niestety, podejrzenie, że kierownictwu LOT-u nie chodziło o żadne „niespodziewane reakcje”. Że zapragnęło stanąć w pierwszym szeregu wojny o postęp, o laicyzm rozumiany tak, jak we Francji.

 

I poniżyło wierzących. Bo nakaz zdjęcia symbolu religijnego musi przez osobę noszącą taką odznakę być odebrany jako poniżenie. Co więcej, jest to też sygnał, mówiący – nie wprost, ale wyraźnie – że religia jest czymś wstydliwym, czymś wątpliwym, czymś z definicji złym i groźnym, czymś co z współczesności należy wypierać…

Decyzja LOT-u oburza chrześcijan. Ale sądzę, że oburzyć powinni się również ci, którzy osobiście nie wierzą, ale zarazem nie chcą, aby Polska i Europa pogrążyły się w duchowej pustce. Którzy boją się tyranii agresywnego progresywizmu i ideologicznej inżynierii społecznej. I którzy – po prostu – cenią wolność. Bo zrywanie medalików z szyi stewardess jest też – po prostu – uderzeniem w ludzką wolność.

W czwartek wieczorem LOT wydał oświadczenie, w którym – oprócz kuriozalnych ataków na tych, którzy ujawnili nową regulację, a którzy, zdaniem rzecznika linii lotniczej, kierują się dążeniem do bankructwa tej firmy (!) znajdujemy niejasną zapowiedź „doprecyzowania i zmiany” krytykowanego zapisu. Oby był to przejaw otrzeźwienia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To się kiedyś na Platformie zemści

To, że Hanna Gronkiewicz-Waltz rozdaje nagrody, powodując się logiką międzypartyjnej wojny, nie zaskakuje. Tak wygląda polityka, zwłaszcza lokalna, i niestety nie wyłącznie w wykonaniu Platformy. Inna rzecz, że twardy rdzeń elektoratu tej partii tego rodzaju decyzja może wręcz cieszyć – bo dla tego elektoratu wszystko, co bije w znienawidzonych „pisiorów”, z definicji musi być dobre.

To, że Hanna Gronkiewicz-Waltz rozdaje nagrody, powodując się logiką międzypartyjnej wojny, nie zaskakuje. Tak wygląda polityka, zwłaszcza lokalna, i niestety nie wyłącznie w wykonaniu Platformy. Inna rzecz, że twardy rdzeń elektoratu tej partii tego rodzaju decyzja może wręcz cieszyć – bo dla tego elektoratu wszystko, co bije w znienawidzonych „pisiorów”, z definicji musi być dobre.

To, że rozdając nagrody, pani prezydent kieruje się nie tylko logiką wojny międzypartyjnej, ale także grą frakcyjną wewnątrz własnego ugrupowania, wygląda brzydziej. Demonstracyjne wyróżnienie burmistrza Pragi-Północ związanego z Gronkiewicz, a zarazem nawet w PO krytykowanego za nieudolność, nie powinno się podobać nawet zażartym wielbicielom „dorzynania watahy”.

To, że pani prezydent odmawiała ujawnienia listy nagrodzonych i sum, jakie dostali konkretni urzędnicy, wygląda już wręcz paskudnie. To zachowanie sprzeczne z jakkolwiek rozumianym postulatem przejrzystości administracji. Takie dane na Zachodzie z reguły są powszechnie dostępne. Bo powszechnie uważa się tam, że opinia ma prawo wiedzieć, kto jest premiowany przez władzę, i czy za rzeczywiste osiągnięcia, czy też wyłącznie za polityczną wierność.

