Przejrzystość jest ważniejsza

27 sty 2012

- Jestem doradcą prezydenta i uważam za coś absolutnie niestosownego, by o moim doradzaniu informować media. To są sprawy wewnętrzne – tak mówił prof. Jerzy Osiatyński, gdy w sądzie pojawił się wniosek o ujawnienie treści ekspertyz, na podstawie których Bronisław Komorowski podpisał kontrowersyjną ustawę o OFE.

Można zrozumieć zdenerwowanie ekonomisty. Bo zrozumiałe jest dążenie polityków, by drzwi do politycznej kuchni pozostawiać zamknięte. Dążenie to nie jest dla nich dyskwalifikujące. Nie trzeba mieć brudnych rąk, aby pragnąć uczynić proces powstawania politycznych decyzji maksymalnie dyskretnym. To ludzkie.

Ale przeważają argumenty na rzecz rozwiązań odwrotnych. Przypomnijmy choćby aferę Rywina. Ujawniła ona, że projekty ustaw, ważnych z punktu widzenia całego państwa i społeczeństwa, były przedmiotem kompletnie nieformalnych i tajnych uzgodnień między rządem a częścią zainteresowanych grup interesów. Uzgodnień, w których mieszały się różne polityczne i finansowe interesy, a kategoria dobra publicznego schodziła gdzieś na dalszy plan.

Tę sytuację uważano wówczas powszechnie za przejaw trawiącej Polskę choroby. Uznano, że jednym ze środków przeciwdziałania może być wymuszenie sformalizowania procesu prac nad nowymi aktami prawnymi. Choć, rzecz jasna, jest to zdecydowanie mniej wygodne dla polityków i rządowych urzędników.

Sytuacja z ekspertyzami jest w pewnym sensie podobna. To oczywiste, że wygodniej zorganizować cały proces decyzyjny, którego częścią jest proces doradczy, w warunkach pełnej kancelaryjnej intymności. Ale przejrzystość tych procesów jest jednak wartością wyższą. Zwłaszcza kiedy chodzi o decyzje, których efektem jest – a tak było m.in. w przypadku OFE – przekierowanie gigantycznych strumieni pieniędzy.

Dlatego decyzja NSA, uznająca ekspertyzy zamówione przez prezydenta za informację publiczną, jest decyzją słuszną. Bo przejrzystość chroni wartości wyższe niż komfort polityków i urzędników najważniejszych w państwie kancelarii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podpisaliśmy. Teraz sprawdźmy, co

Premier Tusk i minister Boni postanowili wyjść naprzeciw żądaniom internautów i zapowiedzieli, że ACTA nie zostanie ratyfikowane, jeśli okaże się, iż zagraża wolności w sieci.

- Do czasu ratyfikacji, w trybie konsultacji i przy pomocy ekspertów będziemy analizowali każdą literkę, żeby nie było podejrzeń, że ACTA wymuszają jakiekolwiek zmiany, które zagrażają wolności w internecie. Jeśli naprawdę będzie uzasadniona opinia, że umowa ACTA to zagrożenie dla wolności, to nie wniesiemy tej umowy pod ratyfikację – zapowiedział Tusk.

- Nie wolno nam wejść w procedurę ratyfikacyjną, jeśli nie rozproszymy wszystkich wątpliwości – zgodził się z nim Boni.

Są to deklaracje, łagodnie mówiąc, zdumiewające. Bo – nie wchodząc w kwestię, czy ACTA zawiera słuszne, czy niesłuszne rozwiązania – warto przypomnieć, że to ten rząd długo negocjował treść umowy. To chyba dość oczywiste, że to wtedy był czas na „analizowanie każdej literki” i wyrobienie sobie zdanie, czy tworzone przepisy zagrażają, czy nie zagrażają wolności.

Zapowiedź, że dopiero teraz – po podpisaniu! – rząd zacznie sprawdzać, co właściwie podpisał, jest kompromitująca. A gdyby – teoretycznie – rząd zdecydował się nie przedstawiać do ratyfikacji wynegocjowanego i podpisanego przez siebie dokumentu, byłoby to jeszcze bardziej kuriozalne.

Taka możliwość jest chyba tylko teoretyczna, bo tak naprawdę i premier, i jego minister chcą tylko wylać oliwę na fale społecznego protestu, który nieoczekiwanie wybuchł w sprawie ACTA. Kiedy nastroje się uspokoją, kiedy internauci zejdą z ulic – myślą rządzący – będzie można cichutko ratyfikować umowę.

I mogą mieć rację, bo jak dotąd rządowa maszynka, oparta na krótkiej pamięci Polaków, działała efektywnie. Może i obecnie za parę tygodni tych, którzy w tej chwili protestują, zajmie coś innego. Ale nie zmieni to faktu, że premier i minister deklarują teraz, że w imieniu Polski podpisali coś, czego treści, a przynajmniej implikacji nie znali.

Panowie, tak po prostu: nie jest wam głupio?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pobite gary, czyli rządowe czary

26 sty 2012

Szwedzki eurodeputowany Christian Engstroem oskarżył ministra Boniego o świadome kłamstwo. Boni powiedział bowiem, że Polska powinna dodać do ACTA „klauzulę, która będzie pokazywała, jak my interpretujemy te punkty, które należą do polskiej kompetencji”, co zdaniem eurodeputowanego (i, dodajmy, ogromnej większości ekspertów) jest niemożliwe, a co najmniej prawnie całkowicie bezskuteczne.

W tej samej wypowiedzi Boni powiedział też, iż Polska musi podpisać ACTA m.in.dlatego, że „wszystkie kraje europejskie już ją podpisały”. Pomijając satelicką logikę tego zdania (Polska naprawdę zawsze musi robić to, co inni? Jakoś inne kraje europejskie nie kierują się tą zasadą) to w momencie wygłaszania była to po prostu nieprawda. Boni mówił bowiem wczoraj, a podpisanie ACTA przez kraje europejskie nastąpiło dopiero dziś.

Nie wypowiadając się co do samej zasadności ACTA muszę stwierdzić, że postępowanie polskiego rządu w tej sprawie trzeba niestety określić mianem żenującego i co może jeszcze gorsze – żenującego w sposób dla tego rządu charakterystyczny. Po pierwsze: to, co eufemistycznie możemy określić jako świadome mijanie się z prawdą jest konsekwentnie stosowaną metodą działania przedstawicieli tego gabinetu. Jeszcze w zeszłym tygodniu minister Graś mówił, że w sprawie podpisania przez Polskę ACTA „nic nie jest jeszcze przesądzone”, teraz Boni używa słowa „musimy”… Tenże Graś mówił również, przypomnijmy, że przyczyną zablokowania stron rządu był nie atak hakerów, ale wzmożone zainteresowanie internautów pracami Rady Ministrów…

Po drugie – równie konsekwentnie stosowaną metodą działania obecnego rządu jest inny rodzaj kłamstwa, stosowanego w chwili gdy na jaw wychodzi jakieś rządowe, znów użyjmy eufemizmu, zaniedbanie. Wtedy zapowiada się zastosowanie czarodziejskiej metody pt.”pobite gary”. Przypomnimy, że w dziecięcych zabawach było to niegdyś hasło, powodujące coś w rodzaju cofnięcia czasu – unieważnienia całego dotychczasowego przebiegu gry.

Tak zachował się rząd, gdy okazało się, iż raport MAK w najmniejszym nawet stopniu nie uwzględnia rosyjskiej współodpowiedzialności za katastrofę smoleńską. Zapowiedziano zaskarżenie raportu – choć rząd musiał przecież wiedzieć, że na gruncie przyjętej przez ten sam rząd konwencji chicagowskiej po prostu nie można tego zrobić. Teraz postępuje dokładnie w ten sam sposób. Przedstawiciele rządu zapowiadają „polską interpretację” ACTA, choć przecież wiedzą, że to trochę tak, jakby podpisawszy układ o oddaniu jakiemuś państwu części polskiego terytorium wydać deklarację, iż rozumie przez to operację odwrotną – odebranie części terytorium partnera…

Dotąd rząd stosował takie krętactwa skutecznie, ze słusznym poczuciem pełnej bezkarności. Logika wewnątrzpolskiej wojny domowej i plemiennych nienawiści dawała mu bowiem u większości Polaków immunitet. Bo dla większości ważne było, że Tusk jest zaporą dla nie cierpianego przez tę większość PiS-u, a więc należy nie zauważać niczego, co źle o antypisowskim rządzie świadczy.

Tak było dotąd. Skala protestów w sprawie ACTA, a przede wszystkim fakt, iż ogarnęły one środowiska uznawane dotąd za zaplecze Platformy wydaje się sugerować, że efektywność antypisowskiego szantażu zaczyna się zmniejszać. Na pokrywającym dotąd Tuska teflonie pojawiają się pierwsze rysy.

Ciekawe, czy rządowi polittechnolodzy będą potrafili zareagować na to inaczej, niż tak jak zwykle, czyli dosypując jeszcze więcej węgla pod kocioł z „antykaczystowskimi” emocjami?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent, który zdumiewa

11 sty 2012

„Prezydent uważa, że problemem do rozstrzygnięcia jest czy reforma – w wyniku której oddzielnie działają resort sprawiedliwości i Prokuratura Generalna – poszła za blisko, czy za daleko, czy należy tę reformę pogłębić, czy się cofnąć. Zdaniem Komorowskiego na to pytanie nie ma dziś odpowiedzi” – tak serwis PAP zrelacjonował wypowiedź głowy państwa.

Co zdumiewające – nikogo to nie zdziwiło. I nie dziwi dalej, mimo że od momentu poinformowania świata o tej deklaracji  Komorowskiego minęły już 24 godziny. Czekałem dobę na ewentualne sprostowanie, ale go nie ma, co znaczy chyba, że cytat z prezydenta jest oddany wiernie.

A przecież jest to wypowiedź zdumiewająca, by nie rzec – kuriozalna. Dotyczy – przypomnimy – nie jakiejś mało ważnej, mało znanej i dotyczącej jakiejś specyficznej, ważnej tylko dla niewielkiej części społeczeństwa sprawy. Rzecz idzie o dogłębnej reformie bardzo ważnej części aparatu sprawiedliwości. Reformie, będącej sztandarową propozycją partii obecnie rządzącej, bardzo zdecydowanie atakowanej przez największą partię opozycyjną. Reformie, dodajmy, nie przeprowadzonej przecież z zaskoczenia, a uchwalonej wtedy, kiedy marszałkiem Sejmu był właśnie Bronisław Komorowski. Reformie, której skutki wszyscy, a tym bardziej głowa państwa, mogą obserwować na bieżąco.

I w tak fundamentalnej sprawie urzędujący prezydent nie tylko nie ma zdecydowanego zdania, ale wręcz nie wie bodaj w przybliżeniu, bodaj intuicyjnie, co uważa za prawdę? Uważa, że może słuszne jest rozwiązanie A, a może stuprocentowo sprzeczne z A rozwiązanie B? Dotąd nie interesował się w ogóle fundamentalnym elementem aparatu państwowego, elementem co do którego ma w dodatku określone konstytucyjne prerogatywy?

Oczywiście, można by powiedzieć, że prezydent chce podkreślić w ten sposób swoją niezależność od rządzącej partii, z której się wywodzi, a która przeforsowała tę reformę, i go za to pochwalić. I nawet byłoby w tym coś z prawdy. Ale na miły Bóg! – jak głowa państwa może tak beztrosko ujawniać swoją dramatyczną niewiedzę o jednym z kluczowych segmentów funkcjonowania państwa?

Ale jest też możliwość inna, może jeszcze gorsza. Niewiedza Komorowskiego może być udawana. Prezydent może – jak sygnalizowałem wyżej – pragnąć podkreślić własną polityczną podmiotowość, i uważać zarazem, że aby osiągnąć ten cel może udać żenującą niewiedzę i w ogóle zrobić cokolwiek, ponieważ nikt go z tego nie rozliczy. Nikt tego nie zauważy. Oczywiście celowo. Nie można przecież dostrzec czegoś aż tak kompromitującego czołowego polityka wywodzącego się z PO, no bo przecież straszny kaczyzm za drzwiami…

A 24-godzinne milczenie wokół tej wypowiedzi Komorowskiego świadczy niestety, że tego rodzaju rachuby nie byłyby nierealistyczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Potwory patrzą na siebie

08 sty 2012

„Skurw…. Graś” – pisze na blogu Janusz Palikot. Chodzi o protest lekarzy. „Urzędnik państwowy, minister w rządzie, napuszcza obywateli przeciw obywatelom – dajcie po ryju lekarzom jak Wam wypisują złe recepty! Niebywałe!” – oburza się Palikot. Zauważa, że „gdy Dorn chciał lekarzy wziąć w kamasze, to media na niego napadły jakby łamał ustrój, a Grasiowi, no bo to Platforma, wszystko uchodzi na sucho! Rząd uchwalił beznadziejne prawo, złą ustawę, ale to jest prawo! Jednak nie dla Tuska! Tuskowi wolno więcej – zawieszam prawo! Kary dla lekarzy nie będą nakładane!! Niebywałe!! Doprawdy, to pełzające państwo totalitarne! Tak być nie może!”.

Można by się ograniczyć do stwierdzenia, że Palikot działa w swoim stylu, który ukształtował się, gdy poseł z Biłgoraja był głównym narzędziem Platformy od obrażania śp. Lecha Kaczyńskiego. PO wyhodowała sobie Palikota. Niech więc się teraz nie dziwi, że publicznie wymyśla się jej od „skurw…”, bo sama wprowadziła takie standardy.

Można by też powiedzieć, że Palikot ma sporo racji. Bo niezależnie od chamstwa i demagogicznej przesady („państwo totalitarne”) stwierdza rzecz oczywistą – Platforma jest w Polsce na szczególnych prawach i może pozwolić sobie na znacznie więcej niż jakikolwiek inny rząd. Bo jest zaporą przeciw strasznemu PiS, i to w oczach bardzo wielu usprawiedliwia wszelkie jej zachowania, a przynajmniej każe specjalnie się na nie oburzać. Tylko że to właśnie Palikot zrobił niegdyś bardzo wiele, by wykreować właśnie taką sytuację, aby „wojna z Kaczorami” przesłoniła jak największej liczbie Polaków całą resztę świata, i aby w efekcie PO zyskała u wielu swoisty immunitet. Niech się więc teraz nie dziwi, że Tuskowi wolno więcej.

Można by wreszcie powiedzieć obie te rzeczy naraz. Platforma stworzyła Palikota, a Palikot w pocie czoła położył fundamenty platformerskiego systemu. Te dwa potwory wyhodowały się wzajemnie. I jeśli teraz nagle dostrzegły kły i pazury, to trudno nie określić tego mianem gigantycznej hipokryzji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W stronę szarą i ponurą

07 sty 2012

Administracja Obamy znowelizowała pojęcie gwałtu. Elementem zmian jest uznanie za gwałt każdego przypadku seksu, na który „ofiara” nie będzie mogła wyrazić zgody ze względu na odurzenie alkoholem czy narkotykami. Zmiana ta jest moim zdaniem groźna, a jej konsekwencje — łatwe do przewidzenia.

Jest oczywistością, że sprawy związane z seksem są bardzo często źródłem potężnych namiętności, i bywają to namiętności o znaku ujemnym. Zazdrość czy też odrzucona miłość rodzą często nienawiść i chęć zemsty. Pod wpływem takiej namiętności ludzie – obojga płci – potrafią robić rzeczy, których w innych okolicznościach nie uczyniliby nigdy. W tym rzeczy podłe.

Jest też banałem przypomnienie, że alkohol sprzyja erotyce, bo działa jako tzw. rozluźniacz. Taka po prostu jest natura ludzka; dotyczy to i mężczyzn, i kobiet. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest, że dość często ludzie żałują swoich erotycznych działań, podjętych „pod wpływem”, albo przynajmniej mają na ten temat mieszane uczucia.

Jest też oczywistością, że ludzie (a zwłaszcza młodzież) są istotami społecznymi, i opinia innych (zwłaszcza grupy rówieśniczej) bywa dla nich decydująca. Dotyczy to również np. wyboru partnera erotycznego — krytyka dla młodej osoby może tu być niezwykle bolesna.

Otóż trzeba stwierdzić, że dokonane przez Obamę zmiany dają do ręki straszą broń osobom, które chciałyby się na byłym partnerze zemścić. I tym, które czy to naprawdę żałują swego przygodnego erotycznego zachowania, czy też znajdą się pod społecznym naciskiem, aby tego zachowania żałować.

Czy wynika z tego, że „wykorzystanie stanu bezradności”, jak określa to polskie prawodawstwo, powinno pozostawać poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości? Nie. Ale zrównywanie tego z gwałtem jest co najmniej przesadą. Przesadą społecznie groźną.

I przesadą nieprzypadkową. Zmiana wpisuje się bowiem w ciąg zmian, jakie w amerykańskie życie społeczne wprowadza od lat dziwaczny sojusz purytańsko-feministyczny. Nienawidzący się wzajemnie konserwatywni doktrynerzy i radykalne feministki (a przynajmniej ich część) w sferze erotyki paradoksalnie podają sobie bowiem ręce. Purytanie (czy szerzej: silnie obecne w amerykańskiej kulturze dziedzictwo purytanizmu) nienawidzą bowiem seksu, a przynajmniej seksu pozamałżeńskiego, i starają się pod różnymi pozorami penalizować go. Część feministek nienawidzi natomiast heteroseksualnych mężczyzn, i stara się w różny sposób stygmatyzować ich.

To sojusz obu tych grup doprowadził Amerykę do szaleństwa polowania na czarownice, zwanego oficjalnie „zwalczaniem molestowania w miejscu pracy”. To sojusz obu tych grup był ostatnio widoczny, gdy próbowano (na szczęście bezskutecznie) społecznie i prawnie zlinczować Dominique Strauss-Kahna.

Purytańsko-feministyczny sojusz zmienia USA w miejsce coraz mniej kolorowe i coraz bardziej ponure.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Glejt na bezkarność

28 gru 2011

Czy słowa Lecha Wałęsy, iż Ryszard Czarnecki „nie walczył o Polskę” i wrócił do ojczyzny, kiedy „Polska była już gotowa”, normalny człowiek może zrozumieć inaczej niż jako stwierdzenie, że obecny europoseł w okresie komunizmu nie uczestniczył w działaniach demokratycznej opozycji, tylko siedział za granicą i wrócił do kraju dopiero po 1989 roku? Moim zdaniem – nie może.

Czy Wałęsa, gdy reagował tymi słowami na sformułowaną przez Czarneckiego polityczną krytykę nie pamiętał, że jego adwersarz, który urodził się w Anglii jako dziecko polskich emigrantów wrócił również jeszcze jako dziecko do kraju, a potem przez całe lata 80 był działaczem głębokiego podziemia antykomunistycznego? Nie wiem, ale dopuszczam myśl, że naprawdę nie pamiętał.

Czy jednak fakt, że potem b.prezydent nie przeprosił, tylko zaczął tłumaczyć, iż chodziło mu o to, że najciężej walczyło się o Polskę w latach 60, gdy Czarnecki był zbyt młody, by w walce uczestniczyć, normalny człowiek może potraktować inaczej niż jako żenujący wykręt? Moim zdaniem – nie może.

Czy wobec tego wyrok sądu okręgowego w Gdańsku, który przyjął to tłumaczenie Wałęsy za dobrą monetę, nie jest kolejnym przykładem tego, że były prezydent ma w Polsce zupełnie specjalne prawa, i że de facto został postawiony ponad prawem?

Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie niestety oczywista. Tak samo jak refleksja, iż dla postaci, wykreowanych przez establishment na bożki III RP, wyrok gdańskiego sądu oznacza pokusę, by świadomie mówić nieprawdę. Zwłaszcza jeśli ta nieprawda będzie godzić w postaci, przez ten establishment nielubiane. Bo prawdopodobieństwo, iż w takiej sytuacji mówiący nieprawdę nie będą bezkarni, jest niestety niewielkie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

13 grudnia to była wojna z PiS…

13 gru 2011

Wieloletni rzecznik SLD Tomasz Kalita napisał był w swoim Twitterze: „Stan wojenny to była nienajlepsza decyzja. Ale wtedy „S” nie była „hufcem aniołów”. To był taki dzisiejszy PiS”.

Kalita (rocznik 1979) zbiera w sieci cięgi, internauci zarzucają mu niewiedzę i głupotę. Z pierwszym się zgodzę (w ówczesnej „Solidarności” reprezentowane były bowiem wszystkie chyba typy mentalności i wrażliwości ideowej, i to jest oczywiste dla każdego, kto zadał sobie trud przeczytania choćby jednej książki na ten temat), z drugim – nie. Uważam otóż, że Kalita nie jest głupcem, a tym bardziej wymierającym dinozaurem, tylko prekursorem, i że taka narracja będzie się przebijać. Młody SLD-owiec po prostu konsekwentnie zsyntetyzował to, co główne ośrodki opiniotwórcze III RP, z „Gazetą Wyborczą” na czele, które jego i większość kolegów ukształtowały (Kalita by tu zaprotestował, ale to przecież prawda) wolały i ciągle wolą widzieć osobno.

Kiedy konsekwentnie zwalcza się tradycjonalizm, obecną „S”, broni Jaruzelskiego przed „oszołomami”, i kiedy wcieleniem wszystkich tych, z punktu widzenia mainstreamu, obrzydliwości jest demoniczny PiS, to trudno w pewnym momencie tego nie połączyć. Redaktorom GW ta synteza ze względów biograficznych oczywiście nie może się podobać (jak tu się przyznać, że 30 lat temu było się w ówczesnym PiS-ie…?) ale to oni niejako utorowali jej drogę.

Spodoba się natomiast samemu PiS-owi, który bardzo chce postrzegać się i być postrzegany jako jedyny ideowy następca „Solidarności” i w ogóle jedyny dziedzic całego polskiego patriotyzmu. Bardzo ciekawi mnie, czy i jak odpowiedzą na twitta Kality osoby i ośrodki, pretendujące do miana intelektualnych centrów nowej polskiej lewicy. Bo przecież dotąd dystansowały się one od tradycji PZPR, a i pierwszą „Solidarność” wolały postrzegać jako ruch może i zdominowany przez paskudnych heteronormatywnych białych mężczyzn, ale mimo wszystko obiektywnie wolnościowy.

Czy teraz podżyrują – choćby milczeniem – wizję, w której taż „S” była, jak rozumiem, wczesną wersją obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, a ZOMO i WRON – ówczesnym odpowiednikiem Młodych Wykształconych z Wielkich Miast?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tak dalsze żit’ nielzia

07 gru 2011

Tak nie można dalej żyć – to najczęstsza odpowiedź, jaką w Moskwie słyszy dziennikarz pytający młodych ludzi, dlaczego idą na kordony OMON.

Wielu – i w samej Rosji, i poza krajem – mówiło, że putinowski reżim może zacząć się czegoś obawiać dopiero wtedy, kiedy na skutek spadku cen gazu i ropy nastąpi katastrofa gospodarcza. Że dopiero drastyczne obniżenie się poziomu życia może wstrząsnąć społeczeństwem.

Okazało się, że to nieprawda. Bunt nastąpił bowiem w czasie, kiedy putinowski dobrobyt trwa w najlepsze, w dodatku demonstrująca, wielkomiejska, inteligencka młodzież, wcale nie wywodzi się z biednych rodzin. Przeciwstawia się władzy nie ze względu na niedostatek, lecz dlatego, że życie w kraju dyktatury, korupcji i demonstracyjnej pychy władzy ją upokarza. Dlatego, że tak dalsze żit’ nielzia.

„Dwadzieścia lat temu był sierpień 1991″ (pucz Janajewa) – pisze na Facebooku jeden z uczestników protestu. „Wtedy na ulice wyszli nasi rodzice. Ówcześni oni – to my”.

Trzeba pamiętać, że rewolta ma na razie charakter lokalny – ogranicza się do metropolii i do inteligenckiej młodzieży. Może zarazić resztę kraju. Albo, co bardziej prawdopodobne, zostanie zduszona. Lecz nawet jeśli protesty wygasną, reżim będzie w przyspieszonym tempie słabnął, bo także nieudane rewolty przyspieszają przemiany świadomości społecznej.

Czy to, co teraz dzieje się w Moskwie, nie powinno dać do myślenia wszystkim tym, którzy uważają, że Rosja nie ma nic wspólnego z Zachodem i nigdy nie będzie mogła do niego dołączyć?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miller, Kaczyński i prymusi

29 lis 2011

Bywają sytuacje, w których trzeba pójść na nawet dotkliwe ustępstwa. Trzeba poświęcić wiele, aby uratować jeszcze więcej. Albo, myśląc bardziej pozytywnie – poświęcić wiele wartości na jednym obszarze, by w zamian zyskać na innym.

Być może taką sytuację przeżywamy właśnie teraz. Być może zrzeczenie się części suwerenności – element wizji, zaprezentowanej przez ministra Sikorskiego w Berlinie – jest nieuniknione. Być może alternatywa – pozostanie poza „twardym jądrem” Unii – niesie z sobą zagrożenia nieproporcjonalnie większe.

Być może. Ale coś mnie jednak niepokoi.

Niepokoi mnie otóż to, że kryzys – nawet największy kryzys – nie unieważnia, nie kończy polityki, która polega przecież na ugrywaniu różnego rodzaju zysków dla reprezentowanych przez polityków państw czy ideologii. Obecny kryzys jest bez wątpienia potężny, ale nie stanowi pod tym względem wyjątku. I główni europejscy aktorzy, działając konsekwentnie, mogą – w jego cieniu, pod jego pretekstem – ugrać wiele postulatów, których dotąd ze względu m.in. na opór mniejszych partnerów ugrać im się nie udawało.

A socjolodzy i politolodzy dobrze wiedzą, że bardzo skuteczną metodą skłonienia kogoś (państw, społeczeństw), aby zgodził się na coś, czego nie chce, jest wytworzenie atmosfery „odjeżdżającego pociągu”. Jeśli teraz nie wskoczysz do wagonu (czy wręcz: s am nie dorzucisz węgla do kotła), to już nie pojedziesz.  Zostaniesz na peronie, po którym już za chwilę zaczną hasać Kozacy.

Wytwarzanie atmosfery kontrolowanej (kontrolowanej, rzecz jasna, przez rozgrywającego) histerii bardzo dobrze służy realizacji celów tegoż rozgrywającego. Chciałbym mieć pewność, że rządzący moim krajem zdają sobie sprawę z tego elementarza sytuacji negocjacyjnych.

I jeszcze jedno. Jak napisałem wyżej – czasem niezbędne są dotkliwe ustępstwa. Natomiast postawa prymusa, który z góry godzi się na wszystko, odgaduje myśli rozgrywających i wręcz zachęca ich do przyjęcia twardej postawy, nie opłaca się nigdy. To też elementarz sytuacji negocjacyjnych. Zawsze ugra się więcej – a choćby i cokolwiek – jeśli partner, nawet dominujący, nie będzie do końca pewien, jaką ostatecznie decyzję podejmiemy.

Wiedział o tym Leszek Miller, negocjując wejście Polski do Unii na szczycie w Kopenhadze. Wiedział o tym też prezydent Kaczyński.

Chciałbym być pewny, że wiedzą o tym również Donald Tusk i Radosław Sikorski.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop