Polska, kraj cenzury

12 marca 2010 autor rp

Kiedy sąd nakazał profesorowi Zybertowiczowi przeprosić Adama Michnika za stwierdzenie, iż twórca „Wyborczej” „wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniach, to teraz mam rację” oczywiście oburzyłem się i zaniepokoiłem. Wyrok ten bowiem wpisywał się w falę pedagogiki społecznej, mającej uniemożliwić krytykę czołowych postaci establishmentu IIIRP, a krytykujących zestygmatyzować, moralnie wyjąć spod prawa i pokazowo ukarać. W falę, która składa się z wielu innych wyroków – przypomnijmy choćby orzeczenie sądu na mocy którego Lech Wałęsa nie musi przepraszać reżysera Grzegorza Brauna za to, że nazwał go „usłużnym dziennikarzem”, a także np. ze sprawy historyka Pawła Zyzaka, zmuszonego do noszenia skrzynek w bielskim supermarkecie.

Wyrok w sprawie Zybertowicza oburzył mnie więc, ale zarazem zastanawiałem się, czy profesor nie przesadził. Czy gdyby zamiast „Michnik powtarzał” powiedział „Michnik sugerował”, wyrok nie byłby inny. Krótko mówiąc – zastanawiałem się, czy polemiczny temperament jednak nie za bardzo profesora poniósł.

Teraz jednak widzę, że nie miałem racji. Linia orzecznictwa posunęła się bowiem o krok dalej. Mamy kolejny wyrok. Sąd nakazał oto Zybertowiczowi przeprosić Michnika za rzekome „podanie nieprawdy” w słowach: „swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca”.

Intencja Zyberowicza jest jasna – obrońcą agentów nazwał Michnika.

Czy w świetle całej dotychczasowej linii publicystyki szefa „Wyborczej”, jego radykalizmu w zwalczaniu lustracji, wielokrotnemu dawaniu wyrazu poglądowi, iż grzebanie się w sprawach dawnej agentury jest działalnością paskudną i mogącą rozpętać ciemne moce, nazwanie go obrońcą agentów można uznać za „podanie nieprawdy”?

Żeby tak uczynić, trzeba zamknąć oczy na fakty. Żeby tak uczynić, trzeba narazić się na śmieszność. Ale jak widać, przy pewnej dozie determinacji można tak zrobić.

W Polsce buduje się rzeczywistość cenzorską. Ci, którzy są nawet dalecy od poglądów Zybertowicza, Brauna czy Zyzaka, ale dla których zarazem wolność słowa i opinii jest czymś naprawdę ważnym, powinni wreszcie to dostrzec.

Społeczeństwo radosnych dzieciaków

9 marca 2010 autor rp

Zapowiadane przez Platformę Obywatelską obniżenie wieku wyborczego do 16 lat (na razie w wyborach lokalnych, ale z czasem…) wpisuje się dobrze w wyborczą strategię tej partii i popierających ją sił opiniotwórczych. Oprócz dopuszczenia do urn nastolatków w skład kompleksu dyskutowanych i lansowanych rozwiązań wchodzi przede wszystkim głosowanie przez Internet i wydłużenie czasu trwania wyborów na dwa dni.

Intencja sugerowanych zmian bije po oczach – chodzi o zwiększenie odsetka wyborców z grup uważanych za bardziej proplatformerskie (czy raczej: antypisowskie, ale jak dotąd to jedynie teoretyczne rozróżnienie). Czyli – właśnie – wyborców najmłodszych. Czyli wyborców wielkomiejskich i bogatszych, którzy często spędzają weekend poza domem i trudno im się wybrać do lokalu. Czyli wszystkich tych, którzy nie mają we krwi odruchu, aby w wyborczą niedzielę wprowadzić do swego kalendarza wizyty w komisji.

A wśród takich właśnie wyborców mamy, z różnych przyczyn, nadreprezentację przeciwników PiS i w ogóle wyborców skłonnych do wsparcia swym głosem kandydatów i ugrupowań kojarzących się raczej z afirmacją, a nie kontestacją współczesności.

Choć polityczna intencja proponowanych zmian jest oczywista, nie znaczy to zarazem, aby wszystkie one były z gruntu niesłuszne, i aby miały przynieść wyłącznie negatywne skutki. Uważam tak, choć rozumiem na przykład zastrzeżenia, formułowane kiedyś przez Jarosława Kaczyńskiego. Stawiał on znak zapytania nad tym, czy należy rzeczywiście aż tak się gimnastykować, żeby ułatwić udział w wyborach tym, którym dla zrealizowania najważniejszego obywatelskiego prawa nie chce się podjąć wysiłku tak niewielkiego, jakim jest osobiste pójście do lokalu komisji wyborczej.

Przeczytaj cały tekst

Pendrive’owy test dla demokracji

9 marca 2010 autor rp

Jeśli prawdziwe są informacje RMF o tym, że Marcin Rosół przygotowywał do przesłuchania przed komisją śledczą Mirosława Drzewieckiego, a także parlamentarzystów PO, to dowodzi to co najmniej trzech rzeczy
Po pierwsze – słuszna była teza, którą postawiłem na łamach „Rzeczpospolitej” kilka tygodni temu. Teza, iż istnieje ukryty platformerski ośrodek, koordynujący zeznania świadków w aferze hazardowej i działania platformerskich członków komisji.

Po drugie – Rosół, jak się okazuje, jest częścią tego ośrodka. A to już dowodzi czegoś więcej. Jeśli bowiem taką rolę pełni jeden z najbardziej czynnych w aferze urzędników, to oznacza to potwierdzenie tezy, że Platformie – i dominującemu w niej niemal bez reszty Donaldowi Tuskowi – nie zależy na jej wyjaśnieniu nawet w najbardziej ograniczonym zakresie. Że afera hazardowa nie jest aferą Mira i Drzewka, tylko aferą Platformy. Że groźne miny premiera i usuwanie skompromitowanych działaczy poza politykę to był po prostu teatr.

I po trzecie – jeśli do przygotowywania posłów Marcin Rosół wykorzystywał prywatnego pendrive`a, to znaczy że czuł się absolutnie bezpieczny. Że nawet na chwilę nie dopuścił do siebie myśli, iż jakaś państwowa służba może mu zawartość tego pendrive`a skontrolować, co – powtórzmy – dziwi w przypadku człowieka z pierwszego szeregu afery. Rosół jednak przeliczył się – okazało się że państwo polskie nie jest jednak aż tak totalnie przejęte przez jego starszych kolegów. Ale powstaje pytanie, w jakich – i przed, i po wybuchu afery – rozmowach i w jakich sytuacjach Rosół uczestniczył, że napełniły go aż taką butą? Że wytworzyły w nim aż takie poczucie bezkarności?

Uważam, że od podjęcia próby udzielenia odpowiedzi na to pytanie zależy powaga komisji śledczej. A może i coś więcej – rozstrzygnięcie dylematu, na ile polska demokracja będzie realna, a na ile stanowić będzie jedynie matrixową dekorację.

Nie bać się skandalu

2 marca 2010 autor rp

Gdy kilka dni temu minister Krzysztof Kwiatkowski wypowiadał się przeciw kierowaniu do prokuratury reklamy „Na kolana, psie” (na zdjęciu skejtbordzista mówi te słowa, przykładając lufę do głowy klęczącego policjanta), kierował się zapewne jedną z dwóch motywacji

Po pierwsze, mógł obawiać się, że atmosfera skandalu tylko pomoże twórcom reklamy w wylansowaniu ich samych i strojów, który reklamują. To ważny argument, i piszę to bez ironii.

Po drugie, mógł kierować się interesem swej partii. Znaczna część narracji PO opierała się przecież i opiera na wizji, w myśl której podstawowy front podziału w Polsce rozgranicza fajnych, młodych i awangardowych od przynudzających, starych i tradycyjnych.

Tymczasem reklamowy skejt jest nastolatkiem, policjant zaś – to starszy mężczyzna. W dodatku środowiska twórców reklamy są w większości i awangardowe, i antypisowskie. Próba represjonowania ich dzieła, eksploatującego opisaną wyżej wizję świata kojarzyłaby się bardziej z „opresywnym kaczystowskim reżimem”, niż z wizerunkiem partii, która ten reżim pokonała i chroni Polskę przed jego powrotem… To też ważny argument z punktu widzenia polityka partii rządzącej. I znów piszę to bez ironii – trudno wymagać od polityka, by nie brał pod uwagę interesu własnego ugrupowania.

Na szczęście ważniejsze okazały się kontrargumenty. Policja złożyła zawiadomienie do prokuratury.

Atmosfera skandalu często służy „artystycznym” prowokacjom, których twórcy zmierzają do przesunięcia granic akceptowalnej normy. Normy przemocy czy też – jak w tym wypadku – normy agresji i pogardy. Jeśli społeczeństwo na takie prowokacje nie reaguje, to tylko daje świadectwo, że owo przesunięcie granic już się dokonało. Interes jakiejkolwiek partii nie jest społecznie ważniejszy od położenia kresu sytuacji niebezpiecznej. Nie przesadzam. Ekranowy komunikat odkłada się w podświadomości odbiorców. Agresja i pogarda miewają bardzo konkretne rezultaty.

Nie jestem wielkim fanem policji. Ale cieszę się, że tym razem nie położyła uszu po sobie.

Dlaczego “Wyborcza” chce pomóc Dukaczewskiemu

24 lutego 2010 autor rp

“Co kryją lochy Lecha?” – pyta “Gazeta Wyborcza” w czołówkowym tytule. Czytelnik rzuca się na tekst. I dowiaduje się… No właśnie – czego?

Że w podziemnych “czeluściach” przy Krakowskim Przedmieściu prezydent torturuje chwytanych na ulicach antykaczystów? Że trzyma tam złoto, którego nie chce oddać rządowi, a za te pieniądze Tusk już dawno zrobiłby drugą Irlandię? Że jest tam tajna pracownia, w której konstruowany jest Golem mający wymordować personel “Wyborczej”?

Niestety, nie. Okazuje się, że w pałacu znajdują się zeznania oficerów b. WSI złożone przed komisją weryfikacyjną. A Kancelaria Prezydenta nie chce ich wojsku oddać.

“Gazeta” piętrzy atmosferę grozy, daje do zrozumienia, że łamane jest prawo. Musi jednak przyznać, że gdy kancelaria odmówiła oddania dokumentów, a kontrwywiad doniósł na nią do prokuratury, ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Co więcej – kontrwywiad odwołał się do sądu, a sąd poparł prokuraturę.

Znając niezależność, którą prokuratura demonstruje wobec obecnej władzy, i życzliwość, którą sądy darzą wszystko, co kojarzy się z PiS, możemy chyba zaryzykować hipotezę, że jeśli oba te organy podjęły taką decyzję, to znaczy, iż urząd prezydencki miał prawo postąpić tak, jak postąpił. Mimo to “Gazeta” sugeruje, że prezydent popełnia jakieś horrendum.

Skąd ta gorliwość? Były szef WSI generał Marek Dukaczewski mówi “GW”, że przewodniczący komisji Antoni Macierewicz “w rozmowach w cztery oczy z oficerami szukał negatywnych informacji o Sikorskim i Szmajdzińskim, a gdy rozmówca był gotów je przekazać, mógł być zaproszony na przesłuchanie”.

Nie wiem, czy rzeczywiście chodziło o Sikorskiego i Szmajdzińskiego. Wiem natomiast, że dawna WSI była rezerwuarem informacji o ważnych postaciach życia politycznego i biznesowego oraz o ich powiązaniach. I że sama – rozumiana zarówno jako służba, jak i jako zespół wywodzących się z niej funkcjonariuszy i agentów – odgrywała w tym życiu sporą rolę. A z “Gazety” się dowiaduję, że niektórzy oficerowie zaczęli, jak to się mówi, sypać.

Doskonale rozumiem, dlaczego Dukaczewski chce się dowiedzieć, kto i co wysypał. Nie pojmuję tylko, czemu “Wyborcza” aż tak bardzo chce mu pomóc w zdobyciu tej wiedzy.

Zeznania koordynowane?

22 lutego 2010 autor rp

Niewykluczone, że nie tylko świadkowie uzgadniają między sobą zeznania, ale wręcz że istnieje jeden ośrodek, zarządzający hazardowym kryzysem ze strony rządowej – pisze publicysta

Po kolejnych przesłuchaniach zaczynają się rodzić pytania, czy świadkowie komisji nie uzgadniają ze sobą treści zeznań – powiedziała paręnaście dni temu “Rzeczpospolitej” Beata Kempa. To tylko hipoteza, ale może ją uprawdopodobnić kilka epizodów – np. ujawniona ostatnio rozmowa Sobiesiaka z Drzewieckim na Florydzie czy wcześniejsze – też do pewnego momentu ukrywane – ich spotkanie w warszawskim hotelu Radisson. Wśród dziennikarzy zajmujących się komisją hazardową raczej powszechne jest przekonanie o prawdziwości tej tezy, choć wciąż nie ma na nią twardych dowodów.

przeczytaj cały tekst

Atrakcyjny kandydat

17 lutego 2010 autor rp

Jako człowiek światowy, z żoną Amerykanką z waszyngtońskich salonów, Sikorski trafiłby do wyborców zadających sobie często pytanie: “co sobie o nas na Zachodzie pomyślą?”

Chyba wszystkie możliwe argumenty na rzecz tezy, iż ze strony Platformy Obywatelskiej rozsądniej byłoby postawić na Bronisława Komorowskiego, a nie Radosława Sikorskiego, zgromadził w swoim tekście Łukasz Warzecha (”Trudny wybór Platformy”, “Rzeczpospolita”, 16 lutego 2010 r.). I nie sposób nie przyznać mu racji. Zarówno wtedy, kiedy pisze o prawdopodobieństwie podjęcia przez kierownicze gremia Platformy decyzji korzystnej dla marszałka Sejmu, niekorzystnej zaś dla szefa MSZ (Komorowski jest osadzony w strukturach PO, ma w nich wsparcie, Sikorski wciąż jest po trosze singlem i outsiderem), jak i o cechach ewentualnej następnej prezydentury (Komorowski – spokojny i obliczalny, Sikorski – nadpobudliwy, ekstrawagancki i nieprzewidywalny).

Wszystko to razem nie zmienia jednak faktu, że istnieją poważne argumenty na rzecz tezy odwrotnej. Tezy brzmiącej, iż stratedzy Platformy powinni postawić właśnie na Sikorskiego. Argumenty, których w artykule Warzechy brak.

Przeczytaj cały artykuł

Jaruzelski – władza i kariera

10 lutego 2010 autor rp

Wojciecha Jaruzelskiego zawsze można zobaczyć wśród tych, którzy chcieli utrzymania silniejszych, a nie słabszych więzi z ZSRR

Najwyraźniej zestarzałem się, bo Wojciech Jaruzelski – emocjonalny wampir mojej młodości – nie wzbudza już we mnie pasji. W kolejnej odsłonie sporu o generała zabieram więc głos niechętnie. Ale zabieram, bo mimo wszystko trudno milczeć, kiedy jego obrońcy (którym najwidoczniej w miarę upływu lat przewodniczący WRON bynajmniej nie obojętnieje, a wprost przeciwnie – staje się obiektem czci coraz bardziej religijnej) w sposób jaskrawy mijają się już nie tylko z prawdą historyczną, ale i z zasadami logiki.

Jaki był całe życie

Trudno nie zgodzić się z Waldemarem Kuczyńskim, kiedy pisze, że Polska Ludowa nie była Generalną Gubernią (”Dzieła “wnuków Stalina”", “Rz” 9 lutego 2010 r.). Zgadzam się z jego zdaniem, że PRL “nie była przez te 45 lat krajem, który można by opisywać zgodnie z prawdą jako miejsce złożone ze zdrajców i oprawców po jednej stronie oraz ze śledzonego, aresztowanego, bitego i zabijanego przez nich społeczeństwa”. Ba, gotów jestem przyznać, że Jaruzelski był po prostu “polskim politykiem tamtego czasu”.

Tylko że ta konstatacja sama w sobie niewiele znaczy. Bo nawet jeśli uznamy, że Polska Ludowa to nie był po prostu kraj okupowany, a wśród jej rządców bywali ludzie różnie się zachowujący i kierujący różnymi motywacjami, to powstaje pytanie – jak na tym tle prezentował się generał?

To pytanie zadać sobie powinni również ci, którym wciąż chce się rozważać, jakie były jego motywy, kiedy wprowadzał stan wojenny czy też kiedy decydował się na zakończoną Okrągłym Stołem próbę wciągnięcia części opozycji do systemu władzy.

Bo jeśli Jaruzelski przez całe dorosłe życie był jakiś, to można założyć, że mniej więcej taki sam był również w latach 80. Że ujawniane przez całe życie jego cechy i motywacje odegrały swoją rolę również wtedy.

przeczytaj cały tekst

Parytety? Dla wszystkich!

12 stycznia 2010 autor rp

Jeśli nawet projekt ustawy parytetowej tym razem padnie w Sejmie, to i tak wróci. Wróci, bo progresywistyczni działacze szczerze weń wierzą. A także dlatego, że jest to dla nich wygodne narzędzie służące do niszczenia tradycyjnego społeczeństwa. I również dlatego, że ideę parytetów wsparła grupa pań – polityków i dziennikarek – w innych sprawach zaangażowana po prawicowej stronie sporów. Co jest gratką dla progresywistów – bo unaocznia nośność tematu i możliwość wprowadzania podziałów w szeregi oponentów.

Zwolennicy parytetu wysuwają trzy główne argumenty. Po pierwsze, kobiety czują się dyskryminowane, więc trzeba ten stan zmienić. Po drugie, że specyficzne, różne od męskich zainteresowania kobiet, wynikające z ich punktu widzenia, w świecie polityki przełożyłyby się na większe zainteresowanie ustawodawcy ważnymi sprawami, którymi teraz interesuje się on za mało (np. żłobki i przedszkola). Po trzecie – że specyficzna kobieca wrażliwość wpłynęłaby pozytywnie na jakość polityki, wprowadziła do niej więcej merytoryczności i współdziałania, zmniejszyłaby zaś powszechność walki o władzę dla władzy powodowanej podobno niekontrolowanymi wypływami testosteronu.

Trzeci argument jest tak niezwiązany z rzeczywistością i ideologiczny, że niezwykle trudno uwierzyć, by przytaczany był w dobrej wierze. Bo doprawdy trudno dostrzec, aby polityka w wykonaniu pp. Piekarskiej, Senyszyn, Kempy, Śledzińskiej-Katarasińskiej, Pitery czy Hojarskiej różniła się od polityki realizowanej przez kolegów tych pań. Czy to pod względem merytoryczności, czy to pod względem słynnej kobiecej delikatności i wrażliwości. Sądzę, że dokładnie to samo mógłby powiedzieć każdy wieloletni obserwator innych gremiów profesjonalnych, np. zespołów redakcyjnych.

Przeczytaj cały tekst

PSL, pieniądze, demokracja

22 grudnia 2009 autor rp

Polskie Stronnictwo Ludowe nie jest moją miłością – w ciągu ostatnich 20 lat w polityce częściej odgrywało rolę destrukcyjną niż pozytywną.

Jego politycy mieli swoje niekwestionowane „osiągnięcia” w dziedzinie zawłaszczania państwa. A w sporach, które zdominowały publiczną dyskusję w ostatnich latach, PSL znalazło się w obozie III, a nie IV RP. I niestety nie był to wybór nieoczekiwany.

To wszystko prawda, a jednak nie odczuwam satysfakcji, kiedy słyszę o zajmowaniu kont PSL przez izbę skarbową na skutek błędu popełnionego przez ludowców jeszcze w czasie kampanii 2001 roku. Z kilku powodów. Po pierwsze, prawo powinno oczywiście dyscyplinować polityków. Jednak sytuacja, gdy ugrupowaniu, któremu zaufały setki tysięcy wyborców, grozić może zniknięcie ze sceny na skutek błędu popełnionego osiem lat temu, gdy rygorystyczne i skomplikowane przepisy dotyczące finansowania partii były jeszcze słabo znaną nowością, błędu, w tle którego nie czai się sugestia czyichś prywatnych interesów, trudno uznać za zdrową dla demokracji. Bo ingerencja w prawo do dokonywania politycznego wyboru, nawet jeśli czasami nieunikniona, jest dla demokracji zawsze niezdrowa.

Po drugie, istotne jest, aby polska wieś zachowała w jakimś zakresie polityczną reprezentację. Od kilku lat partie ogólnonarodowe z coraz większym sukcesem wchodzą na teren wiejski, i jest to proces pozytywny. Niemniej zbyt nagłe zejście ze sceny tradycyjnego ugrupowania stanowego, chłopskiego, może mieć zły skutek.

Wielkie metropolie bowiem rosną i coraz bardziej mentalnie dominują nad prowincją. W tej sytuacji ugrupowania ogólnopolskie, jeśli nagle zostaną pozbawione naturalnego wiejskiego konkurenta, mogą się przestać czuć zmuszone do godzenia w swoich programach i politycznej praktyce interesów wielkich miast i Polski powiatowo-gminnej. Co nie byłoby dobre ani dla interesu kraju, ani dla poczucia narodowej spójności.

Po trzecie, jedną z głównych negatywnych cech polskiego systemu politycznego jest bezalternatywność połączona z dominacją wielkich ugrupowań. Cokolwiek by złego o PSL powiedzieć (a można by sporo), upadek partii ludowców jeszcze tę bezalternatywność zwiększy. Zarówno w sensie wachlarza dostępnych wyborcom możliwości głosowania, jak i w kontekście dostępnych politykom koalicji. A istnienie lub nieistnienie możliwości koalicyjnych obu najważniejszych partii jest realnym sprawdzianem, czy demokracja działa, czy nie działa.

Wreszcie – dla PSL jedyną szansą na uratowanie się jest możliwość rozłożenia spłaty zadłużenia na lata. Kto może podjąć tę decyzję? Tę decyzję może podjąć minister finansów…

Innymi słowy – na skutek całej sytuacji Polskie Stronnictwo Ludowe staje się jeszcze mocniej i jeszcze trwalej przykute do rydwanu Platformy Obywatelskiej, w której rękach jest decyzja o być albo nie być koalicjanta. Trudno nie zauważyć, że cementuje to scenę polityczną i sprzyja niekontrolowanej dominacji PO. Co również trudno uznać za korzystne dla demokracji.