Ale najpaskudniej wygląda to, że te nagrody przyznaje swoim poplecznikom prezydent, której rządy – oględnie mówiąc – nie są specjalnym sukcesem. Za której czasów budowa metra opóźniła się o wiele miesięcy na skutek indolencji władz przy załatwianiu administracyjnych zezwoleń. Za której czasów liczba miejskich urzędników znacząco wzrosła. Za której czasów dokonuje się rozpaczliwych oszczędności na oświacie, gdy wydatki na promocję miasta rosną o prawie połowę…

Pani prezydent, tak jak i inni politycy jej partii, czuje się bezkarna. Bowiem logika plemiennego konfliktu, której ulega większość wyborców, skutecznie uniemożliwia tej większości nie tylko rozliczenie nieudolności rządzących, ale wręcz dostrzeżenie tych nieudolności. To poczucie bezkarności, jak dotąd, okazywało się słuszne. Ale historia nie stoi w miejscu, wczorajsze emocje powoli słabną, wyborcy może i ciągle odrzucają pewne informacje, ale kumulują się one w ich podświadomości. Jeśli politycy PO nie będą chcieli zauważyć tego zjawiska, to kiedyś czeka ich przykra niespodzianka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Murzynek, czyli rozpoznanie bojem

03 lut 2012

Wojciech Sadurski zapolemizował w GW z moim tekstem nt. ataków na Marka Suskiego ws. wypowiedzi o „Murzynku”. Próbując mnie zawstydzić, napisał m.in: „Przypuśćmy, że redaktor Skwieciński jest pochodzenia żydowskiego, a pewien poseł na Sejm RP powie szefowi naszego redaktora: „No i znów ten wasz Żydek nam dokuczył!”. Albo przypuśćmy, że red. Skwieciński jest homoseksualistą, a przedstawiciel narodu zdenerwuje się do red. Wróblewskiego (sic! – PS) słowami: „I znów ten wasz pedał się nas czepia!”

Dalej w jego tekście (który skądinąd znalazł się w „Gazecie” drukowanej, a w internetowej – nie; przyczyna tej decyzji redakcyjnej nie jest mi znana i mnie ciekawi – mam nadzieję że nikt w „Wyborczej” nie śmiał nastąpić na gardło pieśni profesora Sadurskiego?!) jest o tym, że Suski jest niekulturalny i nieprzyzwoity, a ja go bronię.

Oczywiście wiem, że Sadurski tylko udaje, że tego nie rozumie, jednak mimo to powtórzę: ze stylem i poczuciem humoru posła Suskiego nie jest mi po drodze. Ale w tej sprawie nie chodzi o starcie Dobra ze Złem, tylko mniejszego zła z większym. Większym złem jest lewacka dyktatura pojęć, którą p. rzecznik usiłuje wprowadzić. W sukurs p. Rajewicz przybywa profesor Sadowski. Wspólnymi siłami, wspierani niestety przez „Wyborczą” próbują konstruować świat, w którym postępowe areopagi będą tworzyć i narzucać ideologicznie motywowane normy przyzwoitości, dotyczące problemów o wiele ważniejszych niż „problem Murzynka”. „Murzynek” jest pretekstem, poligonem, „rozpoznaniem bojem”. Po zwycięstwie w sprawie Murzynka rychło okaże się, że nieprzyzwoity (nie – niesłuszny, tylko właśnie nieprzyzwoity) jest np.sprzeciw wobec adopcji homoseksualnej, kwot płciowych w radach nadzorczych i w ogóle wszystkiego, na co areopag zechce skierować lufy politycznopoprawnościowych medialnych armat.
Dodajmy, że w dodatku (jak słusznie podniósł na łamach „Rz” Piotr Zaremba) – sprawa „Murzynka” to przypadek rozmowy PRYWATNEJ – bo Suski nie wypowiadał się bynajmniej publicznie, co jest ważnym elementem sprawy.
Dodajmy też, że epitet „pedał” jest obraźliwy, zaś „Murzynek” czy „Żydek” – co najwyżej protekcjonalne.

Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że jeśli dopuścimy do tego, aby pp. Rajewicz i Sadurski skonstruowali nam świat, to w tym świecie swoboda słowa będzie coraz bardziej iluzoryczna. Ale też już Orwell na przykładzie Anglii lat 40 wykazywał, że dla lewicowych elit bywa ona wartością traktowaną jedynie instrumentalnie.
Gdyby więc ktoś określił mnie tak, jak marzy się prof.Sadurskiemu, byłoby mi zapewne przykro. Ale mój komfort może być najważniejszą pod słońcem rzeczą dla mnie, a niekoniecznie dla urzędników państwowych. Chyba lepiej, żeby dla nich najważniejszą rzeczą na świecie była wolność obywateli RP. Przepraszam za tę emfazę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kali i prezydent

Prezydent Komorowski pochylił się nad stanem prokuratury i uznał, że w rok po dokonanej przez rząd jego partii i podpisanej przez niego samego reformie tej instytucji „nie dzieje się w niej dobrze”.

Bo prokuratura Praga-Południe ujawniła ekspertyzę na temat zaniedbań BOR przy lotach premiera i prezydenta do Smoleńska. A prokuratura dopuściła się tego (jak określił to Komorowski: „pohasała”) zapewne dlatego, że rządzi tam nadal „układ polityczno-personalny pisowsko-ziobrowy”. Tak powiedział przecież Ryszard Kalisz, a niezdementowane słowa takiej persony, według Komorowskiego, trzeba traktować poważnie.

Prezydent w programie „Kropka nad i” wyraził też „pewne zdziwienie” faktem, że zmiany w ustawie o prokuraturze usiłuje inicjować sama prokuratura. Zdziwienie Komorowskiego zdumiewa – bo jaki przepis złamał Andrzej Seremet, powołując zespół przygotowujący potrzebne, zdaniem jego urzędu, zmiany?

Ustawa rozdzielająca urząd prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości była wspierana wszelkimi siłami przez polityków Platformy. W tym i przez Komorowskiego. Było to działanie zgodne z szerszą filozofią rządów PO – specyficznej feudalizacji państwa, rozdawania jego segmentów w pacht poszczególnym grupom interesów i korporacjom zawodowym. Dzięki realizacji tej filozofii – myślano – i rządzić łatwiej, bo nie trzeba będzie już zajmować się wieloma sprawami. I odpowiadać na krytyki już nie będzie trzeba – no, bo przecież już ustawowo nie mamy wpływu na dany segment państwa. I przy okazji zyska się poparcie zainteresowanych korporacji zawodowych. I zabezpieczy się dany segment państwa na wypadek powrotu – odpukać – PiS do władzy, bo ewentualny nowy rząd nie będzie już miał wpływu na dany segment państwa. A oddzielenie prokuratury uzasadniano koniecznością uwolnienia jej od wpływu rządzących polityków.

Teraz zaś, gdy uniezależniona prokuratura nie zawsze w każdej sprawie postępuje tak, jak chciałaby partia rządząca – nagle się okazuje, że „w prokuraturze nie dzieje się dobrze”…

Czy prezydent Komorowski czytał kiedyś o filozofii Kalego?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Breivik, czyli zło nie istnieje

02 lut 2012

Anders Breivik będzie poddany nowym badaniom. Ale charakterystyczny jest sam fakt, że sprawca skomplikowanej, skrupulatnie zaplanowanej i precyzyjnie zrealizowanej zbrodni został w ogóle uznany za niepoczytalnego.

Wydaje się, że lekarze orzekający, iż terrorysta był niepoczytalny (a zgodnie z norweskim prawem oznacza to, że podczas dokonywania zbrodni, w czasie której zginęło ponad 70 osób, był on w stanie psychozy, czyli się nie kontrolował, co w wypadku Breivika jest sprzeczne z faktami) kierowali się czymś w rodzaju niewyartykułowanego zamówienia społecznego. Zamówienia, które sporo mówi o stanie intelektualno-duchowym zachodniej Europy.

Po pierwsze, uznanie zbrodniarza za niepoczytalnego pozwala podtrzymać tezę, iż istota ludzka jest z natury dobra, a zło nie istnieje. A to, co moglibyśmy uznać za rezultat zła, jest w istocie zawsze efektem choroby albo błędu popełnionego przez kształtujące jednostkę społeczeństwo.

Po drugie, uznanie Breivika za niepoczytalnego pozwala automatycznie uznać deklarowane przez niego przyczyny zbrodni za efekt urojenia. Innymi słowy, nie wystarczy potępić (słusznie) dokonanej przez niego zbrodni, ale już sam strach przed roztopieniem się Europejczyków w morzu imigracji należy uznać za objaw szaleństwa. Niezależnie od tego, czy obawa ta doprowadzi kogoś – jak Breivika – do działań złych i zbrodniczych, czy też całkowicie zgodnych z prawem.

Uznanie Breivika za niepoczytalnego pozwalało zachodnim Europejczykom na powrót do spokoju, do przekonania, że ich model rozwojowy jest w całości dobry i nie mają powodu do niepokojów. Ewentualna zmiana werdyktu może ten spokój zakłócić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pani rzecznik w awangardzie postępu

31 sty 2012

Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz zwróciła się oficjalnie do sejmowej komisji etyki o ukaranie Marka Suskiego za wypowiedzi, które określiła mianem „rasistowskich i homofobicznych”.

Nie mam zamiaru windować na piedestał posła PiS, którego stylu i poczucia humoru, ujmując rzecz eufemistycznie, nie oceniam wysoko. Tym niemniej Suskiego bronić trzeba, bo pani rzecznik w swoim wystąpieniu przekracza kolejne granice ideologicznego zacietrzewienia i stwarza precedensy bardzo niebezpieczne na przyszłość.

W piśmie do komisji etyki Kozłowska-Rajewicz (nie osoba prywatna, tylko wysoki urzędnik rządowy!) używa bowiem pojęć z arsenału radykalnej lewicy kulturowej, charakterystycznych dotąd tylko dla tego elementu ideowego spektrum. Twierdzi bowiem, iż Suski używa tzw. „mowy nienawiści”. Jest to fraza nacechowana, używana przez lewicowych inżynierów społecznych do piętnowania tych, którzy ośmielą się powiedzieć cokolwiek krytycznego pod adresem lansowanych przez tych inżynierów grup społecznych. Podkreślmy – tych, którzy ośmielą się pod adresem tych grup powiedzieć cokolwiek krytycznego, a nie tylko ordynarnego.

Gdyby pani rzecznik zarzuciła Suskiemu ordynarność (chodzi o wypowiedź, sugerująca podobieństwo homoseksualizmu i zoofilii) – zapewne milczałbym. Jeśli jednak pada określenie „mowa nienawiści”, to już sam ten fakt powoduje, że Suskiego trzeba bronić. Bo jeśli zgodzimy się na to, aby polskie państwo używało takiego języka, to za moment jako mowę nienawiści p. Rajewicz określi każdą wypowiedź, sugerującą np. że wychowanie dziecka w jednopłciowym związku może być dla nie go krzywdzące. Dokładnie tego chcą lewicowi inżynierowie, do których, jak widać, p. Rajewicz blisko.

Użycie przez wysokiego urzędnika państwa polskiego zwrotu „mowa nienawiści” byłoby zresztą problemem nawet gdyby była to wypowiedź abstrakcyjna, nikogo konkretnie nie atakująca. Bo – powtórzmy – jest to pojęcie z arsenału jednej z radykalnych stron wojny kulturowej, i jego użycie samo w sobie dowodzi, że urzędnik ów nie tylko nie jest bezstronny w tej wojnie, ale chce zaangażować w niej instytucje państwa. Wyobraźmy sobie, jak zareagowałaby druga strona sporu, gdyby jakiś minister użył w oficjalnym dokumencie np.określenia „cywilizacja śmierci”, pochodzącego z kolei z języka przeciwnej, katolickiej strony sporu? Czy nie padłyby żądania dymisji?

Pani Rajewicz nie ogranicza się do potępienia Suskiego za rzekomo „nienawistne” słowa o zoofilii. Chce karać posła również za sławetny zwrot o „murzynku”. A to dlatego, że – uwaga! – według p. rzecznik „użyte w tej wypowiedzi słowo „murzyn” stanowi pejoratywne określenie, naruszając godność oraz stanowiące publicznie wyrażoną dyskryminację, u której podstaw leży inny, niż biały kolor skóry”.

Po raz pierwszy urzędnik państwa polskiego przyłącza się tu do krucjaty, toczonej u nas dotąd wyłącznie przez najradykalniejszych lewackich doktrynerów, mającą na celu penalizację słowa „murzyn”. Słowo to jest w polszczyźnie neutralne, rolę obelg związanych z przynależnością rasową pełnią w naszej przestrzeni językowej epitety inne („czarnuch”, „asfalt” itd). Kampania zmierzająca do jego zakazania merytorycznie podobna jest do wprowadzonego w 1940 roku na Kresach przez Rosjan zakazu używania neutralnego w polszczyźnie słowa „Żyd” – bo po rosyjsku „żid” to istotnie epitet obraźliwy.

Lewaccy harcownicy dobrze o tym wiedzą. A mimo to prowadzą swoją kampanię. Trochę ze względu na swoje imitacyjne skłonności (niewolnicze naśladowanie wzorców, wypracowanych przez zachodnią lewicę). Ale przede wszystkim dlatego, żeby wygrać pierwszą w Polsce bitwę o słowo. Żeby stworzyć precedens. Kiedy pierwsze koty polecą za płoty, będzie już z górki, łatwiej będzie już ideologicznie zmieniać polszczyznę, w sferach poważniejszych i ważniejszych niż „wojna o murzyna”. A język kształtuje myślenie, pisał o tym Orwell, pisze Chomsky…

Dlatego Suskiego trzeba bronić. A pod adresem premiera sformułować pytanie – czy naprawdę chce, żeby podległe mu rządowe instytucje angażowały się w ideologiczno-kulturową wojnę?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jasny wniosek z niejasnych nagrań

28 sty 2012

Ujawnione przez „Newsweek” kolejne „taśmy Klicha” – czyli nagrania, wykonane przez polskiego Akredytowanego na początku śledztwa smoleńskiego powodują, że przebieg tego dochodzenia staje się jeszcze bardziej niż dotąd tajemniczy.

— Będziecie nas podsłuchiwać? — pyta pułkownik Klich niezidentyfikowanego rozmówcę (jak można się domyślać, mającego coś wspólnego z polskimi służbami specjalnymi).

— Tak jest — odpowiada ów człowiek.

— No ja myślę, że trzeba. Teraz trzeba już. Ja bym proponował, żeby jednak nas… – mówi Edmund Klich.

Jego rozmówca zgadza się: — Niebezpieczna sytuacja i trzeba podsłuchiwać – stwierdza.

— Trzeba, trzeba – potwierdza pułkownik. — Ja wiem, że nad wszystkim trzeba mieć kontrolę. Nie może się wymknąć. Rację musimy mieć my.

Ta króciutka wymiana zdań rodzi szereg pytań. O ile sam fakt inwigilacji prowadzących tak kluczowe dochodzenie przez polskie służby specjalne nie jest moim zdaniem niczym dziwnym ani nagannym (choćby ze względu na ochronę kontrwywiadowczą, której potrzeba w wypadku śledztwa smoleńskiego jest oczywista), o tyle końcówka tej rozmówki bynajmniej oczywista nie jest. Jest natomiast i niejasna, i niepokojąca.

Bo co to znaczy „nie może się wymknąć, rację musimy mieć my”? Nie może się wymknąć z rąk śledztwo lub bardziej ogólnie – sprawa. Ale kim dla Klicha byli „my”, i w opozycji do jakich „onych”? Można tu sformułować dwie hipotezy.

Pierwsza – że „rację” według Klicha muszą mieć ci, którzy od początku lansowali tezę, iż katastrofa smoleńska była wynikiem, mówiąc ogólnie, nacisków na załogę ze strony prezydenta Kaczyńskiego i jego otoczenia. I nadzór służb ma służyć osiągnięciu tego efektu. Kiedy przypomnimy sobie wszystkie przejawy podporządkowywania przez rządzących śledztwa smoleńskiego paradygmatowi wojny z PiS-em musimy uznać, że ta interpretacja nagranej przez Klicha konwersacji jest niestety prawdopodobna.

Hipoteza druga – prawdopodobna  znacznie mniej – opiera się na przypomnieniu, że tenże pułkownik Klich udzielił niegdyś niejasnej (jak to on) wypowiedzi, z której wynikało, iż wśród prowadzących śledztwo po stronie polskiej zetknął się z tendencją, aby koniecznie całą, a przynajmniej jak największą winą za Smoleńsk obciążyć Rosjan. Niewiele z  późniejszych faktów można zinterpretować jako potwierdzenie tego nastawienia strony polskiej. Ale może jednak dla Klicha „rację musimy mieć my” oznacza „rację musimy mieć my – Polacy”? Sytuację dodatkowo zaciemnia fakt, że to Klich nagrywał rozmowę. A w tym kontekście – niezależnie od tego, co pułkownik myślał, mówiąc „(nic) nie może się wymknąć, rację musimy mieć my” nie sposób nie zauważyć możliwości, że wypowiadając to zdanie „podpuszczał” rozmówcę. Czyli że chciał, by ten „pociągnął” temat, wypowiedział jakieś słowa, będące potwierdzeniem, iż polskie władze chcą zmanipulować śledztwo, aby niezależnie od tego, jaka jest prawda, przyniosło ono jakiś konkretny, założony przez te władze rezultat.

Jeśli tak – to w jakim celu Klich tak postępował? Czy ma to związek z faktem, że po wyjściu z poprzedniego spotkania (tego z ministrem Klichem, który sugerował by na tym etapie nie formułować wniosków o rosyjskiej odpowiedzialności) Akredytowany według „Newsweeka” powiedział sam do siebie: ja was rozliczę”?

Pora na wnioski. Nad przebiegiem śledztwa smoleńskiego pojawia się coraz więcej znaków zapytania. Piszący te słowa długo dawał prowadzącym to dochodzenie (zarówno jeśli chodzi o prokuraturę, jak i o komisję Millera) kredyt zaufania. Niestety kolejne fakty w zasadniczym stopniu nadszarpnęły ten kredyt.

Kolejna odsłona spektaklu pt. taśmy Klicha wskazuje, że postulat rozpoczęcia od początku badania smoleńskiej katastrofy (a w ramach tego – zbadania, jak przebiegało jej badanie dotychczasowe)  jest moim zdaniem postulatem słusznym. A zająć się tym, uważam, powinna nadzwyczajna komisja sejmowa. Oczywiście z udziałem opozycji.

Wiem oczywiście, że wielu krzyczy „mamy już dosyć Smoleńska!”. Wiem też, że wielu wyznawców po obu stronach dzielących Polaków barykad nigdy nie uwierzy w jakiekolwiek ustalenia, niezgodne z tym, co uważają za swoją prawdę. Trudno, mimo to badanie trzeba zacząć od nowa. Nie można dopuścić do tego, aby wokół tragicznej śmierci polskiego prezydenta i kilkudziesięciu przedstawicieli elity państwa pozostały znaczące znaki zapytania.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przejrzystość jest ważniejsza

27 sty 2012

- Jestem doradcą prezydenta i uważam za coś absolutnie niestosownego, by o moim doradzaniu informować media. To są sprawy wewnętrzne – tak mówił prof. Jerzy Osiatyński, gdy w sądzie pojawił się wniosek o ujawnienie treści ekspertyz, na podstawie których Bronisław Komorowski podpisał kontrowersyjną ustawę o OFE.

Można zrozumieć zdenerwowanie ekonomisty. Bo zrozumiałe jest dążenie polityków, by drzwi do politycznej kuchni pozostawiać zamknięte. Dążenie to nie jest dla nich dyskwalifikujące. Nie trzeba mieć brudnych rąk, aby pragnąć uczynić proces powstawania politycznych decyzji maksymalnie dyskretnym. To ludzkie.

Ale przeważają argumenty na rzecz rozwiązań odwrotnych. Przypomnijmy choćby aferę Rywina. Ujawniła ona, że projekty ustaw, ważnych z punktu widzenia całego państwa i społeczeństwa, były przedmiotem kompletnie nieformalnych i tajnych uzgodnień między rządem a częścią zainteresowanych grup interesów. Uzgodnień, w których mieszały się różne polityczne i finansowe interesy, a kategoria dobra publicznego schodziła gdzieś na dalszy plan.

Tę sytuację uważano wówczas powszechnie za przejaw trawiącej Polskę choroby. Uznano, że jednym ze środków przeciwdziałania może być wymuszenie sformalizowania procesu prac nad nowymi aktami prawnymi. Choć, rzecz jasna, jest to zdecydowanie mniej wygodne dla polityków i rządowych urzędników.

Sytuacja z ekspertyzami jest w pewnym sensie podobna. To oczywiste, że wygodniej zorganizować cały proces decyzyjny, którego częścią jest proces doradczy, w warunkach pełnej kancelaryjnej intymności. Ale przejrzystość tych procesów jest jednak wartością wyższą. Zwłaszcza kiedy chodzi o decyzje, których efektem jest – a tak było m.in. w przypadku OFE – przekierowanie gigantycznych strumieni pieniędzy.

Dlatego decyzja NSA, uznająca ekspertyzy zamówione przez prezydenta za informację publiczną, jest decyzją słuszną. Bo przejrzystość chroni wartości wyższe niż komfort polityków i urzędników najważniejszych w państwie kancelarii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podpisaliśmy. Teraz sprawdźmy, co

Premier Tusk i minister Boni postanowili wyjść naprzeciw żądaniom internautów i zapowiedzieli, że ACTA nie zostanie ratyfikowane, jeśli okaże się, iż zagraża wolności w sieci.

- Do czasu ratyfikacji, w trybie konsultacji i przy pomocy ekspertów będziemy analizowali każdą literkę, żeby nie było podejrzeń, że ACTA wymuszają jakiekolwiek zmiany, które zagrażają wolności w internecie. Jeśli naprawdę będzie uzasadniona opinia, że umowa ACTA to zagrożenie dla wolności, to nie wniesiemy tej umowy pod ratyfikację – zapowiedział Tusk.

- Nie wolno nam wejść w procedurę ratyfikacyjną, jeśli nie rozproszymy wszystkich wątpliwości – zgodził się z nim Boni.

Są to deklaracje, łagodnie mówiąc, zdumiewające. Bo – nie wchodząc w kwestię, czy ACTA zawiera słuszne, czy niesłuszne rozwiązania – warto przypomnieć, że to ten rząd długo negocjował treść umowy. To chyba dość oczywiste, że to wtedy był czas na „analizowanie każdej literki” i wyrobienie sobie zdanie, czy tworzone przepisy zagrażają, czy nie zagrażają wolności.

Zapowiedź, że dopiero teraz – po podpisaniu! – rząd zacznie sprawdzać, co właściwie podpisał, jest kompromitująca. A gdyby – teoretycznie – rząd zdecydował się nie przedstawiać do ratyfikacji wynegocjowanego i podpisanego przez siebie dokumentu, byłoby to jeszcze bardziej kuriozalne.

Taka możliwość jest chyba tylko teoretyczna, bo tak naprawdę i premier, i jego minister chcą tylko wylać oliwę na fale społecznego protestu, który nieoczekiwanie wybuchł w sprawie ACTA. Kiedy nastroje się uspokoją, kiedy internauci zejdą z ulic – myślą rządzący – będzie można cichutko ratyfikować umowę.

I mogą mieć rację, bo jak dotąd rządowa maszynka, oparta na krótkiej pamięci Polaków, działała efektywnie. Może i obecnie za parę tygodni tych, którzy w tej chwili protestują, zajmie coś innego. Ale nie zmieni to faktu, że premier i minister deklarują teraz, że w imieniu Polski podpisali coś, czego treści, a przynajmniej implikacji nie znali.

Panowie, tak po prostu: nie jest wam głupio?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pobite gary, czyli rządowe czary

26 sty 2012

Szwedzki eurodeputowany Christian Engstroem oskarżył ministra Boniego o świadome kłamstwo. Boni powiedział bowiem, że Polska powinna dodać do ACTA „klauzulę, która będzie pokazywała, jak my interpretujemy te punkty, które należą do polskiej kompetencji”, co zdaniem eurodeputowanego (i, dodajmy, ogromnej większości ekspertów) jest niemożliwe, a co najmniej prawnie całkowicie bezskuteczne.

W tej samej wypowiedzi Boni powiedział też, iż Polska musi podpisać ACTA m.in.dlatego, że „wszystkie kraje europejskie już ją podpisały”. Pomijając satelicką logikę tego zdania (Polska naprawdę zawsze musi robić to, co inni? Jakoś inne kraje europejskie nie kierują się tą zasadą) to w momencie wygłaszania była to po prostu nieprawda. Boni mówił bowiem wczoraj, a podpisanie ACTA przez kraje europejskie nastąpiło dopiero dziś.

Nie wypowiadając się co do samej zasadności ACTA muszę stwierdzić, że postępowanie polskiego rządu w tej sprawie trzeba niestety określić mianem żenującego i co może jeszcze gorsze – żenującego w sposób dla tego rządu charakterystyczny. Po pierwsze: to, co eufemistycznie możemy określić jako świadome mijanie się z prawdą jest konsekwentnie stosowaną metodą działania przedstawicieli tego gabinetu. Jeszcze w zeszłym tygodniu minister Graś mówił, że w sprawie podpisania przez Polskę ACTA „nic nie jest jeszcze przesądzone”, teraz Boni używa słowa „musimy”… Tenże Graś mówił również, przypomnijmy, że przyczyną zablokowania stron rządu był nie atak hakerów, ale wzmożone zainteresowanie internautów pracami Rady Ministrów…

Po drugie – równie konsekwentnie stosowaną metodą działania obecnego rządu jest inny rodzaj kłamstwa, stosowanego w chwili gdy na jaw wychodzi jakieś rządowe, znów użyjmy eufemizmu, zaniedbanie. Wtedy zapowiada się zastosowanie czarodziejskiej metody pt.”pobite gary”. Przypomnimy, że w dziecięcych zabawach było to niegdyś hasło, powodujące coś w rodzaju cofnięcia czasu – unieważnienia całego dotychczasowego przebiegu gry.

Tak zachował się rząd, gdy okazało się, iż raport MAK w najmniejszym nawet stopniu nie uwzględnia rosyjskiej współodpowiedzialności za katastrofę smoleńską. Zapowiedziano zaskarżenie raportu – choć rząd musiał przecież wiedzieć, że na gruncie przyjętej przez ten sam rząd konwencji chicagowskiej po prostu nie można tego zrobić. Teraz postępuje dokładnie w ten sam sposób. Przedstawiciele rządu zapowiadają „polską interpretację” ACTA, choć przecież wiedzą, że to trochę tak, jakby podpisawszy układ o oddaniu jakiemuś państwu części polskiego terytorium wydać deklarację, iż rozumie przez to operację odwrotną – odebranie części terytorium partnera…

Dotąd rząd stosował takie krętactwa skutecznie, ze słusznym poczuciem pełnej bezkarności. Logika wewnątrzpolskiej wojny domowej i plemiennych nienawiści dawała mu bowiem u większości Polaków immunitet. Bo dla większości ważne było, że Tusk jest zaporą dla nie cierpianego przez tę większość PiS-u, a więc należy nie zauważać niczego, co źle o antypisowskim rządzie świadczy.

Tak było dotąd. Skala protestów w sprawie ACTA, a przede wszystkim fakt, iż ogarnęły one środowiska uznawane dotąd za zaplecze Platformy wydaje się sugerować, że efektywność antypisowskiego szantażu zaczyna się zmniejszać. Na pokrywającym dotąd Tuska teflonie pojawiają się pierwsze rysy.

Ciekawe, czy rządowi polittechnolodzy będą potrafili zareagować na to inaczej, niż tak jak zwykle, czyli dosypując jeszcze więcej węgla pod kocioł z „antykaczystowskimi” emocjami?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